Dary Anioła: Miasto Kości - na gorąco!

Dobry wieczór, wieczór dobry! Miała być recenzja Zaproszenia na morderstwo, ale recenzji nie będzie, bo wyskoczył mi spontaniczny wypad do kina na Dary Anioła: Miasto Kości, o którym to filmie, jak i książce ostatnio wszędzie pełno. Miałam nie być jedną z wielu, ale cóż wyszło, jak wyszło. Ale wiecie co? Nie żałuję! I od razu uprzedzam Was, że ten wpis będzie chaotyczny i pełen emocji, bo po pierwsze - jestem na świeżo po filmie, więc notka bardzo hot, a po drugie - jestem po energy drinku, którego skutkiem jest słowotok, istna słowna biegunka (brzydko mówiąc) i wrażenie, że jestem jak króliczek z duracella. Whatever.

Do kina wybrałam się z moim Arkiem bardzo spontanicznie - postanowiliśmy iść do kina, a że bodaj wczoraj czy kilka dni wcześniej obejrzeliśmy zwiastun Miasta Kości (które i tak planowałam obejrzeć, choćby nie wiem co), stwierdziliśmy, że idziemy. Więc poszliśmy. Szczerze powiedziawszy nie miałam większych oczekiwań - po prostu chciałam obejrzeć. Planowałam zrobić to trochę później, bo wciąż nie odświeżyłam sobie wersji papierowej, którą poznałam zaraz po polskiej premierze, czyli jak dobrze pamiętam, jakieś 4 lata temu. Ale poszliśmy, nie ma co marudzić. Jedyne, czego się obawiałam to aktora odgrywającego rolę Jace'a, który napastliwie kojarzył mi się z Kajuszem ze Zmierzchu - myślałam, że nie pozbędę się tego skojarzenia, ale po kilku minutach oglądania filmu zniknął wampirzy Volturi i pozostał tylko Nocny Łowca Jace (cholerny, arogancki dupek, do którego nie da się nie wzdychać, nawet jak się nie chce!).

Początkowo byłam strasznie rozczarowana, bo ekranizacja strasznie mijała się z tym, co napisała Cassandra Clare. Buczałam, fuczałam, ręce opadały mi z bezradności, a pod nosem non stop leciało: beznadzieja, to nie było tak i bez sensu. Arek pocieszająco uspokajał, że mam się nie denerwować na film. No i z czasem przestałam myśleć o tym, co ominęli w scenariuszu, a co przeinaczyli (pewnie wpływ na całą sytuację miał moment, do którego odświeżyłam sobie fabułę, a reszta pozostała czarną dziurą i resztkami przebłysków, które zostały po dawnej lekturze) - wpadłam w wyświetlany na ekranie obraz bez reszty. Żem prawie wykorkowała po wyjściu z kina!

źródło
Przy pisaniu scenariusza polecieli ostro w kulki, tu nie przeczę, bo prawda jest taka, że książka swoje, a ekranizacja swoje. Ale! Inaczej, nie zawsze znaczy gorzej. Bo tutaj wcale nie było gorzej. Obsada idealnie pasowała, choć z początku nie widziałam roli Jace'a odgrywanej przez Bowera. Chłop ani trochę mi się nie podoba, ale kurde, tak odegrał rolę Nocnego Łowcy, że ciężko nie ulec urokowi tego cholernego, upartego dupka i jego krzywym uśmieszkom pod nosem (i motorowi, dupek jeden!) ;) Efekty specjalne in plus - zaspokoiły moje niezbyt wygórowane wymagania w tejże kwestii. Sceny walk również mi się podobały - bicz Isabelle, walka z wampirami i muzyka w tle, Jace i Valentine, demony - to było coś! Ale na największy plus zasługuje w tym filmie humor - nawet nie wiem ile było tutaj momentów, dosyć poważnych fabularnie, w których parskałam śmiechem - zazwyczaj były to kwestie Jace'a bądź Simona, choć Clary wcale nie była gorsza (chociażby scenka w samochodzie z Lukiem - Jestem wilkołakiem, nie labradorem..). 

Myślałam, że Arek wyjdzie zawiedziony i znów usłyszę, że następnym razem to on wybiera film. Na szczęście jemu też się podobało, z czego niezmiernie się cieszę! I wiecie co? Czasem wstydzę się przyznać, że podoba mi się Zmierzch i początkowo myślałam, że i tutaj będzie bardzo podobnie, bo jakby nie było, znów paranormal romance (choć w mniejszym stopniu), który to gatunek, bądźmy szczerzy, nie cieszy się szczególnym poważaniem. Osobiście mam to gdzieś, bo czytam to, co lubię, ale fakt jest faktem. Ale moje początkowe obawy okazały się nie mieć żadnych podstaw, bo tutaj nie ma się czego wstydzić - Miasto Kości jest dobrym filmem, który sprawił, że po wyjściu z kina wyszłam nieco oszołomiona i emocjonalnie rozbita, a to w moim przypadku jest wyznacznikiem tego, że film wart był obejrzenia ;) 

Ja oglądałam film z perspektywy osoby, która znała fabułę wcześniej, bo przed obejrzeniem ekranizacji czytałam wersję papierową (dawno, bo dawno, ale jednak!) i nie przeczę, że miałam nerwy, na to, że tyle faktów przekręcono, zmieniono, pominięto. Niemniej jednak bawiłam się świetnie. Natomiast Arek oglądał Miasto Kości z perspektywy osoby, która nie ma zielonego pojęcia o fabule książki i nie miał najmniejszego problemu ze zrozumieniem tego, co się dzieje w filmie - dlatego nie wiem skąd się wzięły komentarze innych, którzy ponoć nie rozumieli niektórych rzeczy, które miały miejsce, bo nie czytały książki. Owszem, nie było to dokładne odwzorowanie powieści Clare, raczej inspiracja, ale bez przesady ;)

Tak czy siak (emocje opadają, więc zmierzam ze swoją chaotyczną wypowiedzią ku końcowi) jestem naprawdę zadowolona z ekranizacji Miasta Kości (szczerze, to chciałabym zobaczyć ten film jeszcze raz!), mój chłopak również, więc jest git majonez ;) Teraz będę kończyć odświeżanie zapomnianej lektury i skonfrontuję ją jeszcze raz, już na spokojnie, z ekranizacją, a co więcej, ze starymi wrażeniami, bo gdzieś tam chyba mam starą recenzję Miasta Kości - będą jaja! ;)

Dobranoc Kochani!

PS. A Wy widzieliście już ekranizację? Jakie są Wasze wrażenia? Opowiadajcie! :)   

Kamyk - Joanna Jodełka

Autor: Joanna Jodełka
Tytuł: Kamyk
Wydawnictwo: Świat Książki, 2012
Liczba stron: 255
Oprawa: miękka, ze skrzydełkami



Kamyk czyta Kamyka. To ci dopiero. Prawda jest taka, że to był pierwszy powód, który skłonił mnie do sięgnięcia po thriller Joanny Jodełki. Kolejnym był fakt, że tytułowy Kamyk okazał się być dziewczynką imieniem Kamila - jak ja - powód numer dwa. Powodem numer trzy okazała się mama Kamyka imieniem Ewa - tak jak moja mama! Pasmo niesamowitych zbiegów okoliczności, które sprawiły, że chcąc nie chcąc, musiałam przeczytać tę książkę. Trochę przerażający zbieg okoliczności, nie przeczę (ktoś mnie obserwuje, śledzi..?), bo ktoś kiedyś rzekł, że przypadków nie ma, a tu aż tyle ich się nazbierało, ale cóż, bywa. Let it be. Czym prędzej dopadłam Kamyka i zatopiłam się w lekturze...

W swojej powieści z dreszczykiem, Joanna Jodełka nakreśliła nam historię pewnej zawikłanej zbrodni, której jedynym świadkiem okazała się być niewidoma dziewczynka nazywana Kamykiem. Choć jej matka również była obecna podczas postrzelenia swojego szefa, nie mogła pomóc policji, gdyż wylądowała nieprzytomna w szpitalu. Tymczasem sprawca zabójstwa umknął niepostrzeżenie, chadzając gdzieś na wolności wiedząc o obecności Kamili w czasie morderstwa. Ze względu na wypadek mamy, opiekę nad Kamykiem objął Daniel Koch, który przypadkiem znalazł się w domu Ewy. Nawet nie spodziewał się, w jak poważne kłopoty wpadł zostając u matki Kamyka pewnej nocy. Myślał, że to niezobowiązujące spotkanie, a tu nagle okazuje się, że musiał zając się niewidomą dziewczynką, na którą czyhał groźny morderca. Czy policji udało się złapać sprawcę zanim zrobił krzywdę Kamykowi? A może było już za późno?

Jak już pisałam na samym początku, głównym powodem, który skłonił mnie do tego, żeby sięgnąć po powieść Joanny Jodełki był jej tytuł. Później pojawiły się kolejne elementy, które połączyły mnie z tytułową bohaterką, Kamilą. Chyba bym sobie nie wybaczyła, gdybym nie miała na swoim czytelniczym koncie książki, która ma aż tyle ze mną wspólnego. No to poleciałam do księgarni i kupiłam. Kamyk leżał na półce w oczekiwaniu na swoją kolej przez dobre parę miesięcy, aż w końcu nadszedł ten moment. Godzina zero. Thriller ten czytało się bardzo szybko, pewnie przez to, że dużo się w nim działo. Autorka uknuła misterną intrygę układów, które doprowadziły do śmierci szefa matki Kamyka, której to dziewczynka była świadkiem. Z żalem przyznaję, że spisek ten był dosyć przewidywalny, jak się okazało z czasem. Co więcej, odrobinę irytowało mnie wybieganie w przyszłość, które najczęściej pojawiało się na końcu narracji prowadzonej z perspektywy danej postaci - kilka godzin później pożałował swoich słów, szkoda, że później już nie żył, itp. Jakoś tak wolałabym dowiedzieć się tego w inny sposób. Nie wiem, może po prostu się czepiam, ale nigdy tego nie lubiłam.

Tak czy owak, pomijając te kilka mankamentów, które mimo wszystko nie wpływają na moją ocenę książki Joanny Jodełki w dużym stopniu, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą lekturą. Najbardziej zaskoczył mnie tytułowy Kamyk, czyli niewidoma dwunastolatka, po której spodziewałam się słabego charakteru, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że została bez matki, pod opieką obcego faceta. Liczyłam na płacz, lament i użalanie się nad sobą. Owszem, płacz był, ale okraszony biciem, gryzieniem i naprawdę ciętym humorem pełnym sarkastycznych uwag. Kamyk okazał się być niezłą zołzą, która potrafi dopiec i walnąć w łeb kiedy trzeba. Mimo swojej niepełnosprawności, była niesamowicie odważną dziewczynką. Za to, pani Joasiu, ogromny plus, bo spodziewałam się czegoś zupełnie innego i jestem mile zaskoczona tym, co zastałam. Ponadto podobała mi się relacja pomiędzy Kamykiem a Kochem, która nawiązała się z czasem, kiedy dziewczynka nabrała do Daniela zaufania. Coś na zasadzie kto się czubi, ten się lubi. A czubili się w strasznie rozbrajający sposób. Choć miałam okazję czytać lepsze thrillery, które trzymały w napięciu w większym stopniu, to jestem bardzo zadowolona z lektury Kamyka - nie tylko przez sentyment do wspólnych faktów, które łączą mnie z tym tytułem, ale również przez to, że czytało mi się tę książkę nader przyjemnie. Polecam, chociażby przez wzgląd na fantastyczną kreację mojej imienniczki - świetna bohaterka ;)

Recenzja bierze udział w wakacyjnym konkursie Syndykatu Zbrodni

----------------------------------------------------------------------------------
PS. Jeśli lubicie odwiedzać mojego bloga to pamiętajcie o głosowaniu w konkursie eBuka2013 - wystarczy wysłać maila na ebuka@duzeka.pl w temacie wpisując Kamykowa Czytelnia i już! :) 
  
 

Kings of Leon: Sex on Fire

Autor: Michael and Drew Heatley
Tytuł: Kings of Leon: Sex on Fire
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
Liczba stron: 288 + zdjęcia
Oprawa: miękka ze skrzydełkami



Muzyka jest bardzo ważnym elementem mojego codziennego życia. Bez niej nie wyobrażam sobie przemieszczania się (pieszo lub komunikacją miejską), sprzątania czy... kąpieli (zalety radia pod prysznicem). Dramatem staje się dla mnie podróż autobusem bez ulubionych dźwięków sączących się ze słuchawek odtwarzacza leżącego sobie wygodnie w kieszeni. Nawet nie zliczę razów, kiedy wychodząc z domu zdawałam sobie sprawę, że padła mi bateria i będę musiała słuchać jazgotu współtowarzyszy podróży, którymi często były rozgadane po weekendowych przygodach studentki. Płacz, lament i zgrzytanie zębów. Najgorzej było, kiedy odtwarzacz ogłosił całkowitą kapitulację i zepsuł się doszczętnie. Deprecha murowana, gdy przez prawie miesiąc musiałam obejść się bez muzyki w podróży. Never again.

Ale na ogół wszystko jest ok, a wtedy mogę spokojnie cieszyć się ukochanymi kawałkami, które towarzyszą mi krok w krok do celu moich pieszych, w ostatnim czasie, wojaży. Muzyka, której słucham jest różnorodna - od starych rockowych kawałków pełnych ostrych gitarowych brzmień, przez czarne rytmy do kołysania biodrami, po najnowsze piosenki, które katowane są w radiu do upadłego. Wśród tej mieszaniny gatunków znalazło się miejsce dla Kings of Leon i ulubionej płyty Only by the Night (ciekawostka: każdy tytuł płyty KoL ma 5 sylab). Dlatego właśnie, kiedy znalazłam w zapowiedziach Wydawnictwa Sine Qua Non biografię tejże kapeli wiedziałam, że muszę ją mieć. Nieważne, że nie nazwę siebie fanką KoL, bo nie jeżdżę na ich koncerty i nie rzucam majtkami w tłum licząc, że trafią na scenę. Ważne, że chciałam poznać ich bliżej.

źródło
 I poznałam całkiem dobrze, z całym bogactwem inwentarza, od stron dobrych, przez te złe i niemoralne. Kings of Leon to kapela rodzinna - trzech braci i kuzyn: Caleb, Jared, Nathan i Matthew Followillowie pochodzący ze stanu Tenneesee. Prawda jest taka, że zaczynali od zera, bo w gruncie rzeczy byli na bakier ze śpiewaniem, z graniem na instrumentach również. Więc skąd wziął się ich sukces, światowy rozgłos, skoro byli tylko lokalną grupą muzyków, do której Ameryka odnosiła się po macoszemu? Praca, praca i jeszcze raz praca. I kupa szczęścia, bo mam wrażenie, że Followillowie mieli go czasami więcej niż rozumu.

W biografii napisanej przez rodzinny duet Heatley - ojca i syna: Michaela i Drew, poznajemy zespół Kings of Leon od samego początku: burzliwego, w krainie alkoholem i dragami płynącej. Chłopaki zaczynali dosyć chaotycznie, przede wszystkim interesując się życiem jak prawdziwi królowie rock'n'rolla, pijąc, paląc i zapraszając do swoich łóżek co rusz nowe dziewczyny. Niemniej jednak coraz częściej zaczęła wkradać się do ich codzienności muzyka, którą próbowali tworzyć, aż ta zajęła główną jej część stając się najważniejszym elementem. Chłopakom nie było łatwo, szczególnie na początku, bo zmagali się z wieloma porównaniami do innych kapel, których z czasem mieli dosyć. Ale mieli swoje marzenia i wyznaczone cele, do których sukcesywnie dążyli. Kiedyś byli supportem dla U2, teraz to U2 supportuje Kings of Leon.

źródło
W książce panów Heatley poznajemy zespół chronologicznie, według wydawanych albumów i singli. Każda z płyt jest wnikliwie analizowana, łącznie z atmosferą kawałków, zmianami jakie zachodziły w stylu KoL oraz zmianami jakie towarzyszyły w życiu chłopaków z zespołu. Autorzy tej biografii nie owijali w bawełnę, nie starali się ukryć tego, że Kings of Leon nie należą do świętych i nie wylewają za kołnierz. Podczas czytania tej książki miałam wrażenie, że Followillowie należą do trudnych osób, które wciąż jeszcze nie nauczyły się szacunku do fanów, którzy jakby nie było, stoją za ich sukcesem. Niemniej jednak podobało mi się to, że nikt nie próbuje tego zatuszować - KoL są tacy, jacy są i w tej książce możemy poznać całą prawdę o nich - tą dobrą i złą, o której niejedni chcieliby zapomnieć. Dzięki tej biografii mogłam poznać lepiej zespół, którego muzyka towarzyszy mi przy codziennych czynnościach. Dzięki wnikliwym analizom kawałków i własnym wrażeniom Followillów na ich temat, mogłam na nowo poczuć swoje ulubione piosenki, usłyszeć w nich coś innego, świeżego. Fajnym dodatkiem do tej publikacji jest również wstawka z kilkoma fotografiami zespołu, choć żałuję, że nie była ciut obszerniejsza. Jednakże myślę, że to nie lada gratka dla fanów tej kapeli, która zagościła na tegorocznym Open'erze - jeśli ktoś lubi muzykę KoL śmiało może się zaopatrzyć w tę biografię, która ponoć jest pierwszą pełnowymiarową. Polecam.
  

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Sine Qua Non

----------------------------------------------------------------------------------
PS. Jeśli lubicie odwiedzać mojego bloga to pamiętajcie o głosowaniu w konkursie eBuka2013 - wystarczy wysłać maila na ebuka@duzeka.pl w temacie wpisując Kamykowa Czytelnia i już! :) 

Drugi rzut oka. Jak świat się na mnie gapił - K. M. Connolly

Autor: Kevin M. Connolly
Tytuł: Drugi rzut oka.
Jak świat się na mnie gapił.
Wydawnictwo: Bernardinum, 2013
Tłumaczenie: Edyta Urbanowicz
Liczba stron: 232
Oprawa: twarda



Hen daleko za oceanem, był sobie mały chłopiec. Chłopiec ten urodził się bez nóg - niewątpliwie dwóch ważnych części ciała, które pomagają każdemu w poruszaniu się i wielu innych czynnościach. Prawda jest taka, że ludziom, którzy go spotykali, trudno było przeoczyć tak rzucającą się w oczy nieobecność istotnego elementu ludzkiego ciała. Dlatego właśnie gapili się na małego chłopca. Wlepiali swe ciekawskie oczy, w których mieszała się litość, współczucie i ból, w dorastającego Kevina. I chociaż chłopak jest już dorosłym mężczyzną, to inni wciąż się gapią. Ale Kevin już nie czuje wzburzenia, odrazy i zagubienia, gdy za jego nieobecnymi nogami gonią setki spojrzeń. Teraz wykorzystuje wlepiający się w niego wzrok ciekawskich robiąc zdjęcia, które przynoszą mu oczyszczenie.

Kevin już od najmłodszych lat podchodził dosyć niekonwencjonalnie do swojej przypadłości i braku dolnych kończyn. Nie podobały mu się protezy, które musiał nosić w szkole, nie lubił też jeździć na wózku, czując się jak kaleka. A przecież nie nią nie był. Czuł się zdrowy, jeździł na nartach (a dokładniej na jednej narcie zwanej mono-ski), startował nawet w zawodach. Brak nóg nie był dla niego ograniczeniem, choć z całą pewnością nie był też udogodnieniem. Ale Kevin urodził się takim, jakim był. Od najmłodszych lat wiedział, jak radzić sobie z brakiem nóg, choć początki nie należały do najłatwiejszych. Ale dawał sobie radę, bo miał niesamowite wsparcie ze strony rodziny, która popierała każdy jego wybór, choćby nie wiadomo jak szalony (np. uczestnictwo w ekstremalnych zawodach X-Games). Jedyną, wciąż dokuczającą mu przeszkodą nie był wcale brak nóg, a wiecznie towarzyszący mu dreszcz na karku, który przypominał mu o kolejnych wlepionych w niego oczach. Dosyć miał już pytań: co się stało, chłopie? Może atak rekina albo wypadek na wojnie? Nie, to tak od urodzenia. Ale Kevin nie miał zamiaru się poddać - wyruszył w świat na deskorolce, z aparatem w dłoni i zaczął wykorzystywać fakt, że świat się na niego gapi. Stworzył fantastyczną galerię zdjęć, którą obejrzeć można w sieci (The Rolling Exhibition), jak i w książce, którą miałam okazję czytać. Muszę przyznać, że Kevin Connolly to naprawdę świetny chłopak, którego nic, tylko podziwiać.

Kiedy otrzymałam propozycję zrecenzowania czegoś na kształt pamiętnika, którego autorem jest Kevin M. Connolly, chłopak bez nóg, nie wahałam się ani chwili, bo wiedziałam, że to będzie dobra historia. Nie spodziewałam się, że aż tak bardzo. Kevin opowiada o swoim życiu od samego początku, czyli od swoich narodzin, które okazały się być wielką niespodzianką dla rodziny. Chłopak opowiada jak rodzice radzili sobie z jego problemem, wzorując się na umiejętnościach MacGyvera, jak radził sobie w szkole, chcąc jak najbardziej upodobnić się do zwykłych dzieciaków, które biegały po szkolnym boisku. Zaakceptował siebie takim, jakim był, zaczął udzielać się w sportach i znalazł swoją pasję, w której odnosił sukcesy. Poza tym zainteresował się podróżowaniem po świecie, które dla osoby nie w pełni sprawnej często było nie lada wyzwaniem. Miło było poczytać o przygodach Kevina, o których opowiadał z wielkim humorem, często sarkazmem i ironią. Ale nie da się zaprzeczyć, że mimo problemów i trudnego położenia, słowa młodego Amerykanina naładowane były dużą dawką pozytywnej energii, którą zaraża wprost z zapisanych stron swojej książki. Poza świetnym tekstem, który czyta się z zapartym tchem i łezką w oku (bo czasem chce się nam śmiać z żartów Kevina, a czasem chce się nam beczeć ze wzruszenia), autor książki dzieli się z nami fantastycznymi zdjęciami ze swoich podróży po Europie i nie tylko, które poruszają - w chwili ich oglądania możemy poczuć się jak sam Kevin, na którego wciąż zerkano, czy to ukradkiem spod okularów, czy też otwarcie wlepiając wzrok, w którym widać kłębiące się emocje i ciekawość. Najgorsi jednak byli ludzie, którzy nawet nie próbowali kryć się ze swoim zainteresowaniem, tylko otwarcie i nachalnie kierowali obiektywy aparatów wprost na chłopaka bez nóg, którego nie traktowali jak człowieka równego sobie, ale jak atrakcję cyrkową. Na szczęście Kevin jest silnym facetem, który poradził sobie również z takimi upierdliwymi gapiami. Podobało mi się to, że na niewielu zdjęciach, na których widać samego Kevina, można zauważyć iskierki radości, energii i życia w jego śmiejących się oczach. Fantastyczne!

Nie pozostaje mi nic innego, jak przyznać, że to najlepsza książka, jaką miałam okazję czytać w ostatnim czasie. Pełna pozytywnej energii, humoru często przyprawionego ironią, prawdziwych historii, które wzruszają. Poza tym okraszona jest genialnymi zdjęciami, które dodają wartości temu tytułowi. Polecam każdemu z całego serca!
  

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bernardinum

Tutaj możecie zobaczyć wywiad z Kevinem, który pojawił się w Dzień Dobry TVN > KLIK!<

----------------------------------------------------------------------------------

PS. Jeśli lubicie odwiedzać mojego bloga to pamiętajcie o głosowaniu w konkursie eBuka2013 - wystarczy wysłać maila na ebuka@duzeka.pl w temacie wpisując Kamykowa Czytelnia i już! :) 

Z dala od domu - Jennifer Weiner

Autor: Jennifer Weiner
Tytuł: Z dala od domu
Tytuł oryginału: Fly Away Home
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tłumaczenie: Monika Popławska
Liczba stron: 488
Oprawa: miękka ze skrzydełkami


Był sobie znany senator, który od najmłodszych lat marzył o karierze prezydenta. Była sobie również jego urocza małżonka, która nie odstępowała swojego ukochanego na krok, będąc jego podporą przez całe wspólne życie. Były również ich dwie cudowne dorosłe córki, będące dumą i szczęściem rodziców. Choć ich codzienność nie była usłana różami i można im było wiele zarzucić, rodzina Sylvie i Richarda była pełna miłości i wsparcia. I pewnie sielanka państwa Woodruff trwałaby kolejne lata, gdyby nie pojawiła się ona - ta druga.

Skandal wybuchł nagle. W mediach rozgorzało, gdy na jaw wyszedł romans Richarda i jego dużo młodszej asystentki, której zagwarantował posadę. Poukładany świat Sylvie nagle runął w gruzach. Mimo zapewnień męża, że wcale nie zależało mu na Joelle, Sylvie nie potrafi wybaczyć mężczyźnie, którego kochała przez tyle długich lat. Postanawia rzucić w diabły swoje dotychczasowe życie w okowach ciasnych pasów wyszczuplających i diet, ciągłych świateł reflektorów i ciekawskich spojrzeń innych, którzy tylko czekali na to, by senator wreszcie się potknął.  Sylvie postanowiła więc odbudować swoje wywrócone do góry nogami życie w odosobnieniu, z dala od domu.

Książkę Jennifer Weiner pochłonęłam w bardzo szybkim czasie. Z dala od domu jest niesamowicie przyjemną obyczajówką, która skłania do myślenia. Choć motyw romansów, zdrad, czy ich skutków wielokrotnie pojawiał się już w literaturze, nie odczuwałam znużenia, nie miałam uczucia, że to już było. Historia napisana przez autorkę przedstawiona jest z trochę innej perspektywy i nie chodzi tutaj tylko o ludzi sukcesu, ale o starsze, doświadczone małżeństwa, w których wydaje się, że na zdradę nie ma już miejsca. Niewierność i nielojalność pojawia się również w innych wątkach, chociażby w historii starszej córki, Diany. Problem poruszany w książce Weiner należy do powszechnych w dzisiejszych czasach, więc może okazać się interesujący dla wielu zainteresowanych tematem. Jeśli chodzi o inne aspekty tego tytuły nie mam większych zastrzeżeń - bohaterowie nie drażnili, nie męczyli, mieli dosyć silne i wyraźne osobowości. Z dala od domu okazało się być lekturą zarówno ciekawą, przyjemną, ale i momentami wzruszającą, którą mimo poważnej tematyki czytało się z lekkością. Może nie było to szczególnie odkrywcze i oryginalne, Z dala od domu nie wyróżnia się niczym wśród innych książek tego typu, jednakże jest dobrym czytadłem, na wysokim poziomie, na który warto zwrócić uwagę. Dlatego właśnie polecam ją wszystkim fanom literatury obyczajowej.
  

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Sonia Draga