Szukając Alaski - John Green [Bukowy Las, 2013]

Wyszło szydło z worka. John Green wcale nie jest taki fajny, jak początkowo mi się wydawało. I jestem zdruzgotana tymże faktem. Choć nie, w sumie to nie. Bardziej rozczarowana tym, że póki co Zielony nie powtórzył swojego epickiego sukcesu, który przyniosła mu Gwiazd naszych wina. Bo ani Papierowe miasta mnie nie zachwyciły w żaden sposób, ani zbiór W śnieżną noc mnie nie powalił na kolana, a teraz jeszcze Szukając Alaski. Póki co 3:1 na niekorzyść Greena. Będąc radykalnym w osądach, bez bawienia się w połówki punktów i litowanie się. Panie Green, przegrywasz Pan. A do tego wszystkiego, zajeżdżasz Pan schematami. Nieładnie!

Schematami, no właśnie. Mam wrażenie - oprócz Gwiazd naszych wina - że Green uczepił się jednego schematu fabuły i na jego postawie tworzy swoje powieści. No bo zobaczcie, tak jak w Papierowych miastach, w Szukając Alaski znów spotykamy się z dziwnymi dzieciakami, nastolatkami nad wyraz dojrzałymi emocjonalnie, co w dzisiejszych czasach jest ewenementem, mam wrażenie. Poza tym, cytują wiersze, dorosłe powieści i ostatnie słowa zmarłych ludzi. Który nastolatek to robi? Tylko ten dziwny, patrząc typowo stereotypowo. Więc Green zawsze obiera sobie na bohaterów dzieciaki specyficzne, które można brać za dziwaków i wyrzutków społeczeństwa, którzy przyjaciół znajdują sobie w równie pokręconych kumplach. Ale jest też super popularna, mega seksowna dziewczyna, którą wszyscy uwielbiają, nasz dziwny i fajtłapowaty główny bohater oczywiście się w niej skrycie podkochuje, a ona ma tyle problemów z życiem i sobą samą, że chce ze sobą skończyć, najpierw zasypując wszystkich tajemniczymi tekstami wypluwanymi spontanicznie podczas rozmowy. Tak z dupy. Po prostu.

Prócz schematycznych bohaterów (fajtłapowaty dziwak vs seksowna szkolna gwiazda), musimy borykać się również z powtarzającą się fabułą. Bo zarówno w Papierowych miastach, jak i w Szukając Alaski, głównym motywem oczywiście jest rozkwitające uczucie pomiędzy naszą dziwną parką, przeplatane z pogonią za pokręconym sposobem myślenia naszej super gwiazdy w wersji żeńskiej. Bo zarówno Margo, jak i Alaska mają coś nie tak z głową i chcą ze sobą skończyć, dlatego uciekają, bądź znikają w innych okolicznościach, a zadaniem naszego etatowego fajtłapy - Quentin lub Miles (Klucha) - jest rozszyfrowanie, co do cholery jasnej, siedziało w głowie ukochanej, szukając wskazówek w zainteresowaniach dziewczyn. I motyw ten pojawia się w obu książkach. Zmieniają się tylko imiona bohaterów i okoliczności towarzyszące - szkoła publiczna vs szkoła z internatem, sposób zniknięcia dziewczyn czy finalne rozwiązanie zagadki zaginięcia, czyli naprawdę niewielkie szczegóły, które różnią obie te książki.


Więc fenomen Johna Greena gdzieś się ulotnił, a zamiast tego, został swąd schematycznego powtarzania fabuły do upadłego, zmieniając tylko kilka elementów, żeby nie było. Ale jest. Widzimy to, Panie Zielony, żeś wdepnął w powtarzalne motywy i dobrze, że chociaż na chwilę z nich wybrnąłeś (choć też nie całkiem, trzeba przyznać, bo Hazel i Gus też nie należą do typowych nastolatków, ale u nich jest trochę inaczej, bardziej zrozumiałe jest dla mnie, że to oni są takimi dziwnymi wyrzutkami społeczeństwa, ze względu na swoją chorobę. Reszta natomiast wydaje się być typowymi nastolatkami tylko z pozoru). Przede mną jeszcze Will Grayson, Will Grayson i 19 razy Katherine, więc zobaczymy, jak Zielony sobie dalej radzi, póki co jest słabo. I jak widzę na okładce książki napis kultowy pisarz amerykański to trochę się śmieję pod nosem, bo tak łatwo kogoś wynieść na piedestał, choć w gruncie rzeczy nie ma się ku temu powodów. Nic no, pozostaje mi liczyć, że inne powieści Johna Greena będą bardziej w stylu Gwiazd naszych wina, czyli zmiażdżą mnie emocjonalnie, a nie, doprowadzą do znudzonego grymasu. 

A jak Wasze doświadczenia z powieściami Johna Greena? Też zastanawiacie się, skąd wziął się jego fenomen? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz