Love, Rosie - Cecelia Ahern [Akurat, 2014]

Pewnie zauważyliście, że w ostatnim czasie sporo u mnie Cecelii Ahern. Najpierw Sto imion, później Zakochać się, wszystko tej samej autorki. Do kolekcji brakuje jeszcze tylko kultowej powieści PS. Kocham cię, której wciąż jeszcze nie przeczytałam. Wstyd i hańba! Polubiłam się z panią Ahern i jej lekką twórczością przepełnioną ciepłem. Jak dotąd się nie zawiodłam, bo zawsze otrzymywałam to, czego oczekiwałam - moment na oderwanie myśli, relaks, wewnętrzny spokój. Słysząc o kolejnej powieści Cecelii Ahern, nie mogło być inaczej niż z tytułami poprzednimi, musiałam ją przeczytać. Szczególnie, że zewsząd bombardowana byłam informacjami o ekranizacji najnowszego tytułu Love, Rosie. Zachęcający zwiastun stał się dla mnie dodatkową motywacją, by szybko sięgnąć po książkę, na której została oparta ekranizacja.

Love, Rosie to przede wszystkim historia prawdziwej przyjaźni między tytułową Rosie a Alexem. Oboje znali się od najmłodszych lat, wspólnie przeżyli najbardziej szalone przygody swoich nastoletnich dni, aż pewnego dnia przyszedł moment, kiedy musieli się rozstać. Rosie została w Dublinie, a Alex wyprowadził się z rodzicami do Ameryki. Wtedy właśnie nastąpił przełom, który całkowicie odmienił ich przyszłość. Bo gdyby Alex wrócił do Rosie i pojawił się na jej balu absolwentów wszystko ułożyłoby się zupełnie inaczej. Czy lepiej? Kto wie. Każde z nich z pewnością coś by zyskało, a coś straciło. Pytanie tylko, czy przetrwałaby ich głęboka przyjaźń? A może narodziłoby się całkowicie inne uczucie?

Wiecie co,  jestem trochę w kropce, bo dałam się omotać i oczarować pięknemu zwiastunowi filmu, który obiecywał mi łzy wzruszenia i zaparty dech w piersi. Natomiast książka zostawiła mnie z przegadanym rozczarowaniem na ponad pięćset stron. Owszem, jest coś wyjątkowego w tej powieści, ukryty przekaz, do którego warto dotrzeć i który warto zrozumieć, dopasowując do swojego własnego życia, ale wciąż mam wrażenie, że mogło to potrwać znacznie krócej, że pobocznych scen i wątków mogło być mniej, bo nie wniosły żadnej szczególnej wartości do wątku Rosie i Alexa. Chociażby te wszystkie kartki urodzinowe czy notki z gratulacjami, które pojawiały się co jakiś czas. Dopiero na końcu dowiadujemy się skąd taka forma, ale moim skromnym zdaniem było to zbędne i nie wnosiło niczego konkretnego do treści i wątku głównych bohaterów. Właśnie, skoro już o formie tekstu mowa, to tu również wtrącę swoje trzy grosze, bo jestem zawiedziona. Owszem, jest oryginalnie i inaczej niż zawsze, ale jest strasznie niewygodnie! Z początku myślałam, że to tylko tak na chwilę, bo przecież Alex i Rosie są młodzi, dlatego ciągle wymieniają ze sobą maile i to jest powód, dla którego treść nie leci jednolitym tekstem tylko ma formę maili właśnie. Niestety, tak jest przez cały czas. Maile, notki, kartki, smsy. Poczułam się jak wtedy, gdy czytałam Pięćdziesiąt twarzy Greya i widziałam wymianę wiadomości pomiędzy głównymi bohaterami, gdzie na domiar złego każdy mail miał inny tytuł (kto normalny zmienia tytuł wiadomości przy każdej odpowiedzi?). Było źle. Z czasem oczywiście się przyzwyczaiłam, ale było to bardziej ze smutnej konieczności niż z faktu, że przestałam to zauważać. Strasznie niewygodne w czytaniu, bo momentami człowiek gubi się, kto do kogo i o czym pisze. Formie tej powieści mówię stanowcze nie!

Owszem, jestem rozczarowana tą powieścią. Może nie całkowicie, bo tak jak wspomniałam wcześniej, książka ma coś w sobie, tę magię Ahern, którą zawsze znajdzie się w jej powieściach. Niemniej jednak magia ta była głęboko ukryta pod przegadanymi mailami i zapisami z czatu bohaterów, których mogłoby tam w ogóle nie być. Do ostatniej strony czekałam aż wreszcie nastąpi przełom, który powali mnie na kolana. Wiecie, ten moment, kiedy wzruszająca historia wreszcie będzie miała swój finał, a ja zaleję się rzewnymi łzami. Nic z tego. Skończyło się bardzo przeciętnie. Z happy endem, ale przeciętnie. Bo czy oni nie mogli jakoś wcześniej, tylko rzucali sobie sami kłody pod nogi przez całe życie? Ech. Tak czy inaczej, krótko podsumowując, nie jest to najgorsza książka w mojej czytelniczej karierze, choć z tych autorstwa Ahern najsłabsza, mimo wszystko.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akurat 

24 komentarze:

  1. Film. Zobacz film. Jest jeszcze lepszy niż książka! O wiele lepszy! Była trzy razy i trzy razy ryczałam jak bóbr!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toś mi teraz namąciła w głowie tym komentarzem :D Choć gdzieś tam w głębi miałam takie ciche przekonanie, że to film własnie bardziej mnie ruszy niż książka. W gruncie rzeczy chyba zawsze bardziej mam z filmem, chociażby z "Jeden dzień" czy "Gwiazd naszych wina", na którym wyłam nawet w kinie O.o

      Usuń
    2. Ja się nie spodziewałam, że Love, Rosie tak mnie poruszy. Bo historia może i rzeczywiście średnia. Ale tam się tyle dzieje. Bo w książce wiesz tylko np. "wczoraj byłam na ślubie". Ale to co się na tym ślubie dzieje w tym filmie!! Boże!! Ja na filmach płaczę tylko, jak psy giną...
      Tutaj taka moja relacja z filmu, jakbyś chciała zobaczyć. Jest w wersji pisanej i video http://secret-books.blogspot.com/2014/11/przedpremierowo-love-rosie.html

      Usuń
  2. Mnie jakoś do tej książki nie ciągnie. Film może obejrzę:)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja ja z checia przeczytam:) Zeby sie przekonac na wlasne oczy. Gdzies tam mi jest niesamowicie bliska kazda ksiazka ktorej fabula dzieje sie w Dublinie. Mieszkalam tam 4 lata i z sentymentu czytam wszystko jak leci:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda, że jesteś rozczarowana - też widziałam zwiastuny i miałam chęć obejrzeć film lub przeczytać książkę. Teraz jeszcze się wstrzymam, mam inne tytuły Ahern pod ręką. ;)

    https://booklovinbypas.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo chcę przeczytać tę książkę. I to właśnie przez fakt, że jest spisana samymi mailami i zapisami z czatu. Ciągnie mnie do niej, tym bardziej, że z twórczością pani Ahern, wstyd się przyznać, jeszcze się nie zapoznałam. Na szczęście filmu też do tej pory nie obejrzałam. Z doświadczenia wiem, że lepiej czyta się najpierw książkę (bo nie znam zakończenia). Chociaż tutaj i tak nie spodziewałabym się (tak jak piszesz) niczego poza happy endem.
    Jeżeli ktoś byłby zainteresowany tym co zaczynam skrobać u siebie to zapraszam: kulturaczytania.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Kiedy zobaczyłam zwiastun filmu, zaniemówiłam. Stwierdziłam, że muszę koniecznie przeczytać tę książkę. Jednak kiedy sprawdziłam ją na lubimyczytać.pl i zorientowałam się, że zmieniono tytuł na bardziej "chwytliwy", zawiało mi grafomanią i kiepskim romansidłem. Niestety. Ale film oglądnę :)
    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do siebie -> http://pod-lupa-optymistki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do kiepskiego romansidła i grafomanii bardzo jej daleko, więc nie warto jej tak skreślać od razu ;)

      Usuń
  7. A ja tę historię pokochałam, ale tylko w wersji książkowej. Film nie do końca do mnie niestety trafił - był przyjemny, aktorzy byli uroczy w swoich rolach, ale o ile w książce czułam jakąś głębię, o tyle w filmie niekoniecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że zdania są podzielone ) Nie zostaje mi nic innego, jak samej się przekonać, co bardziej do mnie przemawia ;)

      Usuń
  8. Mam ją w planach, opinie różne, wrazenia porównam po lekturze :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Niedługo zaczynam ,,Sto imion" tej autorki. Po tą też sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ile osób, tyle opinii. W sumie pierwszy raz spotkałam się z negatywną recenzją. Sama mam zamiar przeczytać, zobaczymy czy mi się spodoba :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Książkę mam w planach. Niedawno byłam na "Love, Rosie" w kinie i bardzo, bardzo, bardzo spodobał mi się ten film. Aktorzy zachwycający (swoją drogą, jedni z moich ulubionych), mnóstwo śmiechu, ale i momenty melancholijne. Polecam, może spodoba Ci się bardziej niż książka? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam film w planach, więc z pewnością, prędzej czy później, obejrzę i porównam z wrażeniami po wersji książkowej :)

      Usuń
  12. Już jest na moim stosiku. Niedługo chcę przeczytać :) Mam nadzieję, że jednak spodoba mi się trochę bardziej niż Tobie ;))

    OdpowiedzUsuń
  13. Ło jejku,a to mnie zaskoczyłaś! No ale może coś w tym jest, że książka jest po prostu zbyt obszerna na taka historię? Mimo wszystko jeśli będzie okazja, to rzucę okiem na ten tytuł, natomiast filmu nie mam w planach, bo bardzo nie lubię tej aktorki z obrzydliwymi brwiami, którą obsadzili w głównej roli. Fuj..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też swego czasu nie mogłam jej strawić, przez brwi właśnie, które zawsze mnie rozpraszały, ale od czasów Darów Anioła nie mam z nią już żadnych problemów :D

      Usuń
  14. A ja właśnie z powieści Ahern czytałam TYLKO "P.S.Kocham Cię" i baardzo mi się spodobała. Dlatego mam w planach pozostałe książki tej autorki, tę również, choć obawiam się tej formy, bo coś czuję, że będzie mnie irytować...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie irytowała niestety do samego końca :(

      Usuń
  15. Jak tylko usłyszałam o tej książce to tak jak Ty od razu pomyślałam, że muszę ją przeczytać. Powieść mam, ale zwlekam z lekturą przez niezbyt pochlebne recenzje. Każdy pisarz ma w swojej karierze jakąś słabszą lekturę i u Ahern to jest chyba to.

    OdpowiedzUsuń
  16. Książka dotarła do mnie wczoraj. O tym, że składa się z samych wiadomości, wiedziałam już wcześniej. Zobaczymy, jak ja na nią zareaguję ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Moje znajome bardzo pozytywnie wypowiadały się na temat tej książki. Ogółem twórczość pani Ahern jest w moim otoczeniu ceniona. Osobiście nie miałam okazji się jeszcze z nią skonfrontować, ale mam zamiar to zrobić w jak najbliższym czasie. "Love, Rosie" kusi mnie niemiłosiernie, jednak po Twojej recenzji zdecydowałam, że zacznę od innej pozycji tej autorki. Nie chcę się zniechęcić, a coś czuję, że forma wiadomości może nie trafić w mój gust. Mimo to jestem bardzo ciekawa losów Rosie i Alexa :)

    OdpowiedzUsuń