HITY I KITY 2013

Witajcie :)

Jak już pisałam na fejsbukowym profilu, nie lubię umieszczać na blogu podsumowań, czy to miesięcznych, czy nawet tych na koniec roku. Jakoś nie bawią mnie statystyki, numerki-bajerki ;) A że w ostatnich dniach pojawił się istny ogrom tego typu postów, postanowiłam ugryźć koniec roku trochę inaczej i podzielić się z Wami moim zestawieniem Hitów i Kitów książkowych 2013, co by była miła odmiana ;) No to jedziemy!

HITY 2013


Genialna seria, którą pokochałam od pierwszego tomu! A myślałam, że nigdy nie sięgnę po fantastykę miecza i czarów - no i do tego wszystkiego mamy przepiękną historię prawdziwej miłości. Każdy kolejny tom tej serii miażdży mnie emocjonalnie. Kocham i polecam! Dzięki A. :* 
 

 


4. Mira Grant - seria Przegląd Końca Świata (t. I - Feed / t. II - Deadline)



 
KITY 2013




2. E. L. James - Pięćdziesiąt odcieni (t. I / t. II









Przeglądając przeczytane przeze mnie w tym roku książki, nawet nie spodziewałam się, że przeczytałam tyle dobrych, które zasłużyły na to, by znaleźć się w kategorii hitów ;) To był naprawdę dobry rok, mimo tych niektórych kitów, których czasem nie da się uniknąć.

A jakie są Wasze typy na ten rok? Macie swoje hity i kity 2013?

Chustka - J. Sałyga, P. Sałyga

Sięgając po Chustkę, wiedziałam na co się decyduję. Wiedziałam, że ta lektura mnie przytłoczy, zasmuci, ale z drugiej strony napełni mnie nadzieją i radością życia, które przecież kiedyś się skończy, czy tego chcemy, czy nie. Przez chwilę miałam do siebie pretensje, że sięgnęłam po tak poważną i ciężką książkę tuż przed świętami - zamiast nastrajać się ku wigilijnemu celebrowaniu, brałam sobie na barki ciężar cudzych cierpień. I choć lektura tego dziennika nie należała do najłatwiejszych, okazała się być niesamowicie pokrzepiającą, wcale nie boleśnie przytłaczającą, mimo tematu, który porusza.

Chustka to blogowy dziennik Joanny Sałygi, która pewnego dnia zachorowała na raka żołądka. Do momentu wydania go w wersji papierowej, Joasię można było czytać na www.chustka.blogspot.com - jeszcze do niedawna pojawiały się tam nowe posty. Niestety te najnowsze nie wyszły już spod palców Joanny, gdyż wraz z 29 października 2012 rak dopełnił swojego okrutnego dzieła i z wielkim bólem musieliśmy pożegnać bohaterkę i autorkę tego dziennika.

A Joasia była naprawdę wyjątkowa. Na tyle, na ile mogłam ją poznać dzięki tej publikacji, na tyle jestem w stanie powiedzieć, że była niesamowicie charakterystyczną i charakterną kobietą. Choć rak żołądka przewrócił jej życie do góry nogami, nie przestawała kroczyć przez życie z szerokim uśmiechem i łysą głową, mimo tego że często nie miała siły wstać z łóżka, a codzienność i rokowania na przyszłość wcale nie rozpieszczały. W nosie miała głupie komentarze innych na temat jej wyglądu i choroby - takowe kwitowała sarkastyczną i dosadną ripostą. Raka, nowego towarzysza jej życia, zwykła pieszczotliwe nazywać rakelą lub skurwysynem. Z czytelnikami dzieliła się swoimi zmaganiami z chorobą, ale przede wszystkim przekazywała najbliższym bezgraniczną miłość. Najważniejszy Synek i Niemąż, byli dla niej niesamowitym wsparciem i źródłem szczęścia. Jednocześnie ona sama była wielką nadzieją i podporą dla innych chorych, którzy odwiedzali Chustkę.

Chustka nie jest lekturą łatwą. Do tych lekkich i przyjemnych też nie należy, choć mimo wszystko, wielokrotnie miałam uśmiech na ustach (dialogi z Synkiem były rozbrajające). Nie przeczę, że uroniłam też łzy - przy tej książce nie da się ryczeć jak bóbr. Dziennik ten jest przesiąknięty ogromem sprzecznych emocji, najpierw dotykają nas chwile bezbrzeżnego smutku, by za chwilę popłakać się ze śmiechu. Joasia pisała swojego bloga z wielką szczerością, a miłość do najbliższych bijąca z jej słów była niemal namacalna. Przerażający jest fakt, że rak może dotknąć każdego z nas w najmniej oczekiwanym momencie. I choć niektóre z nich są uleczalne, to niektóre, tak jak w przypadku Joasi, okazują się być tymi śmiertelnymi. Dlatego takie historie powinny być nauką dla nas wszystkich, by cieszyć się życiem, póki jeszcze je mamy, bo nikt nie da nam gwarancji na to, że umrzemy we śnie, ze starości...

Jeśli chodzi o Chustkę to bardzo polecam. Historia Joasi Sałygi jest historią niesamowicie wzruszającą i poruszającą, przepełniającą szczęściem i nadzieją. Czytajmy więc i wyciągajmy wnioski ;) 

PS. Według bloga ma się ukazać film zatytułowany Chustka oraz książka Niemęża, czyli Piotra Sałygi Nieżona - czekam z niecierpliwością ;)
 

W ten świąteczny czas..

Witajcie Kochani!

Ach, jak Święta cudownie pachną - korzennymi przyprawami, makowcem i sernikiem, grzybkami, makówkami, karpikiem i ekscytacją, uroczym podekscytowaniem przed nadchodzącą kolacją, przez celebrowaniem z rodziną i najbliższymi. Choinką nie pachną, bo sztuczna, ale nie mniej cudowna. Święta, to naprawdę dobry i przyjemny czas. Mimo tej szalonej bieganiny, szału zakupów, sprzątania i ogarniania, bardzo je lubię. Uwielbiam Wigilię, wspólne zasiadanie do stołu, smak tych wszystkich pyszności i radość z odkrywania tego, co jest pod choinką. Wtedy można obudzić w sobie trochę dziecięcej beztroski.


W tym roku, prócz dużej, złoto-czerwonej choinki w dużym pokoju i tej mniejszej, niebiesko-srebrnej w moim, zaczęła się produkcja choinek makaronowych. Przyczaiłam to cudeńko u kuzynki i od razu postanowiłam sama spróbować. Tak mi się spodobało, że zrobiłam ich kilka - część trafiła na babciowe prezenty. I kto by pomyślał, że ze zwykłego makaronu można zrobić coś tak uroczego:


 Przechodząc jednak do meritum, do sedna tego posta, chciałabym Wam złożyć świąteczne życzenia.

Z okazji tych wyjątkowych Świąt, chciałabym życzyć Wam wszystkim dużo miłości i szczęścia, radości z drobnych chwil, dziecięcej beztroski.
Życzę Wam wszystkiego, co najlepsze, spełnienia marzeń, ciepła domowego ogniska, no wszystkiego, czego tylko zapragniecie! :)
Zdrówka i mamony też Wam życzę, bo to zawsze się przyda, szczególnie tym, którzy uwielbiają nabywać nowe książki :D 

Wesołych Świąt Kochani!


Inferno - Dan Brown

Parę lat temu poszłam z Danem Brownem do łóżka. Och, jaka to była namiętna, pełna emocji, nieprzespana noc. Pamiętam ją po dziś dzień. Okres świąteczny, za oknem śnieg i mróz, we wszystkich oknach ciemno, tylko w moim tli się blask lampki nocnej. Z drugiego pokoju słychać ciche pochrapywanie rodziców, a ja, zakopana pod ciepłą kołdrą, dzierżę w łapach wielkie dzieło Dana. Ach, co to była za noc. Wciąż czuję te wypieki na twarzy, które towarzyszyły mi podczas tej wspólnie spędzonej nocy. Czytane wtedy Anioły i demony Browna dostarczyły mi naprawdę wielu emocji. Nie potrafiłam się od nich oderwać aż do momentu, kiedy zaczął witać mnie nadchodzący świt. To dopiero była przygoda. I wcale nie na jedną noc!

Nie na jedną, bo po spektakularnej lekturze Aniołów i demonów, postanowiłam sięgnąć po inne dzieła tego samego autora, czyli Kod Leonarda da Vinci. Tutaj emocji również nie brakowało, choć powoli, z mgły podniecenia i szału, który ogarniał mnie podczas czytania tych pokręconych historii o Robercie Langdonie, zaczął wyłaniać się schemat działania Browna. Coś tu śmierdzi, myślę sobie. Ale dałam spokój, bo przecież mi się podobało. Olać schematy.

Wreszcie, po kilku dobrych latach, pojawił się kolejny tom przygód o specjaliście do symboli, Robercie Langdonie, który bardziej niż ktokolwiek inny, wpada w takie kłopoty, że aż strach. I zawsze, ale to zawsze, musi być jakiś skandal. W tym roku Dan Brown zaserwował nam kolejny thriller z zagadkami na pierwszym planie, o niepokojącym tytule Inferno. Tym razem darował sobie religijne intrygi i postanowił wplątać w ten galimatias autora Boskiej Komedii, którym jest, oczywista oczywistość, Dante Alighieri.

Przytaczanie fabuły sobie daruję - wszak możecie przeczytać sobie notę wydawcy, bo przecież niczego więcej zdradzić Wam nie mogę. Jedyne, co mogę Wam powiedzieć to to, że tym razem Robert Langdon wylądował we Florencji z chwilową amnezją i raną postrzałową głowy po nieudanej próbie morderstwa. Ktoś mu siedzi na ogonie, Langdon nie ma zielonego pojęcia dlaczego. Ktoś chce zdziesiątkować ludzi żyjących na ziemi, a we wszystko to zamieszany jest Dante Alighieri i jego wizja Piekła.

Swego czasu naprawdę ceniłam sobie twórczość Browna. Potrafił mnie zaczarować, choć nie wiem, czy mówiąc o thrillerze, którym intryga ociera się o skandal, możemy mówić o jakimkolwiek czarze. Niemniej jednak czułam, że ani na moment nie chcę oderwać się od lektury, bo jeszcze coś przegapię, a przecież tam non stop coś się dzieje. W przypadku Inferno było bardzo podobnie. Dan Brown ani na trochę nie spuścił z tonu, dalej utrzymuje historie o Langdonie na wysokim poziomie, ale znowu zaczyna coś śmierdzieć. Znowu pojawia się ten sam schemat, który pojawił się w Aniołach i demonach i Kodzie Leonarda.. . Wychodzi na to, że Brown jest bardzo tendencyjny, bo prócz tego, że zmienia się pomysł na fabułę i intryga, na której będzie się on opierał, otoczka wokół niego jest niemal taka sama jak zawsze. Czytając Inferno nie mogłam pozbyć się myśli, że to już było, mimo że wcale tak nie było (if you know what I mean..). Brown naprawdę potrafi stworzyć niesamowitą historię i bardzo podoba mi się to, że opiera swoje pomysły na istniejących postaciach, bo to dodaje realizmu temu, co czytamy. Nie raz i nie dwa przyszło mi zastanawiać się, czy on tak na serio. I w Inferno również pojawia się ta chwila refleksji - a co, jak to prawda? Bo pojawia się motyw globalnego problemu z przeludnieniem. Ludzi coraz więcej, zasobów i surowców naturalnych coraz mniej, zwierzęta również coraz częściej wymierają, a my dalej, jak te króliki, rozmnażamy się, doprowadzając do własnego końca. A może by tak jakaś dżuma, która w naturalny sposób pozbyłaby się nadmiaru ludzi na Ziemi? Przecież w średniowieczu to działało, więc dlaczego teraz nie? I tak sobie Brown duma nad problemami dzisiejszych ludzi, zachęcając nas do własnych refleksji, przyprawiając to wszystko solidną porcją akcji, zagadek, które można rozwikłać tylko dzięki rozległej wiedzy głównego bohatera.

źródło
Postać Roberta Langdona bardzo lubię - niby poważny naukowiec, ale nosi zegarek z Myszką Miki. Chłop ma taką wiedzę, że tylko pozazdrościć, a do tego zajmuje się ratowaniem świata z opresji, rozwikłując skandale, które mogłyby wywrócić wszystko do góry nogami. Swoją drogą nie da się zaprzeczyć, że historie Dana Browna są kontrowersyjne i wielokrotnie starano się obalić teorie, które przedstawiał w swoich książkach. Bo niby to tylko fikcja, ale myślę, że gdzieś tam kryje się nutka prawdy i Dan próbuje otworzyć nam oczy na coś większego, czego na co dzień nie dostrzegamy, a przecież powinno być dla nas ważne to, czy jesteśmy manipulowani przez światowych potentatów albo czy faktycznie ktoś nie postanowi iść w ślady bohatera Inferno i pozbyć się setek tysięcy ludzi, dla naszego dobra.

Ok, dość tych dygresji. Mówiąc krótko i na temat, Inferno Dana Browna bardzo mi się podobało, jak każda inna książka tegoż autora, którą czytałam wcześniej. Może było ciut gorzej, ale wciąż wciąga, trzyma w napięciu do ostatniej strony, zaskakuje pomysłami i zagadkami. Jedyne, co jest trochę denerwujące, to ten schemat powieści, który sobie Dan obmyślił. Może warto byłoby spróbować czegoś innego? Choć z drugiej strony, mimo że ma się wrażenie, że każda jego książka jest do siebie podobna, w gruncie rzeczy są całkowicie inne i dają do myślenia. Także jeśli nie mieliście jeszcze okazji poznać twórczości tego pana, to polecam, choć sugeruję zacząć od tych wcześniejszych dzieł, mimo wszystko.
 

Iskra - A. K. Ryan

Autor: A. K. Ryan
Tytuł: Iskra
Tytuł oryginału: Spark
Seria: Gwiezdni Wędrowcy, t. II
Wydawnictwo: Jaguar, 2013
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Liczba stron: 408
Oprawa: miękka

Kilka miesięcy temu, wraz z premierą pierwszego tomu otwierającego cykl Gwiezdni Wędrowcy, Amy Kathleen Ryan zabrała nas w kosmiczną podróż na Nową Ziemię. Podróż, na którą zapracowali tylko wybrańcy - wybitni naukowcy, zasłużeni obywatele, szczęśliwcy. Tym, którym fortuna nie dopisała, musieli zostać na Starej Ziemi - opuszczonej i wymierającej, gdzie życie dobiegało końca w zastraszającym tempie. Ci wyjątkowi dostali szansę stworzenia czegoś nowego. Ich celem było nowe życie w lepszych warunkach. Nikt jednak nie spodziewał się, że dotarcie do tego wymarzonego celu okaże się tak trudne.

Podróż na Nową Ziemię poturbowanym statkiem Empireum wciąż trwa. Dzieciaki po traumatycznych przejściach przez cały czas starają się przetrwać każdą kolejną dobę, nie zapominając o ataku wrogiego Nowego Horyzontu, który pozbawił ich rodziców oraz wszystkich dziewczynek zamieszkujących statek. Kieran Alden, samozwańczy przywódca statku, mentorskim głosem, natchniony boską miłością, stara się utrzymać dzieciaki w ryzach, nie pozwalając im na płacz w kątach. A przecież jeszcze chwilę temu sam siedział skulony w celi, modląc się o własne życie, które chciano mu odebrać. Ach ta walka o władzę, okazuje się, że nawet dzieci z biegiem czasu zaczną o nią zabiegać, przekraczając granice moralności. Po tym, jak udało się odbić dziewczyny z wrogiego statku, na Empireum zapanowała chłodna atmosfera. Romans Waverly i Kierana wymarł, społeczność składająca się z dzieciaków zaczęła się sypać, a do tego wszystkiego, na statku pojawił się sabotażysta. Wymarzone lądowanie na Nowej Ziemi coraz bardziej zaczyna przypominać nieosiągalny sen. Ataki z zewnątrz, problemy w wewnątrz - wszystko to zaczyna prowadzić Empireum ku nieuniknionej zagładzie. Czy dzieciakom uda się dotrzeć do celu? Czy uda im się wypełnić misję, która została im powierzona, gdy rozpoczął się lot w kosmos? A może to już koniec ich przygody, która miała być przyszłością dla całej ludzkości na Ziemi?

Swego czasu Blask był długo wyczekiwaną premierą na polskim rynku. Choć wielu
źródło
czytelników nie było zadowolonych z lektury tej historii i recenzje były raczej chłodne, u mnie było wręcz przeciwnie. Pomysł dobry i według mnie oryginalny - sama nie spotkałam się z taką fabułą nigdy wcześniej, a przecież romanse paranormalne i fantastyka dla młodzieży nie jest mi obca ani trochę. W Blasku było wiele wciąż powtarzających się motywów, chociażby trójkąt miłosny czy zwyczajna dziewczyna, na której barkach spoczywa uratowanie wszystkich dookoła. Przymykając jednak oko na schematy, Blask był naprawdę interesujący - największym jego plusem była akcja, która trzymała mnie przy lekturze do ostatniej strony. Niestety, z Iskrą jest troszeczkę inaczej. Choć tempo akcji nie zmieniło się ani trochę, bo wciąż gna do przodu, to pojawił się problem głównych bohaterów, z którymi najnormalniej w świecie zaczęłam się męczyć. Waverly z dojrzałej i twardej dziewczyny, stała się denerwującą rebeliantką, w której obudziły się morderczo-sadystyczne instynkty. A Kieran? Kieran stał się nawiedzonym kapitanem statku, który odprawia msze i pierze ludziom mózgi jak Anne Mather z Nowego Horyzontu, który jest przecież wrogim statkiem. Mam wrażenie, że jakoś to wszystko poszło w złym kierunku.

Mimo tych mankamentów, o których wspominałam wyżej, czyli powtarzających się schematach, które obecnie pojawiają się w każdej powieści dla młodzieży (young adult, new adult, whatever..) czy głównych bohaterach, którzy zaczęli mnie denerwować w kontynuacji Gwiezdnych Wędrowców, to muszę przyznać, że ta seria wciąż mnie kręci. Może mniej niż na początku, ale tak czy owak, dostrzegam wartości, które ze sobą niesie. Swoją drogą, przerażające jak dzieciaki, które jeszcze chwilę temu cieszyły się beztroskim dzieciństwem i marzeniami o nowym życiu, nagle zaczęły biegać z karabinami, spiskować i walczyć o władzę, będąc w stanie poświęcić życie drugiego człowieka dla własnego widzimisię. Toż to straszne jest! Ale daje do myślenia, bo potem zaczynamy zastanawiać się, do czego tak naprawdę zdolni są ludzie, gdy znajdą się w podbramkowej sytuacji. A wracając do recenzji, wkurzali mnie czy nie, pomysł jest dobry, fabuła dynamiczna i absorbująca, dlatego polecam, mimo wszystko.
  

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar

Przegląd Końca Świata. Deadline - Mira Grant

Autor: Mira Grant
Tytuł: Deadline
Seria: Przegląd Końca Świata, t. II
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Liczba stron: 500
Oprawa: miękka ze skrzydełkami



Wyobrażałeś sobie kiedyś dzień, w którym Twoja szara, zwyczajna rzeczywistość zamienia się w tę rodem z filmu? Ile razy myślałaś sobie: takie rzeczy to tylko w filmach, w głębi serca pragnąc znaleźć się na miejscu bohaterów wielkiego ekranu? Pewnie nie raz i nie dwa, jak każdy. Cóż, może z wyjątkiem Shauna Masona i jego przyjaciół, których życie z dnia na dzień zaczęło przypominać ekranizację kiepskiej historii o żywych trupach, w której nic już nie jest zwyczajne i szare. No, może prócz zgniłej skóry zombie, którą przyszło im widywać częściej niż by tego sobie życzyli.

Mira Grant po raz kolejny zabiera nas do świata skażonego wirusem Kellis-Amberlee, w którym żywe trupy chadzające po ulicach opustoszałych miast nie są wymysłem pokręconej wyobraźni filmowców, a zwyczajną codziennością. A żeby nie było nudno, Grant przyprawiła swoją historię o zombie, poważnym spiskiem politycznym, który próbują rozwiązać blogerzy z prawdziwego zdarzenia, na czele których stanął Shaun Mason. Chłopak, który po tragicznych wydarzeniach ostatnich miesięcy nieszczególnie nadaje się do życia. Niestety, rzeczywistość, spiski i intrygi nie pozwalają mu pławić się w depresji i ogarniającym go szaleństwie, bowiem problem nie rozwiąże się sam, a ktoś musi rozwikłać sprawę tragicznej śmierci Georgii Mason. siostry Shauna.

Jak już wielokrotnie miałam okazję pisać, nigdy nie przepadałam za filmami i książkami o zombie. W ogóle nie przepadałam za zombie. Bo to takie zgniłe, śmierdzące i mało żywe. Zero fajności, taka prawda. Ale pewnego razu sięgnęłam po powieść, w której głównym bohaterem był właśnie żywy trup. No i przepadłam, bo okazało się, że nie  było tak źle, nie umarłam podczas lektury, jak się tego spodziewałam (w zombie też się nie zamieniłam!). Po tej pierwszej nadchodziły kolejne, a ja zaczęłam coraz bardziej przekonywać się do tego gatunku istot nadnaturalnych (ale filmów ani seriali dalej nie oglądam i oglądać nie mam chęci). Gdzieś między tymi historiami o umarlakach wplątała się pierwsza część serii Miry Grant, która została zaszufladkowana jako thriller polityczny z nutką horroru. I ni mniej, ni więcej można właśnie tak tę serię skategoryzować. W głównej mierze jest to thriller z odrobiną polityki, a zombie są tu tylko dodatkiem mającym przyprawić trochę fabułę przyjemnym dreszczykiem emocji - choć czy żywych trupach cokolwiek może być przyjemne?

Jeśli chodzi o serię, to już pierwsza jej część zrobiła na mnie duże wrażenie. Akcja parła do przodu, a jej zwroty sprawiały, że wstrzymywałam oddech. Kilkaset stron połknęłam w zastraszającym tempie, a przecież nie potrafiłam się za nią zabrać przez kilka dobrych miesięcy. W przypadku części drugiej zatytułowanej Deadline moje odczucia były bardzo podobne. Autorka ani troszeczkę nie spuściła z tonu, ani odrobinkę nie zrezygnowała z poziomu, który sobie wypracowała przy pierwszym tomie serii. Po raz kolejny jest emocjonująco, wciągająco i z ciętym humorem, który bardzo sobie cenię. Postacie wciąż są barwne i z charakterem. Spisek wciąż się rozwija, a my przez cały czas chcemy go rozwiązać i dowiedzieć się, kto za tym wszystkim stoi - kto jest odpowiedzialny za globalną epidemię wirusa Kellis-Amberlee i to wcale nie jedną, jedyną, bo jak się okazuje, bohaterowie powieści Grant muszą stanąć w obliczu kolejnego Powstania, który jak nic, kojarzy im się z nadchodzącym końcem świata. Czy właśnie w ten sposób autorka chce zakończyć swoją serię? Zobaczymy. Jednego jestem pewna, emocji nie zabraknie, tak jak nie zabrakło ich w pierwszej i drugiej części tegoż cyklu. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji poznać tej historii, to naprawdę warto, bo tak dobrej powieści o zombie jeszcze nie miałam okazji czytać. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Sine Qua Non

Nie zapomnij mnie - David Sieveking

Autor: David Sieveking
Tytuł: Nie zapomnij mnie 
Wydawnictwo: Drzewo Babel, 2013
Tłumaczenie: Jan Trawiński
Liczba stron: 264
Oprawa: miękka ze skrzydełkami



Im większą uwagę zwracam na nieubłaganie mijające lata i zwiększającą się liczbę przypominającą mi o moim wieku, tym częściej nawiedza mnie myśl, że moi rodzice też się starzeją i nikt nie będzie żył wiecznie. Prawda jest taka, że od zawsze bałam się starości - opadania z sił, chorób, nadchodzącego bólu. Bałam się i wciąż boję się momentu, w którym dotknie ona moich rodziców, bo przecież prędzej czy później dotknie niemal każdego. Czasem nawiedzają mnie myśli o mojej mamie, teraz silnej i zdrowej, pełnej energii kobiecie, która z czasem zamieni się w pomarszczoną staruszkę, która coraz mniej będzie moim wsparciem, bo to ja będę musiała stanowić dla niej stabilny grunt pod nogami. Przeraża mnie świadomość tego, że będę musiała obserwować, jak moja kochana mama więdnie z biegiem lat. Bo przecież rodzice powinni żyć wiecznie, będąc dzieciom opoką zawsze i wszędzie. Ale nie, nie tak świat jest skonstruowany, niestety.


W sytuacji opisywanej moimi lękami znalazł się David Sieveking, autor reporterskiej książki Nie zapomnij mnie, w której opowiada nam o swojej matce, Gretel, która gasła na jego oczach. Niegdyś energiczna, wyzwolona kobieta z szalonymi pomysłami i bujną wyobraźnią, z czasem zaczęła gasnąć, blaknąć i znikać. A wszystko przez Alzheimera, który stopniowo zaczął pożerać jej wyjątkową osobowość, którą wszyscy tak ubóstwiali. Zaczęło się od drobnych przeoczeń, coś gdzieś umknęło, nieważne, każdemu zdarza się zapomnieć. Ale gdy okazało się, że Gretel przestaje pamiętać o najprostszych rzeczach, które robiła przez całe życie, kiedy przestała poznawać najbliższych - wtedy właśnie w głowach męża i dzieci pojawiła się czerwona lampka alarmowa. Gretel przestała być uroczą staruszką, której czasem coś umknie - teraz stała się osobą chorą na Alzheimera, dla której codzienne czynności zaczynały być piekłem.

Alzheimer jest chorobą straszną, na którą ciężko cokolwiek poradzić. Nagle stajesz się pustą marionetką z chwilowymi przebłyskami świadomości. Oczywiście mowa tu o zaawansowanym stadium tej choroby, w której ludzie często zapominają o podstawowych czynnościach swojego organizmu, gdzie całkowity regres jest na porządku dziennym. Trudno jest patrzeć na to, jak nasi rodzice nie potrafią radzić sobie z najprostszymi rzeczami. Trudno jest zebrać w sobie siły, by przezwyciężyć ten strach i świadomość, że to teraz my będziemy opoką i wsparciem dla naszych rodziców, a nie oni dla nas. Role zaczynają się zmieniać, a my musimy przystosować się do nowej sytuacji, bo przecież nikomu nie jest łatwo.

Reportaż Davida jest historią bardzo poruszającą i wzruszającą. Autor nie szczędzi nam szczegółów zmagań z nieoczekiwaną chorobą jego matki. W bardzo szczery sposób opisuje nam nie tylko to, co działo się z Gretel, ale także to, jak na jej chorobę zareagowało otoczenie i najbliżsi. To właśnie ci ostatni stali się największym wsparciem dla bohaterki naszej historii - mąż, który dotąd żył ze swoją ukochaną w wolnym związku, nagle odkrył jak ważna jest dla niego własna żona i to właśnie on był przy niej zawsze, biorąc na siebie ciężar walki z chorobą swojej ukochanej Gretel. Naprawdę niesamowicie wzruszająca opowieść, która skłania do myślenia nad tym co jest i co traktujemy jak pewnik, a co w każdej chwili może przeminąć. Warto przeczytać. A jeśli nie, to z pewnością warto obejrzeć ekranizację Sievekinga pod tym samym tytułem - Nie zapomnij mnie.  

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Drzewo Babel

Przepisy kulinarne. Dieta 5:2 dr. Mosleya - dr Schenker, Spencer

Autor: dr S. Schenker, M. Spencer
Tytuł: Przepisy kulinarne. Dieta 5:2 dr. Mosleya
Wydawnictwo: MUZA SA
Liczba stron: 232
Oprawa: miękka ze skrzydełkami


Ach te diety. Wszędzie ich pełno, bo każdy chciałby zrzucić zbędny kilogram, dwa albo osiem. Liczymy kalorie, ograniczamy spożycie cukru i krzywimy się słysząc słowo tłuszcz (bleh!). Rezygnujemy z ulubionych potraw, kostek czekolady i chrupiących chipsów, by wreszcie wyglądać fit, niczym długonogie modelki z wybiegów. Trafia nas szlag, gdy z biegiem czasu waga uparcie milczy i wciąż pokazuje tę samą liczbę, a przecież zrezygnowaliśmy niemal ze wszystkich przysmaków, którymi dotąd cieszyliśmy nasze kubki smakowe. A co gdyby znaleźć dietę, która pozwala nam na jedzenie ulubionych potraw wciąż czyniąc nas zdrowymi i fit? Marzenie, prawda? Brzmi, jak dieta cud, a to tylko dieta dr. Mosleya!



Dieta 5:2, o której mowa w recenzowanej przeze mnie książce, ponoć jest dietą nr 1 na świecie. Skąd wziął się jej fenomen? Z pewnością dlatego, że pozwala na normalne odżywianie się przez niemal cały okres trwania diety. Tak, możemy jeść co tylko chcemy przez 5 dni w tygodniu, przez pozostałe 2 dni niedojadając, czyli przyjmując maksymalnie 500-600 kalorii. Dni postne mogą następować jeden po drugim lub mogą być rozdzielone - wszystko zależy od nas. Możemy również zdecydować, czy chcemy rozdzielić te 600 kalorii na kilka posiłków lub zebrać je w jeden, porządny. W ten właśnie sposób możemy pozbyć się tkanki tłuszczowej, której tak bardzo nie lubimy.



A co, jeśli nie mamy pojęcia w jaki sposób przyrządzić posiłki mieszące się w tych 600 kaloriach? Wtedy sięgamy po książkę z przepisami kulinarnymi nadającymi się do stosowania w trakcie diety 5:2. W poradniku dr Schenker oraz Mimi Spencer znajdziemy ponad 150 przepisów na dania, które możemy przyrządzić i przekąsić w trakcie dni postnych. Wśród receptur znajdziemy te na zdrowe śniadania oraz pyszne kolacje. Jedne z nich są proste, inne bardziej wyszukane - sami możemy zdecydować, co tym razem chcemy zjeść. A wszystko to doprawione jest apetycznymi zdjęciami, przy których głód murowany.



Osobiście sięgnęłam po tę książkę ze względu na przepisy, nie na dietę 5:2. Zależało mi na pomysłach na dania lekkie i mało kaloryczne, które warto od czasu do czasu spożywać, gdyż czynią miłą odmianę od ciężkich dań mięsnych, oblanych tłustym sosem, który tak lubię. I tak jak wspomniałam wcześniej, przepisy dzielą się na te proste i nieskomplikowane, jak 4 pomysły na omlet czy musli z jogurtem, jak i te bardziej wykwintne, czyli aromatyczna zupa pho czy kalmary z fasolą. Niestety, prawda jest taka, że tych wykwintnych potraw jest dużo, dużo więcej, co czyni je nieco mniej przystępnymi dla zwykłego szaraczka. Ja osobiście jestem fanką prostych acz smacznych rozwiązań, nie lubię kombinowania i udziwnień, dlatego poradnik ten nieco mnie rozczarował - nie sądzę, żeby udało mi się wykorzystać choć połowę z przedstawionych tam przepisów. Co za tym idzie, gdybym chciała poddać się diecie 5:2, miałabym bardzo ograniczone pole do popisu. Niemniej jednak poza tym poradnik ten jest niesamowicie przydatny - autorki przedstawiają w nim wiele rad, które przydarzą się w kuchni, niezależnie czy są to dania dietetyczne czy nie. Co do działania samej diety nie mogę się wypowiedzieć, gdyż jej nie stosowałam, ale podoba mi się jej idea niedojadania przez 2 dni w tygodniu i normalne jedzenia przez pozostałe 5. Jestem ciekawa, czy faktycznie działa i ułatwia spalanie tkanki tłuszczowej. Same przepisy polecam osobom, które lubią eksperymentować w kuchni.
  
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MUZA SA