Wybacz mi, Leonardzie - Matthew Quick [MoonDrive, 2014]

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam w ofercie wydawnictwa nowość w postaci trzech przepięknie wydanych, kolorowych powieści Matthew Quicka, moja obsesyjna żądza posiadania przejęła nade mną kontrolę i wiedziałam, wręcz byłam święcie przekonana, że będą moje! Prędzej czy później, ale będą! Czas pokazał, że było to jednak później, ale za to udało mi się nawet załapać na promocję! Tym większa była moja radość, gdy przyszło mi rozpakować zawartość, żeby ujrzeć fantastyczne okładki Wybacz mi, Leonardzie, Niezbędnik obserwatorów gwiazd i Prawie jak gwiazda rocka. Do teraz cieszę się jak dziecko, gdy na nie patrzę. Ale nie samym patrzeniem przecież czytelnik żyje, przyszedł więc czas na lekturę. Zdecydowałam się, że na pierwszy ogień pójdzie ta miętowo-zielona, czyli Wybacz mi, Leonardzie. No i moja radość nieco ustąpiła na rzecz poniższej reakcji:


CZEMU? Czemu?! CZEMUUUUUUU! Czemu ciągle mi to robicie, ja się pytam?! Czemu znowu ukaraliście mnie otwartym zakończeniem? Jednym wielkim niedopowiedzeniem? *wywodowi towarzyszy ryk zranionego lwa, tylko że wyję ja, a nie jakiś lew* No czemu, pytam! Nienawidzę otwartych zakończeń. Będę to powtarzać do grobowej deski. Nie i koniec! Ma być konkretny fakt, strzał w pysk, płacz, lament i zgrzytanie zębów albo chociaż jakiś marny happy end, byle jakoś się skończyło. SKOŃCZYŁO! Nie chcę żadnej furtki na domyślanie się, co mogło się zdarzyć. Nie chcę zastanawiać się, co stało się z głównym bohaterem, szczególnie, że jego losy tak dramatycznie rozgrywają się przez całą fabułę i wręcz pragnę, żeby wreszcie stało się coś mocnego! A nie rozmemłane, jedno wielkie pytanie CO DALEJ?

Uf. Ulżyłam sobie. Zaczęłam od końca, dosłownie, ale ulżyłam sobie, bo otwarte zakończenie to chyba jedyny tak wyraźnie zauważalny mankament tej powieści. A ja naprawdę nie znoszę tego typu zakończeń i gdy się pojawiają, mają naprawdę ogromny wpływ na finalny odbiór danego tytułu. Ale wygadałam się, nie lubię tego, dla mnie to mega minus, finito. Teraz czas na coś dobrego, bo przecież niczego Wybacz mi, Leonardzie nie brakuje. Wręcz przeciwnie, naprawdę piękna opowieść z modnego ostatnio gatunku Young Adult. Takich powieści młodzieżowych nam trzeba (btw że ja dalej czytam książki dla nastolatków, to jest coś - może mam już kryzys wieku średniego w wieku 24lat?), bo poruszają realne, dojrzałe problemy, z którymi wiele dzieciaków musi się borykać każdego dnia, często szukając rozwiązania w tragicznych sposobach. Owszem, jest trochę w stylu Johna Greena, czyli mamy nieprzystosowanego do życia wśród rówieśników dziwaka o lekko psychopatycznych skłonnościach, ale muszę przyznać, że Leonarda Peackocka dla się lubić. Czasem mnie przerażał, ale bardzo podobała mi się jego dojrzałość i dystans wobec innych rówieśników, jego zdolność obserwacji i wyciągania wniosków, a przede wszystkim chęć bycia innym, chęć podążania własną drogą. Znalazłam w niej kilka fragmentów godnych zapamiętania, do których chciałabym wracać w gorszych momentach. 

To jedna z tych powieści, które bierzesz do ręki, skupiasz się na lekturze i nagle okazuje się, że za Tobą już połowa książki, bo tak szybko i przyjemnie się ją czyta, że nawet nie zauważyłeś, jak błyskawicznie minął Ci przy niej czas. Książka niby młodzieżowa, więc na starcie skazana na odrobinę lekceważenia ze strony czytelników. Ale nie powinna być lekceważona. Powinna być zauważona.

Gdyby tylko nie to otwarte zakończenie...   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz