Dzień, który zmienił wszystko - C. Ryan Hyde [Jaguar, 2014]

Swego czasu poruszałam temat porównań nowych tytułów do tych już znanych, bądź ich autorów do takich, którzy już odnieśli sukces. I o ile pozwala to czytelnikowi mniej więcej zaszufladkować daną pozycję, umieścić ją w jakichś gatunkowych ramach, o tyle sprawia, że dana nowość ma tylko pod górkę. Przynajmniej moim zdaniem. Bo co zrobić z książką, której autorkę porównuje się do Jodi Picoult i Nicholasa Sparksa, uważanych za guru genialnych powieści obyczajowych, które łamią serca, zarówno na papierze jak i na ekranie? Oczywiście, że oczekuje się namiastki tego stylu, tej mocy pisania, choć mam wrażenie, że namiastka to i tak za mało, że oczekujemy dużo więcej. A wszyscy doskonale wiemy, że często wraz z oczekiwaniami w parze idzie również rozczarowanie.

Bywało tak kilkakrotnie, że zamiast pożytku, taka wątpliwa reklama i porównanie przynosiła więcej szkody. Jasne, można pociągnąć promocję na czyimś sukcesie, bo przecież fanka Picoult czy Sparksa na pewno się skusi (uwierzcie mi, mnie też to skusiło), więc napędzamy sprzedaż, ale kłopot pojawia się wtedy, kiedy porównanie to zostało wymyślone trochę na wyrost. Niestety, tak właśnie stało się również w przypadku powieści Catherine Ryan Hyde. Nie, Dzień, który zmienił wszystko w żadnym wypadku nie był dla mnie rozczarowaniem (no, może odrobinkę, właśnie przez to porównanie do Picoult), po prostu okazał się czymś innym niż się spodziewałam, właśnie przez nęcące wspominki o jednej z moich ulubionych autorek, które okazały się mieć niewiele wspólnego z czytaną lekturą.

Ale wracając do recenzowanej przeze mnie powieści, to na pewno nie jest to zła historia. Wręcz przeciwnie, chwyta w jakiś sposób za serce. Bo oto mamy naszego głównego bohatera, Nathana McCane'a, średnio szczęśliwego męża, którego życie przewraca się do góry nogami wraz ze znalezieniem żywego niemowlęcia w lesie. Oto właśnie spełniło się jego marzenie o synu. Niestety, jak szybko się ziściło, tak szybko prysło. Okazuje się bowiem, że chłopiec wciąż ma babcię, która ma prawo do opieki nad maluchem. Niemniej jednak Nathan wymusza na kobiecie pewną obietnicę - chce, żeby pewnego dnia babcia wyjawiła dziecku całą historię o cudownym ocaleniu i opowiedziała mu o mężczyźnie z lasu, który uratował mu życie. I wreszcie nadchodzi ten dzień, bowiem piętnaście lat później, na progu Nathana staje on, chłopiec, którego uratował. Niewychowany rozrabiaka, z którym babcia nie mogła już sobie dłużej poradzić. Nathan postanawia wziąć chłopca pod swoje skrzydła, nadrobić stracone lata i otoczyć go miłością, której mu niewątpliwie brakowało. Nie były to łatwe lata, nie były też przyjemne, ale bez dwóch zdań były to lata bezwarunkowej miłości pełnej przebaczenia. Pytanie tylko, kto komu musiał wybaczyć?

Ciekawa historia, nie sądzicie? Może i zakrawa trochę na Picoult i Sparksa, ale niepotrzebnie daje nam fałszywe nadzieje na coś naprawdę mocnego, co zmiażdży nas emocjonalnie. Owszem, powieść Catherine Ryan Hyde ma coś w sobie. Ma ciepło, jakąś taką iskrę, która sprawia, że chce się poznać dalsze losy bohaterów. Choć trzeba przyznać, że nie wszystkich da się lubić, bo chłopak (swoją drogą również Nathan) jest naprawdę nieznośny i aż dziw bierze, że dorosły Nathan nie wywalił go ani razu za drzwi na zbity pysk, na co niejednokrotnie zasłużył. Ale tak jak powiedziałam wcześniej, Dzień, który zmienił wszystko to przede wszystkim historia o prawdziwej, bezwarunkowej miłości i wybaczeniu, do którego trzeba dojrzeć. Dojrzewają do niego postacie, a my wraz z nimi, bacznie śledząc każdy ich krok. Podobało mi się również to, że książka była podzielona na części, a każda z nich była przestawiona z perspektywy zarówno starszego Nathana, jak i młodszego, dzięki czemu mogliśmy poznać ich odczucia i refleksje lepiej. Zawsze cenię sobie tego typu narrację, również w tym przypadku uważam ją za atut. Niestety, coś nie zagrało. Zabrakło mi chemii podczas lektury, która sprawiłaby, że chciałabym wrócić do tej książki. Że opowiadałabym o niej innym. Że zostałaby ze mną na dłużej. Tak czy inaczej, nie skreślam autorki całkowicie, bo czuję, że ma w sobie potencjał, który chcę jeszcze zbadać, nie zwracając już uwagi na porównania do innych. Wszak Catherine Ryan Hyde jak i inni autorzy, zasługują na to, by być odrębną jednostką i kreować własne ja ;)

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar

4 komentarze:

  1. Tego chłopca z okładki widziałam już na innej książce :) a co do fabuły - jakoś nie dla mnie :)

    naczytane.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Okładka jest niesamowita, sama książka też mnie zaciekawiła :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zabawne, książka zupełnie innej osoby, a mnie zachęciła do tego, żeby w końcu jednak przeczytać coś Sparksa.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mimo że piszesz, że mogło być lepiej, to jednak zaciekawiła mnie fabuła. Może się skuszę :)

    https://booklovinbypas.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń