bolączki rękodzielnika

Życie rękodzielnika to nie jest bułka z masłem. A przynajmniej nie zawsze. Widząc piękne projekty, czasem zapominamy o tym, że za każdym z nich stoi ogrom włożonego czasu i pracy. I bólu. Kłucie w łopatce, ból kręgosłupa, szczypiące oczy, jeden palec pozacinany od papieru, drugi z odciskiem od trzymania przyborów. Mój obcy na środkowym palcu prawej ręki zaczyna się rozrastać ostatnimi czasy. Taki koślawy znak szczególny. Jestem naznaczona rękodziełem w bardzo dosłowny sposób. 


Czasem czuję się jak matka, która w bólach i mękach próbuje wydać na świat swoje kreatywne dziecko, twór intensywnego myślenia, cięcia, składania klejenia. Ile razy przyszło mi siedzieć na podłodze zawalonej papierami, tekturkami, przyborami, ścinkami, czując, że kłucie w łopatce zaczyna narastać niezależnie od przybranej pozycji i że niewiele czasu zostało mi do momentu, kiedy zabraknie mi sił, by zdusić w sobie ból. Ale zawsze wytrzymywałam, a nagrodą za cały ten wysiłek stawał się widok ukończonej pracy, która wywołuje na twarzy uśmiech i satysfakcję. Bieganie po mieszkaniu wołając: Arek patrz, patrz jak fajnie mi wyszło, no patrz! jest bezcenne. Słowa uznania dają siłę, by działać dalej. By zagryźć zęby, otrzeć łzy i tworzyć kolejny projekt, który ucieszy nie tylko mnie, ale również obdarowaną osobę. Bo uczucie jakie towarzyszy mi, gdy Babcia przytula mnie oglądając otrzymaną właśnię ręcznie zrobioną kartkę z okazji urodzin, lekko poklepując mnie po plecach, mówiąc: chyba masz to po mnie, jest cudowne. Albo gdy Mama wzrusza się przeglądając album ze zdjęciami z wakacji, na które tak długo czekała, a który postanowiłam jej podarować na święta. To wszystko jest tak inspirujące i napędzające do działania, że warto przetrzymać wszelkie niedogodności i ból. 

Gorzej, gdy po skończeniu projektu nie jestem w stanie wykrzesać z siebie ekscytacji, czy nawet odrobiny radości. Gdy zamiast uśmiechu satysfakcji na mej twarzy pojawia się grymas niezadowolenia, a ręce z prędkością światła zabierają się do tego, żeby zgnieść to wszystko w jedną wielką kulę, żeby moment później długie godziny pracy rozedrzeć na drobne strzępy. Całe to dzieło zrodzone w mękach trafia szlag. Zaczynam wszystko od nowa.

I nie myślcie, że się skarżę. Ani trochę. Kocham to, co robię. Ale zdałam sobie sprawę, że za każdym projektem zawsze stoi ciężka praca, że wszystko ma dwie strony medalu. Captain Obvious, huh? :) Satysfakcja i radość, wielka przyjemność, ale też ciężka praca. I bolące plecy :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz