#FRIDAY FIVE - pięć piątkowych perełek :)



I znów piątek! I znów #FRIDAT FIVE! A już za kilka dni podsumowanie miesiąca w zdjęciach, zobaczycie, co się u mnie działo w lutym:) Miała być recenzja kilka dni wcześniej, ale niestety, opuściła mnie wena i nie umiałam się zebrać do pisania. Mam nadzieję, że wkrótce nadejdzie zryw i naprodukuję wpisów na zapas :D

źródło

1. Wordmark.it - świetne narzędzie (przynajmniej ja tak uważam, zaraz Wam powiem dlaczego!), które pozwoli Wam na przeglądnięciu danego wyrażenia we wszystkich czcionkach, jakie macie zainstalowane na swoim komputerze. Dla mnie osobiście jest to bardzo przydatne narzędzie, bo często przelatuję listę czcionek manualnie, szukając tej jedynej idealnej, a co zajmuje kupę czasu. Wordmark.it mi go oszczędza, bo od razu widzę dane słowo czy zdanie w kilkudziesięciu opcjach, nie musząc klikać w nieskończoność :P

2. Trudna sztuka wyceniania zleceń - bo ludziom często trudno jest wycenić swoją pracę, szczególnie, jeśli traktują ją jako pasję. Tak czy inaczej, trzeba się spiąć i docenić/wycenić swoje umiejętności :) Jak? O tym na blogu Freelancerki. 


źródło

3. Narzędzia dla blogerów - jak sama nazwa wskazuje, polecam Wam artykuł z narzędziami przydatnymi do blogowania. Edytory tekstu, aplikacje, wtyczki, obróbka grafiki - naprawdę spora garść interesujących narzędzi, których możecie używać, by ułatwić sobie pracę na blogu.

4. Poranne rytuały, które wpłyną na Twój wygląd i samopoczucie - a tutaj coś od Fashionelki. Poranne rytuały, które warto wprowadzić do swojej codziennej rutyny ;)

5. Jakim typem osoby kreatywnej jesteś? - Ewelina Mierzwińska pomoże Ci zdecydować :) Osobiście nie potrafię się zidentyfikować tylko i wyłącznie z jednym z podanych, bo mam wrażenie, że pasuję odrobinę do każdego, ale to akurat nic nowego :) Niemniej jednak odnajduję siebie w tym zestawieniu. A Ty?


Miłego weekendu wszystkim! :)

#FRIDAY FIVE - pięć piątkowych perełek :)



Kolejny tydzień za nami, śnieg wreszcie zaczyna znikać, miejmy nadzieję, że już na dobre, bo bardzo, ale to bardzo brakuje mi słońca i wiosennej beztroski. Zima z całą pewnością ma swoje uroki, chociażby grzane wino i Boże Narodzenie, ale mimo wszystko przegrywa z ciepłem i zielenią wiosny i późniejszego lata. Jestem ciepłolubna i wyczekuję tego momentu w roku z wielką niecierpliwością, wreszcie poczuję w sobie trochę więcej życia, jak za oknem będzie zielono,  a nie szaro buro i mokro :) Ale dosyć o pogodzie, czas na pięć piątkowych perełek. Oto, co udało mi się wyłapać w tym tygodniu:


źródło
1. 14 sposobów na lepsze życie - proste, skuteczne i wartościowe. Mo wie, o czym pisze. A pisze pięknie i dosadnie. Więc nic, tylko czytać i brać sobie do serca te proste zasady na lepsze życie. Bo one naprawdę są proste :)

2. Pięćdziesiąt twarzy Greya vs Zmierzch - Qrkoko znowu strzela ciętym jęzorem niczym Grey swoim pejczykiem i pisze o tym, jak wiele Stephanie Meyer i E L James mają ze sobą wspólnego. Mimo tego że czytałam mnóstwo podobnych artykułów, ten czyta się z uśmiechem na gębie, bo dziewczyna potrafi fantastycznie pisać ;)



3. Zakładki do książek z sówkami - w tym tygodniu polecę siebie, a co! Zmajstrowałam takie fajne zakładki do książek, to się pochwalę :P Miała być tylko jedna dla mnie, a powstała cała rodzinka, która może jeszcze się powiększy, kto wie :) Poza tym wpadajcie tam częściej, bo fajne kartki kleję :D

4. Blog tłumaczki - bardzo lubię zaglądać na tego bloga, pewnie ze względu na moje wykształcenie i takie "zboczenie zawodowe". Zawsze chciałam być tłumaczką książek, a dzięki Avellanie mogę się przekonać, że to jednak jest naprawdę trudny orzech do zgryzienia, mimo że wydaje się całkiem inaczej :) 

źródło
5. Jak zrobić dobrą (i ładną) prezentację - cóż za niespodzianka, w zestawieniu znów pojawia się One Little Smile :) Tym razem z poradami na temat robienia prezentacji - Power Point już nie ma szans! :)

Na dziś to tyle, Wam życzę miłego i udanego weekendu, a sobie zdrowia, bo znów rozkłada mnie jakieś choróbsko, a przede mną jeszcze nocna zmiana :( Obym przetrwała! Trzymajcie się ciepło :)

jacy ludzie są dziwni..

Raz na jakiś czas przeglądam sobie sesje ślubne innych par. Wiecie, fotograf wybrany, więc czas szukać inspiracji na własną sesję. I tak przeglądam sobie setki fotek i myślę sobie, jacy ludzie są dziwni. I utwierdzam się w przekonaniu, że za cholerę nie mogę ich zrozumieć. Bo jak można chcieć robić sobie takie zdjęcia? Jak można chcieć taką pamiątkę ze ślubu? Chyba bym się ze wstydu spaliła po obejrzeniu tych zdjęć, a oglądając je za parę lat, od razu skoczyłabym do trumny i zakopała się pod ziemią. 

źródło

Bo po co komu ślubne zdjęcie, na którym panna młoda wali małżonka w twarz martwą rybą (może jednak była żywa i w tym tkwi urok tego zdjęcia)? Elegancka, piękna suknia, ślubna fryzura i ta śmierdząca ryba waląca pana młodego prosto w gębę! A może zdjęcie z plastikowym karabinem w dłoni na środku pola? Przecież to takie urocze. Z efektami nieudolnie dorobionymi w Photoshopie, stylizując się na bohaterów Gwiezdnych Wojen? Tematycznie, a jak. A co powiecie na potaplanie się w morskich falach w tej Waszej pięknej ślubnej kreacji, żeby za chwilę walnąć się na piasek niczym smutny waleń wyrzucony na brzeg, wyglądając jak komandos uwalany w błocie? Prawie romantycznie! Proponuję Wam jeszcze uroczy piknik nad stawem, gdzie para młoda z browarami w łapach uśmiecha się do aparatu. Bo swojsko i naturalnie. 

Widać, że zdjęcia są naprawdę jakościowo dobre, że robił je profesjonalny fotograf (albo ktoś z dobrym aparatem), ale te pomysły z dupy wzięte przekreślają wszystko. Z jednej strony myślę sobie wtedy, dobra ludzie, Wasze wesele i Wasze zdjęcia, róbta co chceta, ale z drugiej wciąż pozostaje myśl, że ludzie jednak są dziwni i chyba nawet nie chcę próbować ich zrozumieć. 

Mam tylko cichą nadzieję, że ani mnie, ani mojego Przyszłego Małżonka, ani tym bardziej fotografa, nie poniesie wyobraźnia tak, jak poniosła tych ludzi. Brońcie niebiosa od tak durnych pomysłów. 

#FRIDAY FIVE - pięć piątkowych perełek :)


Dziś będzie dużo miłości, bo jutro mamy Walentynki, czyli święto zakochanych. Osobiście nie jestem jego wielką fanką, raczej nie celebruję tego dnia w jakiś wyjątkowy sposób (zazwyczaj kończy się na pizzy i winku, czyli weekend jak wiele innych :D) i jestem zdania, że uczucia warto wyznawać sobie częściej, niż tego jednego dnia. Niemniej jednak, jeśli już coś planujecie i chcecie wyznać czy to swojej drugiej połówce uczucia, czy docenić przyjaciółkę czy przyjaciela albo powiedzieć mamie, czy rodzeństwu coś miłego, mam dla Was kilka uniwersalnych pomysłów z klasą, które udało mi się w tym tygodniu wyłapać. I nie martwcie się, nie będzie tylko i wyłącznie walentynkowo :)

źródło
1. Kupony miłości od One Little Smile - i znów w piątkowej piątce gości u mnie Paulina, a wszystko za sprawą jej fantastycznych projektów :) Kupony są gotowe do druku i prawda jest taka, że po lekkim zmodyfikowaniu okładki, można je użyć na każdą okazję (chociażby na urodziny), więc nie ma się co kurczowo trzymać tych walentynek ;) Możecie je wypełnić według siebie, własnymi pomysłami, jakie Wam tylko przyjadą do głowy.

źródło
2. Bileciki pełne miłości od Agaty - i znów gotowy do wydrukowania projekt, który można wykorzystać nie tylko 14 lutego. Agata sama zachęca do tego, by obdarowywać każdego, kogo się kocha, nie tylko najbliższego partnera :) Bileciki nadają się na inne okazje, do różnych prezentów, chociażby takich drobnych na co dzień :)

3. Album fotograficzny DIY od Jest Rudo - i znów Natalia, która co chwilę publikuje u siebie coś, czym warto się podzielić. Niedługo powiecie, że robię się nudna, bo ciągle Jest Rudo, ale co zrobić, gdy inaczej się nie da :D Natalia na swoim blogu zachęca do tego, by własnoręcznie zrobić album ze zdjęciami uwieczniającymi codzienność i momenty warte zapamiętania. Przekonuje, że nie trzeba do zrobienia takiego albumu wiele - czy materiałów czy zdolności - wystarczy odrobina podstawowych produktów, sporo miejsca i nieograniczona wyobraźnia. Osobiście jestem fanką takich album i pamiątek, wszak sama zmajstrowałam coś takiego na spontanie w segregatorze, pamiętacie - #FOTO SIERPIEŃ



4. Malowanie po numerach we dwoje - tym razem u Happyholic. Bardzo ciekawy sposób na spędzenie czasu we dwoje, ale nie tylko z partnerem! Bo przecież można taki wyjątkowy czas spędzić z rodzicem, rodzeństwem czy przyjacielem. Mnie osobiście bardzo podoba się ten pomysł, bo samemu (z niewielką pomocą sklepu Artimeno) można stworzyć unikalną i wyjątkową dekorację do mieszkania :) No cudo!

5. Dlaczego rękodzielnicy się nie cenią? - Qrkoko bardzo trafnie i dosadnie odpowiada na to pytanie. Ogólnie dziewczyna pisze z charakterem, więc zostaję u niej na dłużej, bo świetnych artykułów ci u niej dostatek :)

I to na tyle w tym tygodniu, bawcie się dobrze przez weekend i nie marudźcie na Walentynki, to tylko jeden taki dzień w roku! ;)

gdzie frustracja goni za hajsem, a pasja idzie własną drogą

Jakiś czas temu robiliśmy z Narzeczonym tournée po salach weselnych, co by znaleźć miejsce na celebrowanie jednego z najbardziej wyjątkowych dni w naszym życiu, naszego ślubu. I tak rozmawiając z tymi wszystkimi reprezentantami sal, uderzyła mnie pewna myśl, która nie dawała mi spokoju aż do dziś. Otóż nie mogłam pozbyć się wrażenia, że po ludziach od razu widać (nie powiem, że na pierwszy rzut oka, bo to trochę za dużo powiedziane), kto robi to dlatego, że lubi, a kto robi tylko dla pieniędzy.

źródło
Jasne, wszyscy musimy zarabiać. Mamona jeszcze na drzewach nie rośnie, z nieba też nie spada. Hello, Captain Obvious! I pewnie powiecie, że nie każdy może pozwolić sobie na to, żeby zarabiać na tym, co lubi robić. A ja spytam, dlaczego nie? Kto Wam zabroni? Kto Was powstrzyma? Pewnie sceptycy, którzy dawno zapomnieli, co to entuzjazm i pasja. Bach! Moje drugie imię - hipokryzja! - przecież sama nie robię w pracy tego, co lubię i co chciałabym robić. Przynajmniej umiem się do tego przyznać. To nie jest moja dream job i raczej nigdy nie będzie, ale przynajmniej gdzieś na boku, w wolnej chwili, pracuję na to, by choćby nawet za kilka czy kilkanaście lat robić to, co sprawia mi radość. Już teraz ją mam.

Ale przecież ja nie o tym. Miałam pisać, jak to na twarzach jednego i drugiego wypisana jest żądza piniądza, a na tych drugich gości szeroki uśmiech, a w oczach tlą się iskierki radości (sprostowanie - ten, kto dużo zarabia, wcale nie musi robić tego, czego nie lubi i odwrotnie, ten, co cieszy się robotą, wcale nie musi być biednym żuczkiem!). Łażąc z Narzeczonym po tych nieszczęsnych salach, rozmawialiśmy z różnymi osobami i naprawdę rozbieżność była ogromna. Bo był sobie Pan, u którego po kilku pierwszych zdaniach dało się wyczuć lekką frustrację i desperację, by złapać kolejnego klienta, żeby zebrać kolejne miliony monet za przyjęcie weselne. Problem w tym, że próbował nas przekonać bardzo nieudolnie, bo przede wszystkim to, co mówił, brzmiało bez przekonania. Klepane formułki, które recytował już pewnie niejednokrotnie, entuzjazm sięgający dna. Możemy zrobić tu wszystko, dekoracje jakie sobie tylko wymyślicie, kucharz ugotuje każde danie z całego świata, zespoły fantastyczne, nie do zaskoczenia, żona z dekoracjami nie do zaskoczenia, jesteśmy nie do zaskoczenia. Słyszeliście powiedzenie, że jeśli coś jest do wszystkiego, to znaczy, że jest do niczego? No i właśnie. Sala, o której opowiadał nam wymieniony Pan, początkowo była moim czarnym koniem. Bo oferta dobra, na zdjęciach wyglądało całkiem nieźle. Ale gdy przyszło do konkretnych rozmów, poczułam tylko rozczarowanie i stwierdziłam, że nie chcę tam już więcej wracać. Na sali wiało chłodem, tak samo jak od Pana przedstawiciela, który zimny niczym śledzik próbował sprzedać nam swoje usługi. 

źródło
Wciąż jeszcze pełni nadziei, postanowiliśmy pojechać, żeby zobaczyć kolejną salę. I tu spotkaliśmy się z kompletnie inną energią. Pani nie próbowała nas na siłę przekonać do tego, że mają najlepiej, że mają wszystko i załatwią wszystko, co tylko sobie wymyślimy, nawet gdybyśmy sobie zażyczyli wielbłąda tańczącego na środku parkietu. Wręcz przeciwnie, pełna entuzjazmu, z radosnym słowotokiem opowiedziała nam o sali, możliwym wystroju, menu, zasadach i ogólnej ofercie. Już po jej oczach było widać, że ją to kręci. Mimo tego, że jest to rodzinny biznes, a Pani wręcz mieszka na sali (w gruncie rzeczy obok, ale w każdej chwili może się na niej znaleźć w jakieś 5 minut), dało się wyczuć, że robi coś, co lubi, co sprawia jej przyjemność. Zaczęło się pokazywanie zdjęć na fejsbuku, wspominanie znajomych, którzy mieli wesele na tej samej sali, wymienianie wrażeń. Energia i entuzjazm tejże Pani były niemal zaraźliwe. I mimo tego że nie zdecydowaliśmy się na ten lokal, to wyszłam z tej sali z wielkim uśmiechem i myślą, że też chciałabym być takim człowiekiem. Zarażać swoją pasją, umieć pokazać, że to, co robię, sprawia mi ogromną radość. 

Czemu? Bo mamy tylko jedno życie i warto je spędzić tak, jak chcemy, a nie tak, jak wypada, jak sugerują inni, jak oczekują inni. Nikt, nie przeżyje Twojego życia z Ciebie, więc zrób to raz, a porządnie. Mówię Ci to ja, Kamila zakotwiczona w korporacji artystyczna dusza, która szuka samej siebie w wielkim świecie. Spróbujmy, bo radość i zadowolenie z tego, co się robi jest bezcenne. 

Cztery - Veronica Roth [Wydawnictwo Amber, 2014]

No i wreszcie go dorwałam. Zapchajdziura całej trylogii Niezgodna, czyli Cztery. Tylko po co Roth w ogóle napisała tę część? Po co ktoś ją wydał? Dla kasy, tylko i wyłącznie, bo jak dla mnie, innego powodu niż kasa tutaj nie ma. Cztery popłynął na fali popularności swojej sławnej dziewczyny Tris i sam postanowił stać się bohaterem jednego z tomów, w którym i tak sporo miejsca znalazła wybranka jego serca. Tylko czemu? Po co? Leo, why?! For money...

Można się łudzić, że Cztery miał wypełnić jakieś luki w treści, które niby znalazły się w trzech tomach, chronologicznie następujących po części najnowszej. Można się oszukiwać, że tom ten miał dostarczyć jakichś nowych informacji, detali, wrażeń. Można sobie wmawiać, że dzięki temu możemy poznać Tobiasa z innej strony. Można. Tylko po co? Naprawdę lubicie odgrzewane kotlety? Bo tym właśnie jest Cztery - odgrzewanym kotletem.

Próżno szukać w tej książce czegoś nowego, świeżego. Czytając Cztery miałam wrażenie, że kolejny raz czytam poprzedni tom trylogii, że znów wszystko się powtarza, że znów widzę oczyma wyobraźni to, co widziałam czytając Niezgodną, Zbuntowaną i Wierną. Ta książka ABSOLUTNIE nie wniesie niczego innowacyjnego w Wasze życie. Nie zmieni Waszego postrzegania tej fantastycznej serii, którą tak lubicie. Jest tylko wabikiem na fanów. Kolejnym sposobem na to, jak wyssać z nas kasę. Bo przecież chcesz doczytać kolejny tom, skoro jest częścią cyklu, prawda? Nie zostawisz go tak samemu sobie. Twoje oczekiwania nie są dla nikogo ważne, bo i tak dostaniesz ochłap w postaci takiego Cztery. Zjedz sobie swojego odgrzewanego kotleta i ciesz się. Ciesz się, do momentu, kiedy nadejdzie premiera ekranizacji kolejnej części, a później ta finałowa, którą (mogę się założyć!) podzielą na kolejne dwie, żeby wyssać z Ciebie więcej kasy. Biznes.

Smutne, bo jak już biorą za to miliony monet, to mogliby przynajmniej sprzedać coś na poziomie. Co nasyci nasz czytelniczy apetyt i zaspokoi oczekiwania. Mogliby chociaż dać coś świeżego, a nie opowiadać to samo, tylko innymi słowami. To nie jest wypracowanie na język polski, ściągane z internetu, na szybko poprawiane, żeby nie być posądzonym o plagiat, a które dajesz na odczepnego, żeby mieć święty spokój. Cztery, zawiodłeś mnie na całej linii. 

#FRIDAY FIVE - pięć piątkowych perełek :)


1. Zrób Swój Ślub - coś specjalnie dla tych planujących ślub. Blog prowadzi małżeństwo, piszą z własnego doświadczenia, więc możecie tam znaleźć wiele przydatnych artykułów, wskazówek i inspiracji. Sama korzystam i czytam wszystko, co publikują niczym pilna uczennica :D

2. Dzieciństwo w latach 90 - artykuł, który sprawi, że zatęsknicie za swoim dzieciństwem. Polecam też inne posty z serii "90s" - łza się w oku kręci.


źródło
3. Coś dla fanów sówek - oszalałam na ich punkcie :D
źródło
4. Tapeta na luty - z muffinką od One Little Smile - uwielbiam jej sezonowe tapety na pulpit! :)
źródło
5. Bank darmowych zdjęć od Jest Rudo - Natalia postanowiła podzielić się swoimi fantastycznymi zdjęciami i stworzyła bank zdjęć, gdzie za darmo możecie korzystać z nich do woli :) Pomysł bardzo fajny, a zdjęcia przepiękne! 


I to na tyle, jeśli chodzi o piątkowe perełki :) Miłego weekendu wszystkim, a ja idę walczyć z choróbskiem!

Whiplash - o przekraczaniu własnych granic [2014]

źródło
Są w dorobku naszej cywilizacji takie filmy, które na długo zostają w pamięci. Które sprawiają, że widząc napisy końcowe, nie biegniesz do wyjścia czy nie klikasz przycisku off by chwilę później zapomnieć, że w ogóle cokolwiek oglądałeś. Są takie filmy, które zostawiają Cię z pełną głową wątpliwości i pytań. Takie, które inspirują. Whiplash właśnie do takich filmów należy.

Sobotni wieczór i myśl, by coś obejrzeć. Może Whiplash właśnie? Tak bardzo polecany? Może nie utoniemy w rzece zachwytów i faktycznie obejrzymy coś wartego uwagi. Bez większych oczekiwań usiedliśmy więc przed telewizorem i zaczęliśmy oglądać. Od samego początku emocje sięgają zenitu. Od pierwszej sceny jest stres i ekscytacja zarazem. I wiecznie towarzysząca mi myśl: Fletcher to jakiś psychol. Z czasem jednak jego zachowanie zaczyna nabierać sensu, wciąż jednak budząc kontrowersje. Bo gdzie kończy się ta granica, przekraczając którą można na zawsze złamać człowieka i jego ducha? Nie przemawia do mnie idea przekraczania granic w tak brutalny sposób. Podziwiam Andrew za determinację, silną psychikę i talent przede wszystkim. Bo mam wrażenie, że ja już dawno rzuciłabym pałeczkami w Fletchera, wydrapała mu nimi oczy, a potem nadziałabym na nie samą siebie. Choć kto wie, może jednak poznałabym siebie z całkiem innej strony, może okazałoby się, że jestem silniejsza niż mi się zawsze wydawało. Wszak człowiek zna siebie na tyle, na ile go sprawdzono. I chyba do tego wszystkiego sprowadza się Whiplash.


źródło
Nie jest to film rozbudowany fabularnie. Wręcz przeciwnie, pod tym względem jest prosty i niezachwycający nawet. No bo co? Macie chłopaka, który chce być wielkim perkusistą i jego psychopatycznego nauczyciela, rzucającego krzesłami w innych. Andrew albo wytrzyma presję, albo się załamie. Tyle. Ale ładunek emocjonalny, jaki niesie ze sobą Whiplash to coś, wobec czego nie można przejść obojętnie. Ten film niesamowicie działa na człowieka i jego psychikę. Inspiruje. Daje kopa w tyłek. Poraża i zachwyca. Śmiem go określić jednym z najlepszych filmów tego roku, które miałam okazję obejrzeć. Tak, mimo tego że jest dopiero początek lutego i przede mną kolejne 11 miesięcy. Zasługuje na bycie w czołówce.

Dotarło do mnie również coś jeszcze - talent, nie jest czymś, czego można się nauczyć. Można być perfekcjonistą i ćwiczyć, dążyć do ideału, ale jeśli nie ma się w sobie tej iskry, nic z tego, zawsze będzie czegoś brakować. Talent nie jest do wyuczenia, talent jest do zazdroszczenia. Albo się z tym rodzisz, albo nie. I nie, nie twierdzę, że ktoś, kto chce spełniać swoje marzenia i będzie dużo ćwiczył niczego nie osiągnie. Ale nie osiągnie tyle i człowiek z prawdziwym talentem. Sad but true.


źródło
Idźcie do kina póki jeszcze możecie. Albo siądźcie na kanapie i też obejrzyjcie. Poczujcie na własnej skórze te dreszcze, które przyszło mi poczuć w trakcie filmu. Warto. Sam się przekonaj.

#FOTO STYCZEŃ czyli miesiąc w zdjęciach :)


Leci ten czas, oj leci. Wiem, powtarzam to za każdym razem, gdy podsumowuję miesiąc, ale często trudno mi uwierzyć, że to NAPRAWDĘ tak szybko zleciało. Przecież jeszcze niedawno były Święta, pamiętam jak dziś dzień zapach karpia i zupy grzybowej, a tu już 1 luty? Dajcie spokój. Ani się obejrzę, a będę żoną, jak tak dalej ten czas będzie śmigał! Ale póki co, ciii.. Na pewno będzie o tym jeszcze nie raz, aż się znudzicie :P 

Co do stycznia, to było raczej spokojnie, bardzo kreatywnie, co możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach oraz w większej mierze na blogu Kamyk Kreatywnie, na który serdecznie zapraszam :D Lecimy!


W styczniu często przyszło mi wstawać o 4.2o, a co za tym idzie, miałam ogromną okazję załapać się na cudowne wschody słońca, jak ten powyżej. Czułam wtedy, że czasem warto wstać niewyspaną :) W styczniu (i w grudniu również) obkupiliśmy się z Narzeczonym w nowe komplety kart do Dixit - teraz przez długi, długi czas nie będziemy mogli powiedzieć, że karty i skojarzenia się powtarzają (jeśli chcesz poczytać trochę więcej o grze zapraszam tutaj > klik! < ). Książkowo zaopatrzyłam się w nowość Greena i jedną z książek Pawlikowskiej, na którą długo polowałam. A za oknem zima!


Tak jak wspominałam, styczeń znów był bardzo kreatywny - Dzień Babci i Dziadka, urodziny Babci i kilka pierwszych zamówień, które wykonywałam z wielką radochą. Niżej jedno z nich, osiemnastkowy exploding box w stylu vintage :D



Strasznie spodobał mi się pomysł z umieszczeniem modelu malucha do pudełka - wykonanie też całkiem całkiem :D


A na koniec jeszcze miks z telefonu - kolejny wschód słońca, trochę mniej spektakularny, ale wciąż cudowny. Trochę książkowo - po dłuższej przerwie wróciłam do ulubionej serii Miecz Prawdy (cieszę się, że przede mną wciąż jeszcze tyle tomów, bo Narzeczony czeka już tylko na ten ostatni, który ponoć ma zakończył całość już tak definitywnie). A na koniec ja, jarająca się długością swoich włosów, a co! :D

I taki to był styczeń :) Zobaczymy, jak miną kolejne miesiące, jeśli tak, jak przypuszczam, to nie będzie brakowało nam emocji :) Miłej niedzieli!