Żywe trupy: Narodziny Gubernatora - R. Kirkman, J. Bonansinga

Zaślinione, zgniłe usta. Chrapliwy oddech cuchnący trupem. Nieporadny chód niezgrabnego ciała. Wygłodniałe szpony wyciągające ręce po świeże ludzkie mięso. Twoje mięso. Obraz nędzy i rozpaczy niczym z teledysku Michaela Jacksona Thriller. Ci, którzy pożegnali się ze światem jakiś czas temu, których przykrył ciężar mokrej ziemi, powracają z zaświatów, wstają z martwych. Ale w ich ciałach nie płynie krew, a ich serca nie biją znanym dotąd rytmem. Jedyne, co pozwala im egzystować to głód. Bo przecież każdy zombie ma chrapkę na soczyste ramię sklepikarza i delikatne w smaku dziecięce stópki. Ale ci, w których organizmach można jeszcze wyczuć puls, nie mogą się poddać. Muszą walczyć z martwymi, oddając jak najwięcej strzałów w głowę, jak najwięcej ciosów w zgniłe czaszki. Bo tylko tak można pokonać zombie, żywe trupy, które wyszły zasmakować Twojego ciała.

Nie kochani, nie zaczęłam pisać historii o zombiakach. Po prostu kolejny już raz wzięłam w swoje, jakże wciąż jeszcze żywe ręce, książkę o żywych trupach. Wcześniej były Ciepłe ciała, istny paranormal romance ze zgniłym ciałkiem w roli głównej, potem Feed o potędze blogowania w czasach epidemii żywych trupów, a teraz Narodziny Gubernatora z serii The Walking Dead, która pewnie większości kojarzy się z serialem telewizyjnym. Mnie również ten tytuł do pewnego czasu kojarzył się tylko i wyłącznie z serialem, który namiętnie ogląda mój brat i mój luby. Fuj. Jakoś nigdy nie kręciły mnie rozpłatane siekierą czaszki i zaślinione trupy, więc akurat w tym przypadku nie podzielałam ich fascynacji. Ale z czasem zaczęłam się przekonywać do tych obrzydliwych tworów ludzkiej wyobraźni, które już od wielu, wielu lat pojawiają się w kinie, w literaturze i nie tylko. Choć ekranizacje dalej, mimo wszystko, mnie odrzucają - preferuję ograniczenia własnej wyobraźni, które oszczędzają mi niektórych widoków przyprawiających o mdłości. Dobra, koniec dygresji, wracam do tematu. Jak już mówiłam, nigdy nie przepadałam za zombie i pewnie to się raczej nie zmieni. Jednakże z czasem wyrobiłam sobie sporą dawkę tolerancji, która pozwala mi od czasu do czasu sięgnąć po trupie historie. Tym razem trafiło na Narodziny Gubernatora.

źródło
Książka ta opowiada oczywiście o zombie. Zaczyna się kilka dni po rozpoczęciu epidemii, czy jakkolwiek nazwiemy nagłą przemianę żywych w żywych martwych, którzy polują na pozostałych żywych, którzy jeszcze nie umarli. Pomieszanie z poplątaniem, ale wiadomo o co chodzi. W zdegenerowanym świecie opanowanym przez chodzące trupy, pozostała garstka nielicznych, którzy wciąż są w stanie poczuć bicie swego serca. Wśród nich znaleźli się bracia Blake - Brian i Philip, córka Philipa, Penny i ich wspólni przyjaciele, Nick i Bobby. W piątkę starają się przeżyć, nie tracąc przy tym żadnych kończyn, choć to nie łatwe zadanie, gdy co rusz wlecze się za Wami zgniłe cielsko, które chce Was dopaść. Pytanie tylko, czy do końca książki uda im się dotrzeć w komplecie, czy po drodze do kolejnych opuszczonych, cuchnących śmiercią miast szeregi ich małej armii walczącej przeciwko zombie pomniejszą się?   

Szczerze przyznam, że obawiałam się tego tytułu. Mimo że zaczynałam przekonywać się do powieści z zombie, miałam wrażenie, że ta będzie najmocniejsza pośród tych, które miałam okazję czytać. Najbardziej zombiakowa, jeśli wolno mi tak rzecz. I w gruncie rzeczy tutaj się nie pomyliłam, bo to właśnie Narodziny Gubernatora mają w sobie najwięcej z esencji żywych trupów. Ale wbrew obawom, podobało mi się to. Początkowo myślałam, że wątek, który przedstawili w książce autorzy, pojawił się już w serialu, ale nie, to całkiem osobna historia, która jest tylko delikatnie napoczęta w wersji telewizyjnej (tak twierdzi mój brat!). Wracając jednak do wersji papierowej, to muszę przyznać, że panowie Kirkman i Bonansinga odwalili kawał dobrej roboty, tworząc tę właśnie publikację. Narodziny Gubernatora należą do tych historii, w które czytelnik się angażuje, o których myśli po odłożeniu książki, o których opowiada innym i o których nie zapomina. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Czytając tę powieść, przez chwilę przenosiłam się do całkiem innego świata, przerażającego i strasznego, w którym nigdy nie chciałabym się znaleźć. A mimo wszystko, nie każda książka potrafi porwać ze sobą czytelnika, zassać go do swojego wnętrza. Narodziny Gubernatora są ostre, wywołują ciarki strachu na całym ciele i dreszcz obrzydzenia i niedowierzania, kiedy obserwujecie to, co dzieje się z bohaterami tej powieści. Niektóre momenty są tak pokręcone i nieprawdopodobne, że naprawdę trudno w nie uwierzyć. A jednak. Mocna historia, która wywiera wrażenie. Dzięki niej książki o zombie znowu mają u mnie plus. Oby tak dalej. Ciekawe, jakie emocje zgotuje mi kolejna część...  
  

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Sine Qua Non

Ciemniejsza strona Greya - E. L. James

Autor: E. L. James
Tytuł: Ciemniejsza strona Greya
Tytuł oryginału: Fifty Shades Darker
Seria: Pięćdziesiąt odcieni, t. II
Wydawnictwo: Sonia Draga, 2012
Tłumaczenie: Monika Wiśniewska
Liczba stron: 632
Oprawa: miękka ze skrzydełkami 



I znowu ten Grey, o którym nikomu nie chce się już chyba słuchać. Na szczęście najgorszy szum wokół niego już minął jakiś czas temu, ale mimo wszystko wciąż słychać odbijające się echem pozostałości po szalonej sławie i krzykach wygłodniałych fanek mieszających się z wrzaskami hejterów. O fenomenie tej serii i o tym, że nie potrafię go zrozumieć, pisałam już przy okazji recenzji pierwszego jej tomu Pięćdziesiąt twarzy Greya (klik!). Po przeczytaniu części kolejnej dalej nie do końca potrafię zrozumieć skąd ten nagły boom i wysyp powieści erotycznych. Widać społeczeństwo, a właściwie jego żeńska część, potrzebuje ordynarnego wyzwolenia się z kajdan tabu, zaczytując się w papierowej wersji porno z niewielkim dodatkiem fabuły niezwiązanej z seksem, a raczej pieprzeniem się i bzykankiem.

O czym jest ta seria, chyba wszyscy już wiedzą. Romans niedoświadczonej Anastasii Steele z młodym i bogatym potentatem wyglądającym jak grecki bóg, Christianem Greyem wciąż przypomina szalejący ogień, trawiący kochanków z miłosnych konwulsjach. Wewnętrzna bogini przez cały czas macha pomponami, klęczy w majtkach błagając o klapsy i wywija potrójnego aksla z czymś tam jeszcze. O dziwo podświadomość miała tym razem mniej do gadania. Swoją drogą jestem ciekawa, skąd autorce tej serii wzięła się taka niesamowita głupota jaką jest przekomiczna wewnętrzna bogini i bulwersująca się co rusz podświadomość, z którymi Ana prowadzi ożywione dialogi w swojej własnej głowie. Jeśli o mnie chodzi, to moja podświadomość mówi, że to kiepski zabieg i kiwa głową z dezaprobatą, natomiast wewnętrzna bogini turla się po podłodze ocierając łzy zrodzone w rubasznym rechocie. Słabe to, oj słabe. Wracając jednak do fabuły, to prócz scen miłosnych uniesień, które stanowią lwią część tomu, mamy jeszcze treść pozostałą, czyli intrygi z bronią w tle, mroczną przeszłość Greya, jego trudne dzieciństwo i inne pokręcone sytuacje, które ratują tę książkę przed rzuceniem nią o ścianę. 

źródło
Moje wrażenia nie różnią się jakoś szczególnie od tych, które towarzyszyły mi podczas lektury Pięćdziesięciu twarzy Greya. Może było ciut lepiej, dzięki tym zagmatwanym sytuacjom, które wprowadzały dreszczyk emocji i wyczekiwania, co się stanie dalej. Bo sceny seksu w końcu obmierzną nawet najbardziej wygłodniałej kurze domowej czy seksi mamuśce rozkochanej w szarości oczu Christiana. Chyba. Pomysł w gruncie rzeczy nie jest zły, ale uważam, że można było zrobić to w dużo lepszym guście. Może wtedy nowy gatunek powieści erotycznych stałby się wysublimowaną rozrywką, a nie czytaniem pornosa na papierze, którym gardzą tłumy. Nie mam nic przeciwko scenom erotycznym w literaturze. Wręcz przeciwnie, czasem lubię sobie coś takiego poczytać. I gdyby cała ta spartaczona otoczka w serii E. L. James była dużo lepiej napisana, bardziej dojrzale i ze smakiem, a nie z denerwującą, a jednocześnie komiczną naiwnością głównej bohaterki, to mogłaby to być wręcz kultowa seria, która zapoczątkowała coś nowego. Może byłaby ceniona, a nie wzgardzana i nienawidzona, jak to dzieje się w tej chwili. I cóż z tego, że czyta się ją szybko i z przyjemnością, skoro wstyd się przyznać, że chciało się przeczytać takiego gniota?

Seria Pięćdziesiąt odcieni:

> 2. Ciemniejsza strona Greya <
3. Nowe oblicze Greya 

Kto się śmieje ostatni - Trish Wylie

Autor: Trish Wylie
Tytuł: Kto się śmieje ostatni
Tytuł oryginału: Her Man in Manhattan
Seria: KISS
Wydawnictwo: Mira
Tłumaczenie: Małgorzata Zipper
Liczba stron: 234
Oprawa: miękka



Romanse, romanse, cóż to za gatunek literacki jest. Jedni nim otwarcie gardzą, inni skrycie i namiętnie zaczytują się w kolejnych tomach. A ja? Ja jestem gdzieś pomiędzy - ani nie gardzę, choć zdaję sobie sprawę z mankamentów, jakie niosą ze sobą romanse, ani też nie zaczytuję się namiętnie, choć niejednokrotnie tytuł z tego bibliotecznego działu trafiał w moje ręce. Na ogół staram się unikać, choć nie reaguję na romanse, jak diabeł na święconą wodę. Ale moje unikanie skończyło się, gdy dowiedziałam się o nowej serii wydawniczej, która pojawiła się w ofercie Wydawnictwa Mira - Harlequin. Seria KISS, bo o niej mowa, przeznaczona jest dla młodych, energicznych kobiet, które szukają lektury lekkiej i przyjemnej, ale też przepełnionej humorem i zmysłowością. Chcąc sprawdzić, czy obietnice Wydawcy są prawdą, czy też czczą gadaniną zaryzykowałam sięgnięcie po kolejny romans. I wiecie co? Nie żałuję.

Kto się śmieje ostatni Trish Wylie opowiada historię córki burmistrza, Mirandy Kravitz, która ma już dosyć ochroniarzy siedzących jej na ogonie przez całe  życie. Jest młoda, chce się bawić, ale stanowisko ojca nie pozwala jej na to, gdyż mogłaby wywołać niepotrzebne skandale. Niemniej jednak Miranda nie potrafi usiedzieć na miejscu, więc co rusz wymyka się ochroniarzom, by zaczerpnąć trochę zakazanej wolności. Do pewnego momentu udawało jej się uciekać gorylom, ale gdy pojawił się Tyler, wolność i niezależność stała się jeszcze większym luksusem. Nowy, przystojny ochroniarz potrafi wytropić dziewczynę wszędzie, nieważne gdzie postanowi uciec. Do tego stosuje dosyć niekonwencjonalne metody ochraniania swojej podopiecznej, które coraz mniej podobają się Mirandzie. Niemniej jednak nie potrafi zaprzeczyć, że coś ciągnie ją ku Tylerowi. Czy ochroniarz ulegnie czarowi córki burmistrza?


Po romansie autorstwa Trish Wylie pod tytułem Kto się śmieje ostatni nie spodziewałam się niczego szczególnego. Gdzieś tam w głębi przeczuwałam, że skończy się na tym samym schemacie, który pojawia się zawsze - wielka i nagła, namiętna miłość, nagle coś się psuje, ale nie martwmy się, przecież zawsze jest happy end. Jakież było moje przemiłe zaskoczenie, gdy okazało się, że oklepana i przemaglowana formuła romansów gdzieś się tam została ukryta pod zabawną i pełną emocji fabułą. Oczywiście, schemat się pojawia, ale nie w tak nachalny i przewidywalny sposób, jak to zazwyczaj się dzieje w przypadku tanich romansideł. Wreszcie nadszedł powiew świeżości, który mógłby poratować ten gatunek literacki od złej sławy. Historia Mirandy i Tylera jest historią bardzo lekką w lekturze, niemniej jednak nie jest ona ani trochę naiwna i nie sprawia, że skręcają nam się flaki od nadmiaru słodkich słówek i opisów: jakiż to on boski i seksowny. Fabuła jest bardzo przyziemna i naturalna - myślę, że takie love story mogłoby jak najbardziej zdarzyć się w prawdziwym życiu i chyba właśnie ten fakt najbardziej podoba mi się w pierwszym tomie serii KISS, który miałam okazję czytać. Opowieść Mirandy w żaden sposób nie jest oderwana od rzeczywistości, tak jak działo się w przypadku innych romansów, które miałam wątpliwą przyjemność czytać. Tutaj kobiecie postaci nie denerwują swoją naiwnością, uwieszaniem się na ramieniu przystojnego faceta, którego chcą zaciągnąć do łóżka jak najszybciej się da, a męskie postaci nie wkurzają swoim nadętym stylem taniego macho. Cechy klasycznego romansu zostały gdzieś tam zachowane, ale w bardzo delikatny sposób, co czyni je przyjemniejszymi w odbiorze. I prawda jest taka, że ta seria wcale nie musi być przeznaczona tylko dla młodych i energicznych, niezależnych kobiet - niech czytają je wszystkie te, które mają ochotę na lekturę lekką, przyjemną, z powiewem świeżości i fajną historią, niezależnie od wieku :)  


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mira

Martwy wróg - Charlaine Harris

I znów Sookie Stackhouse. Zastanawiam się, czy kiedyś przyjdzie mówić mi o niej bez wyraźnego znużenia w głosie. Bo przecież jej historia ciągnie się już przez dobre dwanaście tomów, a trzynasty czeka już na mnie na półce. I właśnie to jest słowo klucz - ciągnie się - bo po tylu częściach, w których nic odkrywczego w gruncie rzeczy się nie dzieje, nic innego nie można powiedzieć.

 Sookie jest jaka jest - często denerwująca, bo najprościej mówiąc jest nawinie głupkowata, jak to stereotypowa blondynka (stereotypowa, powtarzam). Czasem jest lepiej, czasem gorzej. Szkoda, że Charlaine Harris obdarowała tę serię tak kiepską główną bohaterką, a do tego narratorką powieści, bo czasami wolałabym nie znać jej nachalnych myśli, krążących wokół męskich torsów i przyrodzeń. Wolałabym oszczędzić sobie chwil, w których kiwam głową i cicho powtarzam w głowie: masakra. No ale cóż, coś sprawia, że dotarłam już do dwunastego tomu, a to nie byle co. Gdyby było naprawdę tragicznie darowałabym sobie już na wstępie, który wcale nie był taki zły, może dlatego, że pomysł gdzieś tam był jeszcze świeży i wciąż nowy. A teraz? Teraz fabuła jest mocno naciągana, mam wrażenie, że autorka na siłę wymyśla kolejne wątki, bez których z pewnością moglibyśmy się obejść. Bo ile można czytać o tym, jak Sookie wpada w kłopoty, Eric ją z nich ratuje, a przy okazji zabijają wszystkich w koło - wilkołaki, wróżki, wampiry, mało ważne - grunt, że w treści znajdziemy przemoc, seks i krew. Na początku mogło nas to interesować, ale po kolejnej podobnej do siebie historii pojawia się melodyjka: ale to już było - chciałoby się dośpiewać i nie wróci więcej, ale niestety wciąż wraca.


Źródło
Dobra, niech nie będzie tak, że mieszam serię o Sookie Stackhouse z błotem za każdym razem kiedy o niej piszę, bo w gruncie rzeczy AŻ tak na to nie zasługuje. Jak już wcześniej napisałam, gdyby było tak tragicznie, jak wydawać się może, czytając tę recenzję, to wcale nie dotrwałabym do tego dwunastego tomu, który miałam okazję czytać. A dotrwałam i nie była to katorga, męczarnia i gehenna - ta zdarzała się przy innych publikacjach, których skończyć nie potrafiłam. A mimo wielu mankamentów, które zawierają książki Harris, serię czyta się całkiem przyjemnie i szybko. To taka odmóżdżająca, nic nie wnosząca do naszego życia rozrywka, która pomaga nam się zrelaksować. Czytadło w wersji fantastycznej, z przystojnymi wampirami zamiast seksownych śmiertelników. Choć ubolewam, że cykl ten jest słaby, to wciąż będę go czytać. Na szczęście jest jeszcze ekranizacja, która znacznie odbiega od fabuły wersji papierowej i może to dobrze, bo dzięki temu powstał naprawdę dobry serial, który przyciąga uwagę (nie tylko ze względu na serialowego Erica!) i nie nudzi, nie męczy i nie ciągnie się jak krew z nosa.

Co do fabuły Martwego wroga to daruję sobie jej przybliżanie, bo zawsze chodzi o to samo - o kłopoty, w które Sookie lubi wpadać. Będzie krew, będzie seks, będą łzy i będą tajemnice, jak zawsze. Książka nie zaskakuje, a to, przynajmniej dla mnie, jest bardzo ważny element dobrej lektury. Jedno jednakże jest pewne - serii o Sookie Stackhouse nigdy nie będę w stanie nazwać dobrą i wierzcie, chciałabym, żeby i w tym wypadku sprawdziło się nigdy nie mów nigdy.
  

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MAG

Mój łagodny bliźniak - Nino Haratischwili

Autor: Nino Haratischwili
Tytuł: Mój łagodny bliźniak
Tytuł oryginału: Mein sanfer Zwilling
Wydawnictwo: MUZA SA
Tłumaczenie: Małgorzata Bochwic-Ivanovska
Liczba stron: 288
Oprawa: miękka

Tak bardzo nie lubię książek, o których po lekturze nie umiem napisać ani słowa. Jedna wielka pustka, zero pomysłów na to, co o niej powiedzieć. Pozostaje tylko ciągła chęć ucieczki od białej kartki papieru i migającego kursora, który natarczywie przypomina mi, że wciąż nic z siebie nie wyplułam. Wolę książki, które mnie zachwycają i te, którymi mam ochotę rzucić o ścianę - one wyzwalają we mnie emocje, które sprawiają, że chcę i potrafię pisać. Nie lubię tytułów nijakich, które są mi obojętne od początku do końca. Bo co ja mam potem z siebie wydusić? Co mam przekazać ludziom, gdy w głowie pustka? Już lepsze są publikacje, które można znienawidzić, wtedy można wylać cały jad i żółć. A tak? Ile można wylewać z siebie obojętność?


Początkowo myślałam, że to będzie dobra lektura. Zgubiła mnie ta piękna, kolorowa okładka, która przykuwa oko. Nauczka, by mimo wszystko nie oceniać książki po okładce. Niemniej jednak zaczęłam czytać, powoli poznawać historię dwójki ludzi, którzy znali się od dzieciństwa, gdyż Stella i Ivo byli przybranym rodzeństwem. Ale od najmłodszych lat łączyło ich coś więcej niż braterska czy siostrzana miłość. Od zawsze potrafili rozumieć się bez słów, dzielili swoje najskrytsze myśli, skrywając je przed wścibskim światem dorosłych. W końcu zrodziła się między nimi miłość - bolesna, niemal toksyczna, od której nie potrafili się uwolnić. Aż do pewnego momentu, który rozdzielił ich na siedem lat. Niemniej jednak ten ogrom czasu minął, Stella i Ivo ułożyli sobie własne życie, z dala od siebie, mimo tego, że uczucie wciąż trwało. Czy kiedy ponownie się spotkają, będą potrafili uporać się ze swoją trudną przeszłością? Czy uwolnią się od toksycznej miłości, którą obdarzyli się w dzieciństwie?


Mój łagodny bliźniak to książka, która kompletnie mnie nie poruszyła. Mam wrażenie, że jej treść i ta historia, którą przedstawiła Nino Haratischwili, przeszła gdzieś obok mnie obojętnie, nie starając się zwrócić mojej uwagi. Nie wiem, czasem tak bywa, że nie ma chemii między lekturą a czytelnikiem i tutaj niewątpliwie to się stało. Bo ta książka nie jest zła, pod żadnym pozorem, po prostu nie zgrała się z moimi oczekiwaniami, preferencjami, moim ja. Mój łagodny bliźniak to kompletnie nie moja bajka. Czytało mi się ją ciężko, bo fabuła wydawała mi się chaotyczna i niepoukładana. Wielokrotnie nie potrafiłam się odnaleźć w jej treści. Do pisania opinii na jej temat również zabierałam się z ociąganiem, bo trudno pisze mi się o czymś, co nie wzbudziło we mnie żadnych emocji, prócz obojętności. Obojętność jest gorsza niż nienawiść, tak sobie myślę. Historia Stelli i Ivo też mnie nie obeszła - ich relacja wydawała mi się dziwna, miałam wrażenie, że oni sami nie wiedzą czego od siebie oczekiwać. Mieli sobie wzajemnie pomóc, a tylko rujnowali sobie wzajemnie życie. Nie dla mnie ta książka, ale może kogoś innego zachwyci - nie odradzam, ale też nie polecam, mimo wszystko.
  
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MUZA SA

Pięćdziesiąt twarzy Greya - E. L. James

Autor: E. L. James
Tytuł: Pięćdziesiąt twarzy Greya
Tytuł oryginału: Fifty Shades of Grey
Seria: Pięćdziesiąt odcieni, t. I
Wydawnictwo: Sonia Draga, 2012
Tłumaczenie: Monika Wiśniewska
Liczba stron: 608
Oprawa: miękka

Pięćdziesiąt twarzy Greya - tytuł, którego nikomu nie trzeba przestawiać, bo chyba każdy słyszał o pierwowzorze powieści erotycznych, wysypujących się jak grzyby po deszczu, gdy okazało się, że trylogia Greya przyciąga tysiące czytelników i zbija fortunę. Książka przepełniona seksem, klapsami i rozmowami z wewnętrzną boginią i krytyczną podświadomością. Powieść o tajemniczym młodym miliarderze skrywającym mroczną przeszłość i naiwnej absolwentce, która odkrywa w sobie nienasyconego demona seksu. Nie miałam zamiaru jej czytać, choć nie powiem, ciekawość gdzieś mnie tam zżerała, gdy co rusz widziałam ten tytuł w swoim otoczeniu. Ale czasem ciekawość to za mało. Niemniej jednak pojawił się drugi bodziec - namowy znajomych i chęć przeczytania mojej recenzji - czując się mile połechtana, stwierdziłam ok, niech będzie, co mi tam. No i poszło. Pożyczyłam (dzięki Kasiu!) i zaczęłam czytać. O Święty Barnabo, co to była za przygoda!


Tak naprawdę to nie wiem, od czego zacząć. Może od tego, że nie rozumiem fenomenu tej książki? Bo naprawdę nie rozumiem, co w niej jest takiego, co przyciągnęło te tłumy wygłodniałych czytelników, które przyssały się do niej jak Grey do sutka Any. Seks? A co w seksie dziwnego? Seks w literaturze? Przecież to też już było, pani James oryginalnością nie zgrzeszyła. Seks z pejczami, kneblowaniem i krępowaniem? No dobra, ale czy to wystarczający argument by uczynić z niej światowy bestseller? Nie wiem, wydaje mi się, że nie. Pięćdziesiąt twarzy Greya z pewnością uczyniły małą rewolucję w literaturze współczesnej (i nie tylko! już widzę te tłumy nienasyconych kobitek szukających swojego Greya!), bo znam niewiele książek, które traktowałyby o seksie z taką otwartością, jednocześnie stając się tak popularne. Trylogia E. L. James zadziałała trochę jak Zmierzch kilka lat temu, po którego premierze nastąpił wysyp tytułów z gatunku paranormal romance i romantycznych historii o miłości śmiertelnika z wampirem, wilkołakiem czy jakimś innym stworem. Teraz nastąpił wysyp powieści erotycznych, które doprowadziły też do swego rodzaju wyzwolenia kobiet. W chwili obecnej mogą otwarcie mówić o seksie, oczekując (a wręcz wymagając!) własnego spełnienia w łóżku, pamiętając, że to nie tylko facet i jego orgazm się liczą. Tak więc może jakiś fenomen tam się kryje, społeczny, ale jednak.

Źródło

Pięćdziesiąt twarzy Greya to książka z całą pewnością kontrowersyjna i z tym nie będę polemizować. Jak to mówią, seks zawsze się sprzedaje. Ale co z wartością merytoryczną tego tytułu? Jej treścią? Czy naprawdę zasługuje na to, by być światowym bestsellerem? Zdecydowanie NIE! Podeszłam do jej czytania z wielkim dystansem i świadomością, że może być źle - gdyby nie to, z pewnością nie dotrwałabym nawet do połowy, a tak, wiedząc czego mam oczekiwać, dotarłam nawet do samego końca i to w całkiem niezłym tempie. Nie przeczę, że historię Greya czyta się szybko, bo akcja mimo wszystko jest dynamiczna, ale, cholera, ta książka jest tak kiepsko napisana (i przetłumaczona przy okazji też, jak na moje oko), że w pewnych momentach mnie skręcało. Po pierwsze Ana - o ile ciekawsza mogłaby być narracja prowadzona z perspektywy Christiana... A tak musimy borykać się z rozdwojoną jaźnią naiwnej Anastasii Steele, która non stop gada ze swoją krytyczną podświadomością, która tupie małą nóżką albo krzywo patrzy zza okularów albo słuchamy jak jej wewnętrzna bogini tańczy salsę z krokami samby czy czegoś tam jeszcze albo radośnie wymachuje pomponami, gdy Grey leje ją po tyłku. No błagam, serio? I żeby to było raz albo dwa, to bym jakoś to zniosła, ale non stop?! Do tego jej ciągłe przygryzanie wargi, które doprowadzało Christiana do natychmiastowego wzwodu i swędzenie głowy, gdy nadchodziły jakieś kłopoty. Tragedia! Niby czytało się fajnie, szybko i przyjemnie, ale co chwila pojawiały się tego typu zgrzyty, które wszystko psuły. Ana jako postać i narrator jest momentami nie do zniesienia, Grey zresztą też, choć w dużo mniejszym stopniu, minimalnym śmiem stwierdzić (choć jego mała mnie strasznie irytowała). Akurat jego postać mnie zainteresowała najbardziej, a raczej jego przeszłość i to, co uczyniło go tak pokręconym człowiekiem. To mnie zaciekawiło i sprawiło, że chciałam czytać dalej - kropla w morzu beznadziei.  

Źródło

 Pięćdziesiąt twarzy Greya ma wiele mankamentów, których nie da się nie zauważyć. Ma wiele momentów, w których parska się śmiechem, bo czytany fragment jest tak niedorzeczny, że nie mieści się nam to w głowie. Są też momenty, które przyprawiają o gęsią skórkę i wywołują niesmak na twarzy.  Nie jest to dzieło literackie i nigdy nie będzie, gdyż to bardzo słabo napisana książka. Ciężko mi zrozumieć jej fenomen i nagły skok popularności. Niemniej jednak przeczytałam ją w całości, a to już o czymś świadczy, bo jeśli książka naprawdę mi się nie podoba i mnie męczy, a wręcz torturuje, za Chiny Ludowe jej nie skończę. A Pięćdziesiąt twarzy Greya skończyłam i przyznaję, że momentami moja wewnętrzna bogini była ubawiona po pachy (teraz moja podświadomość gani mnie, że mówię coś dobrego na temat tego tytułu!). Był to bardzo niski typ rozrywki, pierwotny, a wręcz prostacki, ale jednak. Porównałabym to do oglądania głupkowatych parodii filmowych - wiemy, że są głupie i żałosne, ale i tak się śmiejemy. Cóż. Wkrótce zabieram się za kolejną część, zobaczymy, czy wewnętrzna bogini będzie mnie dręczyć ponownie ;)

PS. Co do ekranizacji? Oni naprawdę chcą to nakręcić? Przecież to będzie porno, li i jedynie!