nastoletnie wyobrażenia vs rzeczywistość

Życie z całą pewnością pełne jest niespodzianek. Potrafi zaskoczyć. Przecież to my sami siebie ciągle zaskakujemy. Gdy przypomnę sobie, co miałam w głowie młodym dziewczęciem będąc, aż chce mi się śmiać z mojej naiwności i głupoty. Ach te nastoletnie wyobrażenia o dorosłym życiu. Pamiętam jak dziś moje zgorzknienie i zacięcie, gdy z wielkim przekonaniem mówiłam o swojej przyszłości. Że będę zadowoloną z siebie singielką z psem u swego boku, bo faceta wcale do szczęścia nie potrzebuję. Oczyma wyobraźni widziałam siebie siedzącą na kanapie albo przy biurku, z laptopem stojącym obok lampki czerwonego wina. Stopami dotykałam miękkiego grzbietu mojej biszkoptowej labradorki, gdzieś w tle słychać było cichą muzykę nagminnie przerywaną stukaniem w klawiaturę. Byłam święcie przekonana, że tak będzie wyglądało moje życie. Bez faceta, bo po co mi on. Wtedy naprawdę nie lubiłam płci przeciwnej. Gardziłam nimi odrobinę, przyznaję. Zbuntowana nastolatka, która myśli, że życie doświadczyło ją wystarczająco, by mieć takie a nie inne przekonania, a tak naprawdę gówno wiedziała o tym, co naprawdę może się jeszcze wydarzyć i jak bardzo może jeszcze dostać w dupę.


Teraz owszem, siedzę przy biurku, tak jak to sobie wyobrażałam. W tle słychać muzykę, przerywaną stukotaniem klawiatury. Zamiast kieliszka czerwonego wina mam miętowy kubek z gorącą herbatą. Stopami kopię w mały kosz na śmieci, który zamontowałam sobie pod biurkiem. Psa jeszcze się nie doczekałam. Ale w mieszkaniu faktycznie nie ma żadnego faceta. Nie dziś. Poza takimi dniami jak ten, jeden jest. Jeden jedyny. I nie wyobrażam sobie życia bez niego. Jestem narzeczoną, przyszłą żoną, choć jeszcze kilka dobrych lat temu splunęłabym instytucji małżeństwa w twarz z sarkastycznym pół uśmieszkiem i uniesioną brwią. Tylko kilka lat temu. Aż kilka lat temu.

Na jednym z wielu swoich blogów w tamtym okresie, o jakże dziewiczo niewinnej nazwie Panna Niepewna, z zaangażowaniem pisałam o tym, jak wyobrażam sobie moje życie. Z zadowoleniem pisałam jeszcze przed maturą, że będąc wreszcie studentką mam zamiar dojrzeć. Że chcę być bardziej kobieca. Bardziej dorosła. Że porzucę trampki i rozciągnięte bluzy na rzecz szpileczek i spódnic. Koniec z lookiem wymemłanej nastolatki, czas na sexy studentkę, która wie, czego chce od życia. Ha ha ha, byłam naiwna jak szlag. Czyżby dziewiętnaście lat było mi mało by poznać siebie by wiedzieć, że z tej pustej gadaniny nic nie będzie? Że przekibluję całe studia w swoich ulubionych bluzach, podkradając co większe bratu, miłośnie patrząc na każde trampki, które wpadły mi w łapy. Szpilki niechętnie ubierałam na egzaminy po cichu modląc się, żebym nie musiała biec na autobus, bo nie dość, że te buty, to jeszcze wąska spódnica, która ku uciesze mijających mnie kierowców, wciąż podjeżdżała mi pod tyłek. 


Ale przecież to ja, wchodząca w dorosłe życie, samowystarczalna sexy studentka, która w nosie ma facetów. Oj jak mi się teraz chce z tego śmiać, nie macie pojęcia. Gdyby dziewiętnastoletnia ja, miała okazję pewnego dnia zajrzeć w przyszłość by zobaczyć mnie teraz, dwudziestoczteroletnią, pewnie padłaby ze śmiechu na podłogę, wijąc się w bolesnych spazmach, nie wierząc, że można tak żyć. Bo wiecie, kiedy rozmawiałyśmy z dziewczynami o ślubie, ja byłam ostatnią, która chciałaby wyjść za mąż. Życie jest przewrotne, bo okazuje się, że jednak jestem tą pierwszą z całej naszej paczki. I cieszę się tym jak dziecko. Nie wiem, jak mogłam chcieć takiego życia, bo pewnie skończyłabym jako zgorzkniała, wiecznie niezadowolona z życia baba, samotna alkoholiczka hejtująca zakochanych w sieci, z nickiem AnonimowaZmierzlota. Za dużo czerwonego wina do stukania klawiatury. 

Dziś szpilki noszę rzadko, niemal od święta. Nie jestem też mieszkającą samotnie niezależną singielką głośno skandującą, jak beznadziejni są faceci. Nie pluję zakochanym w twarz, bo ciężko byłoby opluć gębę samej sobie. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa tu i teraz. Że cieszę się z tego, że ludzie jednak się zmieniają. Że los w kulminacyjnym momencie mojego życia postawił mi na drodze człowieka, który przewrócił je do góry nogami i to w bardzo pozytywnym sensie. Z radością myślę o nadchodzącym ślubie i przyszłości z ukochanym mężczyzną u mojego boku.  I dziękuję niebiosom, że zmądrzałam i dano mi okazję by pokochać i pozbyć się sączącego się zewsząd jadu, którym opluwałam wszystko i wszystkich dookoła. Przydało mi się trochę słodyczy na tę zgorzkniałą duszę, której się dorobiłam. Sugar? Yes, please!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz