gdzie frustracja goni za hajsem, a pasja idzie własną drogą

Jakiś czas temu robiliśmy z Narzeczonym tournée po salach weselnych, co by znaleźć miejsce na celebrowanie jednego z najbardziej wyjątkowych dni w naszym życiu, naszego ślubu. I tak rozmawiając z tymi wszystkimi reprezentantami sal, uderzyła mnie pewna myśl, która nie dawała mi spokoju aż do dziś. Otóż nie mogłam pozbyć się wrażenia, że po ludziach od razu widać (nie powiem, że na pierwszy rzut oka, bo to trochę za dużo powiedziane), kto robi to dlatego, że lubi, a kto robi tylko dla pieniędzy.

źródło
Jasne, wszyscy musimy zarabiać. Mamona jeszcze na drzewach nie rośnie, z nieba też nie spada. Hello, Captain Obvious! I pewnie powiecie, że nie każdy może pozwolić sobie na to, żeby zarabiać na tym, co lubi robić. A ja spytam, dlaczego nie? Kto Wam zabroni? Kto Was powstrzyma? Pewnie sceptycy, którzy dawno zapomnieli, co to entuzjazm i pasja. Bach! Moje drugie imię - hipokryzja! - przecież sama nie robię w pracy tego, co lubię i co chciałabym robić. Przynajmniej umiem się do tego przyznać. To nie jest moja dream job i raczej nigdy nie będzie, ale przynajmniej gdzieś na boku, w wolnej chwili, pracuję na to, by choćby nawet za kilka czy kilkanaście lat robić to, co sprawia mi radość. Już teraz ją mam.

Ale przecież ja nie o tym. Miałam pisać, jak to na twarzach jednego i drugiego wypisana jest żądza piniądza, a na tych drugich gości szeroki uśmiech, a w oczach tlą się iskierki radości (sprostowanie - ten, kto dużo zarabia, wcale nie musi robić tego, czego nie lubi i odwrotnie, ten, co cieszy się robotą, wcale nie musi być biednym żuczkiem!). Łażąc z Narzeczonym po tych nieszczęsnych salach, rozmawialiśmy z różnymi osobami i naprawdę rozbieżność była ogromna. Bo był sobie Pan, u którego po kilku pierwszych zdaniach dało się wyczuć lekką frustrację i desperację, by złapać kolejnego klienta, żeby zebrać kolejne miliony monet za przyjęcie weselne. Problem w tym, że próbował nas przekonać bardzo nieudolnie, bo przede wszystkim to, co mówił, brzmiało bez przekonania. Klepane formułki, które recytował już pewnie niejednokrotnie, entuzjazm sięgający dna. Możemy zrobić tu wszystko, dekoracje jakie sobie tylko wymyślicie, kucharz ugotuje każde danie z całego świata, zespoły fantastyczne, nie do zaskoczenia, żona z dekoracjami nie do zaskoczenia, jesteśmy nie do zaskoczenia. Słyszeliście powiedzenie, że jeśli coś jest do wszystkiego, to znaczy, że jest do niczego? No i właśnie. Sala, o której opowiadał nam wymieniony Pan, początkowo była moim czarnym koniem. Bo oferta dobra, na zdjęciach wyglądało całkiem nieźle. Ale gdy przyszło do konkretnych rozmów, poczułam tylko rozczarowanie i stwierdziłam, że nie chcę tam już więcej wracać. Na sali wiało chłodem, tak samo jak od Pana przedstawiciela, który zimny niczym śledzik próbował sprzedać nam swoje usługi. 

źródło
Wciąż jeszcze pełni nadziei, postanowiliśmy pojechać, żeby zobaczyć kolejną salę. I tu spotkaliśmy się z kompletnie inną energią. Pani nie próbowała nas na siłę przekonać do tego, że mają najlepiej, że mają wszystko i załatwią wszystko, co tylko sobie wymyślimy, nawet gdybyśmy sobie zażyczyli wielbłąda tańczącego na środku parkietu. Wręcz przeciwnie, pełna entuzjazmu, z radosnym słowotokiem opowiedziała nam o sali, możliwym wystroju, menu, zasadach i ogólnej ofercie. Już po jej oczach było widać, że ją to kręci. Mimo tego, że jest to rodzinny biznes, a Pani wręcz mieszka na sali (w gruncie rzeczy obok, ale w każdej chwili może się na niej znaleźć w jakieś 5 minut), dało się wyczuć, że robi coś, co lubi, co sprawia jej przyjemność. Zaczęło się pokazywanie zdjęć na fejsbuku, wspominanie znajomych, którzy mieli wesele na tej samej sali, wymienianie wrażeń. Energia i entuzjazm tejże Pani były niemal zaraźliwe. I mimo tego że nie zdecydowaliśmy się na ten lokal, to wyszłam z tej sali z wielkim uśmiechem i myślą, że też chciałabym być takim człowiekiem. Zarażać swoją pasją, umieć pokazać, że to, co robię, sprawia mi ogromną radość. 

Czemu? Bo mamy tylko jedno życie i warto je spędzić tak, jak chcemy, a nie tak, jak wypada, jak sugerują inni, jak oczekują inni. Nikt, nie przeżyje Twojego życia z Ciebie, więc zrób to raz, a porządnie. Mówię Ci to ja, Kamila zakotwiczona w korporacji artystyczna dusza, która szuka samej siebie w wielkim świecie. Spróbujmy, bo radość i zadowolenie z tego, co się robi jest bezcenne. 

4 komentarze:

  1. Słyszałam opowieść o weselu z którego goście zostali wyproszeni o 3 w nocy, bo właściciele nie mogli spać, mieszkali nad salą weselną, jestem pewna, że to nie jest ich pasja :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem dokładnie tego samego zdania, trzeba realizować swoje pasje. Czerpać z życia garściami, co się da, bo przecież mamy je jedno. Dlatego postanowiłam, że będę robić to, co mi sprawia przyjemność, a nie to, co sprawia radość innym. :) w końcu swoją radością zarażamy też innych.

    OdpowiedzUsuń