Niepokojąca trylogia o Marze Dyer Michelle Hodkin [2015]


Rzadko kiedy czytam serię tom po tomie. Prawdę powiedziawszy, prawie nigdy. Może kiedyś robiłam to częściej, walcząc o każdą kolejną część w bibliotece, ale od dłuższego czasu, gdy mogę pozwolić sobie na kupno całej serii, zazwyczaj kończy się na tym, że rozbijam sobie przyjemność na dłuższy czas i dawkuję sobie wrażenia. W rezultacie czytam kilka/kilkanaście serii jednocześnie. Czy to dobrze, czy to źle, ciężko stwierdzić - co kto lubi. Niemniej jednak na dzień dzisiejszy, nie czytam serii tom po tomie. Zazwyczaj robię sobie przerwę na inny tytuł i wracam, gdy zatęsknię za bohaterami cyklu. Inaczej było w przypadku trylogii Michelle Hodkin, którą zdecydowałam się czytać jednym ciągiem, bo najzwyczajniej w świecie nie mogłam się powstrzymać.

Dziś wyjątkowo zdecydowałam się na to, żeby napisać o całej serii, a nie o poszczególnych jej tomach. Prawda jest taka, że zawsze drażniło mnie rozbijanie cyklu na osobne teksty, bo ciężko pisze się o danym tytule, nie zdradzając szczegółów z poprzednich części. Po co więc narażać siebie na gniew tych, którzy natknęli się na spoilery? Po co klepać non stop o tym samym, skoro można zgrabnie podsumować całość? Dlatego właśnie dziś możecie poczytać o całej trylogii Michelle Hodkin. Bez spoilerów. Mam taką nadzieję!

Może się wydawać, że seria zaczyna się w bardzo oklepany i schematyczny sposób. Ot, dziewczyna budzi się nagle w szpitalu, oczywiście nie wie, co tam robi i jak się tam znalazła wie tylko tyle, że coś jest nie tak, choć nie pamięta co. Nic oryginalnego, powiecie i będę musiała przyznać Wam rację. Na szczęście z każdym kolejnym rozdziałem schematy możemy schować do szafy, gdzieś głęboko za starymi futrami babci, o których nikt nie chce pamiętać. Miałam pewne obawy, gdy wrzucałam do sklepowego koszyka całą serię o Marze Dyer, bo wiązało się to z ryzykiem, że seria okaże się być kompletnie nietrafiona i kiepsko wydane pieniądze na zawsze pozostaną smutnym wspomnieniem. Na szczęście okazało się, że podjęte ryzyko było jak najbardziej opłacalne, bo trafiłam na cykl, który połknęłam bez tchu.

@kamykowy_kamyk
Nie spodziewałam się tylu zwrotów akcji, tylu momentów, które były dla mnie kompletnym zaskoczeniem, nie wspominając już o finale tej historii, którego nie sposób było przewidzieć. Fabuła meandruje od nadprzyrodzonych zdolności, przez choroby psychiczne aż do niesamowitych naukowych odkryć. Istna mieszanka wybuchowa, która kładzie na łopatki przez wszystkie trzy tomy. Do tego jeszcze słodka nutka romansu, tak dla uprzyjemnienia lektury (nie martwcie się, nie jest to przesłodzona historia miłosna, po której poczujecie niesmak w ustach) z dodatkiem mrożącego krew w żyłach kryminału. Momentami zastanawiałam się, czy to wszystko nie pryśnie w jednej chwili, zniknie iluzja i okaże się, że cała ta smacznie wyważona historia była tylko wymysłem głównej bohaterki (na pewno widzieliście Wyspę tajemnic z Leonardo di Caprio, więc domyślacie się, co mam na myśli).

Oczywiście, nie jest idealnie. W fabule pojawia się wiele luk, które chciałoby się wyjaśnić, a co do których nie padają odpowiedzi nawet w finalnym rozdziale i człowiek pozostaje z pustymi rękami, a przecież chciałby wiedzieć. Dialogi między bohaterami też nie zawsze zachwycają, gdyż są momenty, kiedy trącają naiwnością i infantylnością (na szczęście w głównej mierze jest to cięty dowcip i dawka zaskakujących emocji). Da się również wyczuć różnicę między każdym z tomów - ciężko utrzymać jest historię na jednym, równie wysokim poziomie przez wszystkie trzy tomy, nie oszukujmy się. Niemniej jednak w ogólnym rozrachunku historia Mary Dyer, dziewczyny, która z niewiadomych nam na początku przyczyn znajduje się w szpitalu nie pamiętając ani chwili ze swojego dotychczasowego życia, wypada na duży, duży plus. Dawno nie czytałam tak niesamowicie intrygującej i niepokojącej książki, a tutaj trafiła mi się cała seria! Tak jak już wcześniej wspominałam, fabuła pełna jest zwrotów akcji i zaskakujących momentów, które wgniatają w fotel. I najlepsza w tym wszystkim jest puenta! 

Podjęłam ryzyko i kupiłam całą serię w ciemno. Cieszę się, bo dzięki temu trafiłam na niesamowitą serię, którą chciałabym zobaczyć na dużym ekranie. Polecam!

Jak ten czas leci, czyli 4 urodziny bloga!

źródło
Aż ciężko mi uwierzyć, jak ten czas szybko leci. To naprawdę już 4 (słownie: czwarte) urodziny bloga! Cztery lata z Kamykową Czytelnią. Cztery lata blogowania, pisania, czytania. Piękny wiek! Po cichu życzę sobie następnych czterech, a potem znów i znów. Bo dobrze mi tutaj. Mimo wielu wzlotów i upadków. Mimo wielu chwil zwątpienia. Zawsze wracałam, bo uwielbiam to miejsce i moich czytelników - to dzięki Wam udało mi się tyle wytrwać! 

A prócz kolejnych lat stażu, czego bym sobie życzyła? Wytrwałości i sumienności. Ogromu przyjemności z tego, co robię. Wiernego grona czytelników, które będzie wpadać na bloga i czytać moje wypociny. Ludzi dyskutujących, z wielką pasją. Życzę sobie również więcej czasu, choć wydłużyć dobę będzie ciężko. Życzyłabym sobie, żeby kolejne lata z Kamykową Czytelnią były równie dobre, jak te, które minęły. Albo nawet lepsze.

Cieszę się, że założyłam tego bloga i udało mi się tyle wytrwać. Cieszę się, bo jest to dla mnie wielka frajda, jeszcze większa, gdy widzę, że innym również się to podoba i mogę z nimi dzielić się moją pasją i radością. Oby tak dalej, tego sobie życzę :)

A wszystkich Was czytających i po cichu odwiedzających mojego bloga, zapraszam do świętowania - wypijcie dziś zdrowie Kamykowej Czytelni! :)

O jednej takiej Cheryl, co doprowadzała mnie do szału [Dzika droga, 2015]

Czytając książki, trafia się na różne bohaterki. Trafiają się takie, które podziwiamy od pierwszych scen. Bohaterki, którym zazdrościmy. Kobiety, które bawią do łez. Takie, które przerażają swoją własną głupotą. Te, które traktujesz jak swoją dobrą przyjaciółkę. Są też takie, które doprowadzają Cię do szału. Do iście szewskiej pasji. Masz ochotę stanąć obok takiej bohaterki, żeby poczęstować ją soczystym policzkiem na opamiętanie. Do takich irytujących postaci należy właśnie Cheryl Strayed. Kobieta zagubiona, szukająca nowej siebie na szlaku Pacific Crest Trail (PCT). Kobieta, która na samotną wędrówkę po wyludnionych terenach zabrała porządne opakowanie prezerwatyw. Dziewczyno, naprawdę liczysz na dobre rżnięcie w lesie? Ogarnij się!

 Ludzie, jak ta kobieta mnie denerwowała. Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszyłam, kiedy Cheryl podróżowała sama, kiedy rozmyślała nad swoim życiem, nad małżeństwem, które zniszczyła (zgadnijcie dlaczego się rozpadło? tak, nasza główna bohaterka zdradzała swojego męża!) i kiedy opisywała przyrodę. Kiedy nie było wokół mężczyzn. Bo w momencie, w którym na horyzoncie pojawiał się osobnik z penisem, Cheryl wariowała. Istny wściek macicy ją dopadał. I nie ważne, że to jakiś nieogolony, śmierdzący facet, którego przypadkowo spotkała na szlaku. Nada się, a co! Ta kobieta non stop oceniała napotkanych mężczyzn w kategoriach ich aparycji i potencjalnego seksu. Jezu, życie Ci się sypie, już praktycznie w gruzach leży, a Ty myślisz o tym, żeby przelecieć tego przypadkowego kolesia? Serio?! Dlatego czasem nienawidzę pierwszoplanowej narracji. Bo jak się trafi taka beznadziejna bohaterka, to potem do ostatniej strony musisz siedzieć w jej głowie i słuchać tych wszystkich głupot, które jej się rodzą pomiędzy wypalonymi zwojami mózgowymi. Za dużo utleniacza, czy coś. 

Dzika droga to nie jest zła książka. Wręcz przeciwnie, jest to bardzo wzruszająca opowieść o podróży nie tylko jednym z najtrudniejszych szlaków turystycznych, ale przede wszystkim o podróży do wnętrza samego siebie, by odnaleźć to, co zgubiło się gdzieś po drodze. Trudne relacje Cheryl z rodziną, z jej matką, którą straciła i z mężem, którego tak podle zraniła, mimo tego że uważała go za wspaniałego człowieka, są niesamowicie poruszające. Ale Cheryl, jako postać jest tak strasznie irytująca, że zabiera całą przyjemność z lektury. Pod tym względem film jest lepszy, bo jednak narracja w większym stopniu oszczędza nam mentalną biegunkę głównej bohaterki. Ale wciąż jest to postać, którą albo się lubi albo się nienawidzi. Umyślnie nie powiedziałam tu kocha, no bo bez przesady, aż tak pozytywnych uczuć nie da się wobec niej żywić. Gdyby trochę utemperować popęd seksualny Cheryl, byłoby o niebo lepiej. A tak pozostał tylko szał, dziki szał. Ale PTC wydaje się być przepięknym szlakiem - gdybym nie była takim cykorem i fanem mojej strefy komfortu, może być się wybrała!

Książka, której nie wolno mi zjeść!


Zniszcz ten dziennik, Książka pod tytułem, To nie jest książka, a teraz jeszcze Nie jedz tej książki. Chyba tylko ślepy by nie zauważył, że ostatnio dystopijne powieści zostały odstawione na bok, a na listach bestsellerów królują kolorowanki i kreatywna destrukcja. Jednych to bardzo boli, że takie tytuły postrzegane są jako literatura i zajmują honorowe miejsca na listach najlepiej sprzedających się tytułów, odbierając je prawdziwej literaturze, godnej uwagi i czytania. Takie mamy głupie społeczeństwo, że zamiast czytać prawdziwą literaturę, wolimy gryzmolić, kolorować i wycinać. Bójcie się niebiosa, sami kretyni, nie umio czytać, ino rysować by chcieli. Drudzy natomiast (tu również ja) zacierają ręce nad nową kolorowanką, świecą im się oczka, gdy widzą nowy tytuł, nad którym mogą kreatywnie się wyżyć razem z pociechami, śliniąc się nad każdym pudełkiem kredek i innych przyborów biurowych (jeżusiu, jak bardzo chciałabym, żeby ktoś mnie zamknął w wielkim sklepie papierniczym na całą dobę!). Nie ma sprawy, mogę być kretynem, grunt, że jestem szczęśliwa i mam z tego radochę. 


Po pierwsze, tego typu publikacje - mówię to zarówno o kolorowankach, jak i wszelakich kreatywnych destrukcjach - pozwalają nam się odstresować. Naprawdę nie spodziewałam się, że będzie to tak fajny i prosty sposób na to, żeby wyłączyć natłok myśli, który gromadzi mi się w głowie każdego dnia. Praca, obiad, sprzątanie, organizacja wesela, a co z praniem, a jakieś zakupy, a co jutro na obiad, przecież jutro w pracy znowu będzie zamieszanie. STOP! Wyłączam się. Idę pokolorować albo zjeść książkę, której ponoć nie wolno mi zjeść. Po drugie, to świetny sposób na spędzenie wartościowego czasu z dzieciakami. Myślę, że można się bardzo zbliżyć ze swoimi pociechami, gdy wspólnie próbuje się wykonać narzucone nam przez książkę polecenia - im bardziej pokręcenie i wbrew zasadom tym lepiej! Ile śmiechu, ile zabawy, ile radości! Po trzecie, uważam, że takie tytuły jak Nie jedz te książki pozwalają nam wyzwolić w sobie wewnętrzne dziecko, a to w dzisiejszych czasach ważny aspekt codzienności. Osobiście byłabym jednym wielkim kłębkiem nerwów, wrednym korpo szczurem z depresją, gdybym regularnie nie dbała o to, by poczuć beztroską, dziecięcą radość. Gdyby nie takie drobne szczegóły i małe szczęścia, pewnie wyzywałabym innych od idiotów i kretynów, bo nie wiedzą jak naprawdę mają się bawić i jak najlepiej spędzać swój wolny czas (prawdziwa literatura for life!)


Nie, czytanie nie jest jedyną, słuszną formą spędzania wolnego czasu. Można robić różne rzeczy, gdy człowiek chce się wyłączyć i odstresować. Nie trzeba tylko i wyłącznie czytać mądrej, poważnej literatury, jak to niektórzy sądzą. Nie. Kocham czytanie, ale wiem, że mogę też robić kilkanaście innych rzeczy, by lepiej się poczuć. I jest to słuszne i dobre.


Dlatego właśnie lubię te wszystkie kreatywne duperelki, które ostatnio pojawiają się na rynku. Tym razem w moje ręce trafiła Nie jedz tej książki, która zawiera mnóstwo fajnych zadań - już nie mogę się doczekać, jak książka będzie wyglądała, gdy skończę wszystkie zadania, pewnie będzie grubaśna i pełna wspomnień (o, i tu kolejna zaleta, bo te wszystkie tytuły mają też formę osobistych dzienników, które wypełniamy swoimi emocjami i pomysłami). Fakt faktem, mam wrażenie, że przeznaczona jest do młodszych odbiorców, więc dzieciaki i ich rodzice z pewnością to docenią bardziej niż starsi czytelnicy, którzy zdecydują się na zakup tego tytułu. Osobiście chętnie wykorzystam Nie jedz tej książki do zabawy z małymi kuzynkami - myślę, że na długi, długi czas będą miały zajęcie, które będą mile wspominać. Dużo ludzi zarzuca takim książkom to, że w ogóle nie mają nic wspólnego z kreatywnością, gdyż zmuszają odbiorcę do wykonywania konkretnych zadań, ale ja mam zupełnie odmienne zdanie na ten temat - wystarczy być trochę buntownikiem i traktować je jako wskazówki, a samemu robić to, co nam się podoba, popuszczając wodze wyobraźni. Podoba mi się to, że każdy może wykonać dane zadanie na swój sposób, zinterpretować polecenie według własnego pomysłu, bo własnie o to w tym wszystkim chodzi - by dać się ponieść wyobraźni.


Czy polecam Nie jedz tej książki? Oczywiście! Ma w sobie ogrom ciekawych poleceń, których nie spotkałam w poprzednich publikacjach, a uwierzcie mi, oryginalność w tej kwestii nie należy do najłatwiejszych, bo trochę już tych tytułów mamy na rynku. Polecenia dają nam pole do popisu i myślę, że za rok, dwa, czy nawet pięć, książka będzie fajną pamiątką, jeśli potraktujemy ją w formie dziennika czy pamiętnika. Uczyńcie z nich swój własny, kolorowy świat ;)

Za możliwość poznania Nie jedz tej książki dziękuję Galerii Książki

O niesprawiedliwie zaszufladkowanej powieści Lissy Price - Starter [Albatros, 2015]

Gdy widzę na okładce książki tekst Dla fanów książki i filmu Igrzyska Śmierci mam ochotę kopnąć komuś w zadek i pogratulować mu tego, jak w fantastyczny sposób właśnie przekreślił życie trzymanego w ręce tytułu. Nie ma nic gorszego, niż zaszufladkowanie powieści. I to jeszcze nie tam, gdzie trzeba! Uwierzcie mi, Starter ma naprawdę niewiele wspólnego z trylogią Collins. Skąd więc ten pomysł? *w tle słychać szelest banknotów* Dokładnie tak, jeśli nie wiesz o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Marketingowy chwyt poniżej pasa, którego nie powinno się stosować, bo przynosi więcej szkody niż pożytku. Serio. Gdybym zobaczyła w księgarni Starter, wzięłabym go na moment do ręki, przeczytałabym tę bezsensowną notkę o Igrzyskach Śmierci i odłożyłabym ją na półkę, bo stwierdziłabym, że nie chcę znowu czytać podobnej do siebie, dystopijnej powieści o cudownej nastolatce pokonującej system. Tak, właśnie takie skojarzenie rodzi się we mnie, gdy ktoś porównuje coś do historii Katniss. Na szczęście, gdy książka pojawiła się w moim domu, w ogóle nie zwróciłam uwagi na tę notkę i dałam jej szansę, której nie żałuję.

Bo Starter naprawdę ma niewiele wspólnego z Igrzyskami Śmierci, prócz tego głównego wątku, którym jest Callie i jej walka z systemem. Poza tym, wszystko jest zupełnie inne, całkowicie nowe i świeże. Wyobraźcie sobie, że gdzieś tam pojawia się epidemia bakteriologiczna, która sprawia, że umierają wszyscy między szesnastym, a sześćdziesiątym rokiem życia. Zostają tylko dzieciaki i staruszkowie. Ci najmłodsi nie mają nic, muszą ciągle uciekać i kryć się w opuszczonych budynkach unikając za wszelką cenę zakładów dla nieletnich, natomiast ci najstarsi mają wszystko - pieniądze, zdrowie, bogactwo. I młode ciała na wynajem. Dokładnie tak, młode ciała na wynajem. Znalazł się bowiem jeden mądrala, który założył Prime Destinations i stwierdził, że młodzi z pewnością będą chcieli zapewnić sobie godne życie, więc będą wynajmować swoje ciała staruszkom, żeby ci mogli sobie poszaleć w kwiecie wieku. Tylko problem w tym, że nie wszystkie dzieciaki odzyskiwały swoje ciała, nie wszystkie też korzystały z usług Prime Destinations z własnej woli. I gdzie tu Igrzyska Śmierci, ja się pytam?

Tak jak mówiłam, gdyby przyszło mi decydować o lekturze tej książki, stojąc w księgarni i czytając opis na okładce, odłożyłabym ją na półkę i poszukałabym czegoś innego. I straciłabym ogromną szansę na poznanie niesamowitej fabuły, którą zaserwowała swoim czytelnikom Lissa Price. Bardzo spodobało mi się futurystyczne uniwersum, które stworzyła i koncepcja, którą przedstawiła. Wynajmowanie ciał staruchom? Brak kontroli nad własnym ciałem przez kilka tygodni, a nawet miesięcy? Wow, to jest naprawdę przerażające! Poza tym akcja jest bardzo dynamiczna, posiada wiele zwrotów akcji, które sprawiają, że człowiekowi szczęka opada i zastanawia się, co będzie dalej. Jest tylko jeden problem - Callie, czyli główna bohaterka. Nie lubię jej. Jest strasznie infantylna i niedojrzała, denerwująca dziewucha, z którą ciężko wytrzymać. Na szczęście prócz tego jednego aspektu jest naprawdę ciekawie i szczerze przyznam, że nie mogę się doczekać kolejnej części, bo Starter skończył się w dosyć decydującym momencie.

Zastanawiam się tylko, ile osób zrezygnowało z przeczytania tej powieści przez bezsensowne zaszufladkowanie jej przez wydawcę. Niby miało to przynieść jej popularność, ale czy nie przyniosło to odwrotnego skutku? W związku z tym apel do wydawców - nie odbierajcie wydawanym przez Was książkom szansy na własny, niezależny sukces, bo możecie jej przynieść więcej szkody niż pożytku. Jeśli książka jest dobra, obroni się sama, nie potrzebuje naciąganej popularności nabijanej dzięki sukcesowi innej serii. 

PS. I tak jeszcze słowem zakończenia - uwielbiam oprawę graficzną tej serii i jej futurystyczne okładki, które nie pozwalają od siebie oderwać spojrzenia! Tutaj bez dwóch zdań łapka w górę ;) 

Legendy polskie dla dzieci w obrazkach - Nikola Kucharska [Nasza Księgarnia, 2015]

Po dziś dzień pamiętam, jak Mama czytała mi 12 złotych bajek do snu. Pamiętam jej miarowy, ciepły głos, który tulił mnie kojąco, gdy opowiadała historię Kopciuszka czy Jasia i Małgosi. Moja pierwsza książka, którą wciąż gdzieś jeszcze trzymam dla własnych dzieci. Baśnie i legendy mają w sobie niesamowitą moc i magię, którą małe pociechy chłoną niczym gąbki. Niemniej jednak w polskiej kulturze również dorobiliśmy się swoich historii, o których nie warto zapominać, robiąc im miejsce dla Czerwonego Kapturka czy Śpiącej Królewny. Polacy nie gęsi! Pamiętacie jeszcze legendę o Smoku Wawelskim? O Bazyliszku? A o Warsie i Sawie? Warto więc dać szansę Waszym dzieciom, by i one miały okazję je poznać.

Ostatnimi czasy w moje ręce wpadła ciekawa publikacja, a mianowicie Legendy polskie dla dzieci w obrazkach autorstwa Nikoli Kucharskiej. Choć sama jeszcze dzieci nie posiadam, wciąż mam liczne grono kuzynek i kuzynów w wieku dziecięcym, które chętnie zabawiam różnymi nowinkami, szczególnie ze sfery literatury i to właśnie z myślą o nich sięgnęłam po polskie legendy w wersji obrazkowej. Niestety, w pewnym sensie jestem rozczarowana.

O ile jestem zadowolona z graficznej strony tej publikacji, tak praktyczna jej strona w ogóle mi nie odpowiada . Książka jest formatu A4, o mocnych, tekturowych stronach, które dzieciaki będą miały trudno zniszczyć przez długi, długi czas - to oczywiście plus, bo większość z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak destrukcyjne potrafią być dziecięce łapki i zęby. Ilustracje znów na plus - są dosyć specyficzne, a przez to przyciągające uwagę i zapadające w pamięć. Co za tym idzie, przeglądanie kolejnych stron jest nie małą frajdą, bo każda z legend zajmuje 2 pełne strony, więc jest co oglądać. 

Natomiast praktyczna strona tej publikacji mocno kuleje. Autorka zdecydowała się na podzielenie książki na dwie części. W pierwszej z nich znajdziemy teksty w bardzo uproszczonej formie - krótkie zdania, jasne komunikaty. Natomiast w części drugiej znajdziemy już obrazkowe przedstawienia każdego z tekstów, w formie ponumerowanej ścieżki, którą należy śledzić w trakcie czytania legendy. Tylko tutaj pojawia się pewien problem, bo ciężko jest jednocześnie czytać tekst i wodzić palcem po ilustracji, bez niewygodnego przewracania non stop z jednej strony na drugą albo niepraktycznego trzymania książki pół otwartej w dwóch miejscach. Według mnie to bardzo duży minus i niedogodność, bo książka może i jest oryginalna i interaktywna, ale w bardzo niewygodny sposób, który utrudnia współpracę z nią. 


Podsumowując, plus za to, że mamy polskie legendy - o tych warto pamiętać, warto opowiadać o nich dzieciakom. Plus również za graficzną stronę publikacji. Natomiast dużym minusem jest forma legend i konieczność przeskakiwania z tekstów na ilustracje, co znacznie utrudnia czytanie jej. Myślę, że bardziej sprawdzi się w formie spontanicznego opowiadania na podstawie ilustracji, traktując teksty na początku jako ściągę :)

Legendy polskie dla dzieci w obrazkach do kupienia w Taniej Książce > o tutaj <

TOP10: najlepsze książki pierwszej połowy 2015

Udało się! Zebrałam się. Bom się nosiła z tym zamiarem kilka dobrych dni i jakoś zebrać się nie umiałam. Ale chyba się udało. Wreszcie mogę pokazać Wam moją listę najlepszych dziesięciu książek pierwszej połowy 2015, do zrobienia której zainspirowała mnie oczywiście Klaudyna (tutaj możecie znaleźć jej TOP10). 

Niestety, w tym roku jest u mnie bardzo słabo pod względem książkowym, więc było mi dosyć trudno wygrzebać złotą dziesiątkę z tej marnej garstki tytułów, które udało mi się przeczytać. Ale mam. Jesteście ciekawi, jakie są moje najlepsze tytuły pierwszej połowy 2015? Lecimy!
  • Eleonora i Park - Rainbow Rowell (recenzja)
  • Wybacz mi, Leonardzie - Matthew Quick (recenzja)
  • Przegląd Końca Świata. Blackout - Mira Grant (recenzja)
  • Filary Świata - Terry Goodking
  • Kolorowy trening antystresowy. Wzory i ornamenty
  • Zakon Mimów - Samntha Shannon
  • Największe skarby naszej cywilizacji - Beata Pawlikowska
  • Największe kłamstwa naszej cywilizacji - Beata Pawlikowska
  • Zabójczy wirus - Alex Kava
  • Czarny piątek - Alex Kava
A jakie są Wasze typy na topowe książki pierwszego półrocza 2015? Jestem niezmiernie ciekawa! :)

Wybacz mi, Leonardzie - Matthew Quick [MoonDrive, 2014]

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam w ofercie wydawnictwa nowość w postaci trzech przepięknie wydanych, kolorowych powieści Matthew Quicka, moja obsesyjna żądza posiadania przejęła nade mną kontrolę i wiedziałam, wręcz byłam święcie przekonana, że będą moje! Prędzej czy później, ale będą! Czas pokazał, że było to jednak później, ale za to udało mi się nawet załapać na promocję! Tym większa była moja radość, gdy przyszło mi rozpakować zawartość, żeby ujrzeć fantastyczne okładki Wybacz mi, Leonardzie, Niezbędnik obserwatorów gwiazd i Prawie jak gwiazda rocka. Do teraz cieszę się jak dziecko, gdy na nie patrzę. Ale nie samym patrzeniem przecież czytelnik żyje, przyszedł więc czas na lekturę. Zdecydowałam się, że na pierwszy ogień pójdzie ta miętowo-zielona, czyli Wybacz mi, Leonardzie. No i moja radość nieco ustąpiła na rzecz poniższej reakcji:


CZEMU? Czemu?! CZEMUUUUUUU! Czemu ciągle mi to robicie, ja się pytam?! Czemu znowu ukaraliście mnie otwartym zakończeniem? Jednym wielkim niedopowiedzeniem? *wywodowi towarzyszy ryk zranionego lwa, tylko że wyję ja, a nie jakiś lew* No czemu, pytam! Nienawidzę otwartych zakończeń. Będę to powtarzać do grobowej deski. Nie i koniec! Ma być konkretny fakt, strzał w pysk, płacz, lament i zgrzytanie zębów albo chociaż jakiś marny happy end, byle jakoś się skończyło. SKOŃCZYŁO! Nie chcę żadnej furtki na domyślanie się, co mogło się zdarzyć. Nie chcę zastanawiać się, co stało się z głównym bohaterem, szczególnie, że jego losy tak dramatycznie rozgrywają się przez całą fabułę i wręcz pragnę, żeby wreszcie stało się coś mocnego! A nie rozmemłane, jedno wielkie pytanie CO DALEJ?

Uf. Ulżyłam sobie. Zaczęłam od końca, dosłownie, ale ulżyłam sobie, bo otwarte zakończenie to chyba jedyny tak wyraźnie zauważalny mankament tej powieści. A ja naprawdę nie znoszę tego typu zakończeń i gdy się pojawiają, mają naprawdę ogromny wpływ na finalny odbiór danego tytułu. Ale wygadałam się, nie lubię tego, dla mnie to mega minus, finito. Teraz czas na coś dobrego, bo przecież niczego Wybacz mi, Leonardzie nie brakuje. Wręcz przeciwnie, naprawdę piękna opowieść z modnego ostatnio gatunku Young Adult. Takich powieści młodzieżowych nam trzeba (btw że ja dalej czytam książki dla nastolatków, to jest coś - może mam już kryzys wieku średniego w wieku 24lat?), bo poruszają realne, dojrzałe problemy, z którymi wiele dzieciaków musi się borykać każdego dnia, często szukając rozwiązania w tragicznych sposobach. Owszem, jest trochę w stylu Johna Greena, czyli mamy nieprzystosowanego do życia wśród rówieśników dziwaka o lekko psychopatycznych skłonnościach, ale muszę przyznać, że Leonarda Peackocka dla się lubić. Czasem mnie przerażał, ale bardzo podobała mi się jego dojrzałość i dystans wobec innych rówieśników, jego zdolność obserwacji i wyciągania wniosków, a przede wszystkim chęć bycia innym, chęć podążania własną drogą. Znalazłam w niej kilka fragmentów godnych zapamiętania, do których chciałabym wracać w gorszych momentach. 

To jedna z tych powieści, które bierzesz do ręki, skupiasz się na lekturze i nagle okazuje się, że za Tobą już połowa książki, bo tak szybko i przyjemnie się ją czyta, że nawet nie zauważyłeś, jak błyskawicznie minął Ci przy niej czas. Książka niby młodzieżowa, więc na starcie skazana na odrobinę lekceważenia ze strony czytelników. Ale nie powinna być lekceważona. Powinna być zauważona.

Gdyby tylko nie to otwarte zakończenie...   

po czym poznać kiepską książkę?

Pamiętacie jeszcze tekst po czym poznać dobrą książkę? Zapowiadałam w nim, że przyjdzie czas na zmierzenie się z kiepską książką i wyobraźcie sobie, że ten czas nadszedł właśnie TERAZ! Cieszycie się? Bo dzisiaj możecie poznęcać się nad gniotami, które mieliście wątpliwą przyjemność czytać. 

Smutne jest to, że kiepską książkę łatwiej spotkać niż tą dobrą. Taką wiecie, dobrą z prawdziwego zdarzenia, dla której zrobicie ołtarzyk i będziecie ślinić się na widok jej okładki za każdym razem, gdy zauważycie ją kątem oka. A te słabe gnioty czasem mają tak, że mnożą się jak grzyby po deszczu i gdy chcesz wreszcie przerwać ten maraton miernoty, trafia się następna, którą masz ochotę wyrzucić za okno. Pytanie tylko, co czyni ją taką kiepską? Zerknijcie na moją listę i dodajcie coś od siebie :)

- nuda, nuda i jeszce raz nuda - no powiedzcie sami, chyba nie ma nic gorszego, niż nudna książka. Taka, co Cię męczy, dręczy, wypruwa flaki przy czytaniu, a końca rozdziału dalej nie widać, nie mówiąc już o końcu książki. I ciągnie się to, i ciągnie w nieskończoność, a Wy macie ochotę wyrwać sobie włosy z głowy, byle tylko nastąpił wyczekiwany koniec tej męczarni. O dziwo, nie dzieję się tak tylko z lekturami szkolnymi (przy okazji przyznam się, że jak bardzo kocham czytać książki wszelkiej maści, tak nieznoszę czytać lektur!)


- beznadziejne postaci - takie, które macie ochotę udusić, wypatroszyć żywcem i jeszcze spalić na stosie, dla pewniejszego efektu. Ciarki mnie przechodzą, jak trafiam na głupią główną bohaterkę, która wkurza mnie każdym zdaniem, które wypowiada. Albo gorzej, gdy to ona jest narratorką całej powieści (patrz: Sookie Stackhouse) i non stop musicie męczyć się z jej durnymi myślami. Przecież to przyprawia o fizyczny ból. Albo kobiety-bluszcze, które uwieszają się na swoim facecie i nie mogą bez niego nic zrobić. I takie to nieporadne, takie zagubione, takie rozmemłane, że masz ochotę kopnąć w zadek, żeby jedna z drugą wzięła się w garść. Można też trafić na bohatera absurdalnego, który swoim zachowaniem będzie doprowadzał do szewskiej pasji, bo będzie robić wszystko inaczej niż podpowiadałby zdrowy rozsądek. A Ty siedzisz z książką w ręce i niemal krzyczysz, jak większość ludzi oglądając uciekającą panienkę w horrorze: nie rób tego! Co do lasek, jest jeszcze jeden typ, który mnie wpienia, a mianowicie te napalone i niewyżyte, które widząc każdego faceta na swojej drodze, rozbierają go w myślach i zabierają ze sobą do łóżka. Też w myślach, bo na nic więcej je nie stać.


- przesadna wulgarność i ordynarność - trochę związana z ostatnim typem wkurzających bohaterów. Ani trochę nie podoba mi się to, kiedy w książka naładowana jest przekleństwami, bo czuję się jak na polu minowym. Jasne, przekleństwa w niektórych momentach są nawet i wskazane, ale gdy w tekście co rusz lecą jakieś panie na k* i panownie na ch*, to cierpnę. Czuję się wtedy gorzej, niż kiedy przechodzę obok osiedlowego sklepu i ekipy Mietków i Januszów soczyście sklinających sobie do trzymanej w ręku flaszki z tanim winem. Ludzie, miejcie umiar. To samo tyczy się ordynarnych i wulgarnych opisów, np. scen erotycznych. Za tanie porno w wersji papierowej dziękuję i robię w tył zwrot. 


- oklepane / schematyczne / wielokrotnie powtarzające się motywy - kwestia, która często pojawia się, gdy w modzie jest jakiś konkretny typ książek. Był czas na paranormal romance, był czas trójkątów miłosnych, do porzygania. Teraz znowu mamy czas dystopii i co rusz towarzyszy mi uczucie deja vu czy ja tego przypadkiem już nie czytałam? Jedni się inspirują, drudzy ostro zżynają, a Ty się człowieku męcz!


- zakończenie - które rujnuje całą książkę. Dla mnie koszmarem są też otwarte zakończenia, z nutką niedopowiedzenia, gdzie czytelnik sam może sobie dopowiedzieć, co stało się z bohaterami, decydując o ich losach. Nie otwartym zakończeniom. I nie dla tych, które są rozczarowaniem!


- chcesz o niej jak najszybciej zapomnieć - kompilacja wszystkich powyższych punktów. Książka była tak beznadziejna, że masz ochotę wymazać z pamięci każdą minutę, którą spędziłeś na jej czytaniu. Turbo kombo wszystkiego, co najgorsze w lekturze. Najlepiej wyrzucić takiego gniota gdzieś daleko, spuścić w klozecie albo zrobić z niego wycieraczkę. Do tego może się lepiej nada, skoro do czytania nie nadaje się wcale. 


A co według Was czyni książkę beznadziejnie kiepską? Macie swoich faworytów w tej dziedzinie? :D

Szukając Alaski - John Green [Bukowy Las, 2013]

Wyszło szydło z worka. John Green wcale nie jest taki fajny, jak początkowo mi się wydawało. I jestem zdruzgotana tymże faktem. Choć nie, w sumie to nie. Bardziej rozczarowana tym, że póki co Zielony nie powtórzył swojego epickiego sukcesu, który przyniosła mu Gwiazd naszych wina. Bo ani Papierowe miasta mnie nie zachwyciły w żaden sposób, ani zbiór W śnieżną noc mnie nie powalił na kolana, a teraz jeszcze Szukając Alaski. Póki co 3:1 na niekorzyść Greena. Będąc radykalnym w osądach, bez bawienia się w połówki punktów i litowanie się. Panie Green, przegrywasz Pan. A do tego wszystkiego, zajeżdżasz Pan schematami. Nieładnie!

Schematami, no właśnie. Mam wrażenie - oprócz Gwiazd naszych wina - że Green uczepił się jednego schematu fabuły i na jego postawie tworzy swoje powieści. No bo zobaczcie, tak jak w Papierowych miastach, w Szukając Alaski znów spotykamy się z dziwnymi dzieciakami, nastolatkami nad wyraz dojrzałymi emocjonalnie, co w dzisiejszych czasach jest ewenementem, mam wrażenie. Poza tym, cytują wiersze, dorosłe powieści i ostatnie słowa zmarłych ludzi. Który nastolatek to robi? Tylko ten dziwny, patrząc typowo stereotypowo. Więc Green zawsze obiera sobie na bohaterów dzieciaki specyficzne, które można brać za dziwaków i wyrzutków społeczeństwa, którzy przyjaciół znajdują sobie w równie pokręconych kumplach. Ale jest też super popularna, mega seksowna dziewczyna, którą wszyscy uwielbiają, nasz dziwny i fajtłapowaty główny bohater oczywiście się w niej skrycie podkochuje, a ona ma tyle problemów z życiem i sobą samą, że chce ze sobą skończyć, najpierw zasypując wszystkich tajemniczymi tekstami wypluwanymi spontanicznie podczas rozmowy. Tak z dupy. Po prostu.

Prócz schematycznych bohaterów (fajtłapowaty dziwak vs seksowna szkolna gwiazda), musimy borykać się również z powtarzającą się fabułą. Bo zarówno w Papierowych miastach, jak i w Szukając Alaski, głównym motywem oczywiście jest rozkwitające uczucie pomiędzy naszą dziwną parką, przeplatane z pogonią za pokręconym sposobem myślenia naszej super gwiazdy w wersji żeńskiej. Bo zarówno Margo, jak i Alaska mają coś nie tak z głową i chcą ze sobą skończyć, dlatego uciekają, bądź znikają w innych okolicznościach, a zadaniem naszego etatowego fajtłapy - Quentin lub Miles (Klucha) - jest rozszyfrowanie, co do cholery jasnej, siedziało w głowie ukochanej, szukając wskazówek w zainteresowaniach dziewczyn. I motyw ten pojawia się w obu książkach. Zmieniają się tylko imiona bohaterów i okoliczności towarzyszące - szkoła publiczna vs szkoła z internatem, sposób zniknięcia dziewczyn czy finalne rozwiązanie zagadki zaginięcia, czyli naprawdę niewielkie szczegóły, które różnią obie te książki.


Więc fenomen Johna Greena gdzieś się ulotnił, a zamiast tego, został swąd schematycznego powtarzania fabuły do upadłego, zmieniając tylko kilka elementów, żeby nie było. Ale jest. Widzimy to, Panie Zielony, żeś wdepnął w powtarzalne motywy i dobrze, że chociaż na chwilę z nich wybrnąłeś (choć też nie całkiem, trzeba przyznać, bo Hazel i Gus też nie należą do typowych nastolatków, ale u nich jest trochę inaczej, bardziej zrozumiałe jest dla mnie, że to oni są takimi dziwnymi wyrzutkami społeczeństwa, ze względu na swoją chorobę. Reszta natomiast wydaje się być typowymi nastolatkami tylko z pozoru). Przede mną jeszcze Will Grayson, Will Grayson i 19 razy Katherine, więc zobaczymy, jak Zielony sobie dalej radzi, póki co jest słabo. I jak widzę na okładce książki napis kultowy pisarz amerykański to trochę się śmieję pod nosem, bo tak łatwo kogoś wynieść na piedestał, choć w gruncie rzeczy nie ma się ku temu powodów. Nic no, pozostaje mi liczyć, że inne powieści Johna Greena będą bardziej w stylu Gwiazd naszych wina, czyli zmiażdżą mnie emocjonalnie, a nie, doprowadzą do znudzonego grymasu. 

A jak Wasze doświadczenia z powieściami Johna Greena? Też zastanawiacie się, skąd wziął się jego fenomen? 

Eleonora i Park - Rainbow Rowell [Moondrive, 2015]

Nastoletnia miłość. Tak, to były czasy. Wspomnienia, które przywołujesz w myślach z rozmarzonym uśmiechem, który za chwilę zmienia się w zmieszany grymas zawstydzenia, sprawiający, że znów chcesz zapomnieć na kilka dobrych lat, co udało Ci się zmajstrować będąc nastolatką pozbawioną rozsądku. I wciąż tłucze Ci się w głowie pytanie jak JA mogłam to zrobić? jak JA mogłam być tak naiwna i głupia? Cóż, przywilej bycia młodym, powiadają. Czasem człowiek chętnie wraca do tych beztroskich, niezobowiązujących chwil, które przyszło mu przeżyć. Najchętniej do tych, które wywołują lekki uśmieszek na ustach i skłaniają do myślenia ale było fajnie. Właśnie takie emocje wywołała we mnie powieść Rainbow Rowell Eleonora i Park

Wiecie, że miałam wątpliwości, co do tej książki? Cóż za nowość, powiecie, to nie pierwszy raz! Tak, czasem udaje mi się złapać dystans do nowości, dzięki któremu udaje mi się zacząć czytać książkę z obojętnością. I wiecie? To ratuje mi dupę, bo wtedy nie mam wygórowanych oczekiwań, nie myślę o tym, co chciałabym przeczytać, nie wyobrażam sobie, jak ja chciałabym widzieć tę powieść. Zaczynam od zera. I zazwyczaj właśnie wtedy powieść wygrywa i mnie zachwyca. Nie inaczej było w przypadku tego tytułu. A byłam święcie przekonana, że nie dam się omotać jakiejś historyjce dla nastolatków - przecież to nie pierwsza książka o nastoletniej miłości, którą przyszło mi czytać, do tego jestem już trochę stara, bardziej doświadczona, więc tym bardziej mnie nie ruszy jakieś ckliwe gadanie. I tu się grubo pomyliłam. Bo mnie ruszyło. Ruszyło mnie tak, że popłakałam się na koniec książki. Tak, jestem mięczakiem. Ale kocham Eleonorę i Parka. Choć Eleonorę trochę mniej!

Dawno nie czytałam tak przyjemnej, ciepłej i rozczulającej książki. Przez większość czasu myślałam sobie, jaka ta powieść jest urocza i wyglądałam mniej więcej tak:


Od razu przypominały mi się moje pierwsze zauroczenia i zakochania. Obsesje na punkcie chłopaków. Nadinterpretacje każdego słowa i gestu. Wyolbrzymianie i analizowanie każdej spędzonej chwili, przegadanej rozmowy. Człowiek był kiedyś taki rozczulająco naiwny. Pewnie do teraz trochę jest. Ale co tam, przecież czasem fajnie poczuć taki młodzieńczy, beztroski poryw uczuć, prawda? 

Ale ta książka wcale nie jest tylko urocza i rozczulająca. Jest również niezwykle poruszająca, bo Rainbow Rowell świetnie udało się przedstawić nastoletnie rozterki. Całą gamę kompleksów, które dręczą każdego z nas w tym wieku. Brak wiary w siebie. Szukanie własnego ja. Tym łatwiej jest nam się utożsamić z głównymi bohaterami, czyli z Eleonorą i Parkiem. Mnie osobiście Eleonora okazała się być bardzo bliska, z całym swoim bagażem wątpliwości, przede wszystkim wobec samej siebie, ale również wobec innych, którzy darzyli ją sympatią. Dziewczyna tak bardzo wątpiła w swoją urodę, w siłę swojego charakteru, że ze złością przyjmowała komplementy, uważając je za zawoalowane podśmiewanie się. Skądś to znam. Rozumiem również zachowanie Eleonory wobec Parka, to, jak często go odrzucała, gdy ten był dla mniej miły, troskliwy i niesamowicie kochany. Wiecie, ilu fajnych facetów odrzuciłam, bo myślałam, że są dla mnie za dobrzy, a ja przecież nie zasłużyłam na nic dobrego? Dobrze, że pięć lat temu trafiłam na tego najfajniejszego i nigdzie go już nie wypuszczam ;)  Wszystko to wynikało z braku poczucia własnej wartości, z którym wielu ludzi boryka się nie tylko w latach nastoletnich. Trochę utożsamiłam się z Eleonorą również z innych powodów. Może nie była dojrzała (ale powiedzmy sobie szczerze, jaka dziewczyna jest dojrzała mając 16 lat?), ale potrafię zrozumieć jej motywy i zachowanie, które dla niektórych wyglądały jak obojętność wobec Parka. A jeśli już o chłopaku mowa, to jemu również nie można odmówić charakteru i wyjątkowości. Eleonora i Park to naprawdę świetna para, dzięki której możemy przypomnieć sobie, jak ciężkim okresem jest dorastanie. Jak wiele w tym czasie rozterek i wątpliwości, z którymi trzeba się borykać. Jak wiele pojawia się prawdziwych problemów, nie tych wyimaginowanych, w stylu co na siebie włożyć, żeby ładnie wyglądać dla chłopaków, a przede wszystkim dla wrednych dziewczyn.


Powieść Rainbow Rowell w całej swojej ciepłej otoczce, w całym swoim rozczulającym uroku, jest też powieścią niesamowicie dojrzałą i poważną, poruszającą trudne tematy, skłaniającą do myślenia. W żadnym wypadku nie jest to jakaś pusta historyjka o zakochanych nastolatkach, które na siłę szukają sobie problemów, bo im się nudzi. Nie. Tutaj problemy są realne. Są trudne do rozwiązania dla nastolatków, gdyż czasem trudno walczyć jest z siłą dorosłych. To piękna historia o walce z przeciwnościami losu, walka o własne ja i poczucie tego, że jest się wartościowym człowiekiem. Walka o piękną, dojrzałą miłość. Dzięki tej książce otrzymałam niesamowity ładunek pozytywnych emocji. Dużo myślałam o tym, jak cudownie jest kochać i być kochanym. Jak wspaniale jest poznawać drugiego człowieka, jak fantastycznie jest być zakochanym, tak młodzieńczo i radośnie. Piękna książka, dziękuję za nią autorce i losowi, że mogłam ją przeczytać. Z chęcią do niej wrócę, bo grzechem byłoby nie wrócić do historii, która skłoniła mnie do łez :)

Blackout - Marc Elsberg [Wydawnictwo W.A.B.]

Potrafisz wyobrazić sobie dzień bez prądu? Meh, jeden dzień bez prądu to pikuś, myślisz sobie. Mogłoby być nawet fajnie. Nie trzeba iść do szkoły, nie trzeba iść do pracy, bo przecież nic nie działa. Przeżyjesz te 24 godziny bez wysuszenia włosów, bez oglądania telewizji, bez komputera i internetu, bez kawy z ekspresu i tych wszystkich udogodnień. Jeden dzień to nie tak dużo. A co powiesz na 3 dni? 7 dni? 14 dni? Brak internetu i kawy z ekspresu stanie się zwykłą bzdurą, gdy okaże się, że z kranu nie płynie woda, nie ma ogrzewania, nie ma jak zjeść ciepłego obiadu. Nie działają banki, więc zostajesz bez pieniędzy. Nie działają też sklepy, więc nie kupisz sobie nic do jedzenia, nawet jeśli udało Ci się wygrzebać resztki oszczędności ze skarbonki czy skarpetki. Szpitale działają na awaryjnym zasilaniu, więc módl się, żebyś nie potrzebował wtedy pomocy. Wytrzymasz 3 dni, może wytrzymasz i 7, ale pomyśl, co będziesz czuł, gdy od kilku dni nie uda Ci się umyć, nie uda Ci się spuścić wody w toalecie, nie uda Ci się zjeść, nie uda Ci się nic. Bo nie ma prądu. A gdzieś tam urzędnicy i ludzie na wysokich stołkach siedzą sobie w cieple, mając co jeść, mając gdzie się umyć, tylko dlatego, że są ważni, lepsi. Wytrzymasz? Tylko sobie wyobraź. 

Przyznajcie, że wizja jest tym bardziej przerażająca, im bardziej sobie to wyobrażacie. I ta totalna bezsilność, z którą nikt nie może sobie poradzić, bo awaria prądu nie jest zależna od nich. Ty myślisz tylko o tu i teraz, o tym, że brakuje wody, jedzenia, ogrzewania - elementów potrzebnych do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Pomyśl jednak o długoterminowych skutkach tak długotrwałej awarii prądu w całej Europie. Tak, w całej Europie! Wszystkie szpitale, wszystkie banki, wszystkie sklepy, bez prądu. A pomyśl jeszcze o elektrowniach atomowych, które również nie mają prądu niezbędnego do chłodzenia nieużywanych reaktorów. Brak energii zwiastuje tylko jedno - poważne kłopoty dla nas wszystkich.

Wizja jest przerażająca. I gdy tylko sobie pomyślę o takiej możliwości, mam ochotę wybudować sobie schron z niezależnym agregatem prądotwórczym albo chociaż piecem, który daje ciepło, z wielkimi zapasami żywności i wszystkim innym, co może się przydać na taką ewentualność. Dlatego z taką chęcią i ciekawością sięgnęłam po Blackout, który opowiada o właśnie takiej ewentualności - brak prądu w całej Europie.. i nie tylko!

Spodziewałam się, że książka Marca Elsberga wprawi mnie w jedno wielkie przerażenie i wstrząśnie mną do żywego. Jak bardzo się przeliczyłam. Przez pierwsze 400 stron wyglądałam mniej więcej tak:


Czekałam i czekałam, aż wreszcie coś się wydarzy. Przecież nie ma prądu w CAŁEJ EUROPIE! Coś musi pójść nie tak! Gdzie problemy zwykłych ludzi? Ciągle tylko fachowe gadanie, sytuacja przedstawiona z perspektywy władz i wysoko postawionych ludzi. Gadanie, gadanie, gadanie. Ciągle tylko gadanie! Z jednej strony ciekawie zobaczyć, jak pracują władze w takich kryzysowych sytuacjach (głównie próbując zatuszować problemy przed obywatelami, bo lepiej nie informować innych, że jest się w czarnej dupie, że chyba mamy globalny atak terrorystyczny i w sumie to nie wiadomo ile to jeszcze potrwa, kiśnijcie więc ludzie sami, radźcie sobie sami, a my posiedzimy w ciepełku i podebatujemy jeszcze przez kilka godzin). Ale cholera jasna, czemu to tyle trwało! Ponad 400 stron czekałam, aż w końcu akcja się rozkręci i autor postanowi pokazać trochę inną perspektywę całej tej awarii, czyli ludzi, zwykłych obywateli i to, w jaki sposób sobie radzą. Przez pewien moment myślałam, że rzucę Blackout do kąta, bo jak się okaże, że zmarnowałam tyle cennych godzin na te męczące i nudne 800 stron, to się chyba uduszę własną frustracją. 

Na szczęście nastąpił lekki przełom. Fantastycznie, coś się dzieje! Choć nie do końca... Wciąż gadają, wciąż fachowo i trochę niezrozumiale, ale mniej. Wreszcie więcej ludzi, więcej dramatycznych sytuacji na ulicach, w domach, w szpitalach. Dziękuję! Druga połowa szła mi już dużo lepiej, fabuła zaczęła się rozkręcać, wychodziło na jaw więcej faktów, które rzucały nowe światło na całą sprawę. Tak czy inaczej, książka sama w sobie dupy mi nie urwała, na co miałam ogromną nadzieję. 

Chciałam, żeby ta książka mnie przeraziła. Żebym chodziła skołowana przez kilka dni, mając  w głowie realizm tej sytuacji. Że w każdej chwili coś takiego może się wydarzyć i wtedy będę równie bezsilna jak ci bohaterowie, których losy udało mi się w niewielkim stopniu poznać. Liczyłam na to, że książka mnie sponiewiera i zostawi z otwartą gębą z niedowierzania. A w sumie przeczytałam ją i nic. Owszem, były emocje, ale liczyłam na większy ich ładunek, patrząc na motyw przewodni fabuły. Chyba bardziej przerażała mnie moja wyobraźnia. 

Nie wiem, nie jestem zadowolona z tej lektury. Nie jest zła, ani trochę. Brakowało mi po prostu emocji. Według mnie Blackout jest mocno przegadany, a mogło w nim być więcej zwrotów akcji, więcej napięcia, więcej stresu i ciar na plecach. A szkoda, bo zapowiadało się naprawdę emocjonująco. Cóż, bywa i tak.

#FOTO KWIECIEŃ czyli miesiąc w zdjęciach


Witam Was ponownie na fotograficznym podsumowaniu miesiąca :) Wreszcie wiosna pełną gębą! Choć mnie jeszcze wciąż trochę ciężko uwierzyć, że można już wyjść z domu ubierając tylko balerinki, bez ubierania ciężkich i grubych kurtek i czapek. Z niecierpliwością czekam na wyjazd, choćby krótki, na jakieś zielone odludzie w celach relaksacyjnych. Słońce, zielona trawka, książka i zero obowiązków :D Mamy maj, więc wkrótce więcej takich chwil. A jak wyglądał kwiecień? Zobaczcie:


Książkowo niestety było dosyć słabo, bo praktycznie przez cały miesiąc walczyłam z Zakonem Mimów z serii Czas Żniw Samanthy Shannon. I nie dlatego, że była beznadziejna, tylko dlatego, że nie miałam czasu na czytanie :( Za to w kwietniu wpadło kilka nowości, w tym zakupy w Empiku i nowe kolorowanki od Egmontu :)


Jak zwykle w moim podsumowaniu muszę też zahaczyć o tematy kreatywne, bo od dłuższego czasu moje drugie hobby pochłania mi więcej czasu niż zwykle. Wyżej widzicie kilka kwietniowych projektów, które udało mi się zrealizować. Głównie exploding boxy, ale była też kartka w formie dziecięcego body. Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć, zapraszam na kamyk kreatywnie


Jak widzicie, tworzę, tworzę i jeszcze raz tworzę. Jaram się nowymi nabytkami i moim biurkiem, moją kreatywną wyspą :) Szykuję nowy album DIY, trochę w formie project life, ale jak to mówią, szewc bez butów chodzi, więc idzie mi to strasznie opornie :(


Na zdjęciu wyżej świąteczne, wielkanocne babeczki, które zmajstrowałam. Może wyglądają trochę toksycznie, ale były naprawdę smaczne. Krem zrobiłam z serka mascarpone i barwnika spożywczego - dzięki temu czerwonemu zrobiłam Arkowi niezłego psikusa z serii 'auć, odcięłam sobie palec!', choć tak mi się chciało śmiać pod nosem, że nie miałam pewności, czy uda mi się go choć trochę nabrać - mimo wszystko udało się! No i oczywiście sezon na zimne piwko można powoli uznać za otwarty. Osobiście jestem fanką piw smakowych, więc z utęsknieniem wróciłam do mojego bananowego Corneliusa i ze smakiem spróbowałam nowego Somersby kwiat bzu i limonka. Dziwny, ale smaczny!


I na koniec jeszcze miks zdjęć z telefonu. Na początek zdjęcie z początku kwietnia, kiedy wciąż jeszcze sypał śnieg i zdjęcia z końca, kiedy wiosna zaczęła nas atakować pełną parą. Lubię to! Od kilku tygodni nie brakuje u mnie w domu tulipanów, które uwielbiam. Nie potrzebuję wiele, a wyglądają pięknie :) No i mój pakiet podróżniczy do pracy - plecaczek i torba, w której wcale nie noszę książek, a obiady lub śniadania :D

A jak Wam minął kwiecień? Jakie plany na maj? Słońce, słońce i jeszcze raz słońce! Trzymajcie się ciepło! :)

PODSUMOWANIE KWIETNIA + LINK PARTY!


Tak to już jest, że czasem człowiek na tyłku usiedzieć nie może, więc non stop coś wymyśla. To samo jest z blogiem, non stop kombinuję, jak tu coś ulepszyć, poprawić, coś nowego dodać, by zatrzymać starych czytelników i zainteresować nowych. No i wpadłam na pomysł kolejnego podsumowania miesiąca, w trochę innej formie niż dotychczas. Od razu uprzedzam #FOTO MIESIĄC zostaje. A co znowu wymyśliłam? Otóż wpadłam na to, żeby raz w miesiącu podsumować posty, które ukazały się na blogu, żeby przypomnieć Wam, co takiego się działo, a przy okazji odgrzać kilka tematów, bo może coś komuś umknęło. 

Jednakże gwoździem programu macie być Wy, czytelnicy! Tutaj właśnie wychodzi kwestia tytułowego LINK PARTY. Otóż dzięki pewnemu narzędziu zwanemu InLikz to Wy będziecie mogli dzielić się ze mną i z innymi czytelnikami najciekawszymi postami z danego miesiąca :) Dzięki temu możecie znać innym, co się u Was działo, zachęcicie innych do odwiedzin, również mnie, a przy okazji pewnie skoczą Wam też statystki :D Mam więc nadzieję, że chętnie weźmiecie udział w tej linkowej imprezce :)

Zacznijmy więc od tego, co działo się na blogu w kwietniu - od razu uprzedzam, że numerków, statystyk, ilości przeczytanych książek nie będzie - nie bawi mnie to na innych blogach, więc i u siebie tego robić nie będę, takie podsumowania prowadzę sobie gdzieś na boku albo w zeszyciku. 


RECENZJE

#FRIDAY FIVE
  • 03/04/2015 -tapeta i wiosenne plakaty do pobrania, trochę rozwojowych artykułów
  • 11/04/2015 - minimalizm, narzędzia kreatywne, narzędzia do blogowania
  • 24/04/2015 - banki zdjęć, znów trochę rozwojowych artykułów

INNE

Teraz Wasza kolej! Chwalcie się, co na Waszych blogach ciekawego piszczało w tym miesiącu - wystarczy kliknąć w 'Add your link', wpisać kilka danych i gotowe :)


#FRIDAY FIVE - pięć piątkowych perełek


Jak to dobrze, że ten tydzień już się kończy. Znaczy się, ta robocza i pracująca jego część, bo przed nami wciąż jeszcze weekend, dla mnie tym razem znów wolny. Przyda mi się, bo cała jestem jakaś taka na nie i ble, i fuj i dajcie mi święty spokój ludzie, chce zwinąć się w kokon, idźcie wszyscy do diabła. Z pocieszeniem przychodzi mi myśl, że jutro ma być naprawdę ciepło i słonecznie - nawet nie wiecie, jak mi tęskno do takiego beztroskiego siedzenia na ławce w słońcu, mając wszystko w nosie, ciesząc się ciepłem nachodzącego lata. I wreszcie ze smakiem napiję się piwka w słońcu! Ok, dość mojego marudzenia, lecimy z #FRIDAY FIVE, bo tylko na tyle dzisiaj mnie stać:


1. Smartfonowy Savoir-Vivre - 19 zasad korzystania z telefonu - żyjąc w świecie, gdzie telefony są coraz częściej mądrzejsze od ich właścicieli, kiedy mamy te małe urządzonka niemal przylepione do dłoni przez 24 godziny na dobę, warto przypomnieć sobie, co wypada, a co nie. Bo niektórzy zapominają, drąc się w autobusie HALOOO! HALINKA, NIE SŁYSZĘ CIĘ MÓW GŁOŚNIEJ HAAALLOOOOO!

2. Co zrobić, gdy blogowanie nas przerasta - macie tak czasem, że macie ochotę rzucić bloga psom na pożarcie i zapomnieć o nim po wsze czasy. Jasne, że macie. Też tak czasem mam. Chyba nawet teraz. Kryzys. Załamanie. Egzystencjalny paw. Urszula Phelep powie Wam, co wtedy trzeba zrobić, żeby odgonić te paskudne myśli w kąt :)

3. Największe zbrodnie ludzkości - tradycyjnie musi być One Little Smile ;) Tym razem post z przymrużeniem oka, ale jakże prawdziwy w niektórych przypadkach. Bo jak można polewać całe frytki ketchupem?!


4. Komplementem w płot - czyli FabJulus o tym, że nie potrafimy przyjmować komplementów na klatę, tylko wymyślamy jakieś bzdury. Którym typem Halinki Ty jesteś?

5. Gdzie szukać ładnych zdjęć? - sama lubię korzystać z darmowych banków zdjęć, co by upiększać swoje posty, bo mnie bozia w tej kwestii talentem ani okiem nie obdarzyła. A tu (znów u One Little Smile) mamy porządny zbiór takich banków i stocków, z których można korzystać pełnymi garściami. Bierzcie i korzystajcie z tego wszyscy!

I tyle. Nie chce mi się nic, a jeszcze robota mnie czeka i siedzenie w biurze do 22. Więc idę nabrać sił, żeby przetrwać ten dzień. Myślę, że będę musiała nucić sobie I will survive albo znaleźć jakąś motywującą playlistę na Spotify - jakieś pomysły? :)

Trzymajcie się ciepło i miłego weekendu!

Przegląd Końca Świata. Blackout - Mira Grant [SQN, 2014]

Jak to mówią, wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Nawet fantastyczne historie o apokaliptycznym końcu świata pewnego dnia znajdą swój kres. Niestety, u mnie ten kres nastąpił całkiem niedawno, bo skończyłam czytać ostatni tom serii Miry Grant. Słyszeliście już o niej? Nie?! To co Wy tu jeszcze robicie? Do księgarni, ale już! Nawet jak nie lubicie zombie, to przeczytajcie. Osobiście od zombie trzymałam się z daleka przez długi, długi czas (tak jak w gruncie rzeczy powinno być). Z tych wszystkich nadprzyrodzonych kreatur i stworzeń kręciły mnie najmniej, choć trochę bardziej niż kosmici. Ale pewnego dnia postanowiłam spróbować. I wiecie co? Wpadłam po uszy!

Trochę mi smutno, że to już koniec. Bo mimo wszystko zżyłam się z bohaterami. To jest właśnie urok serii książkowych - poznajesz losy postaci na tyle, by poczuć z nimi swoistą więź, którą zrywasz z bólem i tęsknotą, kiedy przewracasz ostatnią stronę finałowego tomu. Niby możesz jeszcze do nich wrócić, ale wiesz, że to już nie będzie to samo. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, mówią. Może coś w tym jest. Zżyłam się z Shaunem i Georgem. Zżyłam się z ekipą Przeglądu Końca Świata. Wszak to także blogerzy, choć kompletnie z innego świata. Zżyłam się z nimi i będzie mi ich brakowało. To nic, odstawię swoich przyjaciół na półkę, by spoglądać na nich od czasu do czasu z sentymentem.

Mira Grant w ostatnim tomie serii nie zawiodła. Ok, prawie nie zawiodła. Ciut rozczarowała mnie otwartym zakończeniem, których nie znoszę, nie ważne jak dobra była lektura. Chcę stanowczego końca, a nie nadziei, że może być coś jeszcze, zastanawiania się, co się z nimi wszystkimi stało. Owszem, daje to możliwości dokończenia historii według własnego widzimisię, ale mnie nie potrzeba wyboru. Mnie trzeba porządnego trzepnięcia, potrząśnięcia, gdy kończę czytać ostatni rozdział. Ale prócz tego, Mira Grant nie zawiodła. Dostarczyła mi takich emocji podczas lektury, że szok. Ten akurat towarzyszył mi dosyć często, gdy autorka co jakiś czas wprowadzała zwroty akcji urywające cztery litery. Było kilka mocnych momentów, których kompletnie się nie spodziewałam, a które sprawiały, że zatrzymywałam się na chwilę i pod nosem mówiłam coooooooo?! Takie lektury lubię. Które wywołują emocje. Które zaskakują. Które nie są przewidywalne. I to dała mi Mira Grant.

Tak jak mówiłam na początku, jeśli jeszcze nie znacie tej serii, czas najwyższy ją poznać. Bo wcale nie jest to powieść typowo o zombie. Bardziej o ludziach i o tym, jak paskudni potrafią się stać w chwilach prawdziwego, globalnego zagrożenia. Że liczy się tylko dobro wpływowej jednostki, a nie uciśnionych tłumów, które czasem bywają mięsem armatnim. Dużo jest w tej serii polityki, spisków i prawdziwych tragedii, z którymi ciężko się pogodzić. Ponadto poczucie humoru, którym autorka obdarzyła zarówno główne postaci, jak i te drugoplanowe, jest bezbłędne. Uwielbiam ich sarkazm i nieskrywane szaleństwo. Tempo fabuły jest naprawdę zawrotne, do tego wszystkie te zwalające z nóg newsy i zwroty akcji, które niemal sprawiają, że zaczynasz obgryzać paznokcie z podekscytowania i nerwów. Żałuję, że to już koniec, bo to naprawdę dobra seria. I nie śmierdzi zgnilizną żywych trupów, o nie. Koniecznie musicie spróbować.

nastoletnie wyobrażenia vs rzeczywistość

Życie z całą pewnością pełne jest niespodzianek. Potrafi zaskoczyć. Przecież to my sami siebie ciągle zaskakujemy. Gdy przypomnę sobie, co miałam w głowie młodym dziewczęciem będąc, aż chce mi się śmiać z mojej naiwności i głupoty. Ach te nastoletnie wyobrażenia o dorosłym życiu. Pamiętam jak dziś moje zgorzknienie i zacięcie, gdy z wielkim przekonaniem mówiłam o swojej przyszłości. Że będę zadowoloną z siebie singielką z psem u swego boku, bo faceta wcale do szczęścia nie potrzebuję. Oczyma wyobraźni widziałam siebie siedzącą na kanapie albo przy biurku, z laptopem stojącym obok lampki czerwonego wina. Stopami dotykałam miękkiego grzbietu mojej biszkoptowej labradorki, gdzieś w tle słychać było cichą muzykę nagminnie przerywaną stukaniem w klawiaturę. Byłam święcie przekonana, że tak będzie wyglądało moje życie. Bez faceta, bo po co mi on. Wtedy naprawdę nie lubiłam płci przeciwnej. Gardziłam nimi odrobinę, przyznaję. Zbuntowana nastolatka, która myśli, że życie doświadczyło ją wystarczająco, by mieć takie a nie inne przekonania, a tak naprawdę gówno wiedziała o tym, co naprawdę może się jeszcze wydarzyć i jak bardzo może jeszcze dostać w dupę.


Teraz owszem, siedzę przy biurku, tak jak to sobie wyobrażałam. W tle słychać muzykę, przerywaną stukotaniem klawiatury. Zamiast kieliszka czerwonego wina mam miętowy kubek z gorącą herbatą. Stopami kopię w mały kosz na śmieci, który zamontowałam sobie pod biurkiem. Psa jeszcze się nie doczekałam. Ale w mieszkaniu faktycznie nie ma żadnego faceta. Nie dziś. Poza takimi dniami jak ten, jeden jest. Jeden jedyny. I nie wyobrażam sobie życia bez niego. Jestem narzeczoną, przyszłą żoną, choć jeszcze kilka dobrych lat temu splunęłabym instytucji małżeństwa w twarz z sarkastycznym pół uśmieszkiem i uniesioną brwią. Tylko kilka lat temu. Aż kilka lat temu.

Na jednym z wielu swoich blogów w tamtym okresie, o jakże dziewiczo niewinnej nazwie Panna Niepewna, z zaangażowaniem pisałam o tym, jak wyobrażam sobie moje życie. Z zadowoleniem pisałam jeszcze przed maturą, że będąc wreszcie studentką mam zamiar dojrzeć. Że chcę być bardziej kobieca. Bardziej dorosła. Że porzucę trampki i rozciągnięte bluzy na rzecz szpileczek i spódnic. Koniec z lookiem wymemłanej nastolatki, czas na sexy studentkę, która wie, czego chce od życia. Ha ha ha, byłam naiwna jak szlag. Czyżby dziewiętnaście lat było mi mało by poznać siebie by wiedzieć, że z tej pustej gadaniny nic nie będzie? Że przekibluję całe studia w swoich ulubionych bluzach, podkradając co większe bratu, miłośnie patrząc na każde trampki, które wpadły mi w łapy. Szpilki niechętnie ubierałam na egzaminy po cichu modląc się, żebym nie musiała biec na autobus, bo nie dość, że te buty, to jeszcze wąska spódnica, która ku uciesze mijających mnie kierowców, wciąż podjeżdżała mi pod tyłek. 


Ale przecież to ja, wchodząca w dorosłe życie, samowystarczalna sexy studentka, która w nosie ma facetów. Oj jak mi się teraz chce z tego śmiać, nie macie pojęcia. Gdyby dziewiętnastoletnia ja, miała okazję pewnego dnia zajrzeć w przyszłość by zobaczyć mnie teraz, dwudziestoczteroletnią, pewnie padłaby ze śmiechu na podłogę, wijąc się w bolesnych spazmach, nie wierząc, że można tak żyć. Bo wiecie, kiedy rozmawiałyśmy z dziewczynami o ślubie, ja byłam ostatnią, która chciałaby wyjść za mąż. Życie jest przewrotne, bo okazuje się, że jednak jestem tą pierwszą z całej naszej paczki. I cieszę się tym jak dziecko. Nie wiem, jak mogłam chcieć takiego życia, bo pewnie skończyłabym jako zgorzkniała, wiecznie niezadowolona z życia baba, samotna alkoholiczka hejtująca zakochanych w sieci, z nickiem AnonimowaZmierzlota. Za dużo czerwonego wina do stukania klawiatury. 

Dziś szpilki noszę rzadko, niemal od święta. Nie jestem też mieszkającą samotnie niezależną singielką głośno skandującą, jak beznadziejni są faceci. Nie pluję zakochanym w twarz, bo ciężko byłoby opluć gębę samej sobie. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa tu i teraz. Że cieszę się z tego, że ludzie jednak się zmieniają. Że los w kulminacyjnym momencie mojego życia postawił mi na drodze człowieka, który przewrócił je do góry nogami i to w bardzo pozytywnym sensie. Z radością myślę o nadchodzącym ślubie i przyszłości z ukochanym mężczyzną u mojego boku.  I dziękuję niebiosom, że zmądrzałam i dano mi okazję by pokochać i pozbyć się sączącego się zewsząd jadu, którym opluwałam wszystko i wszystkich dookoła. Przydało mi się trochę słodyczy na tę zgorzkniałą duszę, której się dorobiłam. Sugar? Yes, please!