O jednej takiej Cheryl, co doprowadzała mnie do szału [Dzika droga, 2015]

Czytając książki, trafia się na różne bohaterki. Trafiają się takie, które podziwiamy od pierwszych scen. Bohaterki, którym zazdrościmy. Kobiety, które bawią do łez. Takie, które przerażają swoją własną głupotą. Te, które traktujesz jak swoją dobrą przyjaciółkę. Są też takie, które doprowadzają Cię do szału. Do iście szewskiej pasji. Masz ochotę stanąć obok takiej bohaterki, żeby poczęstować ją soczystym policzkiem na opamiętanie. Do takich irytujących postaci należy właśnie Cheryl Strayed. Kobieta zagubiona, szukająca nowej siebie na szlaku Pacific Crest Trail (PCT). Kobieta, która na samotną wędrówkę po wyludnionych terenach zabrała porządne opakowanie prezerwatyw. Dziewczyno, naprawdę liczysz na dobre rżnięcie w lesie? Ogarnij się!

 Ludzie, jak ta kobieta mnie denerwowała. Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszyłam, kiedy Cheryl podróżowała sama, kiedy rozmyślała nad swoim życiem, nad małżeństwem, które zniszczyła (zgadnijcie dlaczego się rozpadło? tak, nasza główna bohaterka zdradzała swojego męża!) i kiedy opisywała przyrodę. Kiedy nie było wokół mężczyzn. Bo w momencie, w którym na horyzoncie pojawiał się osobnik z penisem, Cheryl wariowała. Istny wściek macicy ją dopadał. I nie ważne, że to jakiś nieogolony, śmierdzący facet, którego przypadkowo spotkała na szlaku. Nada się, a co! Ta kobieta non stop oceniała napotkanych mężczyzn w kategoriach ich aparycji i potencjalnego seksu. Jezu, życie Ci się sypie, już praktycznie w gruzach leży, a Ty myślisz o tym, żeby przelecieć tego przypadkowego kolesia? Serio?! Dlatego czasem nienawidzę pierwszoplanowej narracji. Bo jak się trafi taka beznadziejna bohaterka, to potem do ostatniej strony musisz siedzieć w jej głowie i słuchać tych wszystkich głupot, które jej się rodzą pomiędzy wypalonymi zwojami mózgowymi. Za dużo utleniacza, czy coś. 

Dzika droga to nie jest zła książka. Wręcz przeciwnie, jest to bardzo wzruszająca opowieść o podróży nie tylko jednym z najtrudniejszych szlaków turystycznych, ale przede wszystkim o podróży do wnętrza samego siebie, by odnaleźć to, co zgubiło się gdzieś po drodze. Trudne relacje Cheryl z rodziną, z jej matką, którą straciła i z mężem, którego tak podle zraniła, mimo tego że uważała go za wspaniałego człowieka, są niesamowicie poruszające. Ale Cheryl, jako postać jest tak strasznie irytująca, że zabiera całą przyjemność z lektury. Pod tym względem film jest lepszy, bo jednak narracja w większym stopniu oszczędza nam mentalną biegunkę głównej bohaterki. Ale wciąż jest to postać, którą albo się lubi albo się nienawidzi. Umyślnie nie powiedziałam tu kocha, no bo bez przesady, aż tak pozytywnych uczuć nie da się wobec niej żywić. Gdyby trochę utemperować popęd seksualny Cheryl, byłoby o niebo lepiej. A tak pozostał tylko szał, dziki szał. Ale PTC wydaje się być przepięknym szlakiem - gdybym nie była takim cykorem i fanem mojej strefy komfortu, może być się wybrała!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz