#FOTO LIPIEC - miesiąc w zdjęciach

Niesamowite, jak ten czas leci. Naprawdę minął już miesiąc od ostatniego posta z cyklu #foto miesiąc? Ale kiedy? Jak? Przecież oglądając tamte zdjęcia mam wrażenie, że to było kilka dni temu, a nie miesiąc! A tu już przyszedł czas na kolejną odsłonę, lipcową? Niesamowite i przerażające zarazem, jak ten czas ucieka i wymyka się przez palce. Morał z tego taki, że trzeba go wykorzystywać na maksa, cieszyć się chwilą, która przemija błyskawicznie! :)

Co do lipca, był to miesiąc raczej spokojny pod względem wydarzeń, bo w sumie nie trafiły się żadne dłuższe wyjazdy, czy chociażby weekendowe wypady. Jak już udało się mieć wolny weekend (bo czasem niestety muszę pracować w sobotę i niedzielę), to wtedy wypadały czyjeś urodziny, w tym również i moje, więc o wyjazdach nie było mowy :D Niemniej jednak emocji nie brakowało, bo lipiec był miesiącem gier, imprez urodzinowych i ogromnych upałów, które sprzyjały napojom chłodzącym :D


Jak widać na zdjęciu wyżej, chłodziliśmy się w tym miesiącu bardzo intensywnie - gorąca kawa poszła w odstawkę i zastąpiła ją pyszna kawa mrożona, z ogromną ilością bitej śmietany, którą uwielbiam. Do tego lody, również z bitą śmietaną i moją ulubioną polewą karmelową - jednym słowem, miesiąc rozpusty i uwielbienia bitej śmietany ^^ W związku z tym, że kawy ciągle pić nie można, chłodziliśmy się przepyszną wodą z listkami mięty, plastrem cytryny i odrobiną syropu mohito - wszystko z dużą ilością lodu! A że w takie upały średnio chce się jeść, przegryzaliśmy sobie bób, który jest hitem tegorocznych wakacji w naszym domu :)


Tak jak już wcześniej wspomniałam, lipiec był miesiącem urodzin - co weekend, to jakaś impreza :D Najpierw kuzynka Arka, potem ja, 16 lipca, a do tego jeszcze mój Tata, dziesięć dni później. Moje urodziny świętowaliśmy weekendowo w gronie rodzinnym, natomiast w dzień moich urodzin razem z Arkiem (od którego dostałam przepięknego słonecznika) wybraliśmy się tradycyjnie na pizzę, którą świętujemy chyba wszystko, przy każdej możliwej okazji ;D Bukiet polnych kwiatów podarował mi Brat, a te owocowe winka umilały Paniom urodzinową imprezę - naprawdę fajne, lekkie i owocowe, świetne na wakacyjne upały :)


Lipiec był również miesiącem kwiatów. Sama bawiłam się w ogrodnika, przesadzając kilka doniczkowych kwiatuchów, które pozbierałam tu i ówdzie. Postanowiłam również posadzić szczawika, kwiat miłości, niestety, póki co nic z niego nie wyrasta, tylko jakiś przypadkowy krzaczek, którego nasionko musiało znaleźć się przypadkowo w torbie z ziemią :D W lipcu wreszcie zakwitł Mr. Storczyk - przepiękny, fioletowy - wygląda na to, że 4 kwiaty na pewno uda mu się tym razem wypuścić. A najśmieszniejsze jest to, że skazaliśmy go już na klęskę, myśląc, że już nigdy nie zakwitnie. Bardzo pozytywnie nas zaskoczył! Jest również Mr. Lucky Bamboo od Mamuśki, który sobie powoli wypuszcza listki i korzenie. No i oczywiście urodzinowy słonecznik od Arka :*


Lipiec okazał się również miesiącem gier - na blogu pojawiły się pierwsze posty z cyklu #skończ czytanie, czas na granie, który mam nadzieję, przypadł Wam do gustu :) Na powyższym zdjęciu brakuje jeszcze dwóch gier od Rebela, których recenzje ukażą się wkrótce, najpierw jednak muszą przejść stosowne testy :D Władca Pierścieni natomiast jest zachcianką Arka, którą dorwał w Empiku i nie mógł się powstrzymać, przez zrobieniem sobie małego prezentu bez okazji ^^


Lipiec okazał się być również miesiącem książek - najpierw Festiwal Książki w Biedronce, na którym udało mi się zdobyć kilka fajnych tytułów, choć Niezbędnik Obserwatorów Gwiazd gdzieś mi umknął. Później wygrana w konkursie Domu Wydawniczego Rebis i cudowna wiadomość, że udało mi się skompletować całą serię Miecza Prawdy. Coś pięknego! Nie zabrakło również lektur do zimnych napojów - starałam się wykorzystać każdą możliwą chwilę, żeby przeczytać choć kilka stron, dzięki czemu mam wrażenie, że blog trochę odżył i trafiły mu się lepsze czasy :)


Wyżej mix - wszystko i nic :D Moja kolekcja lakierów do paznokci, która powiększyła się po urodzinach, bo Mamuśka sprezentowała mi kilka dodatkowych buteleczek :D Jest i mój letni outfit, czyli luźna koszulka i luźne portasy, które uwielbiam - dodatkowo w ukochanym przeze mnie miętowym kolorze ^^ W lipcu pobuszowałam trochę po tanim, chińskim sklepie i dorwałam tę uroczą mini tarkę i śliczne papilotki do babeczek. Na zdjęciach widać również pierwszą rozgrywkę we Władcę Pierścieni - naprawdę fajna gra, choć raczej spokojna w porównaniu z Dobble czy Prawem Dżungli :D No i znów paznokcie - tym razem zagościła na nich czerń :D


A wyżej klasycznie mix zdjęć z telefonu - czytany przeze mnie Morelowy Sad, który odrobinę mnie rozczarował. Kwitnący storczyk, który teraz jest już w pełni okazałości. Frytki z McDonalda - moja słabość, której w tym miesiącu ulegałam stanowczo zbyt często. Ukochana mrożona kawa (aż mi chętka przychodzi jak tak na nią patrzę!). Nogi jak parówki i szósta część Miecza Prawdy - kocham! Jest i kiblowe selfie w jednej z mojej ulubionych koszulek creepy! Nasz Pou Mafiozo z mustaszem :D W lipcu dużo czytaliśmy z Arkiem - wciągnęła go Niezgodna i udało nam się spędzić kilka miłych wieczorów właśnie tak, jak na zdjęciu :D No i kolejne podjadanie w pracy - przepyszne borówki amerykańskie :)

Ach, miło się patrzy na te zdjęcia, tylko z drugiej strony szkoda, że te dni tak szybko przemijają. Przecież za progiem już sierpień, ostatni miesiąc wakacji, a potem to już jesień blisko, niekończąca się zima i znów czekanie 'byle do wiosny'. Leci ten czas, leci. Tym bardziej trzeba się cieszyć z tych ciepłych dni, mimo tego że upały często dokuczają. Ale lepsze upały niż mrozy! O! 

Trzymajcie się Kochani! Do następnego! :)

Zbuntowana - Veronica Roth [Amber, 2012]


Kontynuacje pierwszych tomów serii mają to do siebie, że wzbudzają w czytelniku nie tylko ciekawość i przyjemnych dreszczyk emocji przed nadchodzącą lekturą, ale wzbudzają również strach. Strach i obawę, że ukochana przez nich pierwsza część, ta nowo poznana lektura, którą obdarzyli tak wielką sympatią, zostanie w jakiś sposób zbrukana kiepskim ciągiem dalszym i wszystko pójdzie w diabły. Wydaje Ci się, że znasz już autora, wiesz, jak pisze, że ta pierwszy tom był tak dobry, że kolejny po prostu nie może Cię zawieść. Masz rację, wydaje Ci się.

Mnie też się wydawało, że skoro Niezgodna niemal rzuciła mnie na kolana, że Veronica Roth zauroczyła mnie wykreowanym przez siebie światem i ciekawymi bohaterami, to nie ma opcji, by poczuć rozczarowanie czytając Zbuntowaną. Nieprawdopodobne, a jednak. Niestety, sprawdził się schemat serii, czyli fakt, że druga część zazwyczaj jest gorsza. Momentami mam wrażenie, że gorsza to za mało powiedziane. Jakbym czytała zupełnie inną książkę. Nagle ta Tris, którą uważałam za rozsądną, odważną i jednocześnie sympatyczną postać, którą obdarzyłam dużą sympatią, okazała się bezmyślną idiotką, która robi wszystko na opak. Tris, nie rób tego! Tris: Ok. Po czym pięć minut Tris robi to, czego robić nie powinna, bo przecież tak nakazuje rozum i serce, i wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią: dziewczyno, nie rób tego!  W takiej sytuacji ciężko więc wywnioskować, czym kierowała się główna bohaterka w swoich bezsensownych wyborach. Natomiast Tobias tym razem był raczej wycofany, drugoplanowy - może dlatego, że przytłoczyły go bezsensowne poczynania jego wybranki serca. Żałuję, że tak to się wszystko potoczyło. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle.

źródło
Dobra, nie przesadzając, były momenty, które zadziałały tu na plus - motyw pewnej zdrady, który wgniótł mnie w krzesło, a po którym nie potrafiłam się przez chwilę otrząsnąć, bo nie potrafiłam uwierzyć, że coś takiego naprawdę się wydarzyło. Również zakończenie tej serii okazało się być bardzo zaskakujące i za to jestem autorce wdzięczna, bo bez tych nieoczekiwanych momentów, nieprzewidzianych zwrotów akcji, byłoby naprawdę kiepsko. A tak Veronica Roth sama sobie rzuciła koło ratunkowe i ocalała przed niechybnym pójściem na dno. Było blisko. Czemu? Bo Zbuntowana nie wciągnęła mnie tak jak Niezgodna. Miałam wrażenie, że fabuła płynęła tutaj dużo wolniej mimo faktu że nasi bohaterowie znaleźli się w samym środku wojny pomiędzy frakcjami, w której nie brakowało konfliktów w środku każdej z nich. Niby było gorąco, ale mnie ledwo grzało. Nagle cały ten entuzjazm, który pojawił się zarówno w trakcie, jak i po lekturze Niezgodnej gdzieś się ulotnił, a pojawiła się chłodna kalkulacja i myśli, że wcale nie jest tak fajnie, jak miało być. Co więc z kolejnym tomem, tym finałowym? Bo jak Wierna przyniesie mi rozczarowanie, to chyba tego nie zniesę. Serio. Powiedzcie mi, że będzie dobrze, co? Będzie?

Teraz Zbuntowaną czyta Arek, po tym, jak pochłonął Niezgodną, zobaczymy, jakie będą jego wrażenia wobec tej powieści. Tak czy siak, słuchając moich opowieści o serii Roth nie potrafił pozbyć się skojarzenia z Igrzyskami Śmierci. Ciekawe, czy w trakcie lektury również będzie miał wrażenie, że Niezgodna ma coś wspólnego z przygodami Katniss Everdeen ;) Najgorsze jest to, że już czai się na ostatni tom, którego ja jeszcze nie przeczytałam. Chyba mu tego nie wybaczę :D

#skończ czytanie, czas na granie! - Dixit [Wydawnictwo Rebel]


I znów przyszedł czas na oderwanie się od książek i przekazanie Wam kilku słów na temat nowej gry, która wpadła mi w ręce :) Ostatnio było Dobble, szalona i energiczna gra na spostrzegawczość i refleks, jednak tym razem pokażę Wam coś spokojniejszego, choć równie interesującego i wciągającego. Otóż kolejną grą, w którą miałam okazję zagrać jest Dixit - ponownie gra towarzyska, tym razem zarówno karciana, jak i planszowa. Na początek jednak kilka słów wstępu.

Podstawowe informacje:

Liczba graczy: 3-6 osób
Wiek: od 8 lat
Czas gry: ok. 30 minut
Zawartość: 84 karty, 1 plansza, 6 pionków, 36 kartoników głosowania, instrukcja


Czym jest Dixit?

Dixit jest towarzyską grą w skojarzenia. Każdy z graczy otrzymuje zestaw 6 kart. Jeden z uczestników staje się narratorem gry i jako pierwszy wymyśla skojarzenie, motyw przewodni rozgrywki, wybierając jedną spośród 6 swoich kart. Hasłem może być zdanie, tytuł książki czy filmu, abstrakcyjne pojęcie - cokolwiek. Kiedy pozostali gracze znają już skojarzenie przewodnie rozgrywki, muszą wśród swoich 6 kart znaleźć taką, którą będzie najlepiej mu odpowiadać. Wtedy wszystkie karty lądują na stole, zostają przetasowane i odkryte. Następnie zadaniem każdego z graczy (prócz narratora) jest wytypowanie tej, która jest źródłem danego skojarzenia, czyli została wybrana przez prowadzącego daną rozgrywkę. Odbywa się głosowanie, zakończone odpowiednią punktacją i przesuwaniem pionków po planszy. Szkopuł tkwi w tym, żeby wymyślić takie skojarzenie dla danej karty, aby nie było zbyt oczywiste, bo gdy odgadną je wszyscy przeciwnicy nie otrzymamy punktu, ale również na tyle jasne, żeby ktokolwiek oddał głos na naszą kartę. I to wcale nie jest łatwe zadanie :) Po głosowaniu następuje następna runda, zmienia się prowadzący gry i skojarzenie. Gra kończy się wtedy, kiedy nie będzie już kart w stosie (gracze dobierają nową kartę po każdej rundzie).


Wrażenia?

Dixit to kolejna gra, która świetnie nadaje się zarówno na imprezy ze znajomymi, jak i rodzinne posiedzenia i zabawy z dzieciakami. Pierwsza opcja często kończy się niepohamowanym śmiechem, bo niektórzy mają naprawdę kosmiczne skojarzenia (wszystko przez te karty!). Natomiast druga opcja z całą pewnością pozwoli rozwinąć dzieciakom wyobraźnię. Trzeba przyznać, że twórcy gry spisali się na medal, bo grafiki na kartach są niesamowite, stymulujące wyobraźnię do granic. Pierwsza gra zawsze jest ciężka i niepewna. I nie chodzi tutaj o zasady, bo te są bardzo proste i klarowne, nie ma żadnych wątpliwości, co do sposobu gry. Ale początkowo ciężko jest 'wkręcić się' w tę grę, odnajdując odpowiednie skojarzenia. Na szczęście każda kolejna runda jest coraz ciekawsza i coraz bardziej emocjonująca, bo nagle uczestnicy czują klimat Dixit i tych genialnych ilustracji, a skojarzenia pojawiają się same. Rozgrywka na planszy i punktacja zdają się schodzić na dalszy plan, bo to walka na skojarzenia okazuje się być tą najbardziej interesującą - często nie ważne było kto wygrał, tylko to, co działo się na stole! I ta możliwość porównania swoich skojarzeń i pomysłów z innymi uczestnikami - bo wszak ktoś musi myśleć podobnie do nas, żeby zagłosował na naszą kartę - naprawdę ciekawe doświadczenie. Mieliśmy ze znajomymi naprawdę niezły ubaw ;)

Niestety, gra ma swój mankament i to dosyć poważny, choć w gruncie rzeczy rozwiązany przez twórców gry. Otóż Dixit ma ograniczoną liczbę kart, a co za tym idzie, kiedy przyjdzie nam rozegrać kilka rund i kilka następnych gier, prędzej czy później natkniemy się na te same ilustracje, a co za tym idzie, na te same skojarzenia, których często ciężko jest się pozbyć. Problem odrobinę znika, kiedy gramy w innym towarzystwie, wtedy pojawiają się nowe pomysły, niemniej jednak po pewnym czasie karty wydają się nam na tyle znajome, że gra wydaje się odrobinę nudna, jakbyśmy znów grali w to samo. Dlatego twórcy postanowili stworzyć dodatki - każdy z nich jest kolejną pulą nowych kart, które można dołączyć do gry, dowolnie mieszając. Jeszcze nie miałam okazji wypróbować tej opcji, ale mam nadzieję, że kiedyś sprawię sobie dodatek i sprawdzę, czy problem ograniczonej liczby kart i powiewów nudy się zmniejszył :)


Jeśli chodzi o wykonanie gry, to jest ono na duży plus. Pudełko, w którym znajduje się gra jest zrobione z twardego kartonu, który raczej prędko się nie rozpadnie (no, chyba, że złapie Was deszcz kiedy będziecie akurat grać sobie na kocyku, choć w moim przypadku karton przetrwał, gorzej z instrukcją). Plansza umieszczona jest w pudełku i nie ma większej potrzeby jej wyjmowania. Karty są duże, ilustracje pobudzające wyobraźnię, wykonane z dobrego materiału, nie obłażą i nie rozwarstwiają się. Dodatkowo mamy drewniane pionki, kolorowe króliczki, które są przeurocze. No i karty głosowania wykonane z grubego kartonu, które również są wytrzymałe. W związku z tym możemy liczyć na to, że gra śmiało posłuży nam przez kilka dobrych lat.

Warto kupić Dixit?


Owszem, warto. Chociaż cena jest wysoka, bo za Dixit zapłacimy około 110zł (plus około 75zł za każdy dodatek), to trzeba przyznać, że wraz z nią idzie jakość i naprawdę świetna gra. Dlatego warto sprawić sobie Dixit, czy to na imprezowe rozgrywki ze znajomymi, czy też żeby pograć z dzieciakami w celach bardziej edukacyjnych. Dixit jest wspaniałą grą, która pobudza wyobraźnię, a przy tym jest źródłem świetnej zabawy dla osób w każdym wieku. Nie spodziewałam się, że tak przypadnie mi do gustu, ale teraz śmiało mogę powiedzieć, że jest jedną z moich ulubionych gier ;) A ilustracje na kartach są przepiękne (a karty pachnące!). 


#skarby internetu czyli wreszcie piątek :)




Hello! Dziś znów bez zbędnego ględzenia, bo praca wre, a przygotowania do jutrzejszej imprezy urodzinowej dla rodzinki trwają - ciasto z owocami się produkuje, miejmy nadzieję, że wyjdzie przepysznie i przyniesie gościom chociaż odrobinę ochłody w te upały. Ach, aż się marzy, żeby znaleźć się gdzieś nad wodą, popluskać się w czymś chłodnym i zapomnieć na chwilę o lecie w mieście i rozpalonych tłumach w komunikacji miejskiej :D Ale dość ględzenia, lecimy z dzisiejszą porcją #skarbów internetu ;)

1. 19 sytuacji, które zrozumie każdy, kto uwielbia czytać książki - niby z przymrużeniem oka, ale i tak chce się powiedzieć: so true! :)

źródło
2. 17 tanich pomysłów na lato - dla niektórych wakacje trwają pełną parą, niektórzy nawet przeżywają swoje najdłuższe wakacje w życiu (po maturze i przed studiami), więc pewnie czasem brakuje pomysłów, jak ten czas spożytkować. Na szczęście z pomocą przychodzi nam Agata, która przedstawiła kilkanaście bardzo fajnych pomysłów na to, jak można w tani sposób spędzić letnie dni. Warto zajrzeć ;)

3. Znając osoby, które albo są już wytatuowane albo dopiero mają taki zamiar, pewnie spotkaliście się z pytaniem a jak to będzie wyglądało na starość? W tym momencie z odpowiedzią śpieszy Wam grupa wytatuowanych seniorów, którzy postanowili pokazać, jak TO wygląda na starość. Genialny projekt :)

 źródło
źródło
4. Dla tych, co lubią porządek, również na pulpicie, Marysia z bloga ArtAttack przygotowała bardzo fajną tapetę, która pozwoli Wam zorganizować wszystkie pliki - bardzo dobry pomysł :D
źródło

5. A na koniec coś dla oka - 18 niesamowitych i surrealistycznych miejsc na Ziemi - aż chciałoby się móc je zobaczyć na własne oczy, a nie tylko na ekranie komputera :) Ogromne 'lustro' w Boliwii, które odbija niebo i Jaskinia Robaczków Świętojańskich - no coś pięknego! 





A na koniec odrobina muzyki, która non stop siedzi mi w głowie, czyli:


Bastile - Things We Lost in the Fire - no nie umiem wyrzucić jej z głowy, non stop nucę 'the things we lost in... faja, faja, faja' :D

Charli XCX - Boom Clap - dzielnie zapętlam soundtrack z Gwiazd naszych wina, w tym właśnie tę piosenkę :)

No i oczywiście Ed Sheeran - All of the Stars - przy której chce mi się płakać, za każdym razem, gdy ją usłyszę :)


Kochani, życzę Wam udanego weekendu! Cześć! :)


PS. Od wczoraj jestem na Twitterze!


Umarli nie kłamią - J.T. Ellison [Mira, 2014]

Tłumacze tytułów książek nieodmiennie nie przestają mnie zaskakiwać i bawić. Chociażby i w tym, recenzowanym dziś, przypadku, którego polska wersja brzmi Umarli nie kłamią, gdy w wersji oryginalnej mamy Where All The Dead Lie. Niemniej jednak najbardziej śmieszy mnie wynik Google Translatora, który powala na kolana, bowiem po przetłumaczeniu angielskiego tytułu otrzymujemy piękny zlepek: Gdzie wszystko żyje kłamstwem. Twórczość taka radosna, a interpretacji tak wiele. To tak w ramach mało śmiesznej, nieco smutnej dygresji, bo wszak dziś nie o tłumaczeniu tytułów (czyżby temat na osobną notkę?), a o jednej z najnowszej powieści J. T. Ellison i moim pierwszym spotkaniu z autorką.

Umarli nie kłamią to historia porucznik Taylor Jackson, detektyw z wydziału zabójstw, która próbuje otrząsnąć się po traumatycznych wydarzeniach sprzed kilku miesięcy. Próbując ująć groźnego seryjnego mordercę, przy okazji starając się uratować swoją najlepszą przyjaciółkę, Taylor została postrzelona w głowę, co poskutkowało ogromnym szokiem i utratą głosu. Chcąc dojść do siebie, psychicznie oraz fizycznie, starając się uratować swój związek z Baldwinem, postanawia przenieść się na jakiś czas do szkockiego zamku swojego dobrego przyjaciela Jamesa. Taylor z całą pewnością nie spodziewała się, że w niemal opuszczonym, spokojnym zamczysku natknie się na sprawę, która zagrozi jej życiu, kolejny już raz. Czy pani porucznik uda się rozwikłać tę tajemniczą zagadkę na czas? A może tym razem nie poszczęści się jej tak samo, jak ostatnio?


źródło
Tak jak już wspominałam, Umarli nie kłamią to moje pierwsze spotkanie z twórczością J. T. Ellison. Pierwsze, ale z całą pewnością nie ostatnie. Choć początkowo miałam pewne wątpliwości, które często towarzyszą mi przy nowych, nieznanych mi jeszcze autorach. Wątpliwości te szybko zniknęły, gdy całkowicie zostałam wchłonięta przez tę historię. Nie chciałabym zapeszać, ale myślę, że Ellison dołączy do grona autorek powieści kryminalnych z odrobiną wątku romantycznego, w których zaczytuję się bez reszty i śmiało będzie mogła stanąć wśród Alex Kavy i Eriki Spindler. Ellison nie bawi się w powolne rozwijanie akcji, od razu wrzuca nas na głęboką wodę, prosto w wir emocjonujących wydarzeń. Najlepsze jest to, że mimo szybkiego tempa akcji, autorce udaje się wprowadzić suspens, element zaskoczenia, którego kompletnie nie byliśmy w stanie przewidzieć. Za to z całą pewnością plus, bo przecież nie ma nic gorszego, niż przewidywalny kryminał. Wątek romantyczny, o którym wspominałam, nie jest w żadnym wypadku nachalny ani dominujący, wręcz przeciwnie, jest kroplą w morzu zbrodni, taką wisienką na torcie, która dodaje smaczku całej historii. I choć nie było to literackie dzieło sztuki, przygody Taylor Jackson przeczytałam jednym tchem, niesamowicie wciągając się w jej losy. Teraz wiem, że po kolejną książkę Ellison również sięgnę i mam cichą nadzieję, że mnie nie zawiedzie i nie zrujnuje tego dobrego, pierwszego wrażenia, które mnie mile zaskoczyło. Jeśli jesteście fanami twórczości Kavy czy Spindler, a jeszcze nie mieliście okazji poznać J. T. Ellison, to bardzo zachęcam - z całą pewnością przypadnie Wam do gustu.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mira 

Doradca smaku i Moje smaki - M. Moran [MUZA, 2014]

Kiedyś, jako mała dziewczynka, chętnie przesiadywałam z Mamuśką w kuchni i przypatrywałam się, jak gotuje. Z wiekiem przestałam się tylko przyglądać, bo wreszcie przyszedł czas na to, bym i ja wzięła wielką łychę w łapki, dzielnie mieszając niedzielne ciasto. I oczywiście nagroda po wsadzeniu formy do piekarnika - oblizywanie drewnianej łyżki z resztek kremu, pycha! Z każdym kolejnym rokiem próbowałam czegoś nowego, pod czujnym okiem Mamuśki ucząc się gotowania zup, robienia śląskiego niedzielnego obiadu, pieczenia serników. Bywało różnie, czasem lepiej, czasem gorzej - na szczęście wszyscy cali i zdrowi przetrwali moje eksperymenty kulinarne.

Teraz, będąc już dorosłą kobitą na swoim, mając chłopa do wykarmienia, staram się odtwarzać domowe smaki i szukać tych nowych, odrobinę mniej tradycyjnych. Z uwielbieniem i ślinką kapiącą po brodzie oglądam programy kulinarne w telewizji, podpatrując co nowego mogę wprowadzić w swojej kuchni. A jeśli akurat nie znajduję czegoś ciekawego na kolorowym ekranie, z wielką chęcią sięgam po.. książki kulinarne! Nie, nie pochłaniam tylko poradników o zdrowym żywieniu - po przepisy sięgam równie często :) Dorobiłam się już swojej małej kolekcji, ale jako typ chomika, wciąż wynajduję jakiś tytuł, który chciałabym do niej dołączyć. I tak właśnie stało się z książkami Michela Morana, zawodowego szefa kuchni, którego mieliśmy okazję oglądać w polskiej wersji MasterChefa. Francuz z urodzenia, Hiszpan z pochodzenia, obecnie mieszkający w Polsce, Michel zaraża wszystkich swoim entuzjazmem do gotowania. Bardzo lubiłam oglądać jego krótki wieczorny program Doradca smaku, który oglądałam nie tylko z burczącym brzuchem, ale również z szerokim uśmiechem na twarzy.

Dlatego właśnie z taką wielką radością sięgnęłam po książki kulinarne jego autorstwa - Moje
smaki oraz Doradcę smaku. Obie zachwycają oprawą graficzną, fantastycznymi fotografiami potraw, które sprawiają, że człowiekowi od razu chce się jeść albo chociaż biec do kuchni i od razu zacząć pichcić. Moje smaki wyróżnia się kolorowymi stronami, ogromnymi zdjęciami oraz malutkimi ilustracjami, które dodają uroku całej oprawie. Natomiast Doradca smaku pod tym względem jest nieco skromniejszy, nieco mniej radosny, aczkolwiek nie mniej gustowny. Natomiast jeśli chodzi o zawartość obu książek, to jest ona na wielki plus. Przede wszystkim w każdej z nich znajdziemy przydatne uwagi na temat przepisów, informacje o przyprawach, ich smakach i najczęstszym użyciu. W Doradcy smaku znajdziemy również tabelę, dzięki której dowiemy się, jakich przypraw możemy użyć do danego dania. Jeśli chodzi o same przepisy, to są one bardzo ładnie rozpisane, podzielone na działy tematyczne (wbrew pozorom to Doradca smaku podzielony jest w kategoriach smakowych: słone, pikantne, słodkie, natomiast Moje smaki podzielone są według typu dania: zupy, dania główne, domowa spiżarnia, etc.), co czyni poruszanie się po książce bardzo łatwym i przyjemnym. Przeglądając pierwszy raz oba tytuły, najpierw postanowiłam nacieszyć oczy, przeglądając zdjęcia. Kolejna rundka po przepisach skończyła się zaznaczaniem kilkunastu z nich kolorowymi karteczkami, co by nie zapomnieć. Niestety, odrobinę żałuję, że przepisy Michela w głównej mierze są przepisami bardzo wyszukanymi (polędwiczki wieprzowe z suszonymi śliwkami czy kaczka z pomarańczami) - takie przepisy są trudne do wykorzystania, jeśli chce się ugotować szybki obiad po pracy. Pod tym względem wygrywa Doradca smaku, w którym znajdziemy więcej przepisów do codziennego gotowania, natomiast Moje smaki możemy wykorzystać na bardziej wyszukane okazje, romantyczne kolacje czy przyjęcia.

Kolejny już raz przeglądając fantastyczne książki Michela, chyba nie pozostaje nic innego, jak zaopatrzyć się w coś pysznego do jedzenia, żeby zaspokoić burczenie w brzuchu wywołane przepięknymi zdjęciami potraw, a później skoczyć do kuchni, żeby wypróbować propozycje Morana na swoim własnym podniebieniu. Jeśli lubicie, tak jak ja, pichcić, gotować i rozpieszczać bliskich ciekawymi potrawami, serdecznie polecam Wam obie te książki - nie tylko cieszą oko, ale również są świetnym źródłem wiedzy, by ucieszyć też Wasze brzuchy! ;)

Książki przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MUZA SA

#skończ czytanie, czas na granie! - Dobble [Wydawnictwo Rebel]


Jakiś czas temu zapowiadałam zmiany na blogu - najpierw pojawiły się te wizualne poprawki w szablonie, później nadszedł czas na nowy cykl #FOTO MIESIĄC, powiew świeżości i odrobina prywaty. Tym sposobem została nam ostatnia zmiana, którą chciałam wprowadzić w ostatnim czasie. Przebąkiwałam Wam coś o nowym dziale recenzji i oto jest, o nieco przewrotnej nazwie #SKOŃCZ CZYTANIE, CZAS NA GRANIE! Czytania kończyć nie mam zamiaru, ale postanowiłam trochę rozszerzyć tematykę bloga, w tym wypadku o, jak się już pewnie domyślacie, recenzje gier, zarówno planszowych, jak i karcianych. Od pewnego czasu razem ze znajomymi spotykając się przy piwku czy też na wyjazdach, umilaliśmy sobie czas różnorakimi zabawami - a to Prawo Dżungli, a to Resistance: Agenci Molocha, czasem Party Time i kilka innych. Właśnie w ten sposób narodził się pomysł, żeby zacząć pisać o tych grach odrobinę więcej na blogu, bo przecież nie samymi książkami człowiek żyje - wbrew pozorom mole książkowe mają też inne pasje :D Pozbierałam więc swoje gry, dodatkowo nawiązałam współpracę z Wydawnictwem Rebel i oficjalnie przyklepałam swój pomysł na nowy dział na blogu. 

Dlatego dziś chciałabym opowiedzieć Wam o towarzyskiej grze Dobble - grze na refleks i spostrzegawczość, która rozrusza każdą imprezę, nawet tę niemrawą i sprawi wielką frajdę nie tylko dzieciakom, ale również osobom starszym. Lecimy!


Podstawowe informacje:

Liczba graczy: 2-8 osób
Wiek: od 6 lat
Czas gry: od 5-10 minut
Liczba kart: 55

Co to Dobble?

Dobble to gra towarzyska, świetnie sprawdzająca się zarówno wśród znajomych jak i dzieci, która fantastycznie rozwija spostrzegawczość i refleks, fundując przy tym ogrom dobrej zabawy. W małej puszce otrzymujemy 55 okrągłych kart, na których znajdziemy 50 różnych symboli, po 8 na każdej z kart. Naszym zadaniem jest znalezienie jednego wspólnego symbolu (jeden dla dowolnych dwóch kart), nazwanie go i... WYGRANA! Wbrew pozorom na rozgrywanych kartach zawsze znajduje się para symboli, choć nie zawsze jesteśmy ją w stanie znaleźć na pierwszy rzut oka ;)


Dobble to w gruncie rzeczy seria pięciu mini-gier, które można rozegrać zarówno w grze turniejowej, kiedy rozgrywamy każdą z mini-gier licząc punkty przyznawane każdemu z graczy lub bawiąc się troszkę luźniej, bez turnieju i punktacji odgrywając swoje ulubione rozgrywki. Mini-gry, w które możemy zagrać to:

- Piekielna wieża - gracze starają się jak najszybciej nazwać symbol wspólny dla swojej karty i tej znajdującej się na szczycie stosu znajdującego się po środku graczy. Ten, który zdobędzie najwięcej kart, wygrywa.
- Studnia - odwrotność piekielnej wieży. W tej rozgrywce gracze otrzymują równą ilość kart, po znalezieniu wspólnego symbolu, starają się umieścić swoją kartę na środkowym stosie. Wygrywa ten, kto najszybciej pozbędzie się swoich kart.
- Parzy - w tej grze każdy z uczestników otrzymuje kartę, trzymając ją tak by symbole były niewidoczne. Gracze odkrywają karty w tym samym momencie i każdy z nich stara się odnaleźć wspólny symbol na karcie innego gracza - gdy mu się to uda, oddaje swoją kartę przeciwnikowi, zakrywając jego kartę. Zadaniem gracza, który otrzymał kartę jest znalezienie kolejnego wspólnego symbolu i pozbycie się swoich kart. Ta gra rozgrywana jest na rundy. Przegrywa ten, kto zebrał najwięcej kart.
- Złap je wszystkie! - kolejna mini-gra rozgrywana w rundach. W tym przypadku uczestnicy otrzymują po jednej karcie i jedna ląduje na środku stołu. Zadaniem graczy jest znalezienie wspólnego symbolu na jednej z kart wszystkich graczy oraz tej ze środka. Po znalezieniu symbolu gracz zatrzymuje kartę, pozostawiając tę ze środka na swoim miejscu. Po zakończonej rundzie (kiedy wszystkie karty graczy zostaną odgadnięte), środkowa karta ląduje na spód stosu i rozdawane są karty do następnej rundy. Wygrywa gracz z największą liczbą odgadniętych kart.
- Zatruty podarunek - przeciwieństwo gry powyżej. Tym razem gracze nie zabierają odgadniętej karty do siebie, lecz podrzucają ją przeciwnikowi. W tym przypadku wygrywa gracz z najmniejszą liczbą kart.


Tak jak wspomniałam wcześniej, w Dobble można grać na dwa sposoby - albo rozgrywając turniej na punkty lub grając w pojedyncze mini-gry. Jeśli zdecydujemy się na turniej, w zasadach gry znajdziemy punktację do każdej z mini-gier, która ułatwi nam dojście do tego, kto zostanie zwycięzcą. Jeśli chodzi o rozstrzyganie sporu, kto pierwszy może zabrać kartę, to zawsze pierwszeństwo ma poprawne nazwanie danego symbolu, czyli wykrzyczenie np. słowa 'kotek' a potem dopiero zabranie karty ze stosu. 

Wrażenia?

Moim zdaniem Dobble jest naprawdę świetną grą karcianą, którą można zabrać na imprezy (puszka zajmuje naprawdę niewiele miejsca i jest lekka!) i zabawić się ze znajomymi zanosząc się śmiechem, jednocześnie mogąc rozegrać partię w gronie rodzinnym, pozwalając dzieciakom ćwiczyć refleks i spostrzegawczość, no i oczywiście słownictwo (razem ze znajomymi grając pierwszy raz w Dobble, w ferworze walki mieliśmy komiczne nazwy na niektóre z symboli, poczynając od 'to coś!'). Grałam zarówno w większym gronie 4-6 osób, jak i w mniejszym, grając tylko z Arkiem. W tym drugim przypadku mieliśmy problemy z rozegraniem jednej z mini-gier, a konkretnie Parzy - gra w dwie osoby w tym przypadku nie ma zbyt większego sensu, choć nie jest niemożliwa. 

Partie w Dobble są bardzo szybkie, więc uczestnicy nie mają najmniejszej szansy na to, żeby poczuć choć odrobinę nudy. Rozgrywki są energiczne, pełne emocji i śmiechu. Dobble odrobinę przypomina mi Prawo Dżungli (Jungle Speed), choć w tym przypadku nie łapiemy totemu, a karty (bezpieczniej, bo totemem łatwo oberwać tu i ówdzie!). Zasady gry są jasne i klarowne, nie trzeba wczytywać się w instrukcje, nie ma też konieczności czasochłonnego tłumaczenia zasad innym uczestnikom, choć mimo wszystko najłatwiej zrozumieć je i wprowadzić w życie rozgrywając każdą z mini-gier. Symbole są ciekawe, często odwrócone, w różnych rozmiarach, co powoduje, że człowiek często po prostu 'ślepnie' na chwilę i nie jest w stanie zauważyć wielgachnego młotka tuż przed swoim nosem. 


Jeśli chodzi o samo wykonanie gry to trzeba przyznać, że jest bardzo solidne i wygodne. Niewielkich rozmiarów puszka świetnie chroni zestaw okrągłych kart zrobionych z twardego kartoniku. Nie zaginają się, ilustracje nie ścierają się, więc tutaj niewątpliwie duży plus. 

Warto kupić Dobble?

Warto, czy to na potrzeby własnej kolekcji, czy też na prezent. Cena może odrobinę odstraszać, bo Dobble kosztuje około 60zł (chyba jedyny mankament tej gry), ale gra ta jest naprawdę ciekawa, pełna energii i emocji. Rozgrywki są bardzo szybkie, ludzie naprawdę świetnie się bawią przy odgadywaniu symboli z kart i zaśmiewają się przy tym do łez. Nadaje się zarówno na imprezy ze znajomymi, jak i rozgrywki rodzinne z dziećmi i rodzicami. Mimo ograniczonej liczby kart nie sposób jest się tą kartą znudzić, szczególnie, jeśli gra się w różnym gronie - wtedy z całą pewnością nie zabraknie emocji i akcji. Polecam tę grę, z całą pewnością każdemu z Was ;)

Ja, kobieta. Jak pokochać i zrozumieć swoje ciało - C. Diaz [IUVI, 2014]

Ach, piękna, zgrabna, rozchwytywana przez mężczyzn na całym świecie, modelka i aktorka - Cameron Diaz. Mężczyźni wieszają sobie jej plakaty na ścianach, a kobiety zazdrośnie spoglądają na nienaganną figurę. Każda z nich dałaby sobie rękę uciąć by poznać sekret Cameron na tak piękne ciało i urodę. Nie martwcie się, już nie musicie odcinać sobie ręki ani żadnej innej części ciała, w gruncie rzeczy nie musicie robić nic szczególnego - wystarczy zaopatrzyć się a najnowszą książkę Diaz Ja, kobieta. Jak pokochać i zrozumieć swoje ciało, a dołączycie do grona kobiet, którym zazdrości się pięknej sylwetki. Pamiętajcie też o jednym: nikt nie jest idealny, nawet Cameron Diaz!

Początkowo podchodziłam do tej książki jak pies do jeża. No bo po co mi to? Za poradnikami nie przepadam, sięgam raczej rzadko, a najczęściej z ciekawości bardziej niż z faktycznej potrzeby poprawy czegoś. Ale od jakiegoś już czasu staram się zmienić swoje nawyki żywieniowe, staram się też wprowadzić do swojej codzienności leniwej kluchy trochę więcej ruchu, a co za tym idzie, coraz więcej na mojej półce książek o zdrowym odżywianiu, ćwiczeniach i zdrowym życiu. Wciąż jednak nie byłam  przekonana. Ale pewnego dnia znalazłam fragment tejże publikacji i słowa Cameron, które od razu mnie kupiły, bo poczułam z Diaz istną więź. A były to następujące słowa: Jeśli to prawda, że jesteś tym, co jesz, to ja byłam właśnie fasolowym burrito z dodatkowym serem i dodatkowym sosem, podanym bez cebuli. Przecież ona jest taka jak ja! Swego czasu odżywiałam się bardzo źle - hamburgery, frytki, chipsy, wszystko to popijane coca colą - i nie jest to ani trochę chwalebny czyn. Ale nie przejmowałam się tym ani trochę, bo przecież nie przytyłam po tym nawet kilograma, wszystko leżało jak ulał, a ja nadal byłam chudzielcem. Niestety, z czasem pojawiły się gorsze problemy, które zmusiły mnie do odrzucenia śmieciowego żarcia i zastanowienia się nad swoją dietą. I tak oto fast food i problemy z cerą, które Cameron Diaz również napotkała w swoim życiu, przekonały mnie do tego, żeby sięgnąć po ten poradnik. Bo jak ona dała radę, to czemu nie ja?

Poradnik ten składa się z trzech głównych części, a mianowicie z sekcji odżywianie, kondycja oraz umysł. Czyli jedziemy od postaw. Cameron wraz z lekarzami i specjalistami, z którymi się konsultowała, przechodzi z nami przez serię podstawowych informacji, niezbędnych do wzięcia się w garść. Wyjaśnia, że głód i apetyt to wcale nie to samo (tak, burczenie w brzuchu i ochota na ciastko to dwa zupełnie różne stany!). W rozdziale odżywianie przechodzimy przez informacje o podstawowych witaminach, mikro i makroelementach i innych substancjach niezbędnych nam do życia. Cameron przekonuje nas o tym, jak ważna jest woda i jak zbędny jest cukier. A wszystko to przekazuje w bardzo przystępny, prosty i zrozumiały sposób. Później przechodzimy do działu kondycja, w którym zajmujemy się stanem naszego ciała - trening, ćwiczenia, ciut anatomii i kobiece sprawy. No i na koniec sprawy duchowe, czyli odrobina psychologii i motywacji do działania. Bo jak nie Ty, to kto?

źródło
Tak jak już wcześniej wspominałam, nie byłam całkiem przekonana do tego poradnika, ale wspólne cechy, które połączyły mnie z Cameron (kiepska dieta i problemy z cerą), przekonały mnie do tego, że jednak mogę znaleźć w tej publikacji coś dla siebie, co pomoże uporać mi się ze złym odżywianiem, do którego przywykłam, a przy okazji pomoże mi poprawić stan mojej buzi. I przepadłam, bo poradnik napisany przez Cameron Diaz nie jest naukową paplaniną pełną niezrozumiałych zwrotów, które wpadają jednym uchem a drugim wylatują i tyle po nich zostaje. Nie! Bardzo fajne jest to, że ten poradnik przyjmuje formę luźnej rozmowy z przyjaciółką, wymianą myśli (choć w głównej mierze jednostronną - no, chyba, że lubicie sobie pogadać do siebie przy czytaniu). Cameron zjednała sobie moje serce prostotą słów, luzem i naturalnością z jaką pisze o poważnych czy zawstydzających sprawach (przygotujcie się na rozmowę o kupie!). Poza tym Cameron wyjaśnia wszystkie naprawdę podstawowe aspekty zdrowego odżywiania się, tego, co ma wpływ na Twoją wagę, jak ważne są ćwiczenia i jak dokładnie angażować każdy kolejny mięsień. Naprawdę wartościowa publikacja. I jej atutem niewątpliwie jest to, że napisała ją kobieta dla kobiet, opisując własne doświadczenia, niekoniecznie pełne sukcesów, zamiast statystyk i naukowych doświadczeń. To przemawia, szczególnie do kobiet, które potrzebują wiedzy, wsparcia, a przede wszystkim motywacji. Tak, Cameron Diaz motywuje do działania. Ja osobiście miałam ochotę wylać wszystkie słodkie napoje, jakie miałam w domu, takie naszły mnie wyrzuty sumienia!

Na początku swojej opinii napisałam, że Cameron zdradzi Wam swój sekret udanej sylwetki i nienagannej urody. Niestety, skłamałam. Bo nie chodzi tutaj o Cameron, tylko o Ciebie! To Ty musisz poznać, co mówi Twoje ciało, jakie metody będą dla Twojego ciała najlepsze, bo to Twoje ciało musi być zdrowe i silne. Cameron ma Cię tylko zainspirować i robi to, najlepiej jak tylko potrafi przez słowa swojego poradnika. Osobiście polecam każdemu, kto chce zmienić coś w swoim życiu, kto chce ulepszyć swoją codzienną dietę, kto chce zając się lepiej swoim ciałem i duchem. Wszak będziemy w tym ciele jeszcze kilkadziesiąt dobrych lat, więc chyba warto o nie zadbać, nie sądzisz?

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa IUVI