Troje - Sarah Lotz [Akurat, 2014]

Mówią: nie oceniaj książki po okładce, bo wszak niczego i nikogo nie przystoi oceniać po wyglądzie. Ale cóż z tego, jeśli to właśnie okładka jest tym, co widzimy najpierw? Na nic zda się gadanie, gdy to oprawa danego tytułu robi nam pierwsze wrażenie, od którego zależy czy sięgniemy po dany tytuł czy nie. Odrębną sprawą jest to, czy wygląd przekłada się na treść i wartość. Prawda jest taka, że często jest zupełnie odwrotnie. Wydaje Ci się, że to brzydactwo na głównej stronie nie może zwiastować niczego dobrego, a wtedy okazuje się, że trafiłeś na najlepszą książkę swojego życia. Z drugiej strony woła Cię przepiękna oprawa, która tak bardzo kusi oko, że po prostu musisz ją mieć. A potem? A potem klops. Istny przerost formy nad treścią i tytuł, którego już nigdy więcej nie chcesz widzieć na oczy.

Dlaczego tak mnie wzięło na gadanie o okładkach? A dlatego, że Troje należy do tych książek, których oprawa przyciąga wzrok. Mimo tego że jest dosyć skromna, bo nie znajdziemy na niej miliona rekomendacji i fragmentów recenzji, czy nawet noty wydawniczej, jak to zazwyczaj bywa. Ot cztery krótkie wydarzenia, które swoją tajemniczością mają skusić czytelnika. Ale to nie wszystko. Troje ma coś wyjątkowego, czego nigdy wcześniej na oczy nie widziałam (okej, złocone kartki komunijnego skarbczyka się nie liczą!). Otóż brzegi stron tej książki są czarne jak smoła, a całość sprawia wrażenie, jakby ktoś właśnie wyciągnął ją z pożaru albo... katastrofy lotniczej (pomijając fakt, że książka raczej nie przetrwałaby pożaru...). Oprawa niewątpliwie przyciągająca uwagę, oryginalna i ciekawa. Ale co z treścią?

Z treścią jest już trochę gorzej. Wydaje mi się, że cały dobrobyt został wyczerpany na opracowanie formy Troje, a na to, co jest w środku, zostały już mało interesujące resztki. Od początku powieść ta mnie fascynowała - przede wszystkim swoim wyglądem, gdy jeszcze nie znałam jej treści, ale również pomysłem na umieszczenie książki w książce. Tak, dokładnie tak, książka w książce. Książkepcja? Jeśli chodzi o zarys treści, to również byłam zaciekawiona tym, co może nadejść. Otóż w powieści Sary Lotz mamy cztery katastrofy lotnicze (w tym samym czasie) oraz troje ocalonych dzieci pośród setek ofiar. Dlaczego? Jak to się stało? Jak to w ogóle możliwe, że ktokolwiek przeżył? Dziesiątki teorii spiskowych na temat katastrof i tych dziwnych dzieci. Może Obcy? A może Czterej Jeźdźcy Apokalipsy? Opętanie? Teorii jest wiele.

Sarah Lotz zdecydowała się na prowadzenie narracji z różnych perspektyw. I tak poznajemy świat wokół katastrof oczami najbliższych ofiar, opiekunów ocalonych dzieci, sąsiadów, dziennikarzy, lekarzy czy przypadkowych osób związanych ze sprawą. To dodaje smaku całej fabule, która mimo wszystko jest trochę jałowa i nie zaskakuje. Kompletnie nie podobało mi się to, jak autorka załatwiła sprawę trojga - myślałam, że za tym wszystkim stoi jakaś grubsza sprawa, a skończyło się tak, jak się skończyło. Liczyłam na większe emocje, których niestety tutaj zabrakło. Prawda jest taka, że Troje przypomina trochę zbiór artykułów i wywiadów na temat jednej i tej samej sprawy, wszystko w jednej teczce. Pytanie tylko, czy jest to atrakcyjne dla czytelnika?


I tu dochodzę do meritum - znowu czuję się oszukana. A wystarczyło nie oceniać książki po okładce, prawda? Wystarczyło racjonalniej podejść do całości, nie dając się skusić jednemu elementowi. Niestety, wyszło na to, że fascynująca i tajemnicza okładka nie musi iść w parze z emocjonującą i pełną akcji lekturą. Cóż, bywa i tak.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akurat

13 komentarzy:

  1. Mnie ta książka poruszyła, właśnie dlatego, że czytając nie miałam świadomości jakie jest zamierzenie autorki - napisać jedną książkę w drugiej. Czytając miałam świadomość, że czytam o czymś co wydarzyło się naprawdę (do pewnego momentu tak myślałam) i chyba to mnie najbardziej przekonało.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda, bo spodziewałam się naprawdę czegoś lepszego. Może jednak mi się bardziej spodoba ? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może, czasem warto zaryzykować i spróbować na własnej skórze, szczególnie, że tytuł ten ma swoich zwolenników ;)

      Usuń
  3. Kiedyś miałam wielką ochotę, ale video-recenzja Z Kamerą wśród Książek bardzo mnie zniechęciła...

    OdpowiedzUsuń
  4. Według mnie ta książka była naprawdę dobra - momentami nużyła, ale to tylko momentami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie jak dla mnie tych momentów było trochę zbyt dużo :P

      Usuń
  5. Może to efekt tego, że czytałam książkę przed premierą i miałam niewiele czasu na wyrobienie sobie oczekiwań, ale nie byłam lekturą rozczarowana. Fakt, nie jest to tekst uniwersalny, który z pewnością spodoba się każdemu, ale mi akurat do gustu przypadł. Lubię teorie spiskowe i mimo słabszych momentów książkę czytało mi się sprawnie. No i przede wszystkim byłam ciekawa zakończenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie ja też byłam ciekawa, jak ta historia się zakończy, a tu taki klops..

      Usuń
  6. Okładka rzeczywiście przyciąga wzrok, szkoda zatem, że zawartość rozczarowuje...

    OdpowiedzUsuń
  7. O tej książce długi czas było głośno, jak miała premiere i miałam zamiar ją przeczytać, ale... zapomniałam o niej ;) Dobrze, że mi odświeżyłaś pamięć ;)

    http://pasion-libros.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. Mam te książkę na półce, więc pewnie ją przeczytam. Pewnie za kilka miesięcy, ale sama chętnie się przekonam, co tam w środku znajdę.

    OdpowiedzUsuń
  9. Trochę się tego spodziewałam, że świetna oprawa i intrygujące działania promocyjne nie pójdą w parze z historią zawartą w książce. No i się nie pomyliłam :/

    OdpowiedzUsuń
  10. Mi się Troje podobało, ale fakt, że były momenty gdzie czytanie mi się dłużyło.

    OdpowiedzUsuń