Legendy polskie dla dzieci w obrazkach - Nikola Kucharska [Nasza Księgarnia, 2015]

Po dziś dzień pamiętam, jak Mama czytała mi 12 złotych bajek do snu. Pamiętam jej miarowy, ciepły głos, który tulił mnie kojąco, gdy opowiadała historię Kopciuszka czy Jasia i Małgosi. Moja pierwsza książka, którą wciąż gdzieś jeszcze trzymam dla własnych dzieci. Baśnie i legendy mają w sobie niesamowitą moc i magię, którą małe pociechy chłoną niczym gąbki. Niemniej jednak w polskiej kulturze również dorobiliśmy się swoich historii, o których nie warto zapominać, robiąc im miejsce dla Czerwonego Kapturka czy Śpiącej Królewny. Polacy nie gęsi! Pamiętacie jeszcze legendę o Smoku Wawelskim? O Bazyliszku? A o Warsie i Sawie? Warto więc dać szansę Waszym dzieciom, by i one miały okazję je poznać.

Ostatnimi czasy w moje ręce wpadła ciekawa publikacja, a mianowicie Legendy polskie dla dzieci w obrazkach autorstwa Nikoli Kucharskiej. Choć sama jeszcze dzieci nie posiadam, wciąż mam liczne grono kuzynek i kuzynów w wieku dziecięcym, które chętnie zabawiam różnymi nowinkami, szczególnie ze sfery literatury i to właśnie z myślą o nich sięgnęłam po polskie legendy w wersji obrazkowej. Niestety, w pewnym sensie jestem rozczarowana.

O ile jestem zadowolona z graficznej strony tej publikacji, tak praktyczna jej strona w ogóle mi nie odpowiada . Książka jest formatu A4, o mocnych, tekturowych stronach, które dzieciaki będą miały trudno zniszczyć przez długi, długi czas - to oczywiście plus, bo większość z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak destrukcyjne potrafią być dziecięce łapki i zęby. Ilustracje znów na plus - są dosyć specyficzne, a przez to przyciągające uwagę i zapadające w pamięć. Co za tym idzie, przeglądanie kolejnych stron jest nie małą frajdą, bo każda z legend zajmuje 2 pełne strony, więc jest co oglądać. 

Natomiast praktyczna strona tej publikacji mocno kuleje. Autorka zdecydowała się na podzielenie książki na dwie części. W pierwszej z nich znajdziemy teksty w bardzo uproszczonej formie - krótkie zdania, jasne komunikaty. Natomiast w części drugiej znajdziemy już obrazkowe przedstawienia każdego z tekstów, w formie ponumerowanej ścieżki, którą należy śledzić w trakcie czytania legendy. Tylko tutaj pojawia się pewien problem, bo ciężko jest jednocześnie czytać tekst i wodzić palcem po ilustracji, bez niewygodnego przewracania non stop z jednej strony na drugą albo niepraktycznego trzymania książki pół otwartej w dwóch miejscach. Według mnie to bardzo duży minus i niedogodność, bo książka może i jest oryginalna i interaktywna, ale w bardzo niewygodny sposób, który utrudnia współpracę z nią. 


Podsumowując, plus za to, że mamy polskie legendy - o tych warto pamiętać, warto opowiadać o nich dzieciakom. Plus również za graficzną stronę publikacji. Natomiast dużym minusem jest forma legend i konieczność przeskakiwania z tekstów na ilustracje, co znacznie utrudnia czytanie jej. Myślę, że bardziej sprawdzi się w formie spontanicznego opowiadania na podstawie ilustracji, traktując teksty na początku jako ściągę :)

Legendy polskie dla dzieci w obrazkach do kupienia w Taniej Książce > o tutaj <

TOP10: najlepsze książki pierwszej połowy 2015

Udało się! Zebrałam się. Bom się nosiła z tym zamiarem kilka dobrych dni i jakoś zebrać się nie umiałam. Ale chyba się udało. Wreszcie mogę pokazać Wam moją listę najlepszych dziesięciu książek pierwszej połowy 2015, do zrobienia której zainspirowała mnie oczywiście Klaudyna (tutaj możecie znaleźć jej TOP10). 

Niestety, w tym roku jest u mnie bardzo słabo pod względem książkowym, więc było mi dosyć trudno wygrzebać złotą dziesiątkę z tej marnej garstki tytułów, które udało mi się przeczytać. Ale mam. Jesteście ciekawi, jakie są moje najlepsze tytuły pierwszej połowy 2015? Lecimy!
  • Eleonora i Park - Rainbow Rowell (recenzja)
  • Wybacz mi, Leonardzie - Matthew Quick (recenzja)
  • Przegląd Końca Świata. Blackout - Mira Grant (recenzja)
  • Filary Świata - Terry Goodking
  • Kolorowy trening antystresowy. Wzory i ornamenty
  • Zakon Mimów - Samntha Shannon
  • Największe skarby naszej cywilizacji - Beata Pawlikowska
  • Największe kłamstwa naszej cywilizacji - Beata Pawlikowska
  • Zabójczy wirus - Alex Kava
  • Czarny piątek - Alex Kava
A jakie są Wasze typy na topowe książki pierwszego półrocza 2015? Jestem niezmiernie ciekawa! :)

Wybacz mi, Leonardzie - Matthew Quick [MoonDrive, 2014]

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam w ofercie wydawnictwa nowość w postaci trzech przepięknie wydanych, kolorowych powieści Matthew Quicka, moja obsesyjna żądza posiadania przejęła nade mną kontrolę i wiedziałam, wręcz byłam święcie przekonana, że będą moje! Prędzej czy później, ale będą! Czas pokazał, że było to jednak później, ale za to udało mi się nawet załapać na promocję! Tym większa była moja radość, gdy przyszło mi rozpakować zawartość, żeby ujrzeć fantastyczne okładki Wybacz mi, Leonardzie, Niezbędnik obserwatorów gwiazd i Prawie jak gwiazda rocka. Do teraz cieszę się jak dziecko, gdy na nie patrzę. Ale nie samym patrzeniem przecież czytelnik żyje, przyszedł więc czas na lekturę. Zdecydowałam się, że na pierwszy ogień pójdzie ta miętowo-zielona, czyli Wybacz mi, Leonardzie. No i moja radość nieco ustąpiła na rzecz poniższej reakcji:


CZEMU? Czemu?! CZEMUUUUUUU! Czemu ciągle mi to robicie, ja się pytam?! Czemu znowu ukaraliście mnie otwartym zakończeniem? Jednym wielkim niedopowiedzeniem? *wywodowi towarzyszy ryk zranionego lwa, tylko że wyję ja, a nie jakiś lew* No czemu, pytam! Nienawidzę otwartych zakończeń. Będę to powtarzać do grobowej deski. Nie i koniec! Ma być konkretny fakt, strzał w pysk, płacz, lament i zgrzytanie zębów albo chociaż jakiś marny happy end, byle jakoś się skończyło. SKOŃCZYŁO! Nie chcę żadnej furtki na domyślanie się, co mogło się zdarzyć. Nie chcę zastanawiać się, co stało się z głównym bohaterem, szczególnie, że jego losy tak dramatycznie rozgrywają się przez całą fabułę i wręcz pragnę, żeby wreszcie stało się coś mocnego! A nie rozmemłane, jedno wielkie pytanie CO DALEJ?

Uf. Ulżyłam sobie. Zaczęłam od końca, dosłownie, ale ulżyłam sobie, bo otwarte zakończenie to chyba jedyny tak wyraźnie zauważalny mankament tej powieści. A ja naprawdę nie znoszę tego typu zakończeń i gdy się pojawiają, mają naprawdę ogromny wpływ na finalny odbiór danego tytułu. Ale wygadałam się, nie lubię tego, dla mnie to mega minus, finito. Teraz czas na coś dobrego, bo przecież niczego Wybacz mi, Leonardzie nie brakuje. Wręcz przeciwnie, naprawdę piękna opowieść z modnego ostatnio gatunku Young Adult. Takich powieści młodzieżowych nam trzeba (btw że ja dalej czytam książki dla nastolatków, to jest coś - może mam już kryzys wieku średniego w wieku 24lat?), bo poruszają realne, dojrzałe problemy, z którymi wiele dzieciaków musi się borykać każdego dnia, często szukając rozwiązania w tragicznych sposobach. Owszem, jest trochę w stylu Johna Greena, czyli mamy nieprzystosowanego do życia wśród rówieśników dziwaka o lekko psychopatycznych skłonnościach, ale muszę przyznać, że Leonarda Peackocka dla się lubić. Czasem mnie przerażał, ale bardzo podobała mi się jego dojrzałość i dystans wobec innych rówieśników, jego zdolność obserwacji i wyciągania wniosków, a przede wszystkim chęć bycia innym, chęć podążania własną drogą. Znalazłam w niej kilka fragmentów godnych zapamiętania, do których chciałabym wracać w gorszych momentach. 

To jedna z tych powieści, które bierzesz do ręki, skupiasz się na lekturze i nagle okazuje się, że za Tobą już połowa książki, bo tak szybko i przyjemnie się ją czyta, że nawet nie zauważyłeś, jak błyskawicznie minął Ci przy niej czas. Książka niby młodzieżowa, więc na starcie skazana na odrobinę lekceważenia ze strony czytelników. Ale nie powinna być lekceważona. Powinna być zauważona.

Gdyby tylko nie to otwarte zakończenie...   

po czym poznać kiepską książkę?

Pamiętacie jeszcze tekst po czym poznać dobrą książkę? Zapowiadałam w nim, że przyjdzie czas na zmierzenie się z kiepską książką i wyobraźcie sobie, że ten czas nadszedł właśnie TERAZ! Cieszycie się? Bo dzisiaj możecie poznęcać się nad gniotami, które mieliście wątpliwą przyjemność czytać. 

Smutne jest to, że kiepską książkę łatwiej spotkać niż tą dobrą. Taką wiecie, dobrą z prawdziwego zdarzenia, dla której zrobicie ołtarzyk i będziecie ślinić się na widok jej okładki za każdym razem, gdy zauważycie ją kątem oka. A te słabe gnioty czasem mają tak, że mnożą się jak grzyby po deszczu i gdy chcesz wreszcie przerwać ten maraton miernoty, trafia się następna, którą masz ochotę wyrzucić za okno. Pytanie tylko, co czyni ją taką kiepską? Zerknijcie na moją listę i dodajcie coś od siebie :)

- nuda, nuda i jeszce raz nuda - no powiedzcie sami, chyba nie ma nic gorszego, niż nudna książka. Taka, co Cię męczy, dręczy, wypruwa flaki przy czytaniu, a końca rozdziału dalej nie widać, nie mówiąc już o końcu książki. I ciągnie się to, i ciągnie w nieskończoność, a Wy macie ochotę wyrwać sobie włosy z głowy, byle tylko nastąpił wyczekiwany koniec tej męczarni. O dziwo, nie dzieję się tak tylko z lekturami szkolnymi (przy okazji przyznam się, że jak bardzo kocham czytać książki wszelkiej maści, tak nieznoszę czytać lektur!)


- beznadziejne postaci - takie, które macie ochotę udusić, wypatroszyć żywcem i jeszcze spalić na stosie, dla pewniejszego efektu. Ciarki mnie przechodzą, jak trafiam na głupią główną bohaterkę, która wkurza mnie każdym zdaniem, które wypowiada. Albo gorzej, gdy to ona jest narratorką całej powieści (patrz: Sookie Stackhouse) i non stop musicie męczyć się z jej durnymi myślami. Przecież to przyprawia o fizyczny ból. Albo kobiety-bluszcze, które uwieszają się na swoim facecie i nie mogą bez niego nic zrobić. I takie to nieporadne, takie zagubione, takie rozmemłane, że masz ochotę kopnąć w zadek, żeby jedna z drugą wzięła się w garść. Można też trafić na bohatera absurdalnego, który swoim zachowaniem będzie doprowadzał do szewskiej pasji, bo będzie robić wszystko inaczej niż podpowiadałby zdrowy rozsądek. A Ty siedzisz z książką w ręce i niemal krzyczysz, jak większość ludzi oglądając uciekającą panienkę w horrorze: nie rób tego! Co do lasek, jest jeszcze jeden typ, który mnie wpienia, a mianowicie te napalone i niewyżyte, które widząc każdego faceta na swojej drodze, rozbierają go w myślach i zabierają ze sobą do łóżka. Też w myślach, bo na nic więcej je nie stać.


- przesadna wulgarność i ordynarność - trochę związana z ostatnim typem wkurzających bohaterów. Ani trochę nie podoba mi się to, kiedy w książka naładowana jest przekleństwami, bo czuję się jak na polu minowym. Jasne, przekleństwa w niektórych momentach są nawet i wskazane, ale gdy w tekście co rusz lecą jakieś panie na k* i panownie na ch*, to cierpnę. Czuję się wtedy gorzej, niż kiedy przechodzę obok osiedlowego sklepu i ekipy Mietków i Januszów soczyście sklinających sobie do trzymanej w ręku flaszki z tanim winem. Ludzie, miejcie umiar. To samo tyczy się ordynarnych i wulgarnych opisów, np. scen erotycznych. Za tanie porno w wersji papierowej dziękuję i robię w tył zwrot. 


- oklepane / schematyczne / wielokrotnie powtarzające się motywy - kwestia, która często pojawia się, gdy w modzie jest jakiś konkretny typ książek. Był czas na paranormal romance, był czas trójkątów miłosnych, do porzygania. Teraz znowu mamy czas dystopii i co rusz towarzyszy mi uczucie deja vu czy ja tego przypadkiem już nie czytałam? Jedni się inspirują, drudzy ostro zżynają, a Ty się człowieku męcz!


- zakończenie - które rujnuje całą książkę. Dla mnie koszmarem są też otwarte zakończenia, z nutką niedopowiedzenia, gdzie czytelnik sam może sobie dopowiedzieć, co stało się z bohaterami, decydując o ich losach. Nie otwartym zakończeniom. I nie dla tych, które są rozczarowaniem!


- chcesz o niej jak najszybciej zapomnieć - kompilacja wszystkich powyższych punktów. Książka była tak beznadziejna, że masz ochotę wymazać z pamięci każdą minutę, którą spędziłeś na jej czytaniu. Turbo kombo wszystkiego, co najgorsze w lekturze. Najlepiej wyrzucić takiego gniota gdzieś daleko, spuścić w klozecie albo zrobić z niego wycieraczkę. Do tego może się lepiej nada, skoro do czytania nie nadaje się wcale. 


A co według Was czyni książkę beznadziejnie kiepską? Macie swoich faworytów w tej dziedzinie? :D

Szukając Alaski - John Green [Bukowy Las, 2013]

Wyszło szydło z worka. John Green wcale nie jest taki fajny, jak początkowo mi się wydawało. I jestem zdruzgotana tymże faktem. Choć nie, w sumie to nie. Bardziej rozczarowana tym, że póki co Zielony nie powtórzył swojego epickiego sukcesu, który przyniosła mu Gwiazd naszych wina. Bo ani Papierowe miasta mnie nie zachwyciły w żaden sposób, ani zbiór W śnieżną noc mnie nie powalił na kolana, a teraz jeszcze Szukając Alaski. Póki co 3:1 na niekorzyść Greena. Będąc radykalnym w osądach, bez bawienia się w połówki punktów i litowanie się. Panie Green, przegrywasz Pan. A do tego wszystkiego, zajeżdżasz Pan schematami. Nieładnie!

Schematami, no właśnie. Mam wrażenie - oprócz Gwiazd naszych wina - że Green uczepił się jednego schematu fabuły i na jego postawie tworzy swoje powieści. No bo zobaczcie, tak jak w Papierowych miastach, w Szukając Alaski znów spotykamy się z dziwnymi dzieciakami, nastolatkami nad wyraz dojrzałymi emocjonalnie, co w dzisiejszych czasach jest ewenementem, mam wrażenie. Poza tym, cytują wiersze, dorosłe powieści i ostatnie słowa zmarłych ludzi. Który nastolatek to robi? Tylko ten dziwny, patrząc typowo stereotypowo. Więc Green zawsze obiera sobie na bohaterów dzieciaki specyficzne, które można brać za dziwaków i wyrzutków społeczeństwa, którzy przyjaciół znajdują sobie w równie pokręconych kumplach. Ale jest też super popularna, mega seksowna dziewczyna, którą wszyscy uwielbiają, nasz dziwny i fajtłapowaty główny bohater oczywiście się w niej skrycie podkochuje, a ona ma tyle problemów z życiem i sobą samą, że chce ze sobą skończyć, najpierw zasypując wszystkich tajemniczymi tekstami wypluwanymi spontanicznie podczas rozmowy. Tak z dupy. Po prostu.

Prócz schematycznych bohaterów (fajtłapowaty dziwak vs seksowna szkolna gwiazda), musimy borykać się również z powtarzającą się fabułą. Bo zarówno w Papierowych miastach, jak i w Szukając Alaski, głównym motywem oczywiście jest rozkwitające uczucie pomiędzy naszą dziwną parką, przeplatane z pogonią za pokręconym sposobem myślenia naszej super gwiazdy w wersji żeńskiej. Bo zarówno Margo, jak i Alaska mają coś nie tak z głową i chcą ze sobą skończyć, dlatego uciekają, bądź znikają w innych okolicznościach, a zadaniem naszego etatowego fajtłapy - Quentin lub Miles (Klucha) - jest rozszyfrowanie, co do cholery jasnej, siedziało w głowie ukochanej, szukając wskazówek w zainteresowaniach dziewczyn. I motyw ten pojawia się w obu książkach. Zmieniają się tylko imiona bohaterów i okoliczności towarzyszące - szkoła publiczna vs szkoła z internatem, sposób zniknięcia dziewczyn czy finalne rozwiązanie zagadki zaginięcia, czyli naprawdę niewielkie szczegóły, które różnią obie te książki.


Więc fenomen Johna Greena gdzieś się ulotnił, a zamiast tego, został swąd schematycznego powtarzania fabuły do upadłego, zmieniając tylko kilka elementów, żeby nie było. Ale jest. Widzimy to, Panie Zielony, żeś wdepnął w powtarzalne motywy i dobrze, że chociaż na chwilę z nich wybrnąłeś (choć też nie całkiem, trzeba przyznać, bo Hazel i Gus też nie należą do typowych nastolatków, ale u nich jest trochę inaczej, bardziej zrozumiałe jest dla mnie, że to oni są takimi dziwnymi wyrzutkami społeczeństwa, ze względu na swoją chorobę. Reszta natomiast wydaje się być typowymi nastolatkami tylko z pozoru). Przede mną jeszcze Will Grayson, Will Grayson i 19 razy Katherine, więc zobaczymy, jak Zielony sobie dalej radzi, póki co jest słabo. I jak widzę na okładce książki napis kultowy pisarz amerykański to trochę się śmieję pod nosem, bo tak łatwo kogoś wynieść na piedestał, choć w gruncie rzeczy nie ma się ku temu powodów. Nic no, pozostaje mi liczyć, że inne powieści Johna Greena będą bardziej w stylu Gwiazd naszych wina, czyli zmiażdżą mnie emocjonalnie, a nie, doprowadzą do znudzonego grymasu. 

A jak Wasze doświadczenia z powieściami Johna Greena? Też zastanawiacie się, skąd wziął się jego fenomen?