Książka pod tytułem - Robert Trojanowski [Wydawnictwo Kaktus, 2015]

Moda i szał na kreatywną destrukcję oraz książki, które książkami nie są wciąż trwa. Wszystko to zapoczątkowała Keri Smith dwoma publikacjami, które doczekały się polskiego wydania (Zniszcz ten dziennik oraz To nie książka). Potem przyszedł czas na kolorowanki i mazianki w różnej postaci, które również zaczęły przyciągać wielu ciekawskich. Okazało się, że mamy naprawdę mnóstwo ludzi łaknących kreatywnych działań. Jednakże mimo wszystko zarzuca im się, że wbrew założeniom i pozorom wcale nie skłaniają odbiorców do kreatywności. Tak czy siak, wciąż mają grono wiernych fanów, którzy zawzięcie wylewają swoje pomysły na papier. O dziwo, są pomysły naprawdę ciekawe i oryginalne. Na fali popularności Keri Smith chcą też płynąć inni, dlatego właśnie doczekaliśmy się również Książki pod tytułem, która korzenie ma właśnie w Polsce, a stworzona została przez Roberta Trojanowskiego.

Jakiś czas temu poproszono mnie, bym wzięła ten nowy twór w swoje niecne łapska i przetestowała go, a konkretnie pokreśliła, pogniotła, pocięła - w telegraficznym skrócie - zabawiła się nim. Swoją drogą, co to za czasy przyszły, że z taką dziką przyjemnością niszczy się książki - niepokojące! W związku z tym, że w pewnym sensie jestem fanką publikacji Keri Smith, nie stronię też od antystresowych kolorowanek, postanowiłam poddać się pokusie i zerknąć na rodzimy tytuł, który z założenia ma być tym, czym sami go uczynimy. Autor już od samego początku daje nam wolny wybór i pozwala nam zrobić ze swoim dzieckiem, co tylko zechcemy.


Ok, to działamy. Po przekartkowaniu kilku stron z poleceniami, z odrobiną zaskoczenia i rozczarowania pomyślałam: ups, to nie moja grupa wiekowa, czas zwijać żagle! Dlaczego? Wiele z nich dotyczy szkoły, nauczycieli, zabaw i czynności typowo dziecięcych. Więc ja w większości przypadków nie mam tu czego szukać, bo lata szkolne już dawno za mną. Ale właśnie z uwagi na ten fakt szczerze polecałabym ją rodzicom i ich pociechom do wspólnej, nieco zakręconej zabawy, gdzie można się wyżyć kreatywnie, dać upust dziecięcej wyobraźni i dzikim pomysłom. Nastoletni fani (i ci wiekowo wzwyż) mogą ją sobie darować, jeśli myślą o tym, żeby samemu się nią bawić, ale jeśli mają zamiar podarować ją młodszemu rodzeństwu, czy innemu dzieciakowi w rodzinie, zróbcie to śmiało! Osobiście jako dziecko uwielbiałam wszelkiego rodzaju łamigłówki, zagadki, ćwiczenia, które wymagały ode mnie pogłówkowania, kombinowania, dając mi przy tym ogrom zabawy. Myślę, że jeśli pomyślimy o takim zastosowaniu Książki pod tytułem będziemy mogli spędzić z dziećmi naprawdę fajny i wartościowy czas. Bo który dzieciak nie lubi się czasem powygłupiać i pobawić z rodzicami? 


Wracając jeszcze do samej zawartości tej publikacji, to jak najbardziej rozumiem zarzuty sceptyków tego typu książek, bo niektóre z poleceń w nich zawartych nie mają nic wspólnego z kreatywnością, chyba, że odbiorca postanowi się całkowicie zbuntować wobec nic i zrobi coś całkowicie nieoczekiwanego. Przy okazji mam wrażenie, że słowo polecenie od samego początku odarte jest z idei kreatywności, ale to może tylko moje odczucie. Wracając jednakże do Książki pod tytułem, to tutaj również znajdzie się kilka, powiedziałabym beznadziejnych, sugestii, które odbiorca powinien wykonać. Chociażby pokłóć się z książką - myślę, że jak ktoś Was zobaczy, drących się na bogu ducha winną książkę, niechybnie wylądujecie w psychiatryku. Ewentualnie na izbie wytrzeźwień, jeśli wcześniej zjedliście zbyt dużo kukułek.


Podsumowując, jestem na tak, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy odbiorcami tej publikacji będą dzieci (max. 13lat myślę). Jeszcze fajniej będzie, gdy tej zabawie będą towarzyszyć dorośli, czy to rodzice czy rodzeństwo - wydaje mi się, że wtedy pomysły i realizacje sugestii proponowanych przez autora mogą być jeszcze bardziej pokręcone. Innym odbiorcom radziłabym nie zawracać nią sobie głowy, bo to nie jest tytuł dla starszaków :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz