Papierowe miasta - John Green [Bukowy Las, 2013]

Sięgając po kultowych, uwielbianych wręcz i czczonych przez tłumy kochających czytelników autorów, zawsze mam ogromne wątpliwości, czy faktycznie jest się czym zachwycać, czy też kolejny już raz trafię na bubla, gdzie przy każdej kolejnej przeczytanej przez siebie stronie będę sobie zadawać tuzin pytań, dlaczego ktoś to w ogóle wydał? Ale przecież Johna Greena już znam, sama dałam się porwać jego historii o Hazel Grace i Augustusie z Gwiazd naszych wina, więc czego się tutaj obawiać? Może plotek, że Green wcale nie jest taki wspaniały, jak się wszystkim wydaje i jest autorem jednego hitu? Szczerze przyznam, że po przeczytaniu Papierowych miast zaczęłam się poważnie zastanawiać czy w tych rzekomych plotkach nie ma ziarnka prawdy.

Po sukcesie i lekkiej fascynacji jego pierwszą zekranizowaną powieścią (wcześniej wspomniana Gwiazd naszych wina), obkupiłam się we wszystkie możliwe tytuły wydane w Polsce, z myślą i cichą nadzieją, że John Green stanie się moim ukochanym autorem (bo skoro spłodził jedną genialną historię, to czemu nie więcej?). Książki leżały sobie cicho na półce i czekały na swoją kolej. Wtedy właśnie usłyszałam o decyzji, żeby zekranizować również Papierowe miasta. Wiadomość ta stała się  pretekstem, aby w końcu sięgnąć po kolejną powieść Greena. Niestety, w międzyczasie przyszło mi usłyszeć kilka niepochlebnych newsów na temat jego twórczości, a mianowicie to, że inne jego powieści wcale nie są tak dobre, jak wszyscy się spodziewają. No i tutaj troszeczkę mnie zatkało, ale pomyślałam sobie, że póki nie spróbuję, mogę się tylko domyślać czy to prawda czy nie. Pomyślcie sobie, jak wielkim rozczarowaniem dla mnie było przekonać się, że inni mieli rację - wygląda na to, że John Green naprawdę pretenduje do miana autor jednego hitu.

Już na pierwszy rzut oka na notkę wydawniczą Papierowych miast pomyślałam sobie, że wygląda to średnio. Bo jest sobie Quentin Jacobsen, zwany Q, nasz główny bohater, który od najmłodszych lat zakochany jest w swojej sąsiadce, Margo Roth Spiegelman, która (cóż za zaskoczenie) nie zwraca na niego ani krzty swej uwagi. Mimo wspólnej przeszłości i pewnego dosyć traumatycznego incydentu, który razem przeżyli, Margo zachowuje się tak, jakby zapomniała o istnieniu swego kolegi z dzieciństwa. Aż do pewnego dnia, kiedy dziewczyna niespodziewanie wpada do pokoju Q, wciągając go w sieć swoich pokręconych intryg, po której to nocy znika w tajemniczych okolicznościach, zostawiając po sobie tylko kilka niezrozumiałych wskazówek na temat miejsca jej pobytu.

I ten biedny Q jej szuka, olewając wszystko i wszystkich dookoła, bo myśli, że Margo Roth Spiegelman jednak olśniło i chce z nim być, chce, żeby to właśnie Quentin ją odnalazł, a potem będą żyli długo i szczęśliwie. Tylko, że Margo wygląda na taką samolubną, egocentryczną księżniczkę, która ma swój świat, którego nikt nie rozumie, tylko ona sama, więc wszyscy są głupi i bezsensu. Wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta książka jest tak naprawdę o niczym. Bo nie dzieje się tutaj nic szczególnego, z lupą szukać zwrotów akcji, których jest tyle, co kot napłakał. O poszukiwaniach zaginionej Margo Roth Spiegelman, królowej wszystkich, która wciąż szuka uwagi, mimo że jest w samym jej centrum? O niespełnionej, nastoletniej miłości, która maglowana już była na tysiąc sposobów? O ciężkim dojrzewaniu? O urojonych problemach? No nie wiem, serio, nie mam pojęcia o czym jest ta książka. Widać jestem jedną z tych osób, które tak namiętnie krytykuje Margo, która nic nie rozumieją i w sumie to są beznadziejne. Cóż, może i tak, ale wygląda na to, że plotki zaczynają się potwierdzać. Nie skreślam Greena póki co, ale na pewno będą do niego podchodzić z większą rezerwą, nie oczekując kolejnego sukcesu na miarę Gwiazd naszych wina.

Wydaje mi się, że Green lubi pisać o nastolatkach-wyrzutkach, którzy nie są typowymi przedstawicielami swojej grupy wiekowej. Raczej odsunięci od większej grupy, nierzadko z poważnymi problemami, odrobinę żyjący w swoim własnym świecie. Poczynając od Hazel, która długo żyła sama ze sobą, stroniąc od przyjaciół, kończąc na Quentinie, który należał do grupy, której często dostawało się od szkolnych mięśniaków. Nastolatki te mają tendencję do interesowania się poważną literaturą, której ich rówieśnicy nie tknęli by nawet palcem. Green wydaje się kreować swoich bohaterów na dzieciaki samotne mimo otaczającego je tłumu, niezrozumiane i odrzucone przez społeczeństwo, może chcąc sprawić by takie osoby w rzeczywistości, czytelnicy, mogli poczuć się trochę lepiej? Mogąc utożsamić się z takim uciśnionym  bohaterem, który także ma nadzieję na coś dobrego w swoim życiu? Kto wie. Z całą pewnością bohaterowie Greena nie należą do postaci schematycznych i oklepanych, to fakt.

Niestety wciąż ciężko pogodzić mi się z myślą, że inne książki nie są na takim poziome jak Gwiazd naszych wina, ba, nawet nie dorastają tej historii do pięt. To tak jakby wznieść się wysoko w powietrze i nagle głośno i szybko spaść na tyłek waląc o twardy beton. Niebo a ziemia. Mam nadzieję, że mimo wszystko z każdą kolejną powieścią Greena będzie lepiej. Mam taką nadzieję.. 

8 komentarzy:

  1. Serię mam w planie, ale nie wiem kiedy po nią sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie czytałam jeszcze ani jednej książki Greena...

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam tylko „Gwiazd naszych wina” tego autora i książka mi się podobała, więc mam w planach też inne jego powieści :)

    http://pasion-libros.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja już zakończyłam czytanie książek Greena, które u nas wydano i muszę powiedzieć, że zdecydowanie to autor bardzo przeciętny. Nie pisze powalająco, powiela schematy. Nie jest zły, nie jest dobry - taki średniak z niego.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak to jest jeśli zaczyna się karierę od rewolucyjnego hitu. Nie ma możliwości, żeby przebić czymś dawny sukces. Zawsze potem oczekujemy od autora więcej, niż może on nam zaoferować. A szkoda.
    Ja się nie zniechęcam opiniami i kiedyś jeszcze wrócę do Greena. :)

    Pozdrawiam, Mz.Hyde

    OdpowiedzUsuń
  6. "Papierowe miasta" rzeczywiście uważam za nieco gorsze od pozostałych książek Greena, jednak nie ma się co zniechęcać. Jestem ciekawa, jak w Twoich oczach wypadnie "19 razy Katherine", które zbiera bardzo różnorodne, często sprzeczne opinie, a mi samej przypadło do gustu. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Szkoda, myślę, że dlatego po ,,Gwiazd naszych winę" sięgnę na końcu, wtedy nie będę rozczarowana :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeszcze nie czytałam żadnej książki tego autora, choć mam chęć na "Gwiazd naszych wina". Czy sięgnę po ten tytuł nie jestem pewna.

    OdpowiedzUsuń