Przerwana cisza - Michalina Dzierżęga [WFW, 2013]

Autor: Michalina Dzierżęga
Tytuł: Przerwana cisza
Wydawnictwo: WFW
Liczba stron: 364
Oprawa: miękka


Pewnie każdemu z Was, recenzentowi czy czytelnikowi, rozkochanemu w literaturze molowi książkowemu, przeszła kiedyś przez myśl idea samodzielnego napisania dzieła, które czytałyby miliony. Choćby ulotny to był pomysł, choćby abstrakcyjny i niedorzeczny, myślę, że przez wiele umysłów takowy przemknął. Może niektórzy chwycili go niczym srokę za ogon, pociągnęli i wycisnęli chwilę kreatywności i już zaczęli realizować ten szaleńczy plan? Szaleńczy? Dlaczego? Przecież trzeba gonić za swoimi marzeniami, spełniać swoje pragnienia. Po co pisać do szuflady? Po co trzymać swoje myśli w ukryciu? Może po to, żeby nie powielać schematów, których znudzeni czytelnicy mają już po dziurki w nosie?

Owszem, mnie również przechodziły przez myśl takie pomysły, jak samodzielne napisanie własnej książki, ale idea ta szybko miażdżona była przez racjonalną część mnie. Choć mam już kilkuletnie doświadczenie w recenzenckim fachu, to wciąż uważam, że pisanie nie jest łatwe. Czasem ciężko siąść mi nad opinią książki, a co dopiero napisanie jej w całości? Chylę czoła ku tym, którzy podołali. Czapki z głów. Ale sama bym się na to nie porwała, bo znalezienie oryginalnego pomysłu, który porwałby tłumy jest w obecnych czasach niczym mission impossible z Tomem Cruisem. Nielicznym się to udaje, chwała niebiosom, bo powielane schematy i wiecznie te same motywy przyprawiają mnie już o mdłości. Czasem wolałoby się, żeby autor zostawił swoje dzieło w szufladzie, a niżeli porywał się na ciężką pogoń za potencjalnymi czytelnikami i wydawał swoje literackie dziecko na rynek książkowy.

Do takich rozważań nad próbami pisania własnej książki i ogólnej idei pisania skłoniła mnie debiutancka książka Michaliny Dzierżęgi Przerwana cisza. Mieszanka przygód Harry'ego Pottera z odrobiną Akademii Wampirów i miliarda innych paranormali dla młodzieży, w których główna bohaterka, niczego nieświadoma nastolatka, która wcale nie chce oddawanej jej chwały, musi ocalić świat i od jej widzimisię zależy wszystko. Dzierżęga opowiada historię Adrianny, dziewczyny z amnezją, która swojej pokręconej przeszłości próbuje szukać w szkole magii. Wyczuwam tu potężną inspirację wspomnianym Harrym Potterem - bo trochę tu Hermiony, rudych braciszków, nawet Dumbledore w żeńskiej wersji się znajdzie. Poza tym oczywiście trójkąt miłosny, bo bez tego w młodzieżówce chyba obejść się nie może. Nie podoba mi się to wcale, a wcale.

Przerwana cisza to debiut Michaliny Dzierżęgi, w którym wyczuć można niewykorzystany potencjał autorki. Trudno jest przegapić fakt, że książka ta jest naprawdę przeciętna - językowo wymaga porządnego doszlifowania, wyeliminowania drażniących powtórzeń niczym te ze Zmierzchu (pamiętacie jeszcze objęcia Morfeusza, szelmowski uśmiech i sójkę w bok?). Główna bohaterka i jej siostra mogłyby przestać wiecznie przerażająco kłaść głowę na ramieniu - co to do cholery w ogóle znaczy? Nagle staje się jeźdźcem bez głowy? Takich irytujących motywów niestety jest więcej i z chęcią chciałabym je wyeliminować. Chociażby samą Adriannę, główną bohaterkę, która była postacią niesamowicie denerwującą, niedojrzałą i strasznie drażniącą. Poza tym nie brak tu niekonsekwencji w fabule - autorka potrafi podjąć jakiś wątek i zostawić go daleko w tyle (początkowy wątek Mateusza i Liliany, który zapowiadał się ciekawie, ale został porzucony bez dalszego echa).

Myślę, że młoda autorka Przerwanej ciszy potrzebuje jeszcze odrobinę popracować nad warsztatem, nad dopieszczeniem idei, która zrodziła się w jej głowie, żeby wyeliminować takie kwestie jak bezsensownie porzucone wątki. Na pewno trzeba wyzbyć się widocznych inspiracji z innych, wszystkim znanych tytułów, bo to odstręcza czytelników. Tak samo jak utarte schematy i motywy. Owszem, większość czytelników ma po dziurki w nosie czytania kolejnej książki o tym samym. Osobiście nie znoszę tytułów, które nic nie wnoszą do mojego życia, które powielają kolejny już raz to, co było i utwierdzają mnie w przekonaniu, że poświęcony im czas był czasem straconym. Może odrobinę smutno mi to przyznać, bo Przerwana cisza ma potencjał, ale mimo wszystko nie oceniam tego, co mogłoby być, a to, co jest i z przykrością muszę przyznać, że to, co zaserwowała nam autorka jest naprawdę przeciętne. Oby jak najmniej takich książek w moim życiu, w Waszym też.
  

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Secretum oraz Warszawskiej Firmy Wydawniczej

#skarby internetu, czyli podziel się linkiem vol3

Hello!

Jestem, wróciłam, tęskniliście? :D Troszkę mnie tutaj nie było, może ktoś zauważył, jak wieje tu ciszą od dwóch tygodni? :D  Zaniedbałam bloga odrobinkę, przyznaję, ale wszystko to spowodowane było i wciąż trochę jest... przeprowadzką! Od marca razem z A. postanowiliśmy uwić własne gniazdko i od końca zeszłego miesiąca uwijamy się w pocie czoła, przenosimy, wynosimy, sprzątamy. Cholera, jak ciężko było przenieść wszystkie moje książki - nie spodziewałam się, że mam ich aż tyle! Bez samochodu i pomocy silnych chłopów mych (z tegoż miejsca dziękuję A., mojemu bratu i wujkowi też, co przy wizycie załapał się na przenoszenie ostatniej partii książek), no i oczywiście siłaczki Mamuśki, która dzielnie pomagała nam w przenoszeniu i sprzątaniu nowego mieszkanka. Podjęliśmy wspólne wyzwanie i bawimy się w dom już od dwóch tygodni. Fajnie jest! :D 

No i właśnie dlatego nie było czasu na dopieszczanie bloga, na publikowanie recenzji i cotygodniowy cykl #skarby internetu. Ale wreszcie przyszła chwila wytchnienia, materiał na zupę szpinakową wesoło bulgocze na kuchence, a ja w spokoju mogę zasiąść do komputera i nadrobić blogowe zaległości. Pewnie przez to wspólne mieszkanie będzie pojawiać się więcej wstawek a'la kura domowa, ale mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko, szczególnie, jeśli lubicie dobrze zjeść :D I nie, nie martwcie się, nie przerzucę się na bloga kulinarnego ;)


Dobra, to lecimy z dzisiejszym odcinkiem #skarbów internetu, w którym pojawić się może, więcej niż zawsze, skarbów kulinarnych, które udało mi się odkopać w czeluściach wielkiej sieci. Ready? Steady? Go!

Jak zrobić domowe chipsy ziemniaczane? - coś dla fanów słonych przekąsek i tzw. śmieciowego żarcia. Choć wszyscy świetnie zdajemy sobie sprawę z tego, że chipsy są okropnie niezdrowe, to mimo wszystko czasem lubimy sobie popodgryzać coś do filmu, czy to piwka. A jeśli chcemy trochę ograniczyć chemiczne dodatki, możemy w łatwy sposób zrobić sobie takie chipsy w domu, dodając takie przyprawy i dodatki, jakie tylko lubimy ^^ Osobiście jeszcze nie próbowałam, ale czaję się na ten przepis od jakiegoś czasu, więc pewnie wkrótce wypróbuję :D

źródło
Coś z serii DIY - czyli jak odmienić swoje okno w kilka minut - osobiście jestem fanką wszelakiego DIY, ozdóbek, świeczek, dupereli i w domu mam tego dosyć sporo, więc na takie posty rzucam się jak ta przysłowiowa sroka na świecidełka. Do tego jeszcze soczyste fiolety - pyszności, które cieszą oko. Może kogoś zainspiruje do zmiany swojego okna? W końcu idzie wiosna, trzeba zainwestować w intensywne kolory!

Coś do upiększenia komputera - 100 minimalistycznych tapet na pulpit - ładniutkie ^^ Sama staram się unikać takich stron, bo potem kończy się jak z szablonem bloga - wieczne poszukiwania niechwytnego ideału :P

źródło
Coś na poprawę humoru - 30 optymistycznych filmów na dobry nastrój - bo kto nie lubi się uśmiechać, czuć się szczęśliwym, szczególnie po ciężkim dniu? Chyba tylko Grumpy Cat! Więc jeśli tylko macie potrzebę na obejrzenie jakiegoś relaksującego filmu, zajrzycie do propozycji Happyholic ;)

Najbardziej pomysłowe opakowania - zawsze zadziwia mnie pomysłowość ludzi - tutaj mamy świetny dowód na to, że ludzie potrafią być naprawdę nieziemsko kreatywni ;) 

To dziś na tyle, lecę do garów, może w przerwie między zakupami i gotowaniem obiadu uda mi się spłodzić jeszcze jakąś recenzję, co by znowu nie narobić sobie zaległości :D Trzeba korzystać z tych wolnych dni, bo jutro znów niestety do pracy :< 

Trzymajcie się kochani!

Gwiazd naszych wina - John Green [Bukowy Las, 2013]

Autor: John Green
Tytuł: Gwiazd naszych wina
Tytuł oryginału: The Fault in Our Stars
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 312
Oprawa: ebook


Niewiele jest w moim życiu książek, do których wróciłam drugi raz, trzeci, czasem nawet czwarty. W dzieciństwie często sięgałam po Matyldę Dahla. Później przeczytałam S@motność w sieci Wiśniewskiego, która zapadła mi w pamięć na długie lata i do dziś budzi we mnie silne emocje. Czasem wracałam też do tytułów Ewy Nowak, które były dla mnie świetnymi książkami przeznaczonymi dla nastolatek. Wracałam też do Jeżycjady, do której wracać chcę przez całe swoje życie. Niedawno poznałam książkę Greena i wiem, że do niej też kiedyś wrócę, choć odrobinę obawiam się tej lawiny emocji, która na mnie spadła, bo musiałabym się na nią świadomie zdecydować. Gwiazd naszych wina to pierwsza książka, którą bałam się skończyć, bo wiedziałam, że będę beczeć. Czytając ją w tramwaju, musiałam przerwać lekturę, bo wiedziałam, że jak jej nie odłożę, to zacznę wyć i nie dość, że zachlapię sobie Kindle'a, to jeszcze będą atrakcją dla współpasażerów - zasmarkana sierota, która bez przerwy wgapia się w jakiś dziwny kalkulator.

Swego czasu zastanawiałam się nad fenomenem książek Johna Greena. Nie wiedziałam, co tak bardzo przyciągało innych czytelników do jego dzieł, co wywoływało te wszystkie okrzyki zachwytu i peany na temat jego twórczości. Nie wiedziałam tego wszystkiego, a przecież mówią, że niewiedza jest błogosławieństwem i ma to swoje dwie strony medalu. Bo prawda jest taka, że momentu oświecenia nie da się już cofnąć, ciężko zapomnieć o tym, co miało ogromny wpływ na nasze życie. Z drugiej, czasem lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć. Gwiazd naszych wina wywołuje ogrom sprzecznych emocji. Radość z możliwości poznania takiej historii jest niewyobrażalna, ale z drugiej równie niewyobrażalny jest smutek i melancholia, która dopada czytelnika po przeczytaniu ostatniej strony.

Gwiazd naszych wina to historia o ulotności dobrych chwil. To jeden wielki powód do tego, by cieszyć się tym, co mamy, bo niedługo może nadejść moment, kiedy będziemy musieli pożegnać się ze szczęściem, które podarowało nam życie. To historia pieknej miłości, delikatnej, dojrzałej, przejmującej do głębi, smutnej i radosnej jednocześnie. Prawda jest taka, że mogłabym rzucać tego typu przymiotnikami jeszcze długo, ale oszczędzę słów i powiem Wam tylko jedno - koniecznie przeczytajcie tę książkę

Gwiazd naszych wina to jeden z niewielu tytułów, które poruszają czytelnika do głębi, wstrząsają nim i łamią serce, a jednocześnie sprawiają, że chce się żyć, chce się kochać, chce się cieszyć małymi chwilami. Nie wiedziałam skąd wziął się fenomen Greena. Teraz już wiem i jestem wdzięczna za to, że autor stworzył coś tak pięknego, absolutnie fenomenalnego, co nie potrzebuje ani krztyny reklamy. Ta książka ma w sobie ogromną moc. Zaprawdę powiadam Wam, przeczytajcie ją.

Co do ekranizacji, nie mogę się doczekać, choć już na samym zwiastunie poryczałam się jak głupia, więc może lepiej do kina się nie wybierać, a jeśli już to z toną chusteczek i bez wymyślnego makijażu, bo jak nic spłynie po gębie nie raz i nie dwa. Ludzie, ta książka zmiażdżyła mnie emocjonalnie. Z jednej strony chcę wsiąść na ten rollercoaster jeszcze raz, ale z drugiej strony się boję, że znów Green dźgnie mnie prosto w serducho.