#FOTO CZERWIEC czyli miesiąc w zdjęciach :)

Hello!

Parę dni temu na facebooku zapowiadałam coś, do czego przymierzałam się już od dłuższego czasu, czyli zmiany na blogu, które wprowadzić miały więcej prywaty, troszeczkę luzu i oderwania od literatury. W związku z tym postanowiłam stworzyć nowy cykl postów zatytułowanych #FOTO MIESIĄC, w którym pokażę Wam mix zdjęć z danego okresu, co by urozmaicić trochę to, co dzieje się na blogu, a jednocześnie wziąć się w garść i czynnie uczestniczyć w wyzwaniu 100happydays, o którym wspominałam Wam w którychś #skarbach internetu. Także raz w miesiącu, przypuszczalnie pod koniec trwającego lub z początkiem nadchodzącego, postaram się podzielić z Wami chwilami swojego życia, utrwalonymi na zdjęciach ;)


Nie przedłużając, przechodzę do rzeczy - niemniej jednak z wielką chęcią dowiedziałabym się jaki jest Wasz stosunek do tego typu postów - lubicie, są Wam obojętne, omijacie szerokim łukiem? Ja osobiście bardzo lubię :D


Miesiąc zaczął się od Dni Miasta - Rap Festiwal i O.S.T.R, później Bajm, a na koniec Kabaret Rak. Osobiście nie jestem fanką hip hopu ani rapu, więc pierwszy dzień sobie odpuściłam, natomiast sobotę i niedzielę spędziłam już na Skałce, którą można śmiało nazwać centrum rozrywki w naszym mieście :) Bajmu zobaczyć, nie zobaczyłam, bo komary żarły jak szalone, a na drugi dzień czekała mnie pobudka o 4 rano. Niemniej jednak przyjemności w te słoneczne dni nie zabrakło, co widać na ostatnim zdjęciu :D Tak, rozsmakowałam się w miksie piwa i lemoniady, to fakt :)


W czerwcu wybraliśmy się z Arkiem na ekranizację powieści Johna Greena Gwiazd naszych wina, o której to wizycie nie omieszkałam napisać na blogu, kiedy emocje po seansie wreszcie opadły. Będąc w Plazie nie sposób było odpuścić sobie sorbetowych lodów, na które zawsze mieliśmy ochotę, niestety ciągle było na nie za zimno. Na szczęście tym razem słońce grzało mocno, więc lody same prosiły się o to, żeby je zjeść. A w Empiku znaleźliśmy długopisy z naszymi imionami, wraz z krótkimi opisami - ja ponoć jestem niepoprawną romantyczką. Czyżby? :D


Razem z Arkiem udało nam się również wybrać na krótki urlop (tym razem wakacje wypadły nam dosyć wcześnie) na działkę niedaleko Lublińca. Zero zasięgu, zero Internetu, człowiek wolny od cywilizacji. No, nie całkiem, tak czy inaczej działka w środku lasu, dookoła natura, śpiew ptaków i święty spokój. A do tego słoneczko (przynajmniej przez kilka pierwszych dni), pyszne maliny i bób z targu warzywnego w Lublińcu, no i relaks :) W podróż wyruszył z nami niebiesko włosy troll, którego znaleźliśmy na parkingu, a ja nie miałam serca go zostawić :D Na wyjeździe nie mogło zabraknąć Kindelka - próbowałam dokończyć Zbuntowaną, drugą część Niezgodnej, ale ciężko było, ciężko, szczególnie, gdy dołączyli do nas znajomi :D


Na działce towarzyszyły nam różnorakie gry - człowiek musi się czymś zająć, gdy w pobliżu nie ma Internetu ^^ I tak odkryliśmy na nowo Yahtzee, karcianego remika oraz pokera. Nie zabrakło również towarzyskich gier, takich jak Prawo Dżungli czy Party Time. Ubaw po pachy, szczególnie, kiedy zabawie towarzyszą takie słodkości jak grejfrutowy radler :D



Niespodziewanie udało nam się wyjechać na kolejny weekend do Kokotka - pogoda dopisała, przynajmniej przez większość weekendu, bo w niedzielę żegnała nas burza. Niemniej jednak wcześniej było leniwe czytanie na leżakach i wielka wyprawa rowerowa do Lublińca - obyło się bez zakwasów, choć lekko nie było ^^ Razem z Arkiem wybraliśmy się również na jagody - uzbieraliśmy trochę więcej niż na zdjęciu wyżej :D A ręce wyglądały jak wyglądały. No i na koniec czekały nas leniwe wieczory przy kominku z winem, przekąskami i grami, o których ciut więcej już wkrótce ;)



Wyżej nasza wspólna pasja - gotowanie i jedzenie :D Domowe sałateczki, moja półeczka z przyprawami (uprzedzam, że to nie cała kolekcja, którą posiadam!). No i powrót do dzieciństwa - galaretki w cukrze, które uwielbiam, gumy shock, które wykrzywiają gębę zawsze i nieodmiennie, no i preparowany ryż :D 


Wyżej mix wszystkiego i niczego - nasz spacer do Chorzowa na przepyszne McFlurry z Oreo i polewą karmelową (odkrycie mojego życia, mniam!). Jest i wielgachny księżyc nocą, który walił nam w okna. No i nieodłączny towarzysz ostatnich dni, czyli odstraszacz komarów do smarowania - mimo wszystko te bestie są tak upierdliwie, że najlepiej zawinąć się w kokon i nie wyłazić do rana.


Jest i również czerwcowy mix zdjęć z telefonu, czyli pierwsze piwko na balkonie w naszym nowym, wspólnym mieszkaniu. Pamiątka z koncertu Moniki Brodki. Bilet z X-menów. Moje paznokciowe wymysły, kiedy dziecku się nudzi :D Przysiadowe wyzwanie, które przerwałam przez urlop i mój słomiany zapał. No i moja koszulka z fantastycznym mottem, które stosuję w pewnych sferach swojego życia, by oszczędzać nerwy i zdrowie psychiczne :D

I to by było na tyle, taki był mój czerwiec w zdjęciach :) Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu ten cykl, że nie pokręcicie nosem na odrobinę prywaty na blogu, bo prawda jest taka, że kolejne zmiany mają tutaj nadejść - nie martwcie się jednak, recenzje zostaną i mimo wszystko będą głównym punktem Kamykowej Czytelni, bez dwóch zdań :)

Trzymajcie się ciepło! 


PS. Zdjęcia w powiększeniu po kliknięciu ;)

#skarby internetu czyli znów dzielimy się linkami :)

Hello!


Dziś bez zbędnego ględzenia, przechodzę do rzeczy, czyli do piątkowej porcji skarbów internetu, które udało mi się wykopać - enjoy! :)

1. Bo wszyscy się starzejemy - wpisujecie swoją datę urodzenia i zagłębiacie się w świat numerków - ile dokładnie macie lat i dni, ile razy zabiło Wasze serce przez ten czas i ile oddechów wzięliście. Wszystko to w perspektywie historycznej, wobec wydarzeń, które miały już miejsce kiedy Wy byliście małym dzieckiem czy nastolatkiem. Na przykład kiedy się urodziłam, na świecie był około 5,431,888,667 innych ludzi, a większość osób urodzonych tego samego dnia co ja, wciąż żyje! Sprawdźcie :)

źródło
2. Coś dla moli książkowych i nie tylko - czy czytanie romansów to obciach? - dla niektórych i owszem, ja osobiście czasem czytam, choć rzadko, niemniej jednak nie traktuję jako wybitnych dzieł literatury, raczej jako niezobowiązującą rozrywkę. Tak czy inaczej, w artykule możecie poczytać, co na to inni i czy czytanie romansów faktycznie jest takim obciachem?

źródło
3. Dla tych, co nie lubią ciszy - swego czasu znalezione o Kreatywy, korzystam po dziś dzień. Sama nie przepadam za dźwiękiem ciszy, kiedy siedzę sama w domu, szczególnie wieczorem, bo strasznie trzęsę gaciami, ale Noisli ma również zastosowanie relaksujące, które wprost uwielbiam! Bo kiedy mam ochotę uciec gdzieś myślami, a akurat nie mam możliwości wyjazdu gdzieś dalej, włączę sobie Noisli, szum morza i odgłosy lasu i odpływam :) Poza tym takie relaksujące dźwięki często pomagają mi się skupić podczas pisania recenzji, więc bez dwóch zdań polecam! Ach, Noisli jest również dostępne jako aplikacja na smartfona, tak by the way!

4. 31 miast, które nigdy nie śpią - przepiękne zdjęcia, które po prostu trzeba zobaczyć!

5. 19 biblioteczek, przy których opada szczęka - jak ktoś lubi się katować bądź wręcz przeciwnie, inspirować, to zapraszam - ja jestem pod ogromnym wrażeniem i jednocześnie strasznie zazdroszczę - chyba jak każdy mól książkowy :D

A na koniec coś przepięknego - sami zobaczcie, zapiera dech w piersi:


Miłego weekendu wszystkim!

Czas Motyli - Julia Alvarez [Black Publishing, 2014]

Wydaje Ci się, że wszystko, co masz jest czymś normalnym i naturalnym. Wszystkie prawa i przywileje są czymś, co Ci się należy. Ale nie zawsze tak było. Ludzie nie zawsze mieli prawo do wolności słowa, a kobiety rzadko były traktowane na równi z mężczyznami, chcąc uczyć się i spełniać się w innych miejscach niż dom. Teraz wydaje Ci się, że okres terroru, dyktatury i zakazów należy do zamierzchłych czasów, bo Ty masz już wszystko. Ale dobrze wiesz, że kilkadziesiąt lat temu wcale tak nie było. Kiedyś ludzie musieli walczyć o swoje prawa. Musieli walczyć o wolność. Również kobiety. Tak jak siostry Mirabal, tytułowe Motyle musiałby walczyć o swoją wolność i niezależność, płacąc za to najwyższą cenę.

Historia sióstr Mirabal opisana przez Julię Alvarez to historia prawdziwa. Choć autorka inspirowała się faktami z życia Motyli, tworząc fikcję literacką, trzeba nam pamiętać, że Patria, Minerva, Mate i Dedé istniały naprawdę, zawzięcie walcząc z krwawym reżimem dominikańskiego dyktatora Trujillo narażając siebie i swoje rodziny na niebezpieczeństwo. W ukryciu zrzeszały ludzi, którzy wspólnie starali się obalić krzywdzącego przywódcę kraju, niejednokrotnie lądując w więzieniu, gdzie były upokarzane i torturowane. Czas motyli nie jest powieścią historyczną, suchymi faktami na temat walki z reżimem na Dominikanie. To przepiękna opowieść o bohaterkach narodowych, które walczyły o dobro ogółu poświęcając swoje własne, narażając nie tylko siebie na niebezpieczeństwo, ale również swoich najbliższych. Głupota, powie ktoś. Może i tak, ale dzięki Motylom świat się zmienił, a rocznica ich śmierci stała się międzynarodowym dniem walki z przemocą kobiet.

źródło
Historia opisana przez Julię Alvarez jest opowieścią niezwykle poruszającą, przepełnioną emocjami, od których nie sposób się odizolować. Bo autorka wciąga nas w świat Motyli, wciąga nas w trudny okres dominikańskiego reżimu. Dzięki jej słowom, stajemy się jednym z bohaterów, stajemy ramię w ramię z Patrią, Minervą, Mate i Dedé i walczymy za wolność, płacąc za to najwyższą cenę. Początkowo nie byłam do niej przekonana, gdyż stronię od powieści historycznych, z wojennymi czy politycznymi wątkami, gdyż nie leżą w moim guście, ale tutaj jest zupełnie inaczej, bo to emocje i uczucia, prywatne życie sióstr Mirabal mimo wszystko jest na głównym planie, chcąc uzmysłowić nam jak ciężkich wyborów trzeba dokonać w takiej sytuacji. Nam, którzy mamy już wszystko, którym nikt nie zabrania studiować czy pracować, czasem trudno zrozumieć historie opowiadane przez dziadków czy pradziadków. Takie historie pomagają zrozumieć bardziej, bo pozwalają poznać losy walczących bohaterów z zupełnie innej strony - tej mniej bohaterskiej i wzniosłej, bardziej ludzkiej, tej bliżej nas.

Jeszcze większym wstrząsem dla czytelnika Czasu motyli z całą pewnością jest fakt, że historia ta miała miejsce naprawdę. To nie tylko fikcja literacka inspirowana legendami i opowiastkami przekazywanymi sobie z ust do ust. To fakty. Realne postacie, które zginęły w brutalny sposób za wolność swoją, swoich rodzin i całego kraju. Julia Alvarez z całą pewnością porywa nas fabułą, kradnie nasze serca i daje do myślenia. Bo wobec tej powieści nie sposób przejść obojętnie - jest naprawdę fantastyczna i piękna, choć z wzruszająca, a nawet przygnębiająca. Niemniej jednak warto poznać historię sióstr Mirabal - ile jest jeszcze na świecie takich bohaterów, których nie mamy w swojej pamięci? Jeśli chcecie, możecie również obejrzeć ekranizację tejże powieści pod tym samym tytułem, z Salmą Hayek w roli Minervy.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Black Publishing 

Wyścig ze śmiercią - Erica Spindler [Mira, 2014]

Religijne kulty, rytualne morderstwa, kłamstwa, przekręty i zaginione kobiety - wszystko to w malowniczym miasteczku na Florydzie, gdzie znalazła się nasza główna bohaterka. Tak, Erica Spindler znów zaskakuje i wywołuje ciarki na skórze przedstawiając nam ponurą i wstrząsająca historię przyprawioną odrobiną romansu, który łagodzi brutalność seryjnych zabójstw. Choć z drugiej strony, czy cokolwiek jest w stanie złagodzić okrucieństwo podłego mordercy, który uważa się za wcielenie zła?

Tak czy inaczej, dziś przyszło mi zmierzyć się z recenzją najnowszego tytułu pani Spindler, a mianowicie z Wyścigiem śmierci, w którym główną bohaterką jest Liz Ames. Okazuje się, że siostra Liz, Rachel, która na Florydzie spełniała się jako pani pastor, zaginęła w dziwnych okolicznościach. Liz przekonana jest, że z siostrą stało się coś złego, niemniej jednak policja bagatelizuje sprawę, twierdząc, że Rachel przeżyła załamanie nerwowe i wyjechała z miasta nie wspominając o tym nikomu słowem. Niestety Liz nie łatwo zamydlić oczu, szczególnie jeśli chodzi o kogoś jej bliskiego. Dlatego właśnie postanawia przeprowadzić się na Florydę i odnaleźć siostrę mimo niechęci policji do podjęcia dalszych tropów. To, co odkryje nasza główna bohaterka podczas swojej wyprawy do Key West okaże się naprawdę zaskakujące i nieprawdopodobne. Bo któż oczekiwałby sekty w samym sercu słonecznego raju, w którym ostatnie morderstwo miało miejsce kilkanaście dobrych lat temu?

Lubię Erikę Spindler i jej twórczość. Swoje powieści sensacyjne i kryminały pisze z polotem, dodając do fabuły romantyczny wątek, który dodaje emocji, wszystko kończąc zaskakującym twistem, którego nie jesteśmy w stanie przewidzieć. I dokładnie tak było w przypadku Wyścigu ze śmiercią. Mamy główny wątek, ten sensacyjny i wywołujący ciarki na skórze, jednocześnie mogąc odrobinę zrelaksować się przy wątku miłosnym, który ociepla atmosferę i rozładowuje napięcie, trochę usypiając naszą czujność wobec podejrzanego, którego musimy jak najszybciej zlokalizować. Historie Spindler odrobinę przypominają mi o powieściach Alex  Kavy, niemniej jednak jest kilka różnic, które je dzieli, a mianowicie fakt, że Kava ma swoją główną bohaterkę przez całą serię (Maggie O'Dell), natomiast w książkach Spindler bohaterowie są różni. Poza tym to Erica jest dużo bardziej romantyczna w swoich powieściach niż Alex, choć w serii Kavy nie brakuje również tego typu emocji. Z jednej strony są odrobinę podobne, z drugiej jednak kompletnie różne.

źródło
Swego czasu miałam już okazję poznać twórczość Eriki Spindler (Zabić Jane, Stan zagrożenia, Cienie nocy) i mogę przyznać, że to jeden z lepszych tytułów, które ma w swojej karierze. Bo fabuła jest całkiem mocna, jak na ten typ literatury, którym para się nasza autorka. Nie są to bowiem typowe kryminały, gdyż przyprawione są odrobiną tego wcześniej już wspomnianego romansu, co nieco łagodzi fabułę. Niemniej jednak Spindler potrafi zaciekawić czytelnika, wciągnąć w świat swoich bohaterów, by ten całkowicie zatracił się w ich historii i śledził ich poczynania z każdym kolejnym rozdziałem, aż do ostatniej strony. Podoba mi się to, że Spindler wprowadza do swoich opowieści zaskakujący twist na zakończenie, który kompletnie nie zgadza się z naszymi przypuszczeniami, a to dodaje fajnego smaczku całej książce, który osobiście doceniam, gdyż jestem wielką przeciwniczką przewidywalności w literaturze.

Bohaterowie Wyścigu ze śmiercią w większości nie wyróżniali się niczym szczególnym - Liz, główna bohaterka, konsultantka socjalna, trochę za bardzo uparta, niemniej jednak wciąż strachliwa i nierozsądna, działała mocno na czuja i miała kupę szczęścia, że wpadła w oko byłemu policjantowi, który wziął ją pod swoją opiekę. Rick, wcześniej wspomniany policjant, oczywiście przystojny i dobrze zbudowany (kolejny element pochodzący z romansów), prowadzi bar, ale wciąż ma w sobie ciekawość śledczego, której nie potrafi się pozbyć. No i nasz czarny charakter, którego w życiu byśmy nie podejrzewali, bo autorka zmyślnie odwraca od niego naszą uwagę.

Wszystko to jest przyjemne i lekkie, mimo tematyki, którą porusza, a która do tych przyjemnych wcale nie należy. Mogłabym rzec, że to takie bardzo dobre czytadło z półki powieści sensacyjnych, które czyta się z zaangażowaniem i ogromem emocji, które nie przytłaczają zbyt mocno. Nie jest to jednak powieść wybitna, z genialną fabułą, pisana wyszukanym językiem. Nie jest, owszem, ale nie umniejsza to faktu, że czyta się ją bardzo przyjemnie, a czasu spędzonego z Ericą Spindler z całą pewnością nie można nazwać straconym. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji poznać tej autorki i jej historii, a lubicie niezobowiązujące powieści kryminalne, śmiało możecie sięgnąć po Wyścig śmierci i inne jej powieści - warto.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mira

Gwiazd naszych wina, czyli o tym, jak John Green znów złamał moje serce

Johnie Green, jesteś okrutną bestią, która kolejny już raz złamała mi serce i znów muszę zbierać te milion popękanych kawałeczków do kupy. Johnie Green, nie wybaczę Ci tej historii, a jednocześnie dziękuję, że mogłam ją poznać. 

W zeszłym tygodniu zarezerwowałam miejsca w kinie na ekranizację znanej powieści Johna Greena Gwiazd naszych wina. Wiedziałam, jak to się skończy, ale nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby czekać na jej obejrzenie w późniejszym czasie. Musiałam iść do kina, już, natychmiast. Arkowi oznajmiłam, że idziemy w środę na film. Kiedy zobaczył moją reakcję na zwiastun, stwierdził, że nigdzie nie idzie, bo jak płaczę oglądając trailer, to nie chce wiedzieć, co będzie w kinie. Ale mimo wszystko pojechaliśmy.

I prawdą jest, że przez pół filmu człowiek się śmieje, a przez drugie pół zalewa się łzami.  Nie da się, po prostu się nie da. Chyba trzeba mieć serce z kamienia, żeby nie uronić ani jednej zły oglądając historię Hazel Grace i Augustusa. Poza tym Gwiazd naszych wina to jeden z niewielu filmów, na którym pociąganie nosem i szeleszczenie chusteczkami nie jest niczym dziwnym ani irytującym, bo robią to wszyscy. Choć w sali kinowej znalazło się może ledwo z dwadzieścia osób, każdy równo zasmarkany i z podpuchniętymi oczami wychodził po seansie nie mogąc pozbierać się emocjonalnie po tym, co zobaczył. A jeszcze kilka minut wcześniej słychać było głośny śmiech, bo Augustus znów powiedział coś, na  co inaczej zareagować nie było można niż wybuchając śmiechem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wzruszałam się już wcześniej, bo po przeczytaniu książki, wiedziałam, jak to się skończy. Cholera, jakie to było straszne.

źródło
A ekranizacja jest piękna. Josh Boon spisał się na medal. Bo jest wszystko to, co powinno być. Jest idealnie, jest w punkt, jest tak, że lepiej być nie może. Obsada bardzo na miejscu -Shailene jest fantastyczną Hazel, a Ansel cudownym Augustusem. Razem są niesamowicie uroczy, naturalni, nie sposób się w nich nie zakochać. I nie sposób przejść wobec ich historii obojętnie. Jestem zauroczona. Dla tych, którzy książki jeszcze nie przeczytali (żałujcie!) - nie, to nie jest opowieść o nastolatkach chorych na raka! To przepiękna historia o miłości, o tym, jak życie szybko i nieoczekiwanie przemija. O tym, by cieszyć się z drobiazgów, by czerpać przyjemność z naszej małej wieczności. By być wdzięcznym za to, co mamy, bo tylko tyle dostaniemy od życia. To rada, by doceniać, cieszyć się i kochać. By żyć pełnią życia.

źródło
I tak znów, kolejny już raz, John Green sprawił, że moje serce pękło na milion małych kawałeczków. Nierozsądnie jest myśleć, że jest się w stanie uodpornić na emocje, które ta historia ze sobą niesie. Nie da się, bo ta lawina uczuć zwala z nóg. W kinie zasmarkana, zanosiłam się od płaczu. Mimo tego że zazwyczaj jestem powściągliwa i unikam okazywania tego typu uczuć publicznie, nie byłam w stanie się powstrzymać. Kiedy poznacie tę historię, Wasze życie z pewnością nie będzie już takie samo ;)

A od Arka znowu dostałam zakaz wybierania filmów. Wszystko dlatego, że jemu też John Green zagrał na emocjach. Ale sam przyznał, że jeśli będzie okazja jeszcze raz zobaczyć Gwiazd naszych wina, z pewnością to zrobimy. I na pewno nie zabraknie kolejnych hektolitrów łez, które wylejemy.

Okay? Okay. (po obejrzeniu ekranizacji/przeczytaniu książki wcale nie jest okay)


I koniecznie posłuchajcie tej piosenki > Ed Sheeran - All of the Stars <


Zdrada - Paulo Coelho [Drzewo Babel, 2014]


Paulo Coelho to autor, który najprawdopodobniej znany jest juz na całym świecie. Bywa, że określany jest alchemikiem słów i najbardziej wpływowym współczesnym pisarzem. Pojawiają się też głosy nieco bardziej sceptyczne, określając Coelho jako bełkotliwego grafomana. Jedni go kochają, drudzy nienawidzą. Choć w gruncie rzeczy nienawiść to zbyt mocne słowo. Myślę, że bardziej pasowałoby tutaj słowo: lekceważenie. Tak, bez dwóch zdań Coelho bywa lekceważony, wszak w sieci nie brak prześmiewczych memów i grafik, które nabijają się z jego twórczości. Czy czytelnicy znów podzielą się na dwa obozy, teraz, gdy po trzech latach ciszy na rynku polskim znów pojawił się tytuł spisany ręką Coelho? Czy znów jedni okrzykną go mistrzem słowa i objawieniem, w czasie gdy drudzy parskną mu śmiechem w twarz?

Nie zdziwi mnie, gdy okaże się, że Zdrada wywoła serię kontrowersji. I nawet nie ze względu na styl, jaki wyrobił sobie Coelho - nieco uduchowiony, bardzo mistyczny i tajemniczy, czasem niezrozumiały, można rzec, że bełkotliwy. Tym razem autor zaskakuje nas czymś zupełnie innym - fabułą, wykreowaniem postaci i... poddaniem się modzie na powieści erotyczne. Są autorzy, po których mogłabym się tego spodziewać, ale Coelho nigdy nie znalazłby się na tej liście. Kilka dobrych lat temu łykałam jego książki jedna po drugiej (wybaczam sobie ten czyn, wszak byłam nastolatką szukającą własnej tożsamości), z większym lub mniejszym uwielbieniem. Były takie, które czytałam kilkakrotnie, chociażby Jedenaście minut czy Weronika postanawia umrzeć - tytuły najmniej oświecone i boskie, najbardziej życiowe z całej jego twórczości. Nigdy nie zaliczałam się do jego fanek, nie byłam również jedną z tych, którzy wyśmiewali. Stałam sobie grzecznie gdzieś pośrodku, obojętna. Ale słysząc o nowym tytule Coelho, postanowiłam znów wrócić do jego twórczości. I jakież ogromne było moje zaskoczenie, gdy okazało się, w jakim kierunku poszedł autor. W kierunku powieści erotycznych! Gdzie tam Coelho i seks oralny? Gdzie orgazmy, wytryski zdrady? Czuję się nieco dziwnie po tejże specyficznej lekturze.

Jasne, fizyczna część zdrady z całą pewnością nie miała tu być głównym elementem, ale to właśnie ona rzuca się najbardziej w oczy! Nie ta mistyczna jej strona, nie boskie dochodzenie bohaterki do jakże oczywistej prawdy, że zdrada ukochanego, troskliwego męża i cudownych dzieci, pięknego życia, które się ma, to największa głupota świata. Nie spodziewałam się po Coelho książki o trzydziestojednoletniej kobiecie, która ma wszystko, czego od życia można zapragnąć, łącznie z szczęśliwym związkiem i wspaniałymi pociechami, a robi takie głupoty, bo czuje się znudzona życiem . Niesamowicie denerwują mnie w literaturze (i ogółem) postaci, które szukają sobie problemów na siłę, które szukają dziury w całym, które nie doceniają tego, co mają i żeby to uczynić, muszą stracić wszystko. A mnie, jako biernego obserwatora, jako czytelnika, szlag jasny trafia i nerwica zżera. Przez cały czas miałam ochotę potrząsnąć Lindą i krzyknąć jej prosto w twarz: kobieto, ty masz dopiero trzydzieści lat, nie pięćdziesiąt! masz wszystko, jesteś jeszcze młoda, a ględzisz jak stara baba, że nie uprawiasz seksu z mężem, że dopadła cię rutyna i czujesz, że ominęło cię życie! ogarnij się, życie wciąż jeszcze przed tobą! Oj jak mnie to wpienia, oj jak wyprowadza z równowagi...

Jasne, książka ma wywoływać emocje, nie ważne, czy pozytywne, czy negatywne, grunt, że nie jest to obojętność, ale tego typu fabuła mnie przerasta i zawsze, nieodmiennie, doprowadza mnie do szewskiej pasji. Po prostu nie lubię głupich bohaterów, a Linda bez dwóch zdań do takowych należy. I nawet Paulo Coelho ze swoją wielką mądrością, którą próbował przemycić między miłosnymi perypetiami Lindy, nie pomógł. Nie wiem, co myśleć o tym tytule, bo niewątpliwie mnie zaskoczył, szczególnie elementy powieści erotycznej, których u Coelho chyba nikt się nie spodziewał - może czas zacząć traktować to jako atut, powiew świeżości, a nie coś wtórnego i złego? Gdzieś tam, pomiędzy wierszami, jesteśmy w stanie dostrzec przesłanie tego tytułu, świetnie odzwierciedlone przez poniższy cytat:

Brzeg? Nie, żaden związek nie powinien dobijać do brzegu. Brak wyzwań niszczy uczucie, pozbawia nas smaku nowości. Musimy się starać zawsze być dla siebie zagadką. (s.233)

Niemniej jednak jestem rozczarowana. Owszem, podoba mi się to przesłanie i głębia, jaką niesie ze sobą Zdrada, ale forma, w jakiej ta mądrość została przekazana, kompletnie do mnie nie przemawia. Nie w tak trywialny, prostacki sposób. Nie przez tak słabą charakterem postać, która dopuszcza się tak głupich czynów. Mądrość i styl Coelho całkowicie kłócą się z historią Lindy, jej męża i dawnej miłości. Dlatego powtórzę raz jeszcze - nie przemawia to do mnie ani trochę, wręcz przeciwnie, mogę nawet rzec, że odrobinę odrzuca. Nie spodziewałam się po Coelho takiej historii i niestety, ale nie mogę powiedzieć, że była ona dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Owszem, coś w sobie miała, ale to coś zostało bardzo przytłumione przez pogoń za modą i głodem popularności. Żałuję, bo gdzieś w głębi ceniłam sobie to, co autor miał swoim czytelnikom do przekazania, niestety, tutaj pozostał niedosyt i rozczarowanie.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Drzewo Babel

#skarby internetu atakujo!


Straszne, jak ten czas szybko leci - przecież znowu mamy piątek! Na szczęście dla większości to dobry dzień, bo zwiastuje początek odpoczynku i wolnego, czyli cudowny i długo wyczekiwany weekend. Niestety, nie dla wszystkich, bo mnie znowu czeka praca i wstawanie o 4, zarówno w sobotę, jak i w niedzielę. Ale, ale! Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo po przepracowaniu przyszłego tygodnia czeka mnie odrobina wolnego :) Już nie mogę się doczekać słodkiego lenistwa, relaksu na świeżym powietrzu i odrobiny spokoju. Miejmy nadzieję, że pogoda nam dopisze, bo chcemy jak najbardziej wykorzystać z Arkiem te kilka wolnych dni - rowery, spacery, może nawet porwiemy się na bieganie! Tacy teraz fit jesteśmy :D 

A wracając do meritum, wszak mamy piątek, czyli dzień #skarbów internetu, więc nie przedłużając, przejdźmy do cotygodniowej porcji ciekawych i inspirujących linków, które warto odwiedzić :)

źródło
1. #100happydays - fantastyczne wyzwanie, które każdy powinien spróbować podjąć. Przez 100 dni z rzędu staramy się uchwycić na zdjęciu coś, co w danym dniu wywołało uśmiech na naszej twarzy, co przyniosło nam szczęście i sprawiło radość. Pozornie może wydawać się całkiem proste, ale w gruncie rzeczy nie jest tak hop siup. Ale wyzwanie jest naprawdę fajne, bo pozwala w każdym dniu dostrzec chociaż odrobinę czegoś pozytywnego :) Niżej możecie zobaczyć kilka moich fotek pstrykniętych telefonem w ramach #100happydays :) 


2. Generator nazw blogów modowych  - tym razem Zombie Samurai zaszalał i zarzucił zabawką, która pomoże Wam wymyślić nazwę dla Waszego bloga modowego (w sumie nie tylko modowego, jakby się uprzeć). Wpisujemy swój nick i voila! Dzieje się magia. I tak mój blog może zmienić nazwę na "kamyk-lovely-beast-bitchez" lub "kamyk-superstar-bunny-workshop". Nie masz pomysłu na nazwę bloga? Wygeneruj ją! PS. To tak z przymrużeniem oka, żeby nie było :D
źródło

3. Zen Pencils - piękne komiksy tworzone na podstawie książkowych cytatów. No cudeńka, które mówią same za siebie! 

4. Recenzja u Limonki - która doprowadziła mnie do płaczu. Ze śmiechu! Aga postanowiła podzielić się swoją opinią na temat książki Tomasza Jacykowa O elegancji i obciachu Polek i Polaków od stóp do głów, która  w bardzo szczery i brutalny zarazem sposób obnaża nasze narodowe przywary modowe, chociażby wszystkim dobrze znane skarpetki do sandałów. Jeśli wciąż zadajecie sobie pytanie, dlaczego mężczyźni tak bardzo polubili ten styl, zajrzycie na bloga Agi i do książki Jacykowa :)

5. 30 days squat challenge - jakby Wam było mało wyzwań na ten tydzień, to proponuję to trzydziestodniowe z przysiadami, szczególnie dla pań. Bo wiecie, lato idzie, ciepło się robi, niedługo wypady nad wodę i basen się zaczną, więc pewnie chcecie zadbać o figurę na lato ^^ Ja też chcę i postanowiłam zaszaleć z takim oto wyzwaniem. Poza tym razem z Arkiem postanowiliśmy być trochę bardziej fit, zobaczymy, co z tego wyjdzie, bo oboje cierpimy na słomiany zapał a z natury jesteśmy tzw. couch potatoes, czyli leniuchami do potęgi, więc może być różnie :D Póki co dzielnie się wspieramy i trenujemy, ja swoje przysiady, a chłop A6W :) Jeśli chcecie sobie wydrukować jakiś plan działania, który będzie Was motywował do pracy i przypominał o treningu, polecam ten > klik! < ładny i przejrzysty :) Zrobiłam dopiero pierwsze dwa dni, a już czuję napięcie w mięśniach ud i dupce też się oberwało, więc pierwsze efekty są, choć bolesne :D A żeby jeszcze bardziej się zmotywować, zapraszam na bloga, którego prowadzi Hurija > klik! < dziewczyna dorobiła się pośladków, których tylko pozazdrościć! :) Albo wziąć się do roboty i sprawić sobie takie samodzielnie robiąc przysiady :D

A na koniec coś muzycznego - piosenka z reklamy Biedronki z tańczącą sarną lub innym rogaczem - nada się do robienia przysiadów :D


Miłego weekendu!

Bo życie potrafi zaskoczyć, czyli co łączy X-menów, Hobbita i Marvela?

A i owszem, potrafi. Bo nigdy nie spodziewałam się, że pójdę do kina na X-menów i sprawi mi to taką wielką frajdę. Nie spodziewałam się, że razem z Mamuśką i Arkiem zrobimy sobie serię wieczorów kinowych z Władcą Pierścieni. Gdyby ktoś powiedział mi, że z niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnych Transformersów, chyba bym go wyśmiała prosto w twarz. Ale życie potrafi zaskoczyć. I to bardzo.

źródło
Weekendowy spontaniczny wypad do kina na wyżej wspomnianych X-menów (Przeszłość, która nadejdzie) skłonił mnie do pewnych przemyśleń odnośnie moich zmieniających się gustów, nie tylko filmowych, w gruncie rzeczy, bo i te książkowe również uległy niemałej zmianie. Prawda jest taka, że nigdy nie pomyślałabym, że dołączę do grona fanów Hobbita, Spider-mana (tego z Andym Garfieldem, bo z Tobey'em wciąż nie znoszę) czy Iron-mana (ok, Robert Downey Jr.. nie oszukujmy się). Przecież jeszcze kilka lat temu twierdziłam, że film o robotach-samochodach to jakaś dziecinada i głupota, której na pewno nie obejrzę, nawet po moim trupie. Uwaga! Nie umarłam! A i film obejrzałam, taka ze mnie kłamczucha i niekonsekwentna paskuda. Przecież nawet na sobotnich X-menów kręciłam nosem. No bo wcale mnie nie kręcą, że to mimo wszystko nie w moim typie, że to i że tamto. A z kina wylazłam z szerokim bananem na gębie i myślą, że cholera, dobre to było. 

źródło
Zaczęło się od Transformersów, od których  tak się wzbraniałam. Oglądanie serii zaczęłam od końca, przypadkiem. Oczywiście namówił mnie Arek, a ja z głupia frant postanowiłam odpuścić i obejrzeć (niech będzie, za te wszystkie komedie romantyczne i ckliwe bzdety, do których ja nakłoniłam jego). Bez kręcenia nosem oczywiście się nie obyło, no bo roboty, jakieś głupie zabaweczki, po co mi to, blablabla. Jojczyłam. A potem przepadłam w świecie Optimusa i mojego faworyta, Bumblebee. Później oczywiście plułam sobie w brodę, czemu nie obejrzałam tego wcześniej. I postanowiłam oglądać dalej. Bo jednak roboty nie okazały się wcale takie durne i dziecinne. Bo nacieszyłam oczy i ubawiłam się po pachy. I wzruszeń pewnie tez nie brakowało.

Kolejnym odkrycie okazał się być Hobbit. Pewnie część z Was nabiłaby mnie teraz za to na pal, ale nigdy nie przeczytałam Władcy Pierścieni, więc Tolkiena nie znałam (i wciąż nie znam [sic!]). Nie bawiło mnie to, nie ciągnęło ani trochę, ale ze względu na fakt, że Arek był fanem, postanowiłam kolejny raz odpuścić i pójść do kina na coś, czego chce mój chłop, co by sprawić mu przyjemność (ach te kompromisy). I znów myliło się me głupie serce, bo Hobbit podobał mi się bardzo. Nie przypuszczałabym, że świat magii i miecza pochłonie mnie tak bardzo, że skuszę się na oglądanie całej trylogii tolkienowskiej, a na kolejnego Hobbita będę niecierpliwie czekać cały rok. Co więcej, nie spodziewałam się, że porwę się na wersję książkową tegoż gatunku sięgając, po obecnie ukochaną, serię Terry'ego Goodkinda Miecz Prawdy (polecam z całego serca!).

źródło
Później przyszedł jeszcze czas na traumatycznego Spider-mana ze wspomnianym Tobey'em, którego szczerze nie znosiłam i nie znoszę po dziś dzień. Płaczliwy Peter Parker, z wiecznie wykrzywioną miną, fałszywa Mary Jane, co wcale Parkera nie kochała, patetyczna fabuła, jakieś to wszystko sztywne i nadęte, nie w mym guście. Ale nagle pojawił się Andy Garfield i przepiękna Emma Stone, którzy uratowali marvelowskiego człowieka-pająka. Niesamowity Spider-man w istocie był niesamowity, tak całkowicie inny od tego starego. Wreszcie powiało świeżością, humorem i jakąś taką naturalnością. Zrodził się mój faworyt i kolejne zaskakujące odkrycie we wciąż zmieniających się gustach.

Takich odkryć było więcej. Avengers, Robocop, Gra o Tron, teraz X-meni. Owszem, za dziecka oglądałam kreskówki Marvela z wielkim zaangażowaniem (i nie tylko Marvela! kto pamięta Moto Myszy z Marsa i Czarodziejkę z Księżyca? gimby nie pamiętajo!). Ale z wiekiem fascynacja kreskówkami emitowanymi w telewizji minęła. Dorastałam i zaczynałam interesować się czymś zupełnie innymi, niekoniecznie lepszym (ach te pisanie pamiętników i złote myśli!). I nagle, wraz z poznaniem mega chłopa cudownego, znów zaczęło mi się odmieniać. Cóż ta miłość czyni z człowiekiem :D Ale tak na poważnie, ostatnio zauważyłam, że faktycznie zmieniły mi się gusta przez te trzy i pół roku. I tak mnie wzięło na przemyślenia swych odkryć, dzieląc się tym z Wami.


źródło
Jaki z tego morał? A taki, że czasem warto spróbować rzeczy, których nie zrobiłoby się nawet po własnym trupie (chociaż bywa, że się tego żałuje - Arek do dziś ma traumę po obejrzeniu Skóry w której żyję, zresztą ja też!). Poza tym tylko krowa nie zmienia zdania, a ja na ogół krową nie jestem ^^ No i oczywiście trzeba pamiętać o tym, że życie jest zbyt krótkie by się ograniczać jednym gatunkiem filmowym czy kinowym :) Dlatego czasem warto odpuścić sobie komentarz 'to nie dla mnie' i zaryzykować. Osobiście dzięki temu odkryłam wiele perełek i cudeniek, które z całą pewnością przeszłyby mi koło nosa, gdybym wciąż była taka uparta (chociażby niedawno odkryta Niezgodna i John Green). 

Próbujcie ludziska, próbujcie, czasem warto podjąć ryzyko i spróbować czegoś nieoczekiwanego :D


PS. Są w Waszym życiu jakieś niesamowite odkrycia tego typu? Coś, co okazało się Waszym ulubieńcem mimo tego że przez dłuższy czas się wzbranialiście? Książka, która okazała się być perełką w Waszej biblioteczce? Film, który stał się odkryciem roku? :) Piszcie!

Fiszkowy zawrót głowy z Wydawnictwem Cztery Głowy!

Hello!

Powoli zbliża się czas wakacji, niektórzy już mają okazję rozsmakować się w najdłuższych wakacjach w swoim życiu (ach ci maturzyści!), a niektórzy wciąż wyczekują tych kilku dni upragnionego urlopu (w tym i ja!). Coraz częściej decydujemy się na wyjazdy poza granice rodzimego kraju, by zakosztować odrobinę egzotyki. Piękne widoki, nowy ludzie i... języki obce, w których czasem trudno się nam porozumieć. Ale, ale, spokojnie, bo w takich momentach na ratunek przychodzi nam Wydawnictwo Cztery Głowy i ich fantastyczne fiszki, które w łatwy i przyjemny sposób pomagają nam od początku okiełznać nieznane nam dotąd języki lub podszlifować te, które chcielibyśmy dopieścić. 

O fiszkach miałam okazję pisać już w zeszłym roku, przy okazji fiszek hiszpańskich i włoskich oraz przedstawiając Wam fiszki obrazkowe i nową metodę nauki Tree Cards. Tym razem pokażę Wam najnowszy, premierowy zestaw fiszek przeznaczony zarówno dla początkujących, jak i dla odrobinę bardziej zaawansowanych uczniów języka angielskiego, który niedawno pojawił się w ofercie Wydawnictwa Cztery Głowy.


W skład najnowszego zestawu wchodzą cztery komplety fiszek (każdy z nich to 100 fiszek + zestaw plików mp3 do przesłuchania wymowy zwrotów i przykładowych zdań):

  • False Friends - Wyrazy Zdradliwe (C1) - najczęściej są to tzw. kalki językowe, czyli dosłowne tłumaczenie słów w języku polskim na język angielski, w taki sposób, że fonetyczne brzmią bardzo podobnie, niemniej jednak znaczą zupełnie coś innego (np. prezerwatywa > preservative, co oznacza konserwant, a nie prezerwatywę). Te z pewnością warto poznać, żeby nie popełnić żadnej gafy w towarzystwie :)
  • Common Mistake - Najczęstsze Błędy (B2) - czyli jak sama nazwa wskazuje, zwroty i słownictwo, które najczęściej sprawiają nam problemy i okazują się być błędami. 
  • Exam Maximizer - Kontrukcje Egzaminacyjne (C1 - C2) - coś ciekawe nie tylko dla maturzystów, ale również dla tych, którzy bardziej interesują się językiem angielskim i próbują swoich sił na dalszych egzaminach czy chociażby na studiach. Idiomy, powiedzenia, czyli wyrażenia, których za cholerę nie da się przetłumaczyć dosłownie, bo wyjdzie istny potworek językowy :D
  • American English - Amerykański Kontra Brytyjski (B1) - zestaw fiszek, w którym konfrontujemy słownictwo amerykańskie z brytyjskim. Bardzo fajna ciekawostka, szczególnie dla osób, u których podczas nauki w szkole, nie kładziono zbyt dużego nacisku na rozróżnienie tych dwóch angielskich (tak jak u mnie ^^). Bo przecież cookie i biscuit to jedno i to samo ;)


W każdym pudełeczku, małym i niepozornym, znajdziecie karteczkę z linkiem do pobrania gratisowych plików mp3 o raz kolorowe przekładki nauka oraz umiem, które pozwolą Wam w łatwy sposób usystematyzować przyswojoną wiedzę. Jeśli macie tylko ochotę, możecie również skorzystać z kolorowego MemoBoxa (po prawej), który pozwala na rozwinięcie systemu powtórek w trochę bardziej zaawansowany sposób niż kolorowe przekładki ;)

Chociaż naukę angielskiego (taką szkolno-uczelnianą) skończyłam już jakiś czas temu, to przez swoją pracę wciąż mam kontakt z żywym angielskim i bardzo sobie cenię takie formy dodatkowej wiedzy, którą mogę przyswoić. Już przy wcześniejszych zestawach bardzo polubiłam taką formę nauki, która jest lekka i przyjemna, a przede wszystkim opiera się na metodzie powtarzania, która jest chyba najprostszą i najskuteczniejszą metodą na to, by języka nauczyć się na dłużej niż tylko do testu czy egzaminu w szkole. Kiedy jeszcze prowadziłam dodatkowe lekcje angielskiego dla dzieciaków, również lubiłam co jakiś czas podtykać im fiszki, jako odskocznię od standardowych sposobów nauczania - traktowały to jako zabawę, więc nauka szła im dużo szybciej. Jeśli więc chcecie poszerzyć swoją wiedzę z języka angielskiego, to bardzo polecam Wam własnie tę formę - fiszki są naprawdę świetnie, zarówno dla początkujących, jak i zaawansowanych (ja sama zaczęłam korzystać z nich w wolnej chwili, bo odkryłam, że mimo ukończonych studiów, wciąż jest jeszcze mnóstwo nieznanych mi zwrotów, które warto poznać, więc sama dzielnie fiszkuję). Polecam!