My - David Nicholls [Świat Książki, 2015]

Czasem po lekturze książki chce mi się krzyczeć. Chcę mi się drzeć, by oznajmić całemu światu, w jaki paskudny i beznadziejny sposób zmarnowałam kilka ostatnich godzin swojego życia. Kolejna randka w ciemno okazała się być klapą. Davidzie Nichollsie, wcale nie jesteś taki dobry, jak wszyscy mówią. Niestety, znowu mnie rozczarowałeś. Gdy przeczytałam Jeden dzień było dokładnie to samo, tylko ciut lepiej, o dziwo. Gdyby nie ekranizacja, odłożyłabym tę historię do lamusa, z wszystkimi innymi bardzo średnimi, o których zapominam już po pierwszych pięciu minutach po odłożeniu książki na półkę. Wiecie co jest tragicznie śmieszne? To, że przeczytałam My kilka dni temu i dzisiaj, siadając do tego tekstu, zapomniałam jak miał na imię główny bohater, nie wspominając już o innych, towarzyszących mu postaciach. I to raczej nie moja nie pierwszej świeżości pamięć. Raczej fakt, że znowu trafiłam na historię, która kompletnie nie zapada w pamięć.

Wyżej wspomnianym, głównym bohaterem - sprawdziłam, jest nim Douglas - uczyniono apodyktycznego, nudnego jak flaki z olejem, nieco niezdarnego i ciapowatego, ponad pięćdziesięcioletniego naukowca, który pewnego dnia obudził się z ręką w nocniku po kilku dobrych latach małżeństwa, kiedy to żona Connie postanowiła od niego odejść. Nie wspominając już o synalku, który na myśl o spędzeniu z ojcem kilku minut swojego cennego życia, ma ochotę popełnić samobójstwo. I uwierzcie mi, wcale nie cieszy się z wielkiego planu ratowania rodziny, na który wpadł Douglas - cudowna wycieczka po Europie tylko z rodzicami! Co z tego, że Albie jest już niemal pełnoletni i woli podrywać dziewczyny bez przyzwoitki w postaci wiecznie niezadowolonego ojca na karku. Nope, Douglas niczym przysłowiowy tonący, brzytwy się chwyta i próbuje odratować to, co przez tyle lat dzielnie zaniedbywał i niszczył. Tak, nasz główny bohater lwią część kłopotów, które właśnie mają miejsce w jego życiu, może zawdzięczać tylko i wyłącznie sobie. Brawo, Douglas, świetna robota!

Ok, nie jest tak źle, jak opisałam to wyżej, ale naprawdę jestem rozczarowana tą lekturą. Ciężko przebić się przez pewien mur, który został utworzony przez głównego bohatera, którego nie da się lubić, bo od początku budzi w człowieku niechęć. Swoją drogą to zadziwiającego, że Douglas potrafi być jednocześnie niezdarnym i nieporadnym ojcem i mężem, który totalnie nie ogarnia życia i wszystko (nawet miłość do własnego dziecka) próbuje upchnąć w naukowe schematy i definicje (co może rozczulać i rodzić odrobinę sympatii do niego), żeby za chwilę zamienić się w nudnego, jędzowatego i niewdzięcznego faceta, którego ma się ochotę kopnąć w zadek i posłać do diabła. Bo kto by chciał mieć takiego tatusia, który w twarz mówi Ci, że się Ciebie wstydzi. Nie, dziękuję, wychodzę!

źródło
Owszem, widzę to, co chciał przekazać Nicholls. I to doceniam. Bo gdzieś między wierszami próbował czytelnikowi pokazać, że małżeństwo jest naprawdę ciągłą pracą nad sobą samym, nad drugim człowiekiem, nad uczuciami, nad zachowaniem, nawykami, etc. Związując się z drugim człowiekiem, jest się za niego w pewien sposób odpowiedzialnym. Nie jesteśmy już dłużej samotnym okrętem na wielkim morzu życia, teraz trzeba podejmować decyzje słuszne dla dwojga. Czasem bywa ciężko. Czasem bywa beznadziejnie. Czasem ma się ochotę wszystko rzucić w kąt i odejść. Czasem ludzie się poddają. Czasem walczą dalej. Bo małżeństwo w pewnym sensie jest ciągłą walką. I nie walką ze sobą nawzajem, choć tak również bywa. Głównie jest to walka ze światem, z codziennością, z rutyną, z obowiązkami. Oczywiście, że są też dobre momenty i jest ich z pewnością wiele. Ale tych złych też nie brakuje i to najczęściej one najbardziej rzutują na przyszłość dwojga związanych ze sobą ludzi. I to gdzieś między wierszami Nicholls próbował pokazać. Tył książki jak zwykle okraszony jest notą wydawcy i krótkimi poleceniami innych autorów. Jeden z tych tekstów mówi tak: to idealna lektura dla wszystkich, którzy są ciekawi, czym tak naprawdę jest małżeństwo. Niestety, jest to tylko półprawda. Bo małżeństwo przedstawione przez Nichollsa jest tylko jednym z wielu możliwych opcji. Dodatkowo takim, które wcale nie skończyło się szczególnie pomyślnie. Myślę, że gdyby Connie, żona Douglasa, nie była od zawsze taką artystyczną, wolną i mocno liberalną duszą, skończyłoby się to dużo, dużo gorzej. Jedno jest pewne, warto wziąć sobie do serca to, co w książce jest bardzo wyraźne - trzeba o siebie dbać, troszczyć się i walczyć o siebie od początku do końca. W małżeństwie z happy endem nie ma miejsca na zaniedbanie, na przeświadczenie, że może się uda, że wszystko się jakoś samo ułoży. Nie, to Ty masz to ułożyć. Ty i Twoja druga połowa. Bo oboje jesteście odpowiedzialni za siebie i za swój związek. Bo jeśli to zaniedbasz, obudzisz się z ręką w nocniku jak Douglas.

Nie wiem, kompletnie nie przemówiła do mnie ta historia. Owszem, widzę co autor My próbował przekazać czytelnikowi, ale według mnie wyszło mu to bardzo nieudolnie. Główny bohater, który jest również narratorem całej fabuły, jest po prostu irytujący i ja osobiście nie potrafiłam go polubić, co znacznie utrudniało mi pozytywny odbiór treści. Poza tym sposób prowadzenia narracji był beznadziejny. Przeskakiwanie to w przeszłość, to w teraźniejszość bez wyraźnych znaków, gdzie czytelnik właśnie się znajduje, strasznie mnie gubiło. Do tego wszystkiego przeszłość i teraźniejszość działa się równolegle w tych samych miejscach (najpierw autor opowiada o rodzinnej wyprawie do Europy, by za chwilę wrócić do pierwszych lat Connie i Douglasa razem, gdy za młodu podróżowali po tych samych miejscowościach), więc tym trudniej było mi się połapać co, gdzie, kiedy i jak. Nie, nie i jeszcze raz nie. Tragicznie komiczna historia, z większym naciskiem na tragedię, bo te nieliczne momenty, kiedy uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy naprawdę ruszyło mnie serducho, naprawdę nie zrekompensują mi tych kilku godzin zmarnowanych na najnowszą powieść Nichollsa. A szkoda. Bo potencjał tlił się gdzieś w oddali, niestety zgasł szybciej niż udało się go rozpalić na dobre.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz