Gwiazd naszych wina, czyli o tym, jak John Green znów złamał moje serce

Johnie Green, jesteś okrutną bestią, która kolejny już raz złamała mi serce i znów muszę zbierać te milion popękanych kawałeczków do kupy. Johnie Green, nie wybaczę Ci tej historii, a jednocześnie dziękuję, że mogłam ją poznać. 

W zeszłym tygodniu zarezerwowałam miejsca w kinie na ekranizację znanej powieści Johna Greena Gwiazd naszych wina. Wiedziałam, jak to się skończy, ale nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby czekać na jej obejrzenie w późniejszym czasie. Musiałam iść do kina, już, natychmiast. Arkowi oznajmiłam, że idziemy w środę na film. Kiedy zobaczył moją reakcję na zwiastun, stwierdził, że nigdzie nie idzie, bo jak płaczę oglądając trailer, to nie chce wiedzieć, co będzie w kinie. Ale mimo wszystko pojechaliśmy.

I prawdą jest, że przez pół filmu człowiek się śmieje, a przez drugie pół zalewa się łzami.  Nie da się, po prostu się nie da. Chyba trzeba mieć serce z kamienia, żeby nie uronić ani jednej zły oglądając historię Hazel Grace i Augustusa. Poza tym Gwiazd naszych wina to jeden z niewielu filmów, na którym pociąganie nosem i szeleszczenie chusteczkami nie jest niczym dziwnym ani irytującym, bo robią to wszyscy. Choć w sali kinowej znalazło się może ledwo z dwadzieścia osób, każdy równo zasmarkany i z podpuchniętymi oczami wychodził po seansie nie mogąc pozbierać się emocjonalnie po tym, co zobaczył. A jeszcze kilka minut wcześniej słychać było głośny śmiech, bo Augustus znów powiedział coś, na  co inaczej zareagować nie było można niż wybuchając śmiechem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wzruszałam się już wcześniej, bo po przeczytaniu książki, wiedziałam, jak to się skończy. Cholera, jakie to było straszne.

źródło
A ekranizacja jest piękna. Josh Boon spisał się na medal. Bo jest wszystko to, co powinno być. Jest idealnie, jest w punkt, jest tak, że lepiej być nie może. Obsada bardzo na miejscu -Shailene jest fantastyczną Hazel, a Ansel cudownym Augustusem. Razem są niesamowicie uroczy, naturalni, nie sposób się w nich nie zakochać. I nie sposób przejść wobec ich historii obojętnie. Jestem zauroczona. Dla tych, którzy książki jeszcze nie przeczytali (żałujcie!) - nie, to nie jest opowieść o nastolatkach chorych na raka! To przepiękna historia o miłości, o tym, jak życie szybko i nieoczekiwanie przemija. O tym, by cieszyć się z drobiazgów, by czerpać przyjemność z naszej małej wieczności. By być wdzięcznym za to, co mamy, bo tylko tyle dostaniemy od życia. To rada, by doceniać, cieszyć się i kochać. By żyć pełnią życia.

źródło
I tak znów, kolejny już raz, John Green sprawił, że moje serce pękło na milion małych kawałeczków. Nierozsądnie jest myśleć, że jest się w stanie uodpornić na emocje, które ta historia ze sobą niesie. Nie da się, bo ta lawina uczuć zwala z nóg. W kinie zasmarkana, zanosiłam się od płaczu. Mimo tego że zazwyczaj jestem powściągliwa i unikam okazywania tego typu uczuć publicznie, nie byłam w stanie się powstrzymać. Kiedy poznacie tę historię, Wasze życie z pewnością nie będzie już takie samo ;)

A od Arka znowu dostałam zakaz wybierania filmów. Wszystko dlatego, że jemu też John Green zagrał na emocjach. Ale sam przyznał, że jeśli będzie okazja jeszcze raz zobaczyć Gwiazd naszych wina, z pewnością to zrobimy. I na pewno nie zabraknie kolejnych hektolitrów łez, które wylejemy.

Okay? Okay. (po obejrzeniu ekranizacji/przeczytaniu książki wcale nie jest okay)


I koniecznie posłuchajcie tej piosenki > Ed Sheeran - All of the Stars <


19 komentarzy:

  1. Wybieram się w sobotę na film :D mam jednak nadzieję, że płakać nie będę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co mówią o nadziei :D W tym wypadku będzie ciężko, serio :D

      Usuń
  2. Muszę, muszę przeczytać tą książkę! A słyszałam, że ekranizacja jest nawet lepsza :) Ale nie obejrzę tego filmu póki nie przeczytam książki. Chyba zrobię wycieczkę do księgarni ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy lepsza, odważne stwierdzenie, ale na pewno bardzo dobra i świetnie odzwierciedlająca treść książki, co i tak rzadko kiedy się trafia, więc naprawdę doceniam :) A do księgarni leć koniecznie, ja sobie też zamierzam sprawić wersję papierową ;)

      Usuń
  3. Najwyższy czas poznać albo książkę albo film, albo jedno i drugie najlepiej :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Muszę przeczytać i obejrzeć tę historię!! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Byłam sceptyczna, zwykle jestem gdy chodzi o ekranizację, ale kurczę MUSZĘ to oglądnąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też zazwyczaj nie jestem przekonana do ekranizacji, bo różnie to bywa, ale tutaj po prostu musiałam, nie było innego wyjścia, bo chyba bym sobie nie wybaczyła ^^

      Usuń
  6. Mam chęć na obejrzenie tej historii, bo lekturę sobie odpuszczę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma takiego odpuszczania sobie lektury i oglądania tylko i wyłącznie ekranizacji, czytać, czytać trzeba! :D

      Usuń
  7. Musze wreszcie zobaczyć ten film ,but first muszę przeczytać książkę ;DD Piosenka jest śliczna , uwielbiam Ed'a ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytaj, czytaj, byle szybko i leć do kina :) A co do Eda - kolejna piękna filmowa piosenka w jego karierze, choć początkowo nie byłam przekonana do "I see fire".

      Usuń
  8. Książka podobała mi się, aczkolwiek nie złamała mi serca... Zapewne dlatego, że owa tematyka nie jest dla mnie niczym nowym. Już bardziej spodobała mi się "Szukając Alaski" Greena - polecam! :) A film obejrzę z pewnością i podejrzewam, że mogą pojawić się u mnie łzy, bo jakoś bardziej ruszają mnie obrazy niż słowa na papierze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Szukając Alaski" czeka już na półce na swoją kolej, więc z całą pewnością przeczytam - jestem ciekawa, czy Green przez cały czas pisze w takiej konwencji jak w "Gwiazd naszych wina", tj. łamiąc czytelnikowi serducho ^^

      Usuń
  9. Ojej, jestem tu pierwszy raz.
    Też widziałam ten film, też mnie urzekł! Gdy tylko zobaczyłam imię i nazwisko reżysera wyświetlone na ekranie, to od razu pełna jednocześnie melancholii i zachwytu pomyślałam "o ty draniu, dlaczego mi to zrobiłeś". Chyba najważniejszym czynnikiem, który pozwala mi stwierdzić, czy film jest dobry czy nie jest sposób grania na emocjach. Tutaj było melodyjnie, w nutę i na czas.
    Taka jedna uwaga, nie wiem, czy mogę wypominać, ale trzykrotnie w recenzji powtórzyłaś "złamało mi serce" albo "pękło serce" albo coś bliskoznacznego. Troszkę kuje w oczy przy czytaniu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem również granie na emocjach jest najważniejszym czynnikiem, który pozwala ocenić czy książka/film przypadł mi do gustu czy nie, bo jeśli dany materiał jest mi kompletnie obojętnie i nie wywołuje we mnie żadnych uczuć, pozytywnych czy negatywnych, wtedy jest naprawdę kiepsko :)

      Co do Twojej uwagi, dziękuję - faktycznie takowe wyrażenie i bliskoznaczny odpowiednik pojawił się w tekście i w tytule dokładnie 3 razy, niemniej jednak w wystarczającej odległości, żeby nie raziło, przynajmniej moim skromnym zdaniem ;) A będąc czepliwą, w oczy coś kŁuje, bo kuje się żelazo :D

      Usuń
  10. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  11. Lepiej obejrzeć rozczarowujący, fatalnie sklejony albo najzwyczajniej w świecie denny w całokształcie film niż taki, który nie wywołuje żadnych emocji, zgadzam się! Nijaki odejdzie w niepamięć tuż po wyjściu z kina, a ten pierwszy przynajmniej zostanie zapamiętany :)
    Czy razi, czy nie razi - to już zależy od czytelnika, ja zauważyłam i mnie raził. Nie lubię tego frazeologizmu, bo o złamanych sercach słychać ciągle i w pewnym momencie to zaczyna męczyć. Jeśli Ty go lubisz, to okej, ale i tak uważam, że trzy razy na post to za dużo.

    + Ahahah, zorientowałam się parę godzin temu, że chyba jednak źle napisałam! Od zawsze mam problem z tym słowem i chyba już nie jestem w stanie nauczyć się pisać poprawnie kłuć/kuć.

    OdpowiedzUsuń