PODSUMOWANIE KWIETNIA + LINK PARTY!


Tak to już jest, że czasem człowiek na tyłku usiedzieć nie może, więc non stop coś wymyśla. To samo jest z blogiem, non stop kombinuję, jak tu coś ulepszyć, poprawić, coś nowego dodać, by zatrzymać starych czytelników i zainteresować nowych. No i wpadłam na pomysł kolejnego podsumowania miesiąca, w trochę innej formie niż dotychczas. Od razu uprzedzam #FOTO MIESIĄC zostaje. A co znowu wymyśliłam? Otóż wpadłam na to, żeby raz w miesiącu podsumować posty, które ukazały się na blogu, żeby przypomnieć Wam, co takiego się działo, a przy okazji odgrzać kilka tematów, bo może coś komuś umknęło. 

Jednakże gwoździem programu macie być Wy, czytelnicy! Tutaj właśnie wychodzi kwestia tytułowego LINK PARTY. Otóż dzięki pewnemu narzędziu zwanemu InLikz to Wy będziecie mogli dzielić się ze mną i z innymi czytelnikami najciekawszymi postami z danego miesiąca :) Dzięki temu możecie znać innym, co się u Was działo, zachęcicie innych do odwiedzin, również mnie, a przy okazji pewnie skoczą Wam też statystki :D Mam więc nadzieję, że chętnie weźmiecie udział w tej linkowej imprezce :)

Zacznijmy więc od tego, co działo się na blogu w kwietniu - od razu uprzedzam, że numerków, statystyk, ilości przeczytanych książek nie będzie - nie bawi mnie to na innych blogach, więc i u siebie tego robić nie będę, takie podsumowania prowadzę sobie gdzieś na boku albo w zeszyciku. 


RECENZJE

#FRIDAY FIVE
  • 03/04/2015 -tapeta i wiosenne plakaty do pobrania, trochę rozwojowych artykułów
  • 11/04/2015 - minimalizm, narzędzia kreatywne, narzędzia do blogowania
  • 24/04/2015 - banki zdjęć, znów trochę rozwojowych artykułów

INNE

Teraz Wasza kolej! Chwalcie się, co na Waszych blogach ciekawego piszczało w tym miesiącu - wystarczy kliknąć w 'Add your link', wpisać kilka danych i gotowe :)


#FRIDAY FIVE - pięć piątkowych perełek


Jak to dobrze, że ten tydzień już się kończy. Znaczy się, ta robocza i pracująca jego część, bo przed nami wciąż jeszcze weekend, dla mnie tym razem znów wolny. Przyda mi się, bo cała jestem jakaś taka na nie i ble, i fuj i dajcie mi święty spokój ludzie, chce zwinąć się w kokon, idźcie wszyscy do diabła. Z pocieszeniem przychodzi mi myśl, że jutro ma być naprawdę ciepło i słonecznie - nawet nie wiecie, jak mi tęskno do takiego beztroskiego siedzenia na ławce w słońcu, mając wszystko w nosie, ciesząc się ciepłem nachodzącego lata. I wreszcie ze smakiem napiję się piwka w słońcu! Ok, dość mojego marudzenia, lecimy z #FRIDAY FIVE, bo tylko na tyle dzisiaj mnie stać:


1. Smartfonowy Savoir-Vivre - 19 zasad korzystania z telefonu - żyjąc w świecie, gdzie telefony są coraz częściej mądrzejsze od ich właścicieli, kiedy mamy te małe urządzonka niemal przylepione do dłoni przez 24 godziny na dobę, warto przypomnieć sobie, co wypada, a co nie. Bo niektórzy zapominają, drąc się w autobusie HALOOO! HALINKA, NIE SŁYSZĘ CIĘ MÓW GŁOŚNIEJ HAAALLOOOOO!

2. Co zrobić, gdy blogowanie nas przerasta - macie tak czasem, że macie ochotę rzucić bloga psom na pożarcie i zapomnieć o nim po wsze czasy. Jasne, że macie. Też tak czasem mam. Chyba nawet teraz. Kryzys. Załamanie. Egzystencjalny paw. Urszula Phelep powie Wam, co wtedy trzeba zrobić, żeby odgonić te paskudne myśli w kąt :)

3. Największe zbrodnie ludzkości - tradycyjnie musi być One Little Smile ;) Tym razem post z przymrużeniem oka, ale jakże prawdziwy w niektórych przypadkach. Bo jak można polewać całe frytki ketchupem?!


4. Komplementem w płot - czyli FabJulus o tym, że nie potrafimy przyjmować komplementów na klatę, tylko wymyślamy jakieś bzdury. Którym typem Halinki Ty jesteś?

5. Gdzie szukać ładnych zdjęć? - sama lubię korzystać z darmowych banków zdjęć, co by upiększać swoje posty, bo mnie bozia w tej kwestii talentem ani okiem nie obdarzyła. A tu (znów u One Little Smile) mamy porządny zbiór takich banków i stocków, z których można korzystać pełnymi garściami. Bierzcie i korzystajcie z tego wszyscy!

I tyle. Nie chce mi się nic, a jeszcze robota mnie czeka i siedzenie w biurze do 22. Więc idę nabrać sił, żeby przetrwać ten dzień. Myślę, że będę musiała nucić sobie I will survive albo znaleźć jakąś motywującą playlistę na Spotify - jakieś pomysły? :)

Trzymajcie się ciepło i miłego weekendu!

Przegląd Końca Świata. Blackout - Mira Grant [SQN, 2014]

Jak to mówią, wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Nawet fantastyczne historie o apokaliptycznym końcu świata pewnego dnia znajdą swój kres. Niestety, u mnie ten kres nastąpił całkiem niedawno, bo skończyłam czytać ostatni tom serii Miry Grant. Słyszeliście już o niej? Nie?! To co Wy tu jeszcze robicie? Do księgarni, ale już! Nawet jak nie lubicie zombie, to przeczytajcie. Osobiście od zombie trzymałam się z daleka przez długi, długi czas (tak jak w gruncie rzeczy powinno być). Z tych wszystkich nadprzyrodzonych kreatur i stworzeń kręciły mnie najmniej, choć trochę bardziej niż kosmici. Ale pewnego dnia postanowiłam spróbować. I wiecie co? Wpadłam po uszy!

Trochę mi smutno, że to już koniec. Bo mimo wszystko zżyłam się z bohaterami. To jest właśnie urok serii książkowych - poznajesz losy postaci na tyle, by poczuć z nimi swoistą więź, którą zrywasz z bólem i tęsknotą, kiedy przewracasz ostatnią stronę finałowego tomu. Niby możesz jeszcze do nich wrócić, ale wiesz, że to już nie będzie to samo. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, mówią. Może coś w tym jest. Zżyłam się z Shaunem i Georgem. Zżyłam się z ekipą Przeglądu Końca Świata. Wszak to także blogerzy, choć kompletnie z innego świata. Zżyłam się z nimi i będzie mi ich brakowało. To nic, odstawię swoich przyjaciół na półkę, by spoglądać na nich od czasu do czasu z sentymentem.

Mira Grant w ostatnim tomie serii nie zawiodła. Ok, prawie nie zawiodła. Ciut rozczarowała mnie otwartym zakończeniem, których nie znoszę, nie ważne jak dobra była lektura. Chcę stanowczego końca, a nie nadziei, że może być coś jeszcze, zastanawiania się, co się z nimi wszystkimi stało. Owszem, daje to możliwości dokończenia historii według własnego widzimisię, ale mnie nie potrzeba wyboru. Mnie trzeba porządnego trzepnięcia, potrząśnięcia, gdy kończę czytać ostatni rozdział. Ale prócz tego, Mira Grant nie zawiodła. Dostarczyła mi takich emocji podczas lektury, że szok. Ten akurat towarzyszył mi dosyć często, gdy autorka co jakiś czas wprowadzała zwroty akcji urywające cztery litery. Było kilka mocnych momentów, których kompletnie się nie spodziewałam, a które sprawiały, że zatrzymywałam się na chwilę i pod nosem mówiłam coooooooo?! Takie lektury lubię. Które wywołują emocje. Które zaskakują. Które nie są przewidywalne. I to dała mi Mira Grant.

Tak jak mówiłam na początku, jeśli jeszcze nie znacie tej serii, czas najwyższy ją poznać. Bo wcale nie jest to powieść typowo o zombie. Bardziej o ludziach i o tym, jak paskudni potrafią się stać w chwilach prawdziwego, globalnego zagrożenia. Że liczy się tylko dobro wpływowej jednostki, a nie uciśnionych tłumów, które czasem bywają mięsem armatnim. Dużo jest w tej serii polityki, spisków i prawdziwych tragedii, z którymi ciężko się pogodzić. Ponadto poczucie humoru, którym autorka obdarzyła zarówno główne postaci, jak i te drugoplanowe, jest bezbłędne. Uwielbiam ich sarkazm i nieskrywane szaleństwo. Tempo fabuły jest naprawdę zawrotne, do tego wszystkie te zwalające z nóg newsy i zwroty akcji, które niemal sprawiają, że zaczynasz obgryzać paznokcie z podekscytowania i nerwów. Żałuję, że to już koniec, bo to naprawdę dobra seria. I nie śmierdzi zgnilizną żywych trupów, o nie. Koniecznie musicie spróbować.

nastoletnie wyobrażenia vs rzeczywistość

Życie z całą pewnością pełne jest niespodzianek. Potrafi zaskoczyć. Przecież to my sami siebie ciągle zaskakujemy. Gdy przypomnę sobie, co miałam w głowie młodym dziewczęciem będąc, aż chce mi się śmiać z mojej naiwności i głupoty. Ach te nastoletnie wyobrażenia o dorosłym życiu. Pamiętam jak dziś moje zgorzknienie i zacięcie, gdy z wielkim przekonaniem mówiłam o swojej przyszłości. Że będę zadowoloną z siebie singielką z psem u swego boku, bo faceta wcale do szczęścia nie potrzebuję. Oczyma wyobraźni widziałam siebie siedzącą na kanapie albo przy biurku, z laptopem stojącym obok lampki czerwonego wina. Stopami dotykałam miękkiego grzbietu mojej biszkoptowej labradorki, gdzieś w tle słychać było cichą muzykę nagminnie przerywaną stukaniem w klawiaturę. Byłam święcie przekonana, że tak będzie wyglądało moje życie. Bez faceta, bo po co mi on. Wtedy naprawdę nie lubiłam płci przeciwnej. Gardziłam nimi odrobinę, przyznaję. Zbuntowana nastolatka, która myśli, że życie doświadczyło ją wystarczająco, by mieć takie a nie inne przekonania, a tak naprawdę gówno wiedziała o tym, co naprawdę może się jeszcze wydarzyć i jak bardzo może jeszcze dostać w dupę.


Teraz owszem, siedzę przy biurku, tak jak to sobie wyobrażałam. W tle słychać muzykę, przerywaną stukotaniem klawiatury. Zamiast kieliszka czerwonego wina mam miętowy kubek z gorącą herbatą. Stopami kopię w mały kosz na śmieci, który zamontowałam sobie pod biurkiem. Psa jeszcze się nie doczekałam. Ale w mieszkaniu faktycznie nie ma żadnego faceta. Nie dziś. Poza takimi dniami jak ten, jeden jest. Jeden jedyny. I nie wyobrażam sobie życia bez niego. Jestem narzeczoną, przyszłą żoną, choć jeszcze kilka dobrych lat temu splunęłabym instytucji małżeństwa w twarz z sarkastycznym pół uśmieszkiem i uniesioną brwią. Tylko kilka lat temu. Aż kilka lat temu.

Na jednym z wielu swoich blogów w tamtym okresie, o jakże dziewiczo niewinnej nazwie Panna Niepewna, z zaangażowaniem pisałam o tym, jak wyobrażam sobie moje życie. Z zadowoleniem pisałam jeszcze przed maturą, że będąc wreszcie studentką mam zamiar dojrzeć. Że chcę być bardziej kobieca. Bardziej dorosła. Że porzucę trampki i rozciągnięte bluzy na rzecz szpileczek i spódnic. Koniec z lookiem wymemłanej nastolatki, czas na sexy studentkę, która wie, czego chce od życia. Ha ha ha, byłam naiwna jak szlag. Czyżby dziewiętnaście lat było mi mało by poznać siebie by wiedzieć, że z tej pustej gadaniny nic nie będzie? Że przekibluję całe studia w swoich ulubionych bluzach, podkradając co większe bratu, miłośnie patrząc na każde trampki, które wpadły mi w łapy. Szpilki niechętnie ubierałam na egzaminy po cichu modląc się, żebym nie musiała biec na autobus, bo nie dość, że te buty, to jeszcze wąska spódnica, która ku uciesze mijających mnie kierowców, wciąż podjeżdżała mi pod tyłek. 


Ale przecież to ja, wchodząca w dorosłe życie, samowystarczalna sexy studentka, która w nosie ma facetów. Oj jak mi się teraz chce z tego śmiać, nie macie pojęcia. Gdyby dziewiętnastoletnia ja, miała okazję pewnego dnia zajrzeć w przyszłość by zobaczyć mnie teraz, dwudziestoczteroletnią, pewnie padłaby ze śmiechu na podłogę, wijąc się w bolesnych spazmach, nie wierząc, że można tak żyć. Bo wiecie, kiedy rozmawiałyśmy z dziewczynami o ślubie, ja byłam ostatnią, która chciałaby wyjść za mąż. Życie jest przewrotne, bo okazuje się, że jednak jestem tą pierwszą z całej naszej paczki. I cieszę się tym jak dziecko. Nie wiem, jak mogłam chcieć takiego życia, bo pewnie skończyłabym jako zgorzkniała, wiecznie niezadowolona z życia baba, samotna alkoholiczka hejtująca zakochanych w sieci, z nickiem AnonimowaZmierzlota. Za dużo czerwonego wina do stukania klawiatury. 

Dziś szpilki noszę rzadko, niemal od święta. Nie jestem też mieszkającą samotnie niezależną singielką głośno skandującą, jak beznadziejni są faceci. Nie pluję zakochanym w twarz, bo ciężko byłoby opluć gębę samej sobie. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa tu i teraz. Że cieszę się z tego, że ludzie jednak się zmieniają. Że los w kulminacyjnym momencie mojego życia postawił mi na drodze człowieka, który przewrócił je do góry nogami i to w bardzo pozytywnym sensie. Z radością myślę o nadchodzącym ślubie i przyszłości z ukochanym mężczyzną u mojego boku.  I dziękuję niebiosom, że zmądrzałam i dano mi okazję by pokochać i pozbyć się sączącego się zewsząd jadu, którym opluwałam wszystko i wszystkich dookoła. Przydało mi się trochę słodyczy na tę zgorzkniałą duszę, której się dorobiłam. Sugar? Yes, please!

#FRIDAY FIVE - pięć piątkowych perełek


Piątek, piąteczek, piątunio. Choć bądźmy szczerzy, jest już sobota, soboteczka, sobotunia. Dochodzi 4 nad ranem, więc piątek już dawno za nami. Ale #FRIDAY FIVE będzie mimo wszystko! :)

Co Ty razem? Lecimy!

1. Minimalizm nie dla każdego? - bardzo fajny tekst na Stuleciu Literatury o ślepej modzie na minimalizm, wymuszonym pozbywaniu się wszystkiego i naginaniu siebie do idei. Lubię to!

źródło
2. Blogerze! Narzędzia, które ułatwią Ci pracę - Patrycja dzieli się kilkoma fajnymi narzędzami, które przydatne są do blogowania :) Zajrzyjcie!

3. 11 ulubionych narzędzi do prac kreatywnych - tym razem nie narzędzia do blogowania, a narzędzia do prac kreatywnych od One Little Smile (tradycja!). Jeśli choć trochę siedzicie w tym temacie, również zajrzycie, bo można tam znaleźć kilka fajnych zabaweczek. Mnie osobiście bardzo spodobał się mini dziurkacz - sprawię sobie taki z całą pewnością :)

źródło

5. Lokomotywa w wersji obcokrajowców - wszyscy wiemy, że polski jest jednym z trudniejszych języków, więc słuchanie zmagań innych ludzi naprawdę może mocno ubawić :D

My - David Nicholls [Świat Książki, 2015]

Czasem po lekturze książki chce mi się krzyczeć. Chcę mi się drzeć, by oznajmić całemu światu, w jaki paskudny i beznadziejny sposób zmarnowałam kilka ostatnich godzin swojego życia. Kolejna randka w ciemno okazała się być klapą. Davidzie Nichollsie, wcale nie jesteś taki dobry, jak wszyscy mówią. Niestety, znowu mnie rozczarowałeś. Gdy przeczytałam Jeden dzień było dokładnie to samo, tylko ciut lepiej, o dziwo. Gdyby nie ekranizacja, odłożyłabym tę historię do lamusa, z wszystkimi innymi bardzo średnimi, o których zapominam już po pierwszych pięciu minutach po odłożeniu książki na półkę. Wiecie co jest tragicznie śmieszne? To, że przeczytałam My kilka dni temu i dzisiaj, siadając do tego tekstu, zapomniałam jak miał na imię główny bohater, nie wspominając już o innych, towarzyszących mu postaciach. I to raczej nie moja nie pierwszej świeżości pamięć. Raczej fakt, że znowu trafiłam na historię, która kompletnie nie zapada w pamięć.

Wyżej wspomnianym, głównym bohaterem - sprawdziłam, jest nim Douglas - uczyniono apodyktycznego, nudnego jak flaki z olejem, nieco niezdarnego i ciapowatego, ponad pięćdziesięcioletniego naukowca, który pewnego dnia obudził się z ręką w nocniku po kilku dobrych latach małżeństwa, kiedy to żona Connie postanowiła od niego odejść. Nie wspominając już o synalku, który na myśl o spędzeniu z ojcem kilku minut swojego cennego życia, ma ochotę popełnić samobójstwo. I uwierzcie mi, wcale nie cieszy się z wielkiego planu ratowania rodziny, na który wpadł Douglas - cudowna wycieczka po Europie tylko z rodzicami! Co z tego, że Albie jest już niemal pełnoletni i woli podrywać dziewczyny bez przyzwoitki w postaci wiecznie niezadowolonego ojca na karku. Nope, Douglas niczym przysłowiowy tonący, brzytwy się chwyta i próbuje odratować to, co przez tyle lat dzielnie zaniedbywał i niszczył. Tak, nasz główny bohater lwią część kłopotów, które właśnie mają miejsce w jego życiu, może zawdzięczać tylko i wyłącznie sobie. Brawo, Douglas, świetna robota!

Ok, nie jest tak źle, jak opisałam to wyżej, ale naprawdę jestem rozczarowana tą lekturą. Ciężko przebić się przez pewien mur, który został utworzony przez głównego bohatera, którego nie da się lubić, bo od początku budzi w człowieku niechęć. Swoją drogą to zadziwiającego, że Douglas potrafi być jednocześnie niezdarnym i nieporadnym ojcem i mężem, który totalnie nie ogarnia życia i wszystko (nawet miłość do własnego dziecka) próbuje upchnąć w naukowe schematy i definicje (co może rozczulać i rodzić odrobinę sympatii do niego), żeby za chwilę zamienić się w nudnego, jędzowatego i niewdzięcznego faceta, którego ma się ochotę kopnąć w zadek i posłać do diabła. Bo kto by chciał mieć takiego tatusia, który w twarz mówi Ci, że się Ciebie wstydzi. Nie, dziękuję, wychodzę!

źródło
Owszem, widzę to, co chciał przekazać Nicholls. I to doceniam. Bo gdzieś między wierszami próbował czytelnikowi pokazać, że małżeństwo jest naprawdę ciągłą pracą nad sobą samym, nad drugim człowiekiem, nad uczuciami, nad zachowaniem, nawykami, etc. Związując się z drugim człowiekiem, jest się za niego w pewien sposób odpowiedzialnym. Nie jesteśmy już dłużej samotnym okrętem na wielkim morzu życia, teraz trzeba podejmować decyzje słuszne dla dwojga. Czasem bywa ciężko. Czasem bywa beznadziejnie. Czasem ma się ochotę wszystko rzucić w kąt i odejść. Czasem ludzie się poddają. Czasem walczą dalej. Bo małżeństwo w pewnym sensie jest ciągłą walką. I nie walką ze sobą nawzajem, choć tak również bywa. Głównie jest to walka ze światem, z codziennością, z rutyną, z obowiązkami. Oczywiście, że są też dobre momenty i jest ich z pewnością wiele. Ale tych złych też nie brakuje i to najczęściej one najbardziej rzutują na przyszłość dwojga związanych ze sobą ludzi. I to gdzieś między wierszami Nicholls próbował pokazać. Tył książki jak zwykle okraszony jest notą wydawcy i krótkimi poleceniami innych autorów. Jeden z tych tekstów mówi tak: to idealna lektura dla wszystkich, którzy są ciekawi, czym tak naprawdę jest małżeństwo. Niestety, jest to tylko półprawda. Bo małżeństwo przedstawione przez Nichollsa jest tylko jednym z wielu możliwych opcji. Dodatkowo takim, które wcale nie skończyło się szczególnie pomyślnie. Myślę, że gdyby Connie, żona Douglasa, nie była od zawsze taką artystyczną, wolną i mocno liberalną duszą, skończyłoby się to dużo, dużo gorzej. Jedno jest pewne, warto wziąć sobie do serca to, co w książce jest bardzo wyraźne - trzeba o siebie dbać, troszczyć się i walczyć o siebie od początku do końca. W małżeństwie z happy endem nie ma miejsca na zaniedbanie, na przeświadczenie, że może się uda, że wszystko się jakoś samo ułoży. Nie, to Ty masz to ułożyć. Ty i Twoja druga połowa. Bo oboje jesteście odpowiedzialni za siebie i za swój związek. Bo jeśli to zaniedbasz, obudzisz się z ręką w nocniku jak Douglas.

Nie wiem, kompletnie nie przemówiła do mnie ta historia. Owszem, widzę co autor My próbował przekazać czytelnikowi, ale według mnie wyszło mu to bardzo nieudolnie. Główny bohater, który jest również narratorem całej fabuły, jest po prostu irytujący i ja osobiście nie potrafiłam go polubić, co znacznie utrudniało mi pozytywny odbiór treści. Poza tym sposób prowadzenia narracji był beznadziejny. Przeskakiwanie to w przeszłość, to w teraźniejszość bez wyraźnych znaków, gdzie czytelnik właśnie się znajduje, strasznie mnie gubiło. Do tego wszystkiego przeszłość i teraźniejszość działa się równolegle w tych samych miejscach (najpierw autor opowiada o rodzinnej wyprawie do Europy, by za chwilę wrócić do pierwszych lat Connie i Douglasa razem, gdy za młodu podróżowali po tych samych miejscowościach), więc tym trudniej było mi się połapać co, gdzie, kiedy i jak. Nie, nie i jeszcze raz nie. Tragicznie komiczna historia, z większym naciskiem na tragedię, bo te nieliczne momenty, kiedy uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy naprawdę ruszyło mnie serducho, naprawdę nie zrekompensują mi tych kilku godzin zmarnowanych na najnowszą powieść Nichollsa. A szkoda. Bo potencjał tlił się gdzieś w oddali, niestety zgasł szybciej niż udało się go rozpalić na dobre.

#FRIDAY FIVE - pięć piątkowych perełek :)



Witam wszystkich w nowym miesiącu! Piękną mamy zimę tej wiosny, nieprawdaż? Aż ma się ochotę wyciągnąć choinkę i śpiewać kolędy, gdy widzi się te zwały śniegu walące za oknem. Uwierzcie mi, jestem bardzo niezadowolona z tego faktu, bo już zdążyłam wyciągnąć z szafy moje nowiuteńkie, fioletowe trampki! Zamiast tego muszę wracać do zimowych trepów. Oh, well...

Tak czy siak, mamy piątek, Wielki Piątek, gwoli ścisłości, więc czas na pięć piątkowych perełek. Ostatnio nie było, siła wyższa, ale dzisiaj się z Wami czymś podzielę, a co :) Zapraszam!

źródło
1. Tapeta na kwiecień - oczywiście, znów w swoim zestawieniu goszczę Pauline z One Little Smile. To już niemal tradycja :) Ale od jej cyklicznych tapet nie mogę się uwolnić i chętnie dzielę się nimi z Wami, może ktoś również się skusi :) Praktyczne, urocze, nic tylko brać!

2. 3 wiosenne plakaty do pobrania - tym razem My Pink Plum. Jeśli tak jak ja, lubicie wszelkiego rodzaju plakaty, obrazy, teksty, które można oprawić w antyramy i powiesić sobie nad biurkiem czy gdziekolwiek indziej, to zapraszam :) Magda ma w swojej kolekcji kilka innych plakatów do pobrania - o ile dobrze pamiętam, swego czasu dzieliłam się z Wami jej plakatami walentynkowymi ;)

3. O rozwoju blogosfery książkowej słów kilka - tekst na blogu Kawa z Cynamonem, który bardzo przypadł mi do gustu i w wielu kwestiach mówi o tym, o czym sama myślałam :) Pewnie sami spotkaliście się kiedyś z taki pseudo komplementami, które zamiast dodawać siły i motywacji, jeszcze bardziej dołują.

źródło
4. Komplementy, po których chcesz skoczyć z mostu - dzięki FabJulus trochę się pośmiałam, ale bardzo przez łzy. I wcale nie były to łzy wywołane śmiechem, niestety. 

5. Na co trwonisz swój czas i energię - bardzo ciekawy tekst u Kameralnej. Warto zerknąć i wziąć do siebie kilka cennych rad :)

A na koniec piosenka, która wyzwala we mnie sprzeczne uczucia, bo z jednej strony wstydzę się, że podoba mi się piosenka Taylor Swift, a z drugiej, jest tak bardzo energetyczna i pozytywna, że nie sposób się od niej uwolnić :D Powiedzcie, że na Was też tak działa!


Ciepłe pozdrowienia dla wszystkich, Smacznego Jajka i Mokrego Dyngusa i do usłyszenia wkrótce! :)

Książka pod tytułem - Robert Trojanowski [Wydawnictwo Kaktus, 2015]

Moda i szał na kreatywną destrukcję oraz książki, które książkami nie są wciąż trwa. Wszystko to zapoczątkowała Keri Smith dwoma publikacjami, które doczekały się polskiego wydania (Zniszcz ten dziennik oraz To nie książka). Potem przyszedł czas na kolorowanki i mazianki w różnej postaci, które również zaczęły przyciągać wielu ciekawskich. Okazało się, że mamy naprawdę mnóstwo ludzi łaknących kreatywnych działań. Jednakże mimo wszystko zarzuca im się, że wbrew założeniom i pozorom wcale nie skłaniają odbiorców do kreatywności. Tak czy siak, wciąż mają grono wiernych fanów, którzy zawzięcie wylewają swoje pomysły na papier. O dziwo, są pomysły naprawdę ciekawe i oryginalne. Na fali popularności Keri Smith chcą też płynąć inni, dlatego właśnie doczekaliśmy się również Książki pod tytułem, która korzenie ma właśnie w Polsce, a stworzona została przez Roberta Trojanowskiego.

Jakiś czas temu poproszono mnie, bym wzięła ten nowy twór w swoje niecne łapska i przetestowała go, a konkretnie pokreśliła, pogniotła, pocięła - w telegraficznym skrócie - zabawiła się nim. Swoją drogą, co to za czasy przyszły, że z taką dziką przyjemnością niszczy się książki - niepokojące! W związku z tym, że w pewnym sensie jestem fanką publikacji Keri Smith, nie stronię też od antystresowych kolorowanek, postanowiłam poddać się pokusie i zerknąć na rodzimy tytuł, który z założenia ma być tym, czym sami go uczynimy. Autor już od samego początku daje nam wolny wybór i pozwala nam zrobić ze swoim dzieckiem, co tylko zechcemy.


Ok, to działamy. Po przekartkowaniu kilku stron z poleceniami, z odrobiną zaskoczenia i rozczarowania pomyślałam: ups, to nie moja grupa wiekowa, czas zwijać żagle! Dlaczego? Wiele z nich dotyczy szkoły, nauczycieli, zabaw i czynności typowo dziecięcych. Więc ja w większości przypadków nie mam tu czego szukać, bo lata szkolne już dawno za mną. Ale właśnie z uwagi na ten fakt szczerze polecałabym ją rodzicom i ich pociechom do wspólnej, nieco zakręconej zabawy, gdzie można się wyżyć kreatywnie, dać upust dziecięcej wyobraźni i dzikim pomysłom. Nastoletni fani (i ci wiekowo wzwyż) mogą ją sobie darować, jeśli myślą o tym, żeby samemu się nią bawić, ale jeśli mają zamiar podarować ją młodszemu rodzeństwu, czy innemu dzieciakowi w rodzinie, zróbcie to śmiało! Osobiście jako dziecko uwielbiałam wszelkiego rodzaju łamigłówki, zagadki, ćwiczenia, które wymagały ode mnie pogłówkowania, kombinowania, dając mi przy tym ogrom zabawy. Myślę, że jeśli pomyślimy o takim zastosowaniu Książki pod tytułem będziemy mogli spędzić z dziećmi naprawdę fajny i wartościowy czas. Bo który dzieciak nie lubi się czasem powygłupiać i pobawić z rodzicami? 


Wracając jeszcze do samej zawartości tej publikacji, to jak najbardziej rozumiem zarzuty sceptyków tego typu książek, bo niektóre z poleceń w nich zawartych nie mają nic wspólnego z kreatywnością, chyba, że odbiorca postanowi się całkowicie zbuntować wobec nic i zrobi coś całkowicie nieoczekiwanego. Przy okazji mam wrażenie, że słowo polecenie od samego początku odarte jest z idei kreatywności, ale to może tylko moje odczucie. Wracając jednakże do Książki pod tytułem, to tutaj również znajdzie się kilka, powiedziałabym beznadziejnych, sugestii, które odbiorca powinien wykonać. Chociażby pokłóć się z książką - myślę, że jak ktoś Was zobaczy, drących się na bogu ducha winną książkę, niechybnie wylądujecie w psychiatryku. Ewentualnie na izbie wytrzeźwień, jeśli wcześniej zjedliście zbyt dużo kukułek.


Podsumowując, jestem na tak, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy odbiorcami tej publikacji będą dzieci (max. 13lat myślę). Jeszcze fajniej będzie, gdy tej zabawie będą towarzyszyć dorośli, czy to rodzice czy rodzeństwo - wydaje mi się, że wtedy pomysły i realizacje sugestii proponowanych przez autora mogą być jeszcze bardziej pokręcone. Innym odbiorcom radziłabym nie zawracać nią sobie głowy, bo to nie jest tytuł dla starszaków :)