Eleonora i Park - Rainbow Rowell [Moondrive, 2015]

Nastoletnia miłość. Tak, to były czasy. Wspomnienia, które przywołujesz w myślach z rozmarzonym uśmiechem, który za chwilę zmienia się w zmieszany grymas zawstydzenia, sprawiający, że znów chcesz zapomnieć na kilka dobrych lat, co udało Ci się zmajstrować będąc nastolatką pozbawioną rozsądku. I wciąż tłucze Ci się w głowie pytanie jak JA mogłam to zrobić? jak JA mogłam być tak naiwna i głupia? Cóż, przywilej bycia młodym, powiadają. Czasem człowiek chętnie wraca do tych beztroskich, niezobowiązujących chwil, które przyszło mu przeżyć. Najchętniej do tych, które wywołują lekki uśmieszek na ustach i skłaniają do myślenia ale było fajnie. Właśnie takie emocje wywołała we mnie powieść Rainbow Rowell Eleonora i Park

Wiecie, że miałam wątpliwości, co do tej książki? Cóż za nowość, powiecie, to nie pierwszy raz! Tak, czasem udaje mi się złapać dystans do nowości, dzięki któremu udaje mi się zacząć czytać książkę z obojętnością. I wiecie? To ratuje mi dupę, bo wtedy nie mam wygórowanych oczekiwań, nie myślę o tym, co chciałabym przeczytać, nie wyobrażam sobie, jak ja chciałabym widzieć tę powieść. Zaczynam od zera. I zazwyczaj właśnie wtedy powieść wygrywa i mnie zachwyca. Nie inaczej było w przypadku tego tytułu. A byłam święcie przekonana, że nie dam się omotać jakiejś historyjce dla nastolatków - przecież to nie pierwsza książka o nastoletniej miłości, którą przyszło mi czytać, do tego jestem już trochę stara, bardziej doświadczona, więc tym bardziej mnie nie ruszy jakieś ckliwe gadanie. I tu się grubo pomyliłam. Bo mnie ruszyło. Ruszyło mnie tak, że popłakałam się na koniec książki. Tak, jestem mięczakiem. Ale kocham Eleonorę i Parka. Choć Eleonorę trochę mniej!

Dawno nie czytałam tak przyjemnej, ciepłej i rozczulającej książki. Przez większość czasu myślałam sobie, jaka ta powieść jest urocza i wyglądałam mniej więcej tak:


Od razu przypominały mi się moje pierwsze zauroczenia i zakochania. Obsesje na punkcie chłopaków. Nadinterpretacje każdego słowa i gestu. Wyolbrzymianie i analizowanie każdej spędzonej chwili, przegadanej rozmowy. Człowiek był kiedyś taki rozczulająco naiwny. Pewnie do teraz trochę jest. Ale co tam, przecież czasem fajnie poczuć taki młodzieńczy, beztroski poryw uczuć, prawda? 

Ale ta książka wcale nie jest tylko urocza i rozczulająca. Jest również niezwykle poruszająca, bo Rainbow Rowell świetnie udało się przedstawić nastoletnie rozterki. Całą gamę kompleksów, które dręczą każdego z nas w tym wieku. Brak wiary w siebie. Szukanie własnego ja. Tym łatwiej jest nam się utożsamić z głównymi bohaterami, czyli z Eleonorą i Parkiem. Mnie osobiście Eleonora okazała się być bardzo bliska, z całym swoim bagażem wątpliwości, przede wszystkim wobec samej siebie, ale również wobec innych, którzy darzyli ją sympatią. Dziewczyna tak bardzo wątpiła w swoją urodę, w siłę swojego charakteru, że ze złością przyjmowała komplementy, uważając je za zawoalowane podśmiewanie się. Skądś to znam. Rozumiem również zachowanie Eleonory wobec Parka, to, jak często go odrzucała, gdy ten był dla mniej miły, troskliwy i niesamowicie kochany. Wiecie, ilu fajnych facetów odrzuciłam, bo myślałam, że są dla mnie za dobrzy, a ja przecież nie zasłużyłam na nic dobrego? Dobrze, że pięć lat temu trafiłam na tego najfajniejszego i nigdzie go już nie wypuszczam ;)  Wszystko to wynikało z braku poczucia własnej wartości, z którym wielu ludzi boryka się nie tylko w latach nastoletnich. Trochę utożsamiłam się z Eleonorą również z innych powodów. Może nie była dojrzała (ale powiedzmy sobie szczerze, jaka dziewczyna jest dojrzała mając 16 lat?), ale potrafię zrozumieć jej motywy i zachowanie, które dla niektórych wyglądały jak obojętność wobec Parka. A jeśli już o chłopaku mowa, to jemu również nie można odmówić charakteru i wyjątkowości. Eleonora i Park to naprawdę świetna para, dzięki której możemy przypomnieć sobie, jak ciężkim okresem jest dorastanie. Jak wiele w tym czasie rozterek i wątpliwości, z którymi trzeba się borykać. Jak wiele pojawia się prawdziwych problemów, nie tych wyimaginowanych, w stylu co na siebie włożyć, żeby ładnie wyglądać dla chłopaków, a przede wszystkim dla wrednych dziewczyn.


Powieść Rainbow Rowell w całej swojej ciepłej otoczce, w całym swoim rozczulającym uroku, jest też powieścią niesamowicie dojrzałą i poważną, poruszającą trudne tematy, skłaniającą do myślenia. W żadnym wypadku nie jest to jakaś pusta historyjka o zakochanych nastolatkach, które na siłę szukają sobie problemów, bo im się nudzi. Nie. Tutaj problemy są realne. Są trudne do rozwiązania dla nastolatków, gdyż czasem trudno walczyć jest z siłą dorosłych. To piękna historia o walce z przeciwnościami losu, walka o własne ja i poczucie tego, że jest się wartościowym człowiekiem. Walka o piękną, dojrzałą miłość. Dzięki tej książce otrzymałam niesamowity ładunek pozytywnych emocji. Dużo myślałam o tym, jak cudownie jest kochać i być kochanym. Jak wspaniale jest poznawać drugiego człowieka, jak fantastycznie jest być zakochanym, tak młodzieńczo i radośnie. Piękna książka, dziękuję za nią autorce i losowi, że mogłam ją przeczytać. Z chęcią do niej wrócę, bo grzechem byłoby nie wrócić do historii, która skłoniła mnie do łez :)

Blackout - Marc Elsberg [Wydawnictwo W.A.B.]

Potrafisz wyobrazić sobie dzień bez prądu? Meh, jeden dzień bez prądu to pikuś, myślisz sobie. Mogłoby być nawet fajnie. Nie trzeba iść do szkoły, nie trzeba iść do pracy, bo przecież nic nie działa. Przeżyjesz te 24 godziny bez wysuszenia włosów, bez oglądania telewizji, bez komputera i internetu, bez kawy z ekspresu i tych wszystkich udogodnień. Jeden dzień to nie tak dużo. A co powiesz na 3 dni? 7 dni? 14 dni? Brak internetu i kawy z ekspresu stanie się zwykłą bzdurą, gdy okaże się, że z kranu nie płynie woda, nie ma ogrzewania, nie ma jak zjeść ciepłego obiadu. Nie działają banki, więc zostajesz bez pieniędzy. Nie działają też sklepy, więc nie kupisz sobie nic do jedzenia, nawet jeśli udało Ci się wygrzebać resztki oszczędności ze skarbonki czy skarpetki. Szpitale działają na awaryjnym zasilaniu, więc módl się, żebyś nie potrzebował wtedy pomocy. Wytrzymasz 3 dni, może wytrzymasz i 7, ale pomyśl, co będziesz czuł, gdy od kilku dni nie uda Ci się umyć, nie uda Ci się spuścić wody w toalecie, nie uda Ci się zjeść, nie uda Ci się nic. Bo nie ma prądu. A gdzieś tam urzędnicy i ludzie na wysokich stołkach siedzą sobie w cieple, mając co jeść, mając gdzie się umyć, tylko dlatego, że są ważni, lepsi. Wytrzymasz? Tylko sobie wyobraź. 

Przyznajcie, że wizja jest tym bardziej przerażająca, im bardziej sobie to wyobrażacie. I ta totalna bezsilność, z którą nikt nie może sobie poradzić, bo awaria prądu nie jest zależna od nich. Ty myślisz tylko o tu i teraz, o tym, że brakuje wody, jedzenia, ogrzewania - elementów potrzebnych do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Pomyśl jednak o długoterminowych skutkach tak długotrwałej awarii prądu w całej Europie. Tak, w całej Europie! Wszystkie szpitale, wszystkie banki, wszystkie sklepy, bez prądu. A pomyśl jeszcze o elektrowniach atomowych, które również nie mają prądu niezbędnego do chłodzenia nieużywanych reaktorów. Brak energii zwiastuje tylko jedno - poważne kłopoty dla nas wszystkich.

Wizja jest przerażająca. I gdy tylko sobie pomyślę o takiej możliwości, mam ochotę wybudować sobie schron z niezależnym agregatem prądotwórczym albo chociaż piecem, który daje ciepło, z wielkimi zapasami żywności i wszystkim innym, co może się przydać na taką ewentualność. Dlatego z taką chęcią i ciekawością sięgnęłam po Blackout, który opowiada o właśnie takiej ewentualności - brak prądu w całej Europie.. i nie tylko!

Spodziewałam się, że książka Marca Elsberga wprawi mnie w jedno wielkie przerażenie i wstrząśnie mną do żywego. Jak bardzo się przeliczyłam. Przez pierwsze 400 stron wyglądałam mniej więcej tak:


Czekałam i czekałam, aż wreszcie coś się wydarzy. Przecież nie ma prądu w CAŁEJ EUROPIE! Coś musi pójść nie tak! Gdzie problemy zwykłych ludzi? Ciągle tylko fachowe gadanie, sytuacja przedstawiona z perspektywy władz i wysoko postawionych ludzi. Gadanie, gadanie, gadanie. Ciągle tylko gadanie! Z jednej strony ciekawie zobaczyć, jak pracują władze w takich kryzysowych sytuacjach (głównie próbując zatuszować problemy przed obywatelami, bo lepiej nie informować innych, że jest się w czarnej dupie, że chyba mamy globalny atak terrorystyczny i w sumie to nie wiadomo ile to jeszcze potrwa, kiśnijcie więc ludzie sami, radźcie sobie sami, a my posiedzimy w ciepełku i podebatujemy jeszcze przez kilka godzin). Ale cholera jasna, czemu to tyle trwało! Ponad 400 stron czekałam, aż w końcu akcja się rozkręci i autor postanowi pokazać trochę inną perspektywę całej tej awarii, czyli ludzi, zwykłych obywateli i to, w jaki sposób sobie radzą. Przez pewien moment myślałam, że rzucę Blackout do kąta, bo jak się okaże, że zmarnowałam tyle cennych godzin na te męczące i nudne 800 stron, to się chyba uduszę własną frustracją. 

Na szczęście nastąpił lekki przełom. Fantastycznie, coś się dzieje! Choć nie do końca... Wciąż gadają, wciąż fachowo i trochę niezrozumiale, ale mniej. Wreszcie więcej ludzi, więcej dramatycznych sytuacji na ulicach, w domach, w szpitalach. Dziękuję! Druga połowa szła mi już dużo lepiej, fabuła zaczęła się rozkręcać, wychodziło na jaw więcej faktów, które rzucały nowe światło na całą sprawę. Tak czy inaczej, książka sama w sobie dupy mi nie urwała, na co miałam ogromną nadzieję. 

Chciałam, żeby ta książka mnie przeraziła. Żebym chodziła skołowana przez kilka dni, mając  w głowie realizm tej sytuacji. Że w każdej chwili coś takiego może się wydarzyć i wtedy będę równie bezsilna jak ci bohaterowie, których losy udało mi się w niewielkim stopniu poznać. Liczyłam na to, że książka mnie sponiewiera i zostawi z otwartą gębą z niedowierzania. A w sumie przeczytałam ją i nic. Owszem, były emocje, ale liczyłam na większy ich ładunek, patrząc na motyw przewodni fabuły. Chyba bardziej przerażała mnie moja wyobraźnia. 

Nie wiem, nie jestem zadowolona z tej lektury. Nie jest zła, ani trochę. Brakowało mi po prostu emocji. Według mnie Blackout jest mocno przegadany, a mogło w nim być więcej zwrotów akcji, więcej napięcia, więcej stresu i ciar na plecach. A szkoda, bo zapowiadało się naprawdę emocjonująco. Cóż, bywa i tak.