Bo życie potrafi zaskoczyć, czyli co łączy X-menów, Hobbita i Marvela?

A i owszem, potrafi. Bo nigdy nie spodziewałam się, że pójdę do kina na X-menów i sprawi mi to taką wielką frajdę. Nie spodziewałam się, że razem z Mamuśką i Arkiem zrobimy sobie serię wieczorów kinowych z Władcą Pierścieni. Gdyby ktoś powiedział mi, że z niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnych Transformersów, chyba bym go wyśmiała prosto w twarz. Ale życie potrafi zaskoczyć. I to bardzo.

źródło
Weekendowy spontaniczny wypad do kina na wyżej wspomnianych X-menów (Przeszłość, która nadejdzie) skłonił mnie do pewnych przemyśleń odnośnie moich zmieniających się gustów, nie tylko filmowych, w gruncie rzeczy, bo i te książkowe również uległy niemałej zmianie. Prawda jest taka, że nigdy nie pomyślałabym, że dołączę do grona fanów Hobbita, Spider-mana (tego z Andym Garfieldem, bo z Tobey'em wciąż nie znoszę) czy Iron-mana (ok, Robert Downey Jr.. nie oszukujmy się). Przecież jeszcze kilka lat temu twierdziłam, że film o robotach-samochodach to jakaś dziecinada i głupota, której na pewno nie obejrzę, nawet po moim trupie. Uwaga! Nie umarłam! A i film obejrzałam, taka ze mnie kłamczucha i niekonsekwentna paskuda. Przecież nawet na sobotnich X-menów kręciłam nosem. No bo wcale mnie nie kręcą, że to mimo wszystko nie w moim typie, że to i że tamto. A z kina wylazłam z szerokim bananem na gębie i myślą, że cholera, dobre to było. 

źródło
Zaczęło się od Transformersów, od których  tak się wzbraniałam. Oglądanie serii zaczęłam od końca, przypadkiem. Oczywiście namówił mnie Arek, a ja z głupia frant postanowiłam odpuścić i obejrzeć (niech będzie, za te wszystkie komedie romantyczne i ckliwe bzdety, do których ja nakłoniłam jego). Bez kręcenia nosem oczywiście się nie obyło, no bo roboty, jakieś głupie zabaweczki, po co mi to, blablabla. Jojczyłam. A potem przepadłam w świecie Optimusa i mojego faworyta, Bumblebee. Później oczywiście plułam sobie w brodę, czemu nie obejrzałam tego wcześniej. I postanowiłam oglądać dalej. Bo jednak roboty nie okazały się wcale takie durne i dziecinne. Bo nacieszyłam oczy i ubawiłam się po pachy. I wzruszeń pewnie tez nie brakowało.

Kolejnym odkrycie okazał się być Hobbit. Pewnie część z Was nabiłaby mnie teraz za to na pal, ale nigdy nie przeczytałam Władcy Pierścieni, więc Tolkiena nie znałam (i wciąż nie znam [sic!]). Nie bawiło mnie to, nie ciągnęło ani trochę, ale ze względu na fakt, że Arek był fanem, postanowiłam kolejny raz odpuścić i pójść do kina na coś, czego chce mój chłop, co by sprawić mu przyjemność (ach te kompromisy). I znów myliło się me głupie serce, bo Hobbit podobał mi się bardzo. Nie przypuszczałabym, że świat magii i miecza pochłonie mnie tak bardzo, że skuszę się na oglądanie całej trylogii tolkienowskiej, a na kolejnego Hobbita będę niecierpliwie czekać cały rok. Co więcej, nie spodziewałam się, że porwę się na wersję książkową tegoż gatunku sięgając, po obecnie ukochaną, serię Terry'ego Goodkinda Miecz Prawdy (polecam z całego serca!).

źródło
Później przyszedł jeszcze czas na traumatycznego Spider-mana ze wspomnianym Tobey'em, którego szczerze nie znosiłam i nie znoszę po dziś dzień. Płaczliwy Peter Parker, z wiecznie wykrzywioną miną, fałszywa Mary Jane, co wcale Parkera nie kochała, patetyczna fabuła, jakieś to wszystko sztywne i nadęte, nie w mym guście. Ale nagle pojawił się Andy Garfield i przepiękna Emma Stone, którzy uratowali marvelowskiego człowieka-pająka. Niesamowity Spider-man w istocie był niesamowity, tak całkowicie inny od tego starego. Wreszcie powiało świeżością, humorem i jakąś taką naturalnością. Zrodził się mój faworyt i kolejne zaskakujące odkrycie we wciąż zmieniających się gustach.

Takich odkryć było więcej. Avengers, Robocop, Gra o Tron, teraz X-meni. Owszem, za dziecka oglądałam kreskówki Marvela z wielkim zaangażowaniem (i nie tylko Marvela! kto pamięta Moto Myszy z Marsa i Czarodziejkę z Księżyca? gimby nie pamiętajo!). Ale z wiekiem fascynacja kreskówkami emitowanymi w telewizji minęła. Dorastałam i zaczynałam interesować się czymś zupełnie innymi, niekoniecznie lepszym (ach te pisanie pamiętników i złote myśli!). I nagle, wraz z poznaniem mega chłopa cudownego, znów zaczęło mi się odmieniać. Cóż ta miłość czyni z człowiekiem :D Ale tak na poważnie, ostatnio zauważyłam, że faktycznie zmieniły mi się gusta przez te trzy i pół roku. I tak mnie wzięło na przemyślenia swych odkryć, dzieląc się tym z Wami.


źródło
Jaki z tego morał? A taki, że czasem warto spróbować rzeczy, których nie zrobiłoby się nawet po własnym trupie (chociaż bywa, że się tego żałuje - Arek do dziś ma traumę po obejrzeniu Skóry w której żyję, zresztą ja też!). Poza tym tylko krowa nie zmienia zdania, a ja na ogół krową nie jestem ^^ No i oczywiście trzeba pamiętać o tym, że życie jest zbyt krótkie by się ograniczać jednym gatunkiem filmowym czy kinowym :) Dlatego czasem warto odpuścić sobie komentarz 'to nie dla mnie' i zaryzykować. Osobiście dzięki temu odkryłam wiele perełek i cudeniek, które z całą pewnością przeszłyby mi koło nosa, gdybym wciąż była taka uparta (chociażby niedawno odkryta Niezgodna i John Green). 

Próbujcie ludziska, próbujcie, czasem warto podjąć ryzyko i spróbować czegoś nieoczekiwanego :D


PS. Są w Waszym życiu jakieś niesamowite odkrycia tego typu? Coś, co okazało się Waszym ulubieńcem mimo tego że przez dłuższy czas się wzbranialiście? Książka, która okazała się być perełką w Waszej biblioteczce? Film, który stał się odkryciem roku? :) Piszcie!

2 komentarze:

  1. Nie mam odkryć tego typu, bo we wszystkim się babram :-)
    Produkcje Marvela uwielbiam, chyba nie ma takiej przy, której źle bym się bawiło, chociaż Bogiem a prawdą "X-men.Przeszłość, która nadejdzie" jakiegoś wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił.

    OdpowiedzUsuń