HITY I KITY 2013

Witajcie :)

Jak już pisałam na fejsbukowym profilu, nie lubię umieszczać na blogu podsumowań, czy to miesięcznych, czy nawet tych na koniec roku. Jakoś nie bawią mnie statystyki, numerki-bajerki ;) A że w ostatnich dniach pojawił się istny ogrom tego typu postów, postanowiłam ugryźć koniec roku trochę inaczej i podzielić się z Wami moim zestawieniem Hitów i Kitów książkowych 2013, co by była miła odmiana ;) No to jedziemy!

HITY 2013


Genialna seria, którą pokochałam od pierwszego tomu! A myślałam, że nigdy nie sięgnę po fantastykę miecza i czarów - no i do tego wszystkiego mamy przepiękną historię prawdziwej miłości. Każdy kolejny tom tej serii miażdży mnie emocjonalnie. Kocham i polecam! Dzięki A. :* 
 

 


4. Mira Grant - seria Przegląd Końca Świata (t. I - Feed / t. II - Deadline)



 
KITY 2013




2. E. L. James - Pięćdziesiąt odcieni (t. I / t. II









Przeglądając przeczytane przeze mnie w tym roku książki, nawet nie spodziewałam się, że przeczytałam tyle dobrych, które zasłużyły na to, by znaleźć się w kategorii hitów ;) To był naprawdę dobry rok, mimo tych niektórych kitów, których czasem nie da się uniknąć.

A jakie są Wasze typy na ten rok? Macie swoje hity i kity 2013?

Chustka - J. Sałyga, P. Sałyga

Sięgając po Chustkę, wiedziałam na co się decyduję. Wiedziałam, że ta lektura mnie przytłoczy, zasmuci, ale z drugiej strony napełni mnie nadzieją i radością życia, które przecież kiedyś się skończy, czy tego chcemy, czy nie. Przez chwilę miałam do siebie pretensje, że sięgnęłam po tak poważną i ciężką książkę tuż przed świętami - zamiast nastrajać się ku wigilijnemu celebrowaniu, brałam sobie na barki ciężar cudzych cierpień. I choć lektura tego dziennika nie należała do najłatwiejszych, okazała się być niesamowicie pokrzepiającą, wcale nie boleśnie przytłaczającą, mimo tematu, który porusza.

Chustka to blogowy dziennik Joanny Sałygi, która pewnego dnia zachorowała na raka żołądka. Do momentu wydania go w wersji papierowej, Joasię można było czytać na www.chustka.blogspot.com - jeszcze do niedawna pojawiały się tam nowe posty. Niestety te najnowsze nie wyszły już spod palców Joanny, gdyż wraz z 29 października 2012 rak dopełnił swojego okrutnego dzieła i z wielkim bólem musieliśmy pożegnać bohaterkę i autorkę tego dziennika.

A Joasia była naprawdę wyjątkowa. Na tyle, na ile mogłam ją poznać dzięki tej publikacji, na tyle jestem w stanie powiedzieć, że była niesamowicie charakterystyczną i charakterną kobietą. Choć rak żołądka przewrócił jej życie do góry nogami, nie przestawała kroczyć przez życie z szerokim uśmiechem i łysą głową, mimo tego że często nie miała siły wstać z łóżka, a codzienność i rokowania na przyszłość wcale nie rozpieszczały. W nosie miała głupie komentarze innych na temat jej wyglądu i choroby - takowe kwitowała sarkastyczną i dosadną ripostą. Raka, nowego towarzysza jej życia, zwykła pieszczotliwe nazywać rakelą lub skurwysynem. Z czytelnikami dzieliła się swoimi zmaganiami z chorobą, ale przede wszystkim przekazywała najbliższym bezgraniczną miłość. Najważniejszy Synek i Niemąż, byli dla niej niesamowitym wsparciem i źródłem szczęścia. Jednocześnie ona sama była wielką nadzieją i podporą dla innych chorych, którzy odwiedzali Chustkę.

Chustka nie jest lekturą łatwą. Do tych lekkich i przyjemnych też nie należy, choć mimo wszystko, wielokrotnie miałam uśmiech na ustach (dialogi z Synkiem były rozbrajające). Nie przeczę, że uroniłam też łzy - przy tej książce nie da się ryczeć jak bóbr. Dziennik ten jest przesiąknięty ogromem sprzecznych emocji, najpierw dotykają nas chwile bezbrzeżnego smutku, by za chwilę popłakać się ze śmiechu. Joasia pisała swojego bloga z wielką szczerością, a miłość do najbliższych bijąca z jej słów była niemal namacalna. Przerażający jest fakt, że rak może dotknąć każdego z nas w najmniej oczekiwanym momencie. I choć niektóre z nich są uleczalne, to niektóre, tak jak w przypadku Joasi, okazują się być tymi śmiertelnymi. Dlatego takie historie powinny być nauką dla nas wszystkich, by cieszyć się życiem, póki jeszcze je mamy, bo nikt nie da nam gwarancji na to, że umrzemy we śnie, ze starości...

Jeśli chodzi o Chustkę to bardzo polecam. Historia Joasi Sałygi jest historią niesamowicie wzruszającą i poruszającą, przepełniającą szczęściem i nadzieją. Czytajmy więc i wyciągajmy wnioski ;) 

PS. Według bloga ma się ukazać film zatytułowany Chustka oraz książka Niemęża, czyli Piotra Sałygi Nieżona - czekam z niecierpliwością ;)
 

W ten świąteczny czas..

Witajcie Kochani!

Ach, jak Święta cudownie pachną - korzennymi przyprawami, makowcem i sernikiem, grzybkami, makówkami, karpikiem i ekscytacją, uroczym podekscytowaniem przed nadchodzącą kolacją, przez celebrowaniem z rodziną i najbliższymi. Choinką nie pachną, bo sztuczna, ale nie mniej cudowna. Święta, to naprawdę dobry i przyjemny czas. Mimo tej szalonej bieganiny, szału zakupów, sprzątania i ogarniania, bardzo je lubię. Uwielbiam Wigilię, wspólne zasiadanie do stołu, smak tych wszystkich pyszności i radość z odkrywania tego, co jest pod choinką. Wtedy można obudzić w sobie trochę dziecięcej beztroski.


W tym roku, prócz dużej, złoto-czerwonej choinki w dużym pokoju i tej mniejszej, niebiesko-srebrnej w moim, zaczęła się produkcja choinek makaronowych. Przyczaiłam to cudeńko u kuzynki i od razu postanowiłam sama spróbować. Tak mi się spodobało, że zrobiłam ich kilka - część trafiła na babciowe prezenty. I kto by pomyślał, że ze zwykłego makaronu można zrobić coś tak uroczego:


 Przechodząc jednak do meritum, do sedna tego posta, chciałabym Wam złożyć świąteczne życzenia.

Z okazji tych wyjątkowych Świąt, chciałabym życzyć Wam wszystkim dużo miłości i szczęścia, radości z drobnych chwil, dziecięcej beztroski.
Życzę Wam wszystkiego, co najlepsze, spełnienia marzeń, ciepła domowego ogniska, no wszystkiego, czego tylko zapragniecie! :)
Zdrówka i mamony też Wam życzę, bo to zawsze się przyda, szczególnie tym, którzy uwielbiają nabywać nowe książki :D 

Wesołych Świąt Kochani!


Inferno - Dan Brown

Parę lat temu poszłam z Danem Brownem do łóżka. Och, jaka to była namiętna, pełna emocji, nieprzespana noc. Pamiętam ją po dziś dzień. Okres świąteczny, za oknem śnieg i mróz, we wszystkich oknach ciemno, tylko w moim tli się blask lampki nocnej. Z drugiego pokoju słychać ciche pochrapywanie rodziców, a ja, zakopana pod ciepłą kołdrą, dzierżę w łapach wielkie dzieło Dana. Ach, co to była za noc. Wciąż czuję te wypieki na twarzy, które towarzyszyły mi podczas tej wspólnie spędzonej nocy. Czytane wtedy Anioły i demony Browna dostarczyły mi naprawdę wielu emocji. Nie potrafiłam się od nich oderwać aż do momentu, kiedy zaczął witać mnie nadchodzący świt. To dopiero była przygoda. I wcale nie na jedną noc!

Nie na jedną, bo po spektakularnej lekturze Aniołów i demonów, postanowiłam sięgnąć po inne dzieła tego samego autora, czyli Kod Leonarda da Vinci. Tutaj emocji również nie brakowało, choć powoli, z mgły podniecenia i szału, który ogarniał mnie podczas czytania tych pokręconych historii o Robercie Langdonie, zaczął wyłaniać się schemat działania Browna. Coś tu śmierdzi, myślę sobie. Ale dałam spokój, bo przecież mi się podobało. Olać schematy.

Wreszcie, po kilku dobrych latach, pojawił się kolejny tom przygód o specjaliście do symboli, Robercie Langdonie, który bardziej niż ktokolwiek inny, wpada w takie kłopoty, że aż strach. I zawsze, ale to zawsze, musi być jakiś skandal. W tym roku Dan Brown zaserwował nam kolejny thriller z zagadkami na pierwszym planie, o niepokojącym tytule Inferno. Tym razem darował sobie religijne intrygi i postanowił wplątać w ten galimatias autora Boskiej Komedii, którym jest, oczywista oczywistość, Dante Alighieri.

Przytaczanie fabuły sobie daruję - wszak możecie przeczytać sobie notę wydawcy, bo przecież niczego więcej zdradzić Wam nie mogę. Jedyne, co mogę Wam powiedzieć to to, że tym razem Robert Langdon wylądował we Florencji z chwilową amnezją i raną postrzałową głowy po nieudanej próbie morderstwa. Ktoś mu siedzi na ogonie, Langdon nie ma zielonego pojęcia dlaczego. Ktoś chce zdziesiątkować ludzi żyjących na ziemi, a we wszystko to zamieszany jest Dante Alighieri i jego wizja Piekła.

Swego czasu naprawdę ceniłam sobie twórczość Browna. Potrafił mnie zaczarować, choć nie wiem, czy mówiąc o thrillerze, którym intryga ociera się o skandal, możemy mówić o jakimkolwiek czarze. Niemniej jednak czułam, że ani na moment nie chcę oderwać się od lektury, bo jeszcze coś przegapię, a przecież tam non stop coś się dzieje. W przypadku Inferno było bardzo podobnie. Dan Brown ani na trochę nie spuścił z tonu, dalej utrzymuje historie o Langdonie na wysokim poziomie, ale znowu zaczyna coś śmierdzieć. Znowu pojawia się ten sam schemat, który pojawił się w Aniołach i demonach i Kodzie Leonarda.. . Wychodzi na to, że Brown jest bardzo tendencyjny, bo prócz tego, że zmienia się pomysł na fabułę i intryga, na której będzie się on opierał, otoczka wokół niego jest niemal taka sama jak zawsze. Czytając Inferno nie mogłam pozbyć się myśli, że to już było, mimo że wcale tak nie było (if you know what I mean..). Brown naprawdę potrafi stworzyć niesamowitą historię i bardzo podoba mi się to, że opiera swoje pomysły na istniejących postaciach, bo to dodaje realizmu temu, co czytamy. Nie raz i nie dwa przyszło mi zastanawiać się, czy on tak na serio. I w Inferno również pojawia się ta chwila refleksji - a co, jak to prawda? Bo pojawia się motyw globalnego problemu z przeludnieniem. Ludzi coraz więcej, zasobów i surowców naturalnych coraz mniej, zwierzęta również coraz częściej wymierają, a my dalej, jak te króliki, rozmnażamy się, doprowadzając do własnego końca. A może by tak jakaś dżuma, która w naturalny sposób pozbyłaby się nadmiaru ludzi na Ziemi? Przecież w średniowieczu to działało, więc dlaczego teraz nie? I tak sobie Brown duma nad problemami dzisiejszych ludzi, zachęcając nas do własnych refleksji, przyprawiając to wszystko solidną porcją akcji, zagadek, które można rozwikłać tylko dzięki rozległej wiedzy głównego bohatera.

źródło
Postać Roberta Langdona bardzo lubię - niby poważny naukowiec, ale nosi zegarek z Myszką Miki. Chłop ma taką wiedzę, że tylko pozazdrościć, a do tego zajmuje się ratowaniem świata z opresji, rozwikłując skandale, które mogłyby wywrócić wszystko do góry nogami. Swoją drogą nie da się zaprzeczyć, że historie Dana Browna są kontrowersyjne i wielokrotnie starano się obalić teorie, które przedstawiał w swoich książkach. Bo niby to tylko fikcja, ale myślę, że gdzieś tam kryje się nutka prawdy i Dan próbuje otworzyć nam oczy na coś większego, czego na co dzień nie dostrzegamy, a przecież powinno być dla nas ważne to, czy jesteśmy manipulowani przez światowych potentatów albo czy faktycznie ktoś nie postanowi iść w ślady bohatera Inferno i pozbyć się setek tysięcy ludzi, dla naszego dobra.

Ok, dość tych dygresji. Mówiąc krótko i na temat, Inferno Dana Browna bardzo mi się podobało, jak każda inna książka tegoż autora, którą czytałam wcześniej. Może było ciut gorzej, ale wciąż wciąga, trzyma w napięciu do ostatniej strony, zaskakuje pomysłami i zagadkami. Jedyne, co jest trochę denerwujące, to ten schemat powieści, który sobie Dan obmyślił. Może warto byłoby spróbować czegoś innego? Choć z drugiej strony, mimo że ma się wrażenie, że każda jego książka jest do siebie podobna, w gruncie rzeczy są całkowicie inne i dają do myślenia. Także jeśli nie mieliście jeszcze okazji poznać twórczości tego pana, to polecam, choć sugeruję zacząć od tych wcześniejszych dzieł, mimo wszystko.
 

Iskra - A. K. Ryan

Autor: A. K. Ryan
Tytuł: Iskra
Tytuł oryginału: Spark
Seria: Gwiezdni Wędrowcy, t. II
Wydawnictwo: Jaguar, 2013
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Liczba stron: 408
Oprawa: miękka

Kilka miesięcy temu, wraz z premierą pierwszego tomu otwierającego cykl Gwiezdni Wędrowcy, Amy Kathleen Ryan zabrała nas w kosmiczną podróż na Nową Ziemię. Podróż, na którą zapracowali tylko wybrańcy - wybitni naukowcy, zasłużeni obywatele, szczęśliwcy. Tym, którym fortuna nie dopisała, musieli zostać na Starej Ziemi - opuszczonej i wymierającej, gdzie życie dobiegało końca w zastraszającym tempie. Ci wyjątkowi dostali szansę stworzenia czegoś nowego. Ich celem było nowe życie w lepszych warunkach. Nikt jednak nie spodziewał się, że dotarcie do tego wymarzonego celu okaże się tak trudne.

Podróż na Nową Ziemię poturbowanym statkiem Empireum wciąż trwa. Dzieciaki po traumatycznych przejściach przez cały czas starają się przetrwać każdą kolejną dobę, nie zapominając o ataku wrogiego Nowego Horyzontu, który pozbawił ich rodziców oraz wszystkich dziewczynek zamieszkujących statek. Kieran Alden, samozwańczy przywódca statku, mentorskim głosem, natchniony boską miłością, stara się utrzymać dzieciaki w ryzach, nie pozwalając im na płacz w kątach. A przecież jeszcze chwilę temu sam siedział skulony w celi, modląc się o własne życie, które chciano mu odebrać. Ach ta walka o władzę, okazuje się, że nawet dzieci z biegiem czasu zaczną o nią zabiegać, przekraczając granice moralności. Po tym, jak udało się odbić dziewczyny z wrogiego statku, na Empireum zapanowała chłodna atmosfera. Romans Waverly i Kierana wymarł, społeczność składająca się z dzieciaków zaczęła się sypać, a do tego wszystkiego, na statku pojawił się sabotażysta. Wymarzone lądowanie na Nowej Ziemi coraz bardziej zaczyna przypominać nieosiągalny sen. Ataki z zewnątrz, problemy w wewnątrz - wszystko to zaczyna prowadzić Empireum ku nieuniknionej zagładzie. Czy dzieciakom uda się dotrzeć do celu? Czy uda im się wypełnić misję, która została im powierzona, gdy rozpoczął się lot w kosmos? A może to już koniec ich przygody, która miała być przyszłością dla całej ludzkości na Ziemi?

Swego czasu Blask był długo wyczekiwaną premierą na polskim rynku. Choć wielu
źródło
czytelników nie było zadowolonych z lektury tej historii i recenzje były raczej chłodne, u mnie było wręcz przeciwnie. Pomysł dobry i według mnie oryginalny - sama nie spotkałam się z taką fabułą nigdy wcześniej, a przecież romanse paranormalne i fantastyka dla młodzieży nie jest mi obca ani trochę. W Blasku było wiele wciąż powtarzających się motywów, chociażby trójkąt miłosny czy zwyczajna dziewczyna, na której barkach spoczywa uratowanie wszystkich dookoła. Przymykając jednak oko na schematy, Blask był naprawdę interesujący - największym jego plusem była akcja, która trzymała mnie przy lekturze do ostatniej strony. Niestety, z Iskrą jest troszeczkę inaczej. Choć tempo akcji nie zmieniło się ani trochę, bo wciąż gna do przodu, to pojawił się problem głównych bohaterów, z którymi najnormalniej w świecie zaczęłam się męczyć. Waverly z dojrzałej i twardej dziewczyny, stała się denerwującą rebeliantką, w której obudziły się morderczo-sadystyczne instynkty. A Kieran? Kieran stał się nawiedzonym kapitanem statku, który odprawia msze i pierze ludziom mózgi jak Anne Mather z Nowego Horyzontu, który jest przecież wrogim statkiem. Mam wrażenie, że jakoś to wszystko poszło w złym kierunku.

Mimo tych mankamentów, o których wspominałam wyżej, czyli powtarzających się schematach, które obecnie pojawiają się w każdej powieści dla młodzieży (young adult, new adult, whatever..) czy głównych bohaterach, którzy zaczęli mnie denerwować w kontynuacji Gwiezdnych Wędrowców, to muszę przyznać, że ta seria wciąż mnie kręci. Może mniej niż na początku, ale tak czy owak, dostrzegam wartości, które ze sobą niesie. Swoją drogą, przerażające jak dzieciaki, które jeszcze chwilę temu cieszyły się beztroskim dzieciństwem i marzeniami o nowym życiu, nagle zaczęły biegać z karabinami, spiskować i walczyć o władzę, będąc w stanie poświęcić życie drugiego człowieka dla własnego widzimisię. Toż to straszne jest! Ale daje do myślenia, bo potem zaczynamy zastanawiać się, do czego tak naprawdę zdolni są ludzie, gdy znajdą się w podbramkowej sytuacji. A wracając do recenzji, wkurzali mnie czy nie, pomysł jest dobry, fabuła dynamiczna i absorbująca, dlatego polecam, mimo wszystko.
  

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar

Przegląd Końca Świata. Deadline - Mira Grant

Autor: Mira Grant
Tytuł: Deadline
Seria: Przegląd Końca Świata, t. II
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Liczba stron: 500
Oprawa: miękka ze skrzydełkami



Wyobrażałeś sobie kiedyś dzień, w którym Twoja szara, zwyczajna rzeczywistość zamienia się w tę rodem z filmu? Ile razy myślałaś sobie: takie rzeczy to tylko w filmach, w głębi serca pragnąc znaleźć się na miejscu bohaterów wielkiego ekranu? Pewnie nie raz i nie dwa, jak każdy. Cóż, może z wyjątkiem Shauna Masona i jego przyjaciół, których życie z dnia na dzień zaczęło przypominać ekranizację kiepskiej historii o żywych trupach, w której nic już nie jest zwyczajne i szare. No, może prócz zgniłej skóry zombie, którą przyszło im widywać częściej niż by tego sobie życzyli.

Mira Grant po raz kolejny zabiera nas do świata skażonego wirusem Kellis-Amberlee, w którym żywe trupy chadzające po ulicach opustoszałych miast nie są wymysłem pokręconej wyobraźni filmowców, a zwyczajną codziennością. A żeby nie było nudno, Grant przyprawiła swoją historię o zombie, poważnym spiskiem politycznym, który próbują rozwiązać blogerzy z prawdziwego zdarzenia, na czele których stanął Shaun Mason. Chłopak, który po tragicznych wydarzeniach ostatnich miesięcy nieszczególnie nadaje się do życia. Niestety, rzeczywistość, spiski i intrygi nie pozwalają mu pławić się w depresji i ogarniającym go szaleństwie, bowiem problem nie rozwiąże się sam, a ktoś musi rozwikłać sprawę tragicznej śmierci Georgii Mason. siostry Shauna.

Jak już wielokrotnie miałam okazję pisać, nigdy nie przepadałam za filmami i książkami o zombie. W ogóle nie przepadałam za zombie. Bo to takie zgniłe, śmierdzące i mało żywe. Zero fajności, taka prawda. Ale pewnego razu sięgnęłam po powieść, w której głównym bohaterem był właśnie żywy trup. No i przepadłam, bo okazało się, że nie  było tak źle, nie umarłam podczas lektury, jak się tego spodziewałam (w zombie też się nie zamieniłam!). Po tej pierwszej nadchodziły kolejne, a ja zaczęłam coraz bardziej przekonywać się do tego gatunku istot nadnaturalnych (ale filmów ani seriali dalej nie oglądam i oglądać nie mam chęci). Gdzieś między tymi historiami o umarlakach wplątała się pierwsza część serii Miry Grant, która została zaszufladkowana jako thriller polityczny z nutką horroru. I ni mniej, ni więcej można właśnie tak tę serię skategoryzować. W głównej mierze jest to thriller z odrobiną polityki, a zombie są tu tylko dodatkiem mającym przyprawić trochę fabułę przyjemnym dreszczykiem emocji - choć czy żywych trupach cokolwiek może być przyjemne?

Jeśli chodzi o serię, to już pierwsza jej część zrobiła na mnie duże wrażenie. Akcja parła do przodu, a jej zwroty sprawiały, że wstrzymywałam oddech. Kilkaset stron połknęłam w zastraszającym tempie, a przecież nie potrafiłam się za nią zabrać przez kilka dobrych miesięcy. W przypadku części drugiej zatytułowanej Deadline moje odczucia były bardzo podobne. Autorka ani troszeczkę nie spuściła z tonu, ani odrobinkę nie zrezygnowała z poziomu, który sobie wypracowała przy pierwszym tomie serii. Po raz kolejny jest emocjonująco, wciągająco i z ciętym humorem, który bardzo sobie cenię. Postacie wciąż są barwne i z charakterem. Spisek wciąż się rozwija, a my przez cały czas chcemy go rozwiązać i dowiedzieć się, kto za tym wszystkim stoi - kto jest odpowiedzialny za globalną epidemię wirusa Kellis-Amberlee i to wcale nie jedną, jedyną, bo jak się okazuje, bohaterowie powieści Grant muszą stanąć w obliczu kolejnego Powstania, który jak nic, kojarzy im się z nadchodzącym końcem świata. Czy właśnie w ten sposób autorka chce zakończyć swoją serię? Zobaczymy. Jednego jestem pewna, emocji nie zabraknie, tak jak nie zabrakło ich w pierwszej i drugiej części tegoż cyklu. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji poznać tej historii, to naprawdę warto, bo tak dobrej powieści o zombie jeszcze nie miałam okazji czytać. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Sine Qua Non