Hity i kity 2012


Zainspirowana postem u Kasi piszącej w Kąciku z Książką, sama postanowiłam stworzyć listę Hitów i Kitów Książkowych 2012. Wszak końcówka roku, to czas podsumowań, a że nie lubię tych pełnych liczb i statystyk, postanowiłam wykorzystać pomysł Kasi i zakończyć swoje blogowe zmagania roku 2012 (który ponoć miał się zakończyć spektakularnym końcem świata?) takim oto postem. Niżej zestawienie Hitów i Kitów 2012 ;)

HITY 2012

1. Trylogia Igrzyska Śmierci - Suzanne Collins

2. Baśniarz - Antonia Michaelis


3. Przynęta  - Jose Carlos Somoza

Chłopiec w walizce - L. Kaaberbol, A. Friis

Autor: Lene Kaaberbol, Agnete Friis
Tytuł: Chłopiec w walizce
Tytuł oryginału: Drengen i kufferten
Seria: Nina Borg
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc, 2012
Liczba stron: 376
Oprawa: miękka ze skrzydełkami


Od dłuższego już czasu nie miałam w dłoni żadnego kryminału ani też powieści sensacyjnej. Cóż, pomijając Cienie nocy autorstwa Spindler, Kavy i Ellison, które pozostawiły po sobie porządne rozczarowanie i niedosyt, za którym nie przepadam. Więc z tym większą ciekawością i smakiem podeszłam do Chłopca w walizce. Do tego wszystkiego, apetyt na dobry kryminał zaostrzyła mi mamuśka, która jako pierwsza dorwała się do recenzowanej przeze mnie książki, stwierdzając, że jest dobra. Wreszcie udało mi się znaleźć chwilę, by sięgnąć po książkę Kaaberbøl i Friis, która to bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Tego mi było trzeba.

W wielkim skrócie można by rzec, że Chłopiec w walizce opowiada historię chłopca w walizce. Taka prawda. Ale podchodząc do tego trochę bardziej serio, to nakreślę Wam fabułę trochę bardziej. Otóż Nina Borg, pielęgniarka Czerwonego Krzyża, przypadkowo zostaje wmieszana w sprawę, o której nigdy wolałaby się nie dowiedzieć. Przyjaciółka imieniem Karin prosi ją, by kobieta odebrała zamiast niej pewną przesyłkę z dworcowej skrytki. Jedyne, co tam znajduje to walizka, a w niej trzyletniego chłopca, odwodnionego i otumanionego środkami usypiającymi. Nie wie, dlaczego ktoś przemycał w dziecko w skórzanej walizie, nie wie też, kto mógł to zrobić. Chcąc dowiedzieć się czegoś więcej, próbuje skontaktować się z przyjaciółką, lecz ta nagle zniknęła. Jedyne, co daje jej jakiekolwiek informacje, to śpiący chłopiec i podejrzany mężczyzna, który zdewastował dworcowe skrytki w poszukiwaniu czegoś, co tam zostawił. Najwyraźniej to Nina zabrała mu tu, czego szukał. Teraz kobieta znajduje się w pod bacznym okiem człowieka, który nie potrafi kontrolować gniewu.

Czy Ninie uda się uratować chłopca? Czy uda jej się uchronić przed nieobliczalnym mężczyzną, którego przepełnia czysta furia? Co Nina odkryje podczas swoich niebezpiecznych poszukiwań?

Jak już wcześniej pisałam, Chłopiec w walizce bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Choć nie miałam zbyt wielu oczekiwań, co do tej książki, to wciąż gdzieś tam czaiły się wymagania ciążące na tym gatunku. Autorki świetnie sobie z nimi poradziły. Od samego początku wprowadziły suspens, dawkując nam poszczególne informacje z rozdziału na rozdział, co sprawia, że trudno oderwać się od lektury, bo co rusz chcemy wiedzieć, co będzie dalej. Akcja podzielona jest pomiędzy wszystkich bohaterów, którzy mają istotne znaczenie w tej historii, a co za tym idzie, poznajemy fabułę z różnych perspektyw, co niewątpliwie dodaje smaczku.  Kolejnym plusem jest tematyka – trudna i poruszająca – dotycząca przemytu i porwań dzieci, i nie tylko (poruszany był również temat prostytucji oraz maltretowania kobiet i maleństw), która świetnie sprawdza się w kryminałach. Mamy bohaterów „dobrych” i „złych”, którzy zaskakują swoimi motywami działania. Niesamowite, jak wiele człowiek potrafi zrobić i oddać, by odzyskać to, co dla niego najważniejsze.

W nocie wydawcy możemy przeczytać, że duńskie autorki zasłynęły swoją kryminalną serią, której główną bohaterką jest Nina Borg, pielęgniarka Czerwonego Krzyża. To właśnie Chłopiec w walizce, jest tomem otwierającym ten cykl. Mam cichą nadzieję, że Wydawnictwo Papierowy Księżyc nie zaprzestanie wydawania tej serii, która, chcąc nie chcąc, w jakimś stopniu skradła moje serce. Oby tak dalej. Póki co, jak najbardziej polecam fanom gatunku, i nie tylko!

Moja ocena: 8,5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papierowy Księżyc 

ostatni stosik 2012 ;)


Niechęć do pisania recenzji dalej się mnie trochę trzyma, więc aby nie przedłużać zastoju na blogu, staram się publikować posty "około książkowe". Tak właśnie natchnęło mnie do tego, by pokazać Wam mój ostatni już w roku 2012, grudniowy stos książkowy z nowościami, które pojawiły się u mnie w ostatnim czasie, jak i tym trochę dalszym ;) Nie przedłużając:


Od góry:
  • Zapytaj Alice - Anonim - od Wydawnictwa Remi
  • Śmiertelna groźba - Jim Butcher - od Wydawnictwa MAG > recenzja TUTAJ <
  • Martwy wróg - Charlaine Harris - j.w.
  • Cienie nocy - Kava, Spindler, Ellison - od Wydawnictwa G+J  > recenzja TUTAJ <
  • Zaułek potworów - praca zbiorowa - j.w.


Od góry:
  •  Na fejsie z moim synem - J. L. Wiśniewski - z wymiany na LC
  • Serce w chmurach - J. E. Smith - j.w.
  • Księżyc w nowiu - S. Meyer - j.w.
  • Zmierzch - S. Meyer - j.w.
  • Miłość kąsa - Lynsay Sands - od Secretum > recenzja TUTAJ <

I jak, znaleźliście w tych stosikach coś dla siebie? W ogóle, jak tam po świętach? Najedzeni i obładowani książkowymi prezentami? :D

Zapytaj Alice - Anonim

Swego czasu zaczytywałam się w książkach, których tematyką była narkomania. Ćpun, My, dzieci z Dworca Zoo, Pamiętnik narkomanki, Hera moja miłość. Historie przejmujące, przepełnione smutkiem i brutalnością, często z tragicznym zakończeniem. Od dłuższego już okresu nie miałam styczności z tego typu literaturą, aż w pewnym momencie w moje ręce trafiła anonimowa książka zatytułowana Zapytaj Alice. Kojarzy Wam się z bardzo podobnym tytułem Idź, zapytaj Alice? To dokładnie ta sama pozycja, tym razem jednak wznowiona przez Wydawnictwo Remi. Co do lektury nie miałam większych oczekiwań, ot kolejna książka w kolejce do przeczytania. Niestety, chyba takową pozostanie.

Zapytaj Alice to anonimowa książka napisana w formie pamiętnika. Autorką jest piętnastoletnia dziewczyna, która nie potrafi odnaleźć się pośród towarzyskich meandrów. Nie ma zbyt wielu przyjaciół, między nią a rodzeństwem panuje duża rywalizacja, a do tego wszystkiego nastolatka nie potrafi dogadać się z rodzicami. Można by rzec, że to prawie normalne, wręcz standardowe problemy dorastających dzieciaków. I gdyby autorka pamiętnika przeżyła te domorosłe bolączki, jak każdy inny nastolatek, wszystko byłoby w porządku. Ale prawda jest taka, że trafiła we złe miejsce, o niewłaściwym czasie.

Nastolatce wreszcie udało się wbić się w popularne towarzystwo. Dzieciaki, impreza, wszystko wydało się być okej, dopóki dziewczyna nie spróbowała narkotyków po raz pierwszy. Raz spróbowane środki odurzające, które przypadkowo trafiły do napoju nastolatki, rozbudzają w niej pożądanie kolejnych takich odjazdowych wrażeń. I choć zdaje sobie sprawę, że każdy ćpun jest obrzydliwy, a narkotyki są złem, ona czuje się ponad tym. Autorka pamiętnika uważa, że kontroluje całą sytuację, że wciąż może przestać. Ale prawda jest taka, że wcale nie może. Ten pierwszy raz, który miał być ostatnim, trafił na podatny grunt słabej psychiki dziewczyny. Jej pociąg do narkotyków narastał, zaczęły się ucieczki z domu, przygodny seks z przypadkowymi chłopakami, problemy z policją, handel. Doskonała droga na samo dno, na które przecież nie chciała trafić, wszak kontrolowała sytuację. Ale to narkotyki zaczęły kontrolować piętnastolatkę.

Zapytaj Alice to bardzo intymna, bolesna i przejmująca historia upadku na samo dno. Bo nie można zaprzeczyć, że bohaterka właśnie tam się znalazła w pewnym momencie swojego życia. Ale na szczęście nie była sama, mimo wszystko u swego boku miała lojalnych i kochających rodziców, którzy nie opuścili jej w najgorszych momentach. Niestety, historia nastolatki skończyła się tak, jak się skończyła. Zapytaj Alice to smutna książka, jak każda, która opowiada o tragicznych zmaganiach z uzależnieniem narkotykowym. Z pewnością daje do myślenia, szczególnie tym, którzy z narkotykami mieli bliski kontakt. Ale czy przestrzega? Nie wiem. Oby. Bo takie historie są naprawdę przykre i smutne.

Niestety, prócz sporego bagażu emocjonalnego, który Zapytaj Alice ze sobą niesie, książka nie daje nam niczego więcej. Owszem, zalewają nas pytania, wątpliwości i refleksje, ale wciąż nie ma tego prawdziwego wstrząsu, który dałby nam realnego kopa, który otworzyłby nam oczy na rzeczywistość. Autentyczności tej książce dodaje fakt, że jest ona oparta na czyimś prawdziwym życiu, ale w gruncie rzeczy cóż z tego? Ile takich historii mieliśmy okazję słyszeć? Chociażby Rysiek Riedel…

Może jestem znieczulona, może nieczuła, bez serca, nie wiem, ale na mnie Zapytaj Alice nie wywarła szczególnego wrażenia. Przeczytałam, przemyślałam swoje, ale nie uderzyło mnie to wszystko w sam środeczek duszy, co jest niezbędne przy tego typu historiach. Tutaj było przeciętnie. Ale czy mam prawo nazywać czyjeś życie przeciętnym? Sprostowując więc – jako książka, Zapytaj Alice to przeciętniak, jako życiowa historia, naprawdę smutny i przygnębiający przypadek, jakich było wiele. Tyle.

Moja ocena: 6/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Remi 

Miłość kąsa - Lynsay Sands

Autor: Lynsay Sands
Tytuł: Miłość kąsa
Tytuł oryginału: Love Bites
Seria: Saga Rodu Argeneau
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 336
Oprawa: miękka

Wampiry, wampiry i tak, znowu wampiry. Po Zmierzchu wampirzych historii na rynku książkowym nie brakuje. Najbardziej kwitnącym gatunkiem, który inspiruje się krwiopijcami rodem z powieści Stokera i Anne Rice okazują się być romanse paranormalne (ang. paranormal romance), które modyfikują przygody swoich bohaterów z lepszym lub z gorszym skutkiem. Nie będziemy zaprzeczać, że te fantastyczne kreatury z olśniewającą urodą, niezwykłą siłą i kłami gotowymi wbić się nasze szyje, nie są nam obojętne. Sama bardzo lubię czytać historie o wampirach, ale ze względu na fakt, że tych jest coraz więcej na rynku, poprzeczka zaczyna się podnosić, a wymagania i oczekiwania rosną. Wychodzi na to, że coraz trudniej mnie zadowolić i pewnie nie jestem odosobniona w swoich przekonaniach. Dlatego każda kolejna książka o wampirach, która trafia w moje ręce wzbudza we mnie coraz większe wątpliwości. Ale biorąc w dłonie kolejną część Sagi Rodu Argeneau Lynsay Sands myślałam sobie, że po mojej entuzjastycznej opinii części pierwszej nie może być źle. O jakże się myliłam!

Źródło
Miłość kąsa to drugi tom Sagi Rodu Argeneau autorstwa Lynsay Sands. Poprzednia część przybliżyła nam losy Lissianny Argeneau, która miała problemy z wegetariańskim żywieniem się krwią. Teraz, w części kolejnej, autorka opowiada nam o bracie Lissi imieniem Etienne. Od dłuższego już czasu chłopak ma pewne problemy z prześladującym go śmiertelnikiem, który chce się zemścić na wampirze za odebrane mu szanse na sukces. Pudge, bo tak zwie się prześladowca Etienne’a, wielokrotnie targał się na życie krwiopijcy, lecz jego wiedza na temat tych istot i ich uśmiercania jest tak wybrakowana, że Etienne’owi wciąż i wciąż udaje się uniknąć ostatecznej śmierci.

Pewnego razu, po nieudanym zamachu Pudge’a, Etienne trafia do kostnicy, w której pracuje pewna ruda piękność imieniem Rachel. Już od pierwszego spotkania między tą dwójką widocznie iskrzy. Jeszcze bardziej iskrzy, gdy Rachel i Etienne spotykają się ponownie, znów w kostnicy. Jednakże tym razem w romantyczne pogaduszki wkrada się świszczący głos zamachowca i jego ostra jak brzytwa siekiera, która miast Etienne’a, trafia prosto w Rachel. Niewiele myśląc wampir postanawia uratować rudą piękność, obdarowując ją nieśmiertelnością. Jedyny problem tkwi w tym, że wampiry w swoim niesamowicie długim życiu mogą przemienić tylko jednego osobnika i zazwyczaj jest nim wybranek lub wybranka serca. Ale czy przypadkowo poznana kobieta zasługuje na tak wyjątkowe miano? Czy Rachel doceni dar, jaki otrzymała od swojego wybawcy?

Jak już wcześniej wspominałam, Miłość kąsa to już moje drugie spotkanie z twórczością Lynsay Sands. Wcześniej, gdy czytałam Ukąszenie, byłam pod całkiem sporym wrażeniem. W powodzi sztampowych historii pisanych na jedno kopyto, nagle z burzliwych fal wyłoniło się coś wyjątkowego i oryginalnego. Otóż główną bohaterką okazała się być silna i niezależna wampirzyca, a nie przystojny wampir, na którego lecą wszystkie panienki o oczach przestraszonej sarny, które trzeba ratować z opresji. Wręcz przeciwnie, to mężczyzna był tutaj na tej drugoplanowej, słabszej pozycji, dzięki czemu Sands zyskała moją sympatię, tak jak i jej książka. Ale tutaj, w drugim tomie, wszystkie moje zachwyty zostały pogrzebane. Gdzie ta charyzma, pomysły i styl, który mnie porwał poprzednim razem? Wyparował!?

Źródło
Moje oburzenie bierze się stąd, że Miłość kąsa to naprawdę słaba książka, w porównaniu do Ukąszenia, które czytałam wcześniej. Niesamowicie żałuję, że Lynsay Sands tak bardzo sobie odpuściła w pisaniu kolejnego tomu Sagi. Niebo a ziemia. Faktem jest, że gatunek paranormal romance zawiera w sobie trochę naiwności, lekkości i mało ambitności, jak to na romans przystało. Ale Sands pokazała, że świetnie potrafi wyważyć smaczki paranormala i romansu, by nie tworzyć czegoś kiczowatego i słabego. Widać w drugim tomie jej zdolności się wyczerpały, bo miast harmonijnego połączenia dwóch gatunków dostajemy gniot, jakich mało. Bohaterem znów jest przystojny, cudownych, och i ach, Etienne, który, cóż za zaskoczenie, ratuje biedną i zagubioną, słabą kobietkę z śmiertelnego niebezpieczeństwa. Potem mamy scenariusz rodem z komedii romantycznej, a wszystko to okraszone jest dużą ilością seksu. Etienne i Rachel, jak już zaczęli uprawiać miłość, uprawiali ją nieprzerwanie. No ileż można!? Jasne, czasem takie smaczki są jak najbardziej wskazane, ale żeby co kilka stron? Co to, Pięćdziesiąt twarzy wampira? Wampirza powieść erotyczna dla mamusiek? No błagam…

Ok, nie było tak tragicznie, jak może się wydawać po wcześniejszym akapicie. Gdyby wyciąć te kiczowate sceny seksu, słabą fabułę i przeciętnych bohaterów, to zostaje nam średnie czytadło paranormalne, które czyta się lekko, przyjemnie, ale też bez rewelacji. Może gdybym czytała tę książkę zanim poznałam Ukąszenie, moja opinia byłaby nieco łaskawsza, ale po tomie poprzednim wiem, że autorkę stać na dużo, dużo więcej, niż to, co spłodziła w części drugiej, czyli Miłość kąsa. Obecnie przyjemne w lekturze czytadło to zbyt mało, by książkę chciało się czytać. W przygotowaniu jest już kolejny tom Sagi Rodu Argeneau p.t. Wampir pozna panią i mimo że polubiłam tę pokręconą, ale jakże zgraną i sympatyczną rodzinkę, to wciąż mam obawy, co do umiejętności pisarskich Sands. Póki co mamy tendencję spadkową, co będzie później? Oby coś odwrotnego. Jak bardzo polecam Ukąszenie, tak bardzo odradzam Miłość kąsa, niestety.

 Moja ocena: 5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Secretum oraz Wydawnictwa Prószyński i S-ka

Świąteczna prywata, czyli dlaczego na blogu tak mało recenzji?

Pewnie ci, którzy wpadają tu regularnie i przyzwyczaili się do tego, że recenzje pojawiają się systematycznie co 2-3 dzień muszą się dziwić, czemu ostatnio tak cicho w Kamykowej Czytelni. Ostatnia recenzja była 5 dni temu, wcześniejsza 12 dni temu, no jak to tak? Co to za leniuchowanie? Ano żadne! Bo do leniuchowania mi daleko. A bo iświęta, trzeba sprzątać, myć okna iii... piec ciasteczka! To właśnie jeden z powodów mojej ostatniej nieobecności - najpierw piekłam całe rano i przedpołudnie niemal hurtowe ilości świątecznych ciachulców, by po południu paść trupem z kręgosłupem wygiętym w drugą stronę. Potem trzeba by te ciacha jakoś przyozdobić, no i znów czas na pisanie recenzji mi umknął... Niby wczoraj na facebooku obiecałam, że dzisiaj już na pewno recenzja będzie, ale te gołe ciacha wołały mnie z kuchni bez przerwy i musiałam się poddać. W rezultacie "ubrałam" jedną partię ciach, tych orzechowych, a następna migdałowo-korzenna partia wciąż czeka saute. Niżej efekty mojej pseudo twórczości i antytalentu zdobniczego ;) :



 
Prawda jest też taka, że chęci też mi gdzieś ostatnio umknęły. Czytam dalej chętnie i z zaangażowaniem, ale pisać recenzje? Oj nie, tylko nie to... Wena mnie opuściła, "na chama" mi się nie chce, no i tak to masz. Do tego wszystkiego na nowo wkręciła mi się moja uśpiona włosomania i mykam po tych wszystkich kosmetycznych blogach jak szalona, nakładam na głowę maski, odżywki, oleje i henny, a wszystko to w walce o długie i piękne, zdrowe włosy (nawet korci mnie, by założyć bloga stricte włosowego, na którym będę mogła śledzić swoje postępy! - tak w ogóle, co Wy na to?). No i nie wiem no, rozmemłałam się niesamowicie z tym pisaniem, jutro postaram się wziąć za siebie, ale obiecywać już nie będę, bo widać, co z tego wychodzi :<

Póki co napawam się ciepłem domowego kaloryfera, zapachem czekoladowego olejku eterycznego unoszącego się z mojego kominka do aromaterapii i smakiem truskawkowego lizaka ;D Trzymajcie się Kochani i wybaczcie mi to słodkie lenistwo, na dniach postaram się wrócić do pisania ;*

POZA KSIĄŻKAMI: kamyk słucha muzyki!



Dziś recenzji nie będzie (mimo tego że książkę mam przeczytaną -> Miłość kąsa [oj słabiutko, tyle Wam powiem]), bo nie mam weny na to, by pisać, taka prawda, a nie chcę robić tego byle jak. Za to natchnęło mnie by podzielić się z Wami przepięknym i jakże smacznym kawałkiem muzyki, który dane mi było odkryć w dniu dzisiejszym, a przy okazji odświeżę, dawno niewidziany na blogu cykl POZA KSIĄŻKAMI.

Cóż to za piękny kawałek muzyki? Ach! Połączenie cudownego dźwięku skrzypiec z dubstepem, nad którym zawisło miano hipsterskiego, przyprawionego nutką muzyki elektronicznej i jeszcze czymś pysznym. Autorką tegoż cudu jest niejaka Lindsey Stirling, którą to dane mi było poznać w podróży ze szkoły. Wrzucając linka na facebooka okazało się, że pani ta wcale nie jest kimś nowym, nieznanym, a wręcz przeciwnie! To ja siedziałam w czarnej dupie niewiedzy, gdzie nie docierały do mnie te przepiękne dźwięki! Dobrze, że z niej wyszłam ;) Teraz dzielę się z moim znaleziskiem z Wami, a co ;)

Posłuchajcie... 


 I wiele, wiele więcej do posłuchania tutaj > http://www.youtube.com/user/lindseystomp

A Wy znaliście już wcześniej Lindsey Stirling? A jeśli nie, to czy podoba się Wam taka muzyka? Piszta śmiało! ;)

Śmiertelna groźba - Jim Butcher

Źródło
Z Dresdenem miałam okazję spotkać się już po raz trzeci. Wcześniej w moje ręce trafił Front Burzowy i Pełnia Księżyca, które to książki wspominam bardzo pozytywnie. Choć początkowo czegoś mi w brakowało w przygodach pokręconego maga imieniem Harry, to z każdą kolejną częścią rosła moja sympatia, zarówno do głównego bohatera, jak i do pomysłu i stylu pisania Jima Butchera. Teraz przyszedł czas na trzeci tom Akt Dresdena, czyli Śmiertelną Groźbę. Zanim rozwinę swoją opinię, powiem tylko jedno: Butcher przeskoczył poprzeczkę, którą sobie postawił przy okazji poprzednich tomów.

A co tym razem zmajstrował Harry Dresden? Wpakował się do świata duchów, które od pewnego czasu zaczęły wariować. Dziwnym zbiegiem okoliczności w Chicago zaczęły nasilać się ataki mściwych duchów, a oczywistością jest, że przypadków nie ma. Ktoś lub musi stać za tymi burzliwymi nastrojami w krainie potępionych dusz. Tylko kto? A może co? Harry jako jedyny mag w Chicago musi rozwikłać tę zagadkę, by ocalić mieszkańców swojego miasta. Szczególnie, że sprawa ta zaczyna coraz bardziej dotyczyć jego samego, a także jego najbliższych i współpracowników.

Z Michaelem dzierżącym boski miecz, Harry stawia czoło kolejnym zjawom, które nawiedzają mieszkańców Chicago. I żeby tego było mało, na drodze Dresdena staje kolejny problem – elfia matka chrzestna, która chce go zwabić do swojego świata oraz wampirza władczyni, która chce się pozbyć niewygodnego maga, jak najszybciej to możliwe. Nie można powiedzieć, żeby w życiu Dresdena brakowało emocji i przygód, szkoda tylko, że tak wiele z nich może skończyć się jego śmiercią. Ale znając Harry’ego, wykaraska się z wszystkich niebezpiecznych sytuacji. Tylko ile będzie go to kosztowało?

Tak jak napisałam na początku, to już moje trzecie spotkanie z twórczością Jima Butchera. Początkowo miałam wątpliwości, co do tego, czy książka mnie porwała, czy też nie. Niby było fajnie, bohater na duży plus, ale czegoś mi brakowało. Na szczęście się nie zniechęciłam i dałam Butcherowi kolejną szansę, kiedy sięgnęłam po Pełnię Księżyca. Cieszę się, że nie zrezygnowałam, bo w kolejnym tomie serii pojawiło się to niezidentyfikowane coś, którego wcześniej mi brakowało. Teraz z czystym sumieniem mogę rzec, że z każdym kolejnym tomem jest coraz lepiej. Dresden zaskarbia sobie coraz więcej mojej sympatii, bo jak nie lubić tego pokręconego, nieco gapowatego maga, który w głębi serca jest wrażliwym dżentelmenem i dobrym człowiekiem, który troszczy się o innych? Męski, silny, dowcipny i momentami rozczulający. Lubię go, nie będę ukrywać. Uważam, że to największy atut serii. Ale nie jedyny! Bo Jim Butcher ma świetne, lekkie pióro, a jego książki czyta się błyskawicznie, z ogromną przyjemnością. Podoba mi się to, że autor utrzymuje poziom, a nawet trochę podnosi poprzeczkę z każdą kolejną przygodą Dresdena. W Śmiertelnej Groźbie nie brakuje emocji, gorącą akcję mamy praktycznie non stop, a wszystko to przyprawione jest dawką nieco ironicznego i sarkastycznego humoru, który trafia w moje gusta.

Akta Dresdena to świetne połączenie fantasy, powieści sensacyjnej i komedii. Jest to idealna seria, kiedy chcemy sięgnąć po coś lekkiego i nieobciążającego naszych myśli, lecz wciąż na wysokim poziomie. Trzeba przyznać, że książki Butchera o Harrym Dresdenie to wyborna rozrywka na zimowe wieczory. I jak się pewnie domyślacie, polecam, bo cóż innego mi pozostało? Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji poznać maga z Chicago, niech czym prędzej to zmieni, bo naprawdę warto poznać tego faceta.

Moja ocena: 8/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MAG 

Chłopcy - Jakub Ćwiek

Chyba każdy z nas kojarzy dobrze znaną historię Piotrusia Pana, którą tworzył J.M. Barrie. Psotny chłopiec zamieszkujący Nibylandię, któremu bardzo daleko jest do poznania trudów dorastania. Przewodzi grupie Zaginionych Chłopców, przyjaźni się z wróżką imieniem Dzwoneczek oraz walczy ze złym i niegodziwym Kapitanem Hakiem. Pewnie wielokrotnie słyszeliśmy o przygodach Piotrusia Pana, gdy jako dzieci przytulaliśmy głowy do poduszki, tuleni do snu kojącym głosem rodzica. Ale co gdy tę sielankę wzbogacimy o ryk silnika? O przekleństwa wydobywające się z ust wyrośniętych, brodatych, wytatuowanych, lecz wciąż niedojrzałych członków gangu motocyklowego? Czy połączenie bajki o Piotrusiu Panie z ciężkim zapachem skórzanych kurtek i chamskimi bluzgami ma rację bytu?

Jakub Ćwiek, autor popularnego cyklu Kłamca, miłośnik i znawca literatury fantastycznej, pokusił się o właśnie takie połączenie. Piotruś Pan i gang motocyklowy. Ryk silników i pyłek wróżki. Łagodność i sielanka dziecięcej bajki z wulgarnością i brutalnością świata dorosłych. Chłopcy to moje pierwsze spotkanie z twórczością Ćwieka i nawet nie wiecie jak bardzo nad tym ubolewam. Czemuż to byłam taką nieświadomą ignorantką, by nie zwrócić uwagi na tak dobrego polskiego autora fantasy. No czemuż? Cóż, czas nadrobić straty i skończyć te utyskiwania, przechodząc do rzeczy.


Źródło - kliknij, aby powiększyć
Jak pewnie się domyślacie, Chłopcy bardzo mi się spodobali. Choć gdzieś tam kryła się odrobina niepewności przed nowym, nieznanym i pokręconym (bo czy pomysł Ćwieka nie jest odrobinę pokręcony?), to z wielkim zapałem zabrałam się do lektury. Pierwszą rzeczą, która skradła moje serce, a która rzuca się w oczy najbardziej, jest oprawa graficzna i to od niej zacznę swoją recenzję. Wystarczy tylko spojrzeć na okładkę i na ilustracje Roberta Adlera, by się zakochać, by chcieć tę książkę czytać. I nie mówcie mi, że nie ocenia się książki po okładce, bo się ocenia. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze, a te było OSZAŁAMIAJĄCE. Cieszę się, że wnętrze mnie nie zawiodło. Wracając jednak do oprawy, to jedną z ważniejszych rzeczy jest to, że wydanie Chłopców jest szyte, więc możecie zapomnieć o problemie złamanego grzbietu. Idąc dalej, twórca tego wydania rozpieścił czytelnika wszytą wstążeczką, która działa jak zakładka (dlaczego w każdej książce tego nie ma?!). Potem okładka – fenomenalna! Przyciągająca wzrok, z tłoczonymi, śliskimi elementami, które zmusiły mnie do macania przez jakieś 15 minut. Poważnie! No i te ilustracje, o których już mówiłam. Genialne! Przypominają mi te, które często przeglądam na boli.blog.pl – chyba ta sama osoba maczała palce w upiększaniu Chłopców (poznaję po kresce i sposobie rysowania kobiecych piersi!). Ach, byłabym zapomniała – na końcu czytelnik znów jest rozpieszczany, bo może przyjrzeć się bliżej najważniejszym bohaterom książki – również zasługa Roberta Adlera. Chylę czoła!

Zagłębiając się jednak dalej, nie pozostaje nam nic innego, jak omówić treść Chłopców. Ta również nie zawiodła. W jakimś stopniu obawiałam się tego wybuchowego połączenia Piotrusia Pana i serialu Sons of Anarchy (o czym przeczytać możemy w nocie wydawcy). Czyżby Piotruś zamiast zielonych rajstopek i kapelusika z piórkiem przywdział lateksowe spodnie i skórzaną kurtkę? Oj nie, to nie tak. Piotrusia mamy tu jak na lekarstwo, gdyż Jakub Ćwiek głównie skupił się na towarzyszach Pana, czyli Zagubionych Chłopcach i Dzwoneczku. W swym zbiorze opowiadań przedstawia nam przeróżne przygody wyrośniętych już mężczyzn – Stalówki, Kędziora, Kruszyny, Milczka i Bliźniaków – którym mimo średniego już wieku, daleko do dorosłości. Choć przerażają posturą, językiem i chęcią do bitki, to wciąż gdzieś w głębi pozostają chłopcami, niedojrzałymi i zagubionymi. Ich przewodnikiem po życiu jest Dzwoneczek, którą nazywają swoją mamą. Pomieszkując w starym lunaparku, podróżują Skrótem, bawią się magicznymi proszkami, zabijają Szczury i podrywają chętne kobitki. Zero odpowiedzialności, zero problemów dorosłości, hulanki i swawole do świtu.

Źródło
Choć nie przepadam za opowiadaniami, ze względu na fakt, że zbyt szybko się kończą, to tutaj wszystko pięknie się zgrało i dało całkiem miłe wrażenie ciągłości. Czytając poszczególne teksty zniknęło odczucie podziału, wszystko ładnie się ze sobą łączyło, co w rezultacie sprawiło, że czułam się, jakbym czytała osobne rozdziały, a nie opowiadania o Zagubionych Chłopcach. Tutaj niewątpliwie plus, szczególne ze strony osób, które od krótkich tekstów wolą trzymać się z daleka – od Chłopców nie muszą. Książkę czyta się naprawdę lekko, mimo tego że przekaz do najlżejszych nie należy. Ale wciąż można się przy niej nieźle ubawić. Próbuję wybrać bohatera, który byłby moim faworytem, ale nie potrafię, bo wszyscy zyskali moją sympatię. Żałuję tylko jednego – to już koniec? Czytało mi się tak dobrze, że nie zauważyłam ostatniej strony zwiastującej zakończenie Chłopców. Szkoda, że takie książki, jak ta Ćwieka muszą się kończyć. Mam nadzieję, że autor wróci do pisania o swoich bohaterach – ja z pewnością będę czekać na więcej historii i przygód Zagubionych Chłopców.

Jak pewnie się domyślacie, polecam. Tym, którzy znają twórczość Jakuba Ćwieka i tym, którzy jej nie znają (tym w szczególności!) Tym, którzy w dzieciństwie lubili bajkę o Piotrusiu Panie i tym, którzy lubują się w gangach motocyklowych, skórzanych kurtkach i ostrej jeździe. Warto, oj, warto.

Moja ocena: 9/10

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Sine Qua Non

Cienie nocy - Kava, Spindler, Ellison

Autor: A. Kava, E. Spindler, J.T. Ellison
Tytuł: Cienie nocy
Tytuł oryginału: Slices of Night
Wydawnictwo: G+J Książki
Liczba stron: 184
Oprawa: twarda


Trzy policjantki - Stacy Killian, Taylor Jackson i Maggie O’Dell - w trzech różnych miastach, a w nich kilka, wydawać by się mogło, kompletnie niepowiązanych ze  sobą zabójstw i on jeden, seryjny morderca, który łączy to wszystko w jedną, spójną całość. Doświadczone w ściganiu niebezpiecznych przestępców kobiety, znów spotykają na swej drodze nieuchwytnego, który niczym duch nie daje się schwytać policji. Czy uda im się go złapać? Wszak agentki mają na swym koncie wiele sukcesów i wielu unieszkodliwionych złoczyńców, czym więc jest dla nich jeden przestępca?

Alex Kava, Erica Spindler i J. T. Ellison, wielokrotnie nagradzane i doceniane autorki powieści kryminalnych i thrillerów psychologicznych, postanowiły połączyć swoje pisarskie siły, by stworzyć jedno, wspólne dzieło. By je stworzyć, po raz kolejny wywołały do tablicy bohaterki swoich najpopularniejszych serii książkowych. Mowa tu o Maggie O’Dell, którą zna większość fanów Kavy, o Taylor Jackson z serii J.T. Ellison oraz detektyw Stacy Killian, którą stworzyła Erica Spindler. Teraz wszystkie trzy policjantki, połączywszy swoje siły, umiejętności i zdolności, muszą złapać kolejnego seryjnego mordercę, który stanął na ich drodze. Znając Maggie O’Dell i Stacy Killian, przestępca naprawdę ma się, czego bać.

Początkowo, sięgając po Cienie nocy miałam pewne wątpliwości i obawy, co do formy, w jakiej autorki postanowiły przedstawić wymyśloną przez siebie historię. No, bo jak można pisać książkę w trzy osoby? Uważałam, że nie da się tego zgrać, że zgrzyty będą bardzo widoczne i nie dam rady tego przełknąć. Och, jak się myliłam. Autorki rozwiązały problem wspólnej książki w bardzo prosty sposób – morderca jest jeden i to on łączy trzy jakby oddzielne, ale wciąż stricte ze sobą połączone opowiadania, w których królują znane bohaterki jeszcze bardziej znanych autorek bestsellerów. Jeden problem z głowy.

Źródło
Autorki po raz kolejny popisały się swoim pisarskim kunsztem, który można było poznać w ich poprzednich książkach i seriach. Poszczególne opowiadania przechodziły płynnie jedno w drugie, bez żadnych zgrzytów, choć różnice w stylach autorek były momentami bardzo widoczne. Osobiście jestem fanką Alex Kavy, więc to na jej część czekałam najbardziej. I w pewnym sensie się zawiodłam, bo przez niewielką objętość tego tekstu (184 str. dużą czcionką i dużą interlinią) zabrakło wielu istotnych elementów. Po pierwsze, w tak krótkich historiach nie było miejsca na jakikolwiek suspens. Przestępcę i sprawcę wszystkich morderstw poznajemy już praktycznie od samego początku. Mimo że do samego końca miałam nadzieję na jakiś niespodziewany zwrot akcji, (że może to jednak nie ten, o którym ciągle wszyscy gadają) nic takiego się nie wydarzyło, a czego bardzo żałuję, bo fakt ten w dużym stopniu uratowałby tę przeciętną historię. Dlaczego przeciętną? Bo nic szczególnego się tutaj nie dzieje. Ok, są ofiary, ale ani nie są zabijane szczególnie okrutnie, ani nie ma tu żadnych zawiłości w odkrywaniu zabójcy – wszystko płynie do przodu w jednostajnym tempie, bohaterki się zmieniają, wreszcie przychodzi przewidywany koniec i ostatnia strona książki. Tyle.

Nie jest to totalna klapa, bowiem autorki tej kompilacji mają doświadczenie i talent w pisaniu, co i tutaj było zauważalne, ale ze względu na niewielką ilość stron, brakuje tutaj wielu istotnych dla kryminału czy powieści sensacyjnej elementów. Żadnych zwrotów akcji, szaleńczego tempa, wstrzymanego oddechu, gdy wraz z bohaterami próbujemy rozwikłać zagadkę. Wszystko podane jest tutaj na tacy, co w znacznym stopniu odbiera czytelnikowi frajdę z czytania książki, która powinna kipieć od emocji. Niestety, kunszt autorek w niczym tutaj nie pomaga, a w rezultacie przychodzi nam zmierzyć się ze zwykłym przeciętniakiem. Naprawdę żałuję, że tak wyszło, bo uwielbiam twórczość Kavy, książkami Spindler też nie pogardzę, a tu taki zawód. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak czytać ich książki osobno, bez żadnych współprac okazujących się być zwykłym niewypałem.

Moja ocena: 6/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa G+J Książki