Papierowe miasta - John Green [Bukowy Las, 2013]

Sięgając po kultowych, uwielbianych wręcz i czczonych przez tłumy kochających czytelników autorów, zawsze mam ogromne wątpliwości, czy faktycznie jest się czym zachwycać, czy też kolejny już raz trafię na bubla, gdzie przy każdej kolejnej przeczytanej przez siebie stronie będę sobie zadawać tuzin pytań, dlaczego ktoś to w ogóle wydał? Ale przecież Johna Greena już znam, sama dałam się porwać jego historii o Hazel Grace i Augustusie z Gwiazd naszych wina, więc czego się tutaj obawiać? Może plotek, że Green wcale nie jest taki wspaniały, jak się wszystkim wydaje i jest autorem jednego hitu? Szczerze przyznam, że po przeczytaniu Papierowych miast zaczęłam się poważnie zastanawiać czy w tych rzekomych plotkach nie ma ziarnka prawdy.

Po sukcesie i lekkiej fascynacji jego pierwszą zekranizowaną powieścią (wcześniej wspomniana Gwiazd naszych wina), obkupiłam się we wszystkie możliwe tytuły wydane w Polsce, z myślą i cichą nadzieją, że John Green stanie się moim ukochanym autorem (bo skoro spłodził jedną genialną historię, to czemu nie więcej?). Książki leżały sobie cicho na półce i czekały na swoją kolej. Wtedy właśnie usłyszałam o decyzji, żeby zekranizować również Papierowe miasta. Wiadomość ta stała się  pretekstem, aby w końcu sięgnąć po kolejną powieść Greena. Niestety, w międzyczasie przyszło mi usłyszeć kilka niepochlebnych newsów na temat jego twórczości, a mianowicie to, że inne jego powieści wcale nie są tak dobre, jak wszyscy się spodziewają. No i tutaj troszeczkę mnie zatkało, ale pomyślałam sobie, że póki nie spróbuję, mogę się tylko domyślać czy to prawda czy nie. Pomyślcie sobie, jak wielkim rozczarowaniem dla mnie było przekonać się, że inni mieli rację - wygląda na to, że John Green naprawdę pretenduje do miana autor jednego hitu.

Już na pierwszy rzut oka na notkę wydawniczą Papierowych miast pomyślałam sobie, że wygląda to średnio. Bo jest sobie Quentin Jacobsen, zwany Q, nasz główny bohater, który od najmłodszych lat zakochany jest w swojej sąsiadce, Margo Roth Spiegelman, która (cóż za zaskoczenie) nie zwraca na niego ani krzty swej uwagi. Mimo wspólnej przeszłości i pewnego dosyć traumatycznego incydentu, który razem przeżyli, Margo zachowuje się tak, jakby zapomniała o istnieniu swego kolegi z dzieciństwa. Aż do pewnego dnia, kiedy dziewczyna niespodziewanie wpada do pokoju Q, wciągając go w sieć swoich pokręconych intryg, po której to nocy znika w tajemniczych okolicznościach, zostawiając po sobie tylko kilka niezrozumiałych wskazówek na temat miejsca jej pobytu.

I ten biedny Q jej szuka, olewając wszystko i wszystkich dookoła, bo myśli, że Margo Roth Spiegelman jednak olśniło i chce z nim być, chce, żeby to właśnie Quentin ją odnalazł, a potem będą żyli długo i szczęśliwie. Tylko, że Margo wygląda na taką samolubną, egocentryczną księżniczkę, która ma swój świat, którego nikt nie rozumie, tylko ona sama, więc wszyscy są głupi i bezsensu. Wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta książka jest tak naprawdę o niczym. Bo nie dzieje się tutaj nic szczególnego, z lupą szukać zwrotów akcji, których jest tyle, co kot napłakał. O poszukiwaniach zaginionej Margo Roth Spiegelman, królowej wszystkich, która wciąż szuka uwagi, mimo że jest w samym jej centrum? O niespełnionej, nastoletniej miłości, która maglowana już była na tysiąc sposobów? O ciężkim dojrzewaniu? O urojonych problemach? No nie wiem, serio, nie mam pojęcia o czym jest ta książka. Widać jestem jedną z tych osób, które tak namiętnie krytykuje Margo, która nic nie rozumieją i w sumie to są beznadziejne. Cóż, może i tak, ale wygląda na to, że plotki zaczynają się potwierdzać. Nie skreślam Greena póki co, ale na pewno będą do niego podchodzić z większą rezerwą, nie oczekując kolejnego sukcesu na miarę Gwiazd naszych wina.

Wydaje mi się, że Green lubi pisać o nastolatkach-wyrzutkach, którzy nie są typowymi przedstawicielami swojej grupy wiekowej. Raczej odsunięci od większej grupy, nierzadko z poważnymi problemami, odrobinę żyjący w swoim własnym świecie. Poczynając od Hazel, która długo żyła sama ze sobą, stroniąc od przyjaciół, kończąc na Quentinie, który należał do grupy, której często dostawało się od szkolnych mięśniaków. Nastolatki te mają tendencję do interesowania się poważną literaturą, której ich rówieśnicy nie tknęli by nawet palcem. Green wydaje się kreować swoich bohaterów na dzieciaki samotne mimo otaczającego je tłumu, niezrozumiane i odrzucone przez społeczeństwo, może chcąc sprawić by takie osoby w rzeczywistości, czytelnicy, mogli poczuć się trochę lepiej? Mogąc utożsamić się z takim uciśnionym  bohaterem, który także ma nadzieję na coś dobrego w swoim życiu? Kto wie. Z całą pewnością bohaterowie Greena nie należą do postaci schematycznych i oklepanych, to fakt.

Niestety wciąż ciężko pogodzić mi się z myślą, że inne książki nie są na takim poziome jak Gwiazd naszych wina, ba, nawet nie dorastają tej historii do pięt. To tak jakby wznieść się wysoko w powietrze i nagle głośno i szybko spaść na tyłek waląc o twardy beton. Niebo a ziemia. Mam nadzieję, że mimo wszystko z każdą kolejną powieścią Greena będzie lepiej. Mam taką nadzieję.. 

Minimalizm po polsku - Anna Mularczyk-Meyer [Black Publishing, 2014]

Czasami odnoszę wrażenie, że niektórzy ludzie mają już po dziurki w nosie postępowości XXI wieku. Że nadszedł ten moment, kiedy przerwaliśmy bieg po nowsze, lepsze, większe i stanęliśmy jak wryci z myślą: dokąd ja w ogóle zmierzam? Zauważyliśmy, że kolejny smartfon i wypasiony tablet wcale nie przynoszą nam szczęścia, którego oczekiwaliśmy. Nagle okazało się, że fast food i jedzenie z torebki, które miało zaoszczędzić nam czasu ani nie jest zdrowe, ani nie dodało nam dodatkowego czasu na przyjemności. Gdzie podziało się słodkie lenistwo? Gdzie podziała się radość z małych chwil? Czyżbyśmy zgubili je w codziennym, szaleńczym wyścigu szczurów po nowsze, droższe, lepsze?

Tak mnie ostatnio tchnęło na refleksje. Bo coś mi zaczyna nie grać. Patrzę na ludzi, którzy bezmyślnie zatracają się w biegu po pieniądze. Lepszy samochód, droższy telewizor, nowszy telefon, fajniejsze wakacje, żeby pokazać kolegom z pracy, że mnie stać. Więcej, więcej i więcej. Tylko, że w tej gonitwie coraz mniej czasu dla siebie, dla najbliższych, na pasje. Coraz bardziej umykają nam momenty nicnierobienia, przyjemności i drobnych radości. Kiedy ostatni raz powiedziałeś swojej drugiej połówce, że ją kochasz? Kiedy ostatni raz przytuliłeś swoją mamę? Kiedy ostatni raz doceniłeś inną osobę? Kiedy ostatni raz zrobiłeś coś dla siebie? Mam wrażenie, że ludzie zapomnieli, po co żyją. Bo przecież nie dla pieniędzy, dla pracy, dla bogactwa (tak, wiem, niektórzy i owszem, tylko po co?). Jasne, sama nie jestem pustelnicą bez telewizora, wcinającą to, co rośnie za oknem, mieszkając w szałasie, szukającą sensu życia. Ale prawda jest taka, że od pewnego czasu zaczęłam się zastanawiać, po co mi więcej, po co mi lepiej, skoro jest mi dobrze tak jak jest?

Wszystkie te moje przemyślenia zaczęły się od kwestii zdrowego odżywiania. Stało się tak, że jako wielka fanka chipsów i fast foodów dostałam od życia takiego kopniaka w tyłek, że musiałam zmienić swoje nawyki żywieniowe. Przetworzone produkty zaczęły szkodzić mnie i mojej skórze na tyle, że powiedziałam basta, czas wrócić do korzeni. Niemal dosłownie. I tak  stopniowo i bardzo powoli zaczęłam odrzucać dobrodziejstwa współczesności, czyli szybkie dania do przygotowania w pięć minut, sproszkowane chemie i śmieci, które mnie zżerały od środka. Nie było łatwo i nie jest. Ale wtedy właśnie zaczęły mnie nachodzić myśli, że coraz więcej osób zaczyna interesować się kwestiami zdrowego odżywiania, kupowania naturalnych, ekologicznych produktów, niemodyfikowanych genetycznie, spryskiwanych chemią, wyglądających jak z szablonu.

Później trafiłam na książkę Anny Mularczyk-Meyer Minimalizm po polsku i dostałam jakiegoś olśnienia. A jak dobrze zrobiło mi się na duszy, kiedy czytałam, że są ludzie tacy jak ja, z podobnymi poglądami i odczuciami, którym się udało zmienić swoje codzienne nawyki i przyzwyczajenia. Bez najmniejszego zawahania mogę powiedzieć, że książka ta znajdzie swoje honorowe miejsce na mojej półce, bo wiem, ze będę do niej wracać. Zbiór kilkunastu prostych prawd, które walą w łeb i otwierają oczy na codzienność. Że wpadliśmy w wir konsumpcjonizmu, że kupujemy dużo i bez sensu, bo możemy, bo promocja, bo czemu nie. Sama wpadłam w szał chorobliwych, kompulsywnych zakupów, często na pocieszenie po ciężkim dniu. Do teraz mam momenty, kiedy siedząc na kanapie myślę sobie, że poszłabym coś kupić. Nie wiem co, nie wiem po co, ale mam taką potrzebę. Fałszywą potrzebą wykreowaną przez reklamy, nagabywania i rzeczywistość. Stwierdziłam, że czas najwyższy się ogarnąć.

I wtedy trafiłam na Minimalizm po polsku - fantastyczną publikację, nie całkiem poradnik, który w bardzo prosty i przystępny sposób przedstawia nam, jakie są założenia minimalizmu. Jak go ugryźć, jak radzić sobie z upraszczaniem życia. Anna Mularczyk-Meyer, prowadząca Prosty Blog, porusza najróżniejsze zagadnienia, czy to kwestie kuchni i odżywania, czy finanse, wiarę, dom, porządki, no wszystko, co najważniejsze. Pokazuje na własnym przykładzie i innych bohaterów, jak można pozbyć się niepotrzebnego nadmiaru ciuchów, jak przestać marnować jedzenie, jak nauczyć się być panem swojego czasu, a przede wszystkim jak znaleźć przyjemność i prawdziwy cel naszego życia.


Zmiany nie będą łatwe, świetnie zdaję sobie z tego sprawę, ale z drugiej strony wiem, że znalazłam się w takim momencie mojego życia, że potrzebuję ich. Czuję, że nie chcę być jednym z tych pędzących za pieniądzem szczurów, którzy na starość obudzą się z ręką w nocniku i myślą: co ja zrobiłem ze swoim życiem? W przyszłości nie chcę żałować, że czegoś nie zrobiłam, bo wolałam gonić za pieniądzem i pracą. Wiem, że chcę być szczęśliwa i że chcę czerpać radość z codziennych chwil. Chcę mieć czas dla bliskich, chcę mieć czas na mówienie kocham i na uścisk dodający otuchy i energii po ciężkim dniu. Chcę uczynić swoje życie prostszym. A jeśli Wy również macie w sobie taką potrzebę śmiało sięgnijcie po Minimalizm po polsku - fantastyczny tytuł!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Black Publishing

Po moim trupie - Magdalena Owczarek [Novae Res, 2014]

Apokalipsa zombie, temat ostatnio bardzo modny, bo niemal prawdopodobny. Nagle rozprzestrzenia się jakiś tajemniczy wirus i *bum* parady żywych trupów usilnie szukających jakiegoś ciepłego ciała do poobgryzania gotowe. Niby nikt nie wierzy, że trupy mogłyby na nowo otrzymać skrawek życia, ale mimo wszystko są tacy, co dzielnie przygotowują się na taką ewentualność, budując schrony, zbierając żywność czy broń. Skrajne przypadki, ale jednak. Mnie osobiście temat zombie nigdy nie kręcił (do pewnego momentu, taka prawda), bo komu by się tam podobały rozkładające się, śmierdzące truchłem chodzące cielska broczące starą krwią i innymi płynami ustrojowymi. The Walking Dead do teraz nie oglądam, ale coraz częściej zdarza mi się sięgać po książki o tejże tematyce. Niemniej jednak, nigdy wcześniej nie trafił mi się tytuł polskiego autora, bo od tych raczej stronię. A tutaj, ni z tego ni z owego, pojawiła się powieść Magdaleny Owczarek Po moim trupie.

Przyciągnął mnie opis i określenie -horror komediowy- (choć bohaterom na ogół nie było do śmiechu). Apokalipsa zombie we Wrocławiu? Bohaterka o sarkastycznym poczuciu humoru? Biorę! A o czym dokładnie pisze pani Owczarek? O Karolinie, naszej głównej bohaterce, która niewzruszenie obserwuje rozrastającą się epidemię żywych trupów na jej osiedlu. Wygodna kawalerka, dobry punkt widokowy, wszystko ładnie pięknie, tylko gdzie jedzenie? Tak, to właśnie głód wygania Karolinę z jej przytulnego gniazdka. Niby szybki wypad do spożywczaka na dole, a skończyło się szaleńczą ucieczką przed zombie u boku jakiegoś pseudo komandosa z maczetą. Na nieszczęście Karoliny, to dopiero początek jej przygód, bo do swojego mieszkanka prędko nie wróci. Zanim to zrobi, będzie miała sporo trupów do zabicia i mnóstwo ludzi do ocalenia. Uwaga, Księżniczka rusza na ratunek!

Zastanawiacie się, skąd nagle ta Księżniczka? Właśnie taką ksywkę dostała nasza główna bohaterka od swoich towarzyszy niedoli, kiedy dziarsko umykała przez zombie na dachu policyjnej furgonetki. Najgłupsza ksywka ever, nie sądzicie? Jeśli byłabym dziewczyną biegającą z młotem i spluwą za żywymi trupami, nie chciałabym być nazywana przez innych Księżniczką. Za nic w świecie. Ale Karolinie nieszczególnie to przeszkadza, wręcz przeciwnie, dzielnie nosi oddane jej berło władzy nad zabarykadowanymi w akademiku studentami, którzy ocaleli podczas epidemii. Przecież jest weteranem z Afryki, to z wszystkim innym też na pewno sobie poradzi. Ta, Karolina i jej Afryka, bezsensowne wcinki w tekście. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że bohaterka chwali się swoimi przygodami bez żadnego związku z odbywaną rozmową: o, patrzcie jaka jestem fajna, byłam w Afryce a Wy nie, ale jesteście frajerzy. Nie podobało mi się to. Nie wiem, po co były te wzmianki. O, jak już siedzimy w temacie negatywnych aspektów tej książki, to wspomnę też o tym, że brakowało mi tła do tej historii - skąd wzięła się epidemia, kto ją wywołał, czemu tak a nie inaczej. Chciałabym to wiedzieć no.

Na szczęście, mimo tych wspominanych faktów przemawiających na nie, nie było wcale tak źle z Po moim trupie. Prócz głupiej ksywki bohaterki i jej bezsensownych wzmianek o Afryce, było całkiem całkiem. Ciekawym doświadczeniem było czytanie o apokalipsie zombie we własnym kraju, choć wolałabym, żeby nie stała się rzeczywistością (wiecie, nie biegam zbyt szybko). Podobało mi się to, że było w tej książce sporo akcji i sporo czarnego, sarkastycznego humoru. Postacie były dosyć zróżnicowane, niektóre nieco stereotypowe, niektóre bardzo charakterystyczne (ruda Lilka z mieczem najlepsza!). Wiadomo, mogło być lepiej, ale nie było źle. Muszę przyznać, że mimo kilku mankamentów, całkiem nieźle się przy niej bawiłam. Magdalena Owczarek udowodniła, że Polacy też potrafią pisać o żywych trupach w dobrym stylu.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Czytajmy polskich autorów oraz Wydawnictwa Novae Res 

Dziewczę z sadu - L. M. Montgomery [Egmont, 2014]

Czasem lubię wracać do powieści osadzonych w dawnych latach. Chociażby takie Wichrowe wzgórza czy Duma i uprzedzenie. Historie, w których kobiety dumnie przechadzały się w długich sukniach, gdzie młodzi chłopcy wybierali się na zaloty, a dziewczyny wdzięcznie ukazywały swe zarumienione policzki. Tak, od czasu do czasu lubię wracać do tych tytułów, które stanowią kompletne oderwanie od rzeczywistości, które sprawiają, że mogę zanurzyć się w zupełnie innym świecie. To właśnie dzięki powieści Lucy Maud Montgomery mogłam znów, na krótką chwilę znaleźć się w tamtych czasach, otulić się historią i zanurzyć w romantycznych zrywach serc młodych bohaterów.

Dziewczę z sadu na swych nielicznych stronach przedstawia nam losy świeżo upieczonego absolwenta college'u, który decyduje się na pełnienie roli nauczyciela w małej szkółce, zastępując jego dawnego znajomego, którego zmogła choroba. Wydawać by się mogło, że małe, ciche miasteczko, gdzie wszyscy znają się wzajemnie, nie może oferować żadnych atrakcji prócz gry w szachy z sąsiadem i plotkowania z ciekawskimi mieszkańcami. Jednakże pewnego dnia Eric przekonuje się, że Charlottetown oferuje więcej, niż mógłby się spodziewać. Wszystko zmienia się z dniem, w którym usłyszał piękną grą na skrzypcach, której źródłem była jeszcze piękniejsza, tajemnicza Kilmeny. Wtedy właśnie rodzi się prawdziwe i jakże przejmujące uczucie, które porwie młodych. Niestety, Eric będzie miał poważną przeszkodę do pokonania, która stoi mu na drodze do serca cudownej dziewczyny z sadu.

Powieść Lucy Maud Montgomery wydaje się być zbyt krótką i niewystarczającą. Po jej lekturze, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że chciałabym więcej, że pragnę dalszych losów bohaterów, chcę wiedzieć, co będzie dalej. Niestety, historia dobiegła końca, zbyt szybko, czego bardzo żałuję. Bo książeczka ta jest niezwykle urokliwa. Może jest odrobinę naiwna, może jest przerysowana, ale świetnie oddaje klimat tamtych lat, ukazując pierwsze rodzące się uczucie pomiędzy młodym mężczyzną a kaleką dziewczyną. Czasem brakuje mi tych nieśpiesznych podbojów serca, tych romantycznych i poetyckich wyznań, szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy miłość, jej początki, jej pielęgnowanie, ma zupełnie inny wymiar. Może jest cukierkowo, może słodko, ale czy każda z nas nie lubi choć przez chwilę poczuć się księżniczką, do której zalecać się będzie czarujący młodzieniec? Ta książka to umożliwia. Przenosi w czasie, jest miodem na serce i duszę. Żałuję tylko, że tak szybko dobiegła końca.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont

#FILMOWY WRZESIEŃ - przegląd filmów miesiąca


Podsumowań ciąg dalszy - były zdjęcia, czas na filmy. Wrzesień okazał się troszkę słabszym miesiącem pod względem filmowym, bo udało mi się obejrzeć tylko 3 filmy, ale i tak jestem zadowolona, bo zapowiadało się znacznie, znacznie gorzej :) A oto i gwiazdy dzisiejszego odcinka:

Więzień Labiryntu, Maze Runner [2014]

Długo wyczekiwana ekranizacja trylogii Jamesa Dashnera, a konkretnie jej pierwszego tomu o tym samym tytule. Do lektury książki zachęcił mnie przypadkowo obejrzany trailer, z czego bardzo się cieszę, bo niezła seria przeszłaby mi koło nosa. Emocjonująca, przerażająca i oryginalna, mimo fali dystopii na rynku książkowym. A jak było z filmową adaptacją? Czy reżyser porwał mnie swoją wizją Labiryntu i Streferów? Owszem. Gdybym miała mówić tylko o wrażeniach wizualnych, to mogłabym powiedzieć, że jestem jak najbardziej zadowolona - widoki naprawdę robiły wrażenie na dużym ekranie. Choć nie przeczę, że jestem rozczarowana Bóldożercami - nie tak to sobie wyobrażałam, no. Natomiast jeśli chodzi o przekazanie fabuły, odzwierciedlenie szczegółów, to jestem na nie. Za często w kinie szeptaliśmy sobie z Arkiem wzajemnie, że przecież nie tak to było, że to całkiem inaczej, że źle, że ble. Za dużo było tych momentów, prostych niedociągnięć, które miały duży wpływ. Pominięto kilka istotnych szczegółów, np. telepatyczne rozmowy Teresy i Thomasa. Troszeczkę jestem przez to niezadowolona. Z drugiej strony cały czas zastanawiam się, jakie są wrażenia osoby, która książki nie czytała, a film obejrzała. Jakieś wrażenia? Ktoś się podzieli? Jeśli chodzi o aktorów i moje wyobrażenia o nich, to raczej wszystko wyszło na plus, choć chyba najbardziej podobny do chłopca z mojej wyobraźni był Chuck - pulchny, zarumieniony, pozytywny. Niby nie był źle, ale z kina wyszłam nieporuszona. Jakoś tak, nie zagrało. 

Non-stop, Non-stop [2014]

Lubię Liama Neesona. Może filmy z nim robione są już na jedno kopyto, tak jak ze Stevenem Seagalem albo Van Dammem. Tak czy siak, bardzo je lubię i chyba nie było takiego, który by mnie rozczarował. Liama Neesona biorę w ciemno. Natomiast jeśli chodzi o Non-stop, gdzie główny bohater znów ratuje wszystkich, choć wydaje się to niemożliwe, to mamy kilka scen przerysowanych i groteskowych, gdzie ma się ochotę parsknąć śmiechem - heroiczne skoki i chwytanie pistoletu w locie, kiedy wszyscy pasażerowie przyklejają się do sufitu samolotu. Owszem, takie sceny bawią i sprawiają, że człowiek przewraca oczami i myśli sobie: serio? Na szczęście jest ich niewiele. Fabularnie jak najbardziej na plus - podobało mi się rozwiązanie tej historii i fakt, że przez cały czas wraz z bohaterami próbowaliśmy wytypować tego, kto zawinił, oczywiście z marnym skutkiem, mimo że podejrzewaliśmy chyba każdego, kogo się dało. Dobry kryminał z zaskakującym zakończeniem? Mnie to pasuje. Oby tak dalej, panie Neeson!

Czarownica, Maleficent [2014]

Największe zaskoczenie tego miesiąca i to jak najbardziej pozytywne! Nie spodziewałam się po tym filmie wiele, ale ciekawość wzięła górę i zdecydowaliśmy się obejrzeć zainspirowaną Śpiącą Królewną historię Czarownicy, Maleficenty czy Diaboliny, jak to w różnych tłumaczeniach wyszło (osobiście wolałabym zostać przy Czarownicy bez zbędnych udziwnień). Ta historia po prostu mnie oczarowała! Mimo że nie przepadam za Angeliną Jolie, to uważam, że jej kreacja w tym filmie była wręcz genialna! I te efekty, no bajka! Jeśli historie dla dzieci będą przerabiane w taki sposób, jak Czarownica, to ja to kupuję, bez dwóch zdań. Mistrzostwo. No naprawdę, polecam każdemu, młodemu czy staremu. Fantastycznie opowiedziana historia Śpiącej Królewny z zupełnie innej perspektywy. Bajka!

A Wy, widzieliście już któryś z tych filmów? Jak wrażenia? Co polecacie na kolejny miesiąc? :)

eBuka 2014 - Nagroda Czytelników

Hello,

Dzisiaj tylko szybkie ogłoszenie, bowiem okazało się, że zostało już otwarte głosowanie na Nagrodę Czytelników w tegorocznym konkursie eBuka. W zeszłym roku Kamykowej Czytelni udało się dostać do finałowej dziesiątki, jednakże Nagroda Czytelników przeszła nam koło nosa. Mówi się trudno i żyje się dalej :D Nie zniechęciłam się jednak i próbuję swoich sił w edycji kolejnej, ale że Nagroda Czytelników nie zależy ode mnie, potrzebna mi WASZA pomoc!


Dlatego własnie, jeśli lubicie Kamykową Czytelnię chociaż trochę, lubicie tutaj zaglądać i czytać moje wypociny, jak najbardziej zachęcam Was do głosowania na mojego bloga :)

Sprawa jest prosta, a mianowicie >

Wystarczy wysłać maila na ebuka@duzeka.pl w tytule wpisując tytuł bloga, na którego chcecie zagłosować :)

Będę wdzięczna, jeśli wybranym przez Was blogiem, będzie właśnie moja Kamykowa Czytelnia! :)