[PRZEDPREMIEROWO] Czas Żniw - Samantha Shannon

Autor: Samantha Shannon
Tytuł: Czas Żniw
Tytuł oryginału: The Bone Season 
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Tłumaczenie: Regina Kołek
Liczba stron: 520
Oprawa: miękka


Wielka kampania reklamowa na portalu społecznościowym i podekscytowane szepty tych, którzy załapali się na przedpremierową szczotkę Czasu Żniw. Co to będzie, co to będzie? Wielkie słowa, światowy bestseller, genialny debiut. Śmierdzi przereklamowaną gadaniną i gniotem, czyż nie? Bo ile razy słyszało się, że dany tytuł jest dziełem wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju, autor okazał się być maszynką do robienia pieniędzy, a w rezultacie wychodziło na to, że znów mamy Zmierzch albo Pięćdziesiąt twarzy Greya, co do których czytania wstyd się przyznać. Czy Czas Żniw również znalazł się w tym worze z kategorii guilty pleasures, który staramy się wyprzeć z pamięci, udając, że tego wcale nie było?

Nie, Czasu Żniw pod żadnym pozorem nie wrzucimy do tego ohydnego wora, który każdy z nas trzyma głęboko schowany w szafie albo najlepiej w piwnicy, żeby nikt przypadkiem go nie odkrył i nie wyśmiał nas za to, co mieliśmy kiedyś w łapach. Nie, Czasem Żniw się chwalimy, Czas Żniw stawiamy na półce, na honorowym miejscu i podziwiamy, i polecamy innym, bo to po prostu TRZEBA przeczytać, bez dwóch zdań!

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o Czasie Żniw i całym tym zamieszaniu wokół debiutanckiej powieści Samanthy Shannon, pomyślałam sobie, że to będzie tak jak z każdym przereklamowanym tytułem - szał w mediach, a jak przychodzi co do czego, to strach czytać i dzielić się swoimi przemyśleniami, bo zabraknie negatywnych wyrażeń. Trochę czasu zajęło mi zabranie się do tej książki, kiedy już wreszcie do mnie trafiła. Leżała sobie na półce i dojrzewała, czekając na odpowiedni moment. Ten wreszcie nadszedł, choć wciąż nie wydawał się tym odpowiednim. Przeglądam pierwsze strony, a tam jakieś pokręcone mapy i tabelki z dziwnymi nazwami.  Myślę sobie: co ja tutaj robię? Ale nie zniechęciłam się, czytam dalej. A im dalej w strony, tym bardziej skomplikowanie. Myślę sobie: nie dam rady. Na szczęście moment kryzysu, choć intensywny, był bardzo krótki. Szok, który towarzyszył mi podczas wchodzenia w świat Sajonu i Szeolu minął, a ja wpadłam po uszy. Oj, wpadłam i to głęboko.


Samantha Shannon jest autorką bardzo młodą, ale jakże utalentowaną (ach ten rocznik '91!), bo nie da się zaprzeczyć, że trzeba mieć niesamowity talent, żeby w tak młodym wieku stworzyć coś tak genialnego. Futurystyczny świat, mnóstwo jasnowidzów wszelkiej maści, walki duchów, senne krajobrazy i stwory, które kojarzono z szerszeniami - bajer! Uwierzcie mi, że kombinowałam nad zarysem fabuły i napisaniem czegoś bardziej ambitnego niż poprzednie zdanie, ale z każdym nowym słowem miałam wrażenie, że to, co piszę nie odzwierciedla ani trochę rzeczywistej treści Czasu Żniw, więc chyba zaniecham tegoż zabiegu - wszak możecie sobie przeczytać opis wydawcy, a on wystarczająco odzwierciedla fabułę i powinien wystarczyć jako argument by sięgnąć po tę książkę. Ale jeśli opis ten nie jest dla Was wystarczający, z chęcią dostarczę Wam kilku innych powodów, dla których warto sięgnąć po tę książkę.

Zaczynając od pierwszego powodu - dla mnie osobiście pomysł na fabułę jest czymś oryginalnym. Nie spotkałam się jeszcze z książką, która w pełni poświęcona byłaby jasnowidzom różnej maści, zaświatom, walkom duchów (a raczej duchami). Owszem, futurystyczne, dystopijne wizje były już nie raz, nie dwa, ale nie w takim wydaniu. Shannon wykreowała zupełnie nowy świat i nowych bohaterów, bo nie spotykamy się tu tylko z ślepcami (ludźmi bez daru jasnowidzenia) i widzącymi (osobami z darem), ale również z innymi gatunkami - Refaitami, którzy niejako sprawują władzę nad obecnym światem i Emmitami, którzy stanowią zagrożenie dla wszystkich. Początkowo ten natłok nowych wyrażeń i nowość wszystkiego mnie przytłaczała, ale kiedy minął już ten pierwszy szok, przepadłam.

Później bohaterowie. Już na pierwszy i największy plus zasługuje u mnie główna bohaterka, czyli dziewiętnastoletnia Paige, której daru pragną wszyscy. Ten fakt akurat może działać na niekorzyść, no bo ile było powieści, w których główna bohaterka, niby nijaka i szara, okazywała się tą najważniejszą, od której zależeć miał cały świat. Tutaj na szczęście zabieg ten nie był wyolbrzymioną groteską, jak to często bywa. Paige jest dziewczyną silną, cwaną i potrafiącą walczyć o swoje, nawet jeśli wiąże się to z oberwaniem w łeb (dosłownie). Uwielbiam mocne żeńskie bohaterki, które nie wiszą na umięśnionym przystojniaku, który z całą pewnością uratuje je z opresji - tym drugim mówimy papa, spadać do lamusa. Natomiast te pierwsze wychwalamy pod niebiosa. Jeśli chodzi o postacie męskie, to tutaj również nie mogę narzekać, choć te raczej schodzą na drugi plan (wreszcie nie ma ślicznego chłoptasia, do którego główna bohaterka ślini się przez całą książkę). Bardzo podobała mi się postać Naczelnika, którego przeszłość niesamowicie intrygowała.

Idąc dalej - wątek miłosny, który jest raczej delikatnym muśnięciem, przyjemnym oderwaniem się od gnającej do przodu akcji, w której nie brakuje intryg i knowania. Akurat tego wątku troszeczkę się spodziewałam, ale nie byłam rozczarowana, gdy moje przeczucia się sprawdziły - wręcz przeciwnie, byłam mile zaskoczona i zaspokojona tym, co zaserwowała mi autorka. Tutaj wątek romantyczny jest wątkiem pobocznym, choć nadającym emocji podczas lektury - przecież ja się prawie poryczałam przy tej książce, w której co chwilę tryska krew!

No i wreszcie akcja, akcja i jeszcze raz akcja. W tej książce jest tyle pogmatwanych intryg, że nie sposób się od niej oderwać. Czytając tę powieść miałam wrażenie, że non stop coś się dzieje - krew, pot i łzy. Naprawdę nie spodziewałam się aż tak dobrej książki i nawet nie wiecie jak bardzo się cieszę, że była dla mnie tak niesamowitym, pozytywnym zaskoczeniem.

źródło

 Jest jedna rzecz, która mnie wyprowadziła z równowagi, a mianowicie zakończenie - dlaczego urwało się tak nagle? Czytając, byłam święcie przekonana, że przede mną jeszcze kilka dobrych stron czytelniczej przyjemności, a tu nagle CIACH i koniec... Okazało się, że strony kolejne to słowniczek, soundtrack i podziękowania oraz nota wydawcy. WHY?! Dlaczego mi to zrobiliście, ja się pytam? Przecież chciałam jeszcze czytać i jeszcze, i jeszcze. Jak dla mnie, ta książka mogłaby się nie kończyć - autentycznie.

A teraz trochę bardziej poważnie. Dawno nie czytałam tak dobrej książki, która pochłonęłaby mnie od prawie samego początku. Nie przeczę, że kiedy zaczynałam lekturę miałam co do niej wątpliwości, ale jak już się wkręciłam, to nie potrafiłam się oderwać. Uwielbiam powieści, które czarują, które potrafią wciągnąć Cię do swojego świata i sprawiają, że non stop myślisz o jej bohaterach. Tak właśnie było w przypadku Czasu Żniw. Ta książka ma moc! Samantho Shannon - dałaś czadu! Tylko mam jedną prośbę - napiszesz drugi tom szybko, szybciutko, bo już nie mogę się doczekać, co będzie dalej? A Wy oszczędzajcie trochę grosza, bo premiera Czasu Żniw już 6 listopada, a tę książkę naprawdę trzeba przeczytać - ja polecam całym serduchem. :)
  

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Sine Qua Non

6 komentarzy:

  1. Cieszę się, że ci się spodobało. Zachęciłaś mnie i pewnie będę jej szukała

    OdpowiedzUsuń
  2. W ogóle nie słyszałam o tej książce! A Ty ją tak intensywnie chwalisz! O kurczę!!! Koniecznie sobie ją sprawię :D Tematyka iście moja!

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo bym chciała, żeby wpadła w moje ręce! :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmm, recenzja zachęcająca, ale chyba nie moja tematyka, nie przepadam za takimi futurystycznymi / fantastycznymi klimatami. Choć kto wie, może się skuszę, jak już będzie po premierze. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Chyba będę musiała skusić się na tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń