Przegląd Końca Świata. Blackout - Mira Grant [SQN, 2014]

Jak to mówią, wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Nawet fantastyczne historie o apokaliptycznym końcu świata pewnego dnia znajdą swój kres. Niestety, u mnie ten kres nastąpił całkiem niedawno, bo skończyłam czytać ostatni tom serii Miry Grant. Słyszeliście już o niej? Nie?! To co Wy tu jeszcze robicie? Do księgarni, ale już! Nawet jak nie lubicie zombie, to przeczytajcie. Osobiście od zombie trzymałam się z daleka przez długi, długi czas (tak jak w gruncie rzeczy powinno być). Z tych wszystkich nadprzyrodzonych kreatur i stworzeń kręciły mnie najmniej, choć trochę bardziej niż kosmici. Ale pewnego dnia postanowiłam spróbować. I wiecie co? Wpadłam po uszy!

Trochę mi smutno, że to już koniec. Bo mimo wszystko zżyłam się z bohaterami. To jest właśnie urok serii książkowych - poznajesz losy postaci na tyle, by poczuć z nimi swoistą więź, którą zrywasz z bólem i tęsknotą, kiedy przewracasz ostatnią stronę finałowego tomu. Niby możesz jeszcze do nich wrócić, ale wiesz, że to już nie będzie to samo. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, mówią. Może coś w tym jest. Zżyłam się z Shaunem i Georgem. Zżyłam się z ekipą Przeglądu Końca Świata. Wszak to także blogerzy, choć kompletnie z innego świata. Zżyłam się z nimi i będzie mi ich brakowało. To nic, odstawię swoich przyjaciół na półkę, by spoglądać na nich od czasu do czasu z sentymentem.

Mira Grant w ostatnim tomie serii nie zawiodła. Ok, prawie nie zawiodła. Ciut rozczarowała mnie otwartym zakończeniem, których nie znoszę, nie ważne jak dobra była lektura. Chcę stanowczego końca, a nie nadziei, że może być coś jeszcze, zastanawiania się, co się z nimi wszystkimi stało. Owszem, daje to możliwości dokończenia historii według własnego widzimisię, ale mnie nie potrzeba wyboru. Mnie trzeba porządnego trzepnięcia, potrząśnięcia, gdy kończę czytać ostatni rozdział. Ale prócz tego, Mira Grant nie zawiodła. Dostarczyła mi takich emocji podczas lektury, że szok. Ten akurat towarzyszył mi dosyć często, gdy autorka co jakiś czas wprowadzała zwroty akcji urywające cztery litery. Było kilka mocnych momentów, których kompletnie się nie spodziewałam, a które sprawiały, że zatrzymywałam się na chwilę i pod nosem mówiłam coooooooo?! Takie lektury lubię. Które wywołują emocje. Które zaskakują. Które nie są przewidywalne. I to dała mi Mira Grant.

Tak jak mówiłam na początku, jeśli jeszcze nie znacie tej serii, czas najwyższy ją poznać. Bo wcale nie jest to powieść typowo o zombie. Bardziej o ludziach i o tym, jak paskudni potrafią się stać w chwilach prawdziwego, globalnego zagrożenia. Że liczy się tylko dobro wpływowej jednostki, a nie uciśnionych tłumów, które czasem bywają mięsem armatnim. Dużo jest w tej serii polityki, spisków i prawdziwych tragedii, z którymi ciężko się pogodzić. Ponadto poczucie humoru, którym autorka obdarzyła zarówno główne postaci, jak i te drugoplanowe, jest bezbłędne. Uwielbiam ich sarkazm i nieskrywane szaleństwo. Tempo fabuły jest naprawdę zawrotne, do tego wszystkie te zwalające z nóg newsy i zwroty akcji, które niemal sprawiają, że zaczynasz obgryzać paznokcie z podekscytowania i nerwów. Żałuję, że to już koniec, bo to naprawdę dobra seria. I nie śmierdzi zgnilizną żywych trupów, o nie. Koniecznie musicie spróbować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz