stos za stosem, stosik goni ;)

Tak, znowu post z serii stosikowo, bo zdobyczy trochę przybyło. Tych wymianowych, recenzyjnych i z zakupów własnych. Dzielnie walczę z nadrabianiem zaległości, z czytaniem do pracy licencjackiej i z ogarnianiem bieżącego życia, które nie daje wytchnienia - a doba jak na złość wydłużyć się nie chce! Ale dość psioczenia i marudzenia, czas na przyjemności, więc przechodzę do sedna. Stosy!


Stos 1 (od góry): 
  • Atrofia L. DeStefano - z wymiany na LC
  • Zawsze przy mnie stój C. Jess-Cooke - j.w.
  • Czarny piątek Alex Kava - j.w.
  • Zabójczy wirus Alex Kava - j.w.
  • Pierwsze prawo magii Terry Goodkind - j.w.

Magia seksualna dla początkujących - Skye Alexander

Autor: Skye Alexander
Tytuł: Magia seksualna dla początkujących
Podtytuł: Wstęp do Prawa Przyciągania
Seria: Dla początkujących
Wydawnictwo: Illuminatio, 2012
Liczba stron: 274
Oprawa: miękka
Który to już raz zaczynam recenzję stwierdzeniem, że seks jest wszędzie? Czasopisma, telewizja, literatura, muzyka. Teraz do tego grona dołączy również i magia. Seks w magii? Owszem. Magia seksualna praktykowana jest o tysięcy lat, a jej naturalna energia pozwala na spełnienie Twoich najskrytszych pragnień. I nie chodzi tutaj tylko o przyciągnięcie idealnego kochanka – dzięki magii seksualnej i sile Prawa Przyciągania jesteś w stanie przyciągnąć wszystko: bogactwo, zdrowie, sukcesy zawodowe – wystarczy tylko dowiedzieć się, jak wykorzystywać potencjał energii seksualnej, którą każdy nosi w sobie. Tak, Ty również!

Co przychodzi Ci na myśl, gdy słyszysz magia seksualna? Rytualne orgie? Poświęcanie dziewicy bóstwom na złotym ołtarzu? Zapomnij o tym, to bzdury. Magia seksualna ma z tym naprawdę niewiele wspólnego. Choć uprawianie miłości ze sobą, z partnerem lub partnerami ma tutaj niemały wpływ, to magia seksualna i jej sukces opiera się na czymś innym – na sile wiary we własne pragnienia. I tu, na światło dzienne wychodzi coś, co świetnie znamy z publikacji Rhondy Byrne p.t. Sekret, czyli Prawo Przyciągania.



W książce Skye Alexander łączymy energię magii seksualnej z Prawem Przyciągania, by jeszcze bardziej i jeszcze skuteczniej przyciągnąć do siebie upragnione rzeczy. Miłość, szczęście i bogactwo są teraz na wyciągnięcie ręki, trzeba tylko poznać tajniki generowania energii, która wytwarza się podczas uprawiania magii seksualnej, a wszystko to będzie Twoje. Ale skąd połączenie Prawa Przyciągania z seksem? Otóż sprawa jest naprawdę prosta, bowiem podczas uprawiania miłości uwalniają się pozytywne hormony, czyli endorfiny, które działają wzmacniająco na nasze prośby, marzenia i życzenia. Można powiedzieć, że seks (który budzi w nas pozytywne emocje!) jest lepszą wersją samego pozytywnego myślenia i wizualizacji. Pewnie niejednokrotnie słyszeliśmy, że podczas orgazmu (bo to kluczowy element magii seksualnej, który uskutecznia działanie Prawa Przyciągania) człowiek potrafi znaleźć się na wyższym poziomie świadomości, niemal ocierając się o boskość – to właśnie idealny moment na to, by powiadomić Wszechświat o swoich pragnieniach.

Źródło
Ponadto, prócz wnikliwej analizy magii seksualnej i Prawa Przyciągania, w książce znajdziemy wiele metod zwiększania energii seksualnej i jej mocy – talizmany, świece, odpowiednia muzyka (bębny), zapachy, kolory, zaklęcia, kryształy, kwiaty, tarot, runy i wiele, wiele innych elementów, które pozwolą nam wykrzesać jeszcze więcej z magii seksualnej. Dzięki książce nauczymy się wizualizacji oraz manipulowania energią mentalną i seksualną. Wszystko to podane jest w bardzo przystępny i swojski sposób, z odrobiną humoru, wręcz idealny dla osób początkujących, które dopiero zaczynają swoją przygodę z magią seksualną.

A co ja o tym wszystkim myślę? Hmm… Książka ta, to bardzo obszerny poradnik, dzięki któremu każdy laik dowie się wszystkiego, czego potrzebuje o magii seksualnej, Prawie Przyciągania i naturalnej energii człowieka. Wiele poruszanych tutaj tematów pojawiało się przy okazji innych ezoterycznych publikacji, czy to wspomniany już Sekret, czy Magia kolorów z tej samej serii, wydanej przez Wydawnictwo Illuminatio. Podobało mi się to, że autorka używała języka prostego i zrozumiałego – żadnego pseudo naukowego bełkotu, który doprowadzałby nas do białej gorączki. Lubię tego typu publikacje, bo gdzieś tam w głębi korci mnie magia, niewytłumaczalne tajemnice tego świata, etc., więc z tym większą przyjemnością i ciekawością sięgam po lektury tego typu. Niemniej jednak, mimo mojego zainteresowania tą tematyka, wciąż nie brakowało mi momentów, w których trudno było mi powtrzymać śmiech i myśli: Ludzie naprawdę to robią?. O co mi chodzi? O seks z duchami i wyjadanie eliksiru łyżeczką wprost z łona partnerki. Naprawdę?!

Pomijając jednak moje osobiste awersje i wątpliwości, to uważam, że książka jest naprawdę wartościowym poradnikiem dla początkujących. Mnie osobiście denerwowało to, że wiele z informacji i tematów zawartych w książce już gdzieś było, więc prawie połowa tekstu była dla mnie zwykłą powtórką. Z drugiej jednak strony tematy te są ze sobą mocno powiązane, więc w pewnym sensie mogę zrozumieć to, że i tutaj pojawiło się o nich kilka słów. Podsumowując, jeśli jesteś zainteresowany magią seksualną w sferze Prawa Przyciągania, a jeszcze nie miałeś okazji poznać jej bliżej, książka autorstwa Skye Alexander będzie świetna, do dobry początek Twoich przygód.

Moja ocena: 6,5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Illuminatio 

Dotyk Gwen Frost - Jennifer Estep

Spartanie, Amazonki i Walkirie. Mityczne postacie, o których czytałeś w podręcznikach do historii. Legendarni ludzie o niesamowitej sile, obdarzeni wyjątkowymi darami, walczący z bogami. Historie o nich były przekazywane innym na przestrzeni wieków, a z każdym kolejnym nabierały coraz większej fantastyczności i nieprawdopodobności, przeradzając się w mity. Ale nie w Akademii Mitu, w której wszystkie te opowiadania o nadludzko silnych herosach, są najprawdziwszą prawdą. Właśnie tam uczą się potomkowie mitycznych bohaterów, mężnych Spartan, pięknych Walkirii i wojowniczych Amazonek, którzy przygotowują się na walkę z chaosem, którego źródłem jest ten zły, czyli Loki.

Pytanie tylko, co w Akademii Mitu robi Gwen Frost? Dziewczyna nie jest potomkinią Amazonek, ani Walkirii, nie posiada nadludzkiej siły, ani żadnych szczególnych umiejętności, które pozwoliłyby jej skutecznie walczyć z wrogami. Gwen to zwykła nastolatka, która nie ma zielonego pojęcia, co robi pomiędzy rozpieszczonymi, bogatymi i wrednymi herosami w okresie dojrzewania. Choć prawda jest taka, że Gwen ma w sobie coś niezwykłego – dar, który wyróżnia ją wśród innych uczniów Akademii. Pewnego dnia Gwen odkrywa, że po dotknięciu przedmiotu lub osoby, potrafi poznać jego historię, historię jego właścicieli, które objawiają się jej za pomocą wizji przesyconych emocjami.



Właśnie dlatego Gwen znalazła się w Akademii Mitu. Jej moc, choć wydaje się nieistotna i nieprzydatna w walce, jest znacznie ważniejsza, niż sądzi dziewczyna, jej szkolni koledzy i nauczyciele. Problem jednakże tkwi w tym, jak poznać cel, dla którego Gwen otrzymała tę niesamowitą moc. Okazuje się jednak, że odpowiedź na dręczące dziewczynę pytania pojawią się znacznie szybciej, niż można by przypuszczać. Wszystko za sprawą tajemniczej napaści na jedną z uczennic w bibliotece, w której Gwen pełniła dyżury. Od tego momentu życie nastolatki zmieni się nie do poznania.

Źródło
Dotyk Gwen Frost to pierwszy tom rozpoczynający nowy cykl autorstwa Jennifer Estep, zatytułowany Akademia Mitu. Seria ta opowiada nam historię nastoletniej Gwen Frost, która odziedziczyła pewien niezwykły dar, który sprowadził na nią niemałe kłopoty. Wszak mityczni bogowie i ich starożytne konflikty, to nie lada wyzwanie. A Gwen musi im podołać, czy tego chce, czy nie.

Dotyk Gwen Frost to bez dwóch zdań książka dla nastolatków. Luźny, naszpikowany slangiem, młodzieżowy język jest tego najlepszym dowodem. Niemniej jednak nie daje on wrażenia sztuczności, gdyż brzmi całkiem naturalnie, co sobie bardzo cenię, bo nie przepadam za powieściami, w których język nachalnie stylizowany jest na młodzieżowy, a jedyne, co z tego wynika, to płacz, lament i zgrzytanie zębów podczas lektury. Idąc dalej, mamy fabułę. Uważam, że autorka miała naprawdę ciekawy i oryginalny pomysł na treść swojej powieści – chyba jeszcze nigdy wcześniej nie spotkałam się z paranormalem dla nastolatków, który opierałby się na motywie starożytnych bogów i mitycznych postaci historycznych. Za to niewątpliwie duży plus. Jeśli chodzi o tempo akcji, to nie można narzekać. Wydarzenia następują po sobie całkiem szybko, nie ma tutaj momentów, w których wieje nudą, za co kolejny plus.

Z drugiej jednak strony, nie ma też chwil, które czymkolwiek by zaskoczyły. Ok, pomysł jest naprawdę dobry, ale fakt, że jest to bardzo młodzieżowa książka dla nastolatków, a zatem luźna i z przymrużeniem oka, nieco ograniczył autorkę. Idąc dalej, w głąb negatywów, w kierunku których się udajemy, muszę wspomnieć o bohaterach. Nie, główna bohaterka była nawet ok – wtedy, kiedy nie powtarzała setny już raz, że nie ma w szkole żadnych przyjaciół. Jeśli chodzi o resztę, to bywało ciężko. Nie odpowiadały mi rozwydrzone charaktery bogatych, nastoletnich herosów, księżniczek z zadartymi noskami i mięśniaków, którzy nagminnie zaliczali panienki. Wracając jeszcze na chwilę do języka i stylu pisania autorki, to denerwowały mnie liczne powtórzenia pewnych fraz – a to, że Gwen nie miała przyjaciół, a to, że komuś wystrzeliwały iskry spod paznokci, itd. Zwróciłabym również uwagę na wulgaryzmy, które pojawiały się, co jakiś czas. Dla dorosłych do zaakceptowania (cytuję: dziwka, fiut, dziwkarz), ale dla młodszych nastolatków już niekoniecznie. Na koniec wyliczania niedociągnięć, mam spore zastrzeżenie, co do tłumaczenia i korekty – to pierwsze, jak na moje oko było słabe, a to drugie, cóż można rzec - literówki, które ktoś przeoczył, a których nie da się nie zauważyć (dziewczyna imieniem Daphne, czasem zamieniała się w Dafne). To tak tylko napomknąwszy, kwestia niemająca żadnego związku z treścią recenzowanej książki.

W ogólnym rozrachunku, trudno więc zdecydować się na jakąś sensowną ocenę. Po jednej stronie mamy świetny i oryginalny pomysł, który bardzo mi się spodobał. Po drugiej, sporo niedociągnięć, których nie da się przeoczyć. Jeśli ktoś da radę przebrnąć przez młodzieżowy język, denerwujących i momentami infantylnych bohaterów, a chce poznać fajną historię z mitami w tle, niech sięga śmiało. Nie mam serca skreślać tak przyjemnej w lekturze książki, jednakże sumienie nie pozwala mi jej polecić. Coś jakby między młotem a kowadłem ;)

 Moja ocena: 6,5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dreams

TreeCards i nowa metoda nauki języków



Tytuł: TreeCards
Wydawnictwo: Cztery Głowy, 2012
Liczba kartoników: 300
W obecnych czasach, kiedy komunikacja między ludźmi z całego świata jest na wyciągnięcie ręki, coraz dotkliwiej uzmysławiamy sobie, że nauka języków jest w cenie. Wymiany szkolne i studenckie, wakacje w gorących krajach, wyjazdy do pracy i to właśnie wtedy okazuje się, że nie potrafimy się dogadać. Choć w szkołach angielski jest już na porządku dziennym, tak jak i inne języki, to wciąż nie brakuje zaległości. Z motywacją bywa różnie, skuteczną metodę nauki znaleźć trudno i kończy się na tym, że zagraniczne radiowe piosenki wyśpiewujemy po swojemu. Ale koniec z tym, bo na rynku pomocy naukowych pojawiła się nowość – TreeCards, które opierają się na nowej teorii nazwanej treelosophy.


Treelosophy to nowatorska teoria opierająca się na idei drzewa. Otóż wyobrażamy sobie naukę języka, np. angielskiego, jako drzewo. Ziemią, w której ono wyrośnie, jest motywacja. Następnie, by wyhodować piękne, silne i zdrowe drzewo, potrzebna nam nauka. Wtedy uda nam się uzyskać solidny korzeń (dzięki metodzie nauki), mocny pień (dzięki gramatyce) oraz tysiące liści, którymi są słowa i zwroty. Ostatnim elementem teorii jest użycie języka, które działa jak podlewanie – za pomocą systematycznego używania angielskiego możemy podtrzymać naszą wiedzę przy życiu.

Natomiast, jeśli chodzi o TreeCards, są to różne zestawy tematycznych fiszek, z których każdy zawiera ponad 500 słów i zwrotów, 50 testów utrwalających nowo zdobytą wiedzę oraz 50 minut nagrań z udziałem native speakerów. I cóż nowego w fiszkach, które pojawiły się już kupę czasu temu? A chociażby to, że mają śmieszne, zapadające w pamięć ilustracje, które pobudzają wyobraźnię i stymulują pamięć. Na każdej z kart znajdziecie zwrot po polsku oraz angielsku, przykładowe zdanie, numer nagrania oraz ciekawostki (na niektórych z nich). Fiszki prócz tego, że są tematyczne, podzielone są również na mniejsze podgrupy. Sama miałam przyjemność bawić się z zestawem Everyday Life, który został podzielony na pomniejsze tematy, takie jak: time, home, food, culture and art, daily routine. Natomiast, jeśli chodzi o nagrania, to jestem mile zaskoczona, bo po pierwsze, można je pobrać na komputer za pomocą strony internetowej i kodu, który umieszczony jest na pudełku z fiszkami, a po drugie, można je pobrać bezpośrednio na telefon, za pomocą kodu QR.

Prócz fiszek TreeCards, w zestawie znajdziemy również TreeBox, czyli odpowiednik wcześniej poznanego MemoBoxa, który uatrakcyjnia naukę z fiszkami. W pudełeczku, w którym znajduje się TreeBox znajdziemy „pojemniczek” z przegródkami, który pomaga nam w utrwalaniu nabytej wiedzy, TreeGuide, który wyjaśnia nam, jak się uczyć skutecznie oraz zestaw pustych fiszek, które możemy wypełnić własnymi słówkami bądź zwrotami.
Na dzień dzisiejszy treelosophy i jej możliwości oraz oferta Wydawnictwa Cztery Głowy, wciąż są w powijakach. TreeCards i treelosophy są nowością na rynku i przez cały czas się rozwijają. W chwili obecnej możemy zaopatrzyć się w zestawy słówek i zwrotów dla początkujących, jednakże w zapowiedziach możemy znaleźć informację, że pojawią się także wyższe poziomy zaawansowania oraz zestawy z gramatyką, jak również TreeSet, czyli kompleksowy kurs nauki języka angielskiego.

Osobiście uważam, że fiszki, to jedna z lepszych metod nauki języków, jeśli chodzi o słownictwo i zwroty. Nie wiem, jak to będzie wyglądać w przypadku gramatyki, ale ze słówkami można sobie z łatwością poradzić dzięki tym małym karteczkom. Jedynym mankamentem może być to, że nie zmieszczą się do kieszeni bądź torebki – zestaw wygląda dosyć solidnie i jest kanciasty. Ale gdyby wyjąć sobie poszczególne tematy, które zajmują dużo mniej miejsca, można zorganizować dla nich miejsce gdzieś przy sobie. Żałuję, że nie miałam takich fantastycznych gadżetów i pomocy naukowych, gdy sama zaczynałam swoją przygodę z angielskim, jednakże teraz wiem, że mam szansę spróbować z innymi językami, których zawsze chciałam się nauczyć. Myślę, że warto zaopatrzyć się w TreeCards Wydawnictwa Cztery Głowy – może warto pomyśleć o ciekawym i praktycznym prezencie świątecznym? ;)

Moja ocena: 9,5/10

Za fiszki dziękuję Wydawnictwu Cztery Głowy

Fiszki można kupić tutaj > KLIK!

Siła - Rhonda Byrne

Autor: Rhonda Byrne
Tytuł: Siła
Tytuł oryginału: The Power
Wydawnictwo: Nowa Proza, 2012
Liczba stron: 276
Oprawa: twarda z obwolutą
Swego czasu Sekret i opisane w nim Prawo Przyciągania, zrobiły wielką furorę wśród czytelników. Ludzie chcąc przyciągnąć bogactwo, miłość i marzenia, sięgali po książkę, która miała im zdradzić wielką, odwieczną tajemnicę, która zmieni ich świat, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – wystarczy tylko dokonać malutkich zmian w swoim sposobie myślenia, a świat padnie nam do stóp. Czy rewolucje te faktycznie miały miejsce wśród tych, którzy sięgnęli po Sekret i uwierzyli w jego moc? Któż może wiedzieć naprawdę, czy siła Sekretu jest prawdą, czy też efektem placebo.

Dziś Rhonda Byrne idzie o krok dalej. Znów uchyla nam rąbka tajemnicy, objawiając nam istotę Sekretu i Siłę, która kieruje Prawem Przyciągania. Pewnie zastanawiacie się, cóż to za sekretna moc, która pozwala nam za pomocą myśli przyciągać wszystko, czego pragniemy. Pewnie przychodzą Wam na myśl niesamowite, a może nawet niestworzone pomysły, które mogłoby być rozwiązaniem tej zagadki. A przecież nie trzeba szukać daleko, wymyślać dziwnych teorii, gdyż siłą napędową Sekretu jest miłość. Właśnie tak!


Źródło

Myślałeś, że będziesz musiał odprawiać mistyczne rytuały, aby przyciągnąć to, czego pragniesz? Składać rodzinę w ofierze? Zaprzedać swoją duszę diabłu? Nie, nie musisz tego robić. Wystarczy, że będziesz kochać. Podobają Ci się buty na wystawie? Pokochaj je! Wyobraź sobie, jak świetnie na Tobie wyglądają, jak komponują się z Twoją garderobą i tylko czekaj, aż Prawo Przyciągania sprawi, że Twoje wyobrażenia staną się rzeczywistością. Szukasz pracy? Pokochaj tę wymarzoną, którą chciałbyś dostać. Wyobraź sobie, że wstając rano, wstajesz do swojej nowej pracy, która przypomina tę z Twoich marzeń. Pokochaj ją, a sny się ziszczą.

W głównej mierze właśnie na tym opiera się teoria pani Byrne. Im więcej kochamy, tym większe prawdopodobieństwo przyciągnięcia danego obiektu pożądania. Im więcej dajemy, tym więcej dostajemy. Brakuje Ci pieniędzy? Z miłością rozdaj te, które masz, a z nieba spadną Ci te, których potrzebujesz. Właśnie taki przykład podała sama autorka książki – cierpiała na brak pieniędzy, więc żeby przyciągnąć je do siebie, rozdała ostatnie oszczędności przypadkowym przechodniom, przelewając na podarunek jak najwięcej pozytywnej energii i miłości. W rezultacie Wszechświat zrewanżował się jej kwotą 25tys., która wpłynęła na jej konto kilka dni później, jako zapłata za zapomniane udziały. Czy tylko mnie to wydarzenie wydaje się niemożliwe i nieco absurdalne?

Osobiście sama nie wiem, co mam myśleć o teorii Rhondy Byrne, zarówno tej zawartej w Sekrecie, jak i tej, o której pisze w Sile. Z jednej strony uważam, że to bzdury, szczególnie, jeśli chodzi o metody stosowania Siły w swoim życiu – w książce opisany jest przykład osoby, która uparcie szukała pracy, ale znaleźć nie potrafiła, więc spróbowała Siły. Jak? Wyobraziła sobie wymarzoną pracę i pokochała ją. Każdego dnia wstając rano, wyobrażała sobie, że idzie do pracy. Pisała do siebie służbowe maile, w których awansowała na wyższe stanowiska, itd. W końcu Wszechświat się zlitował i osoba ta dostała pracę, którą sobie wymarzyła. Jakoś nie potrafię wyobrazić sobie siebie, piszącej maile z awansem na swoją skrzynkę – coś takiego zalatuje mi trochę chorobą psychiczną. Z drugiej jednak strony łapię się na tym, że faktycznie próbuję zmienić swoje myślenie na bardziej pozytywne (ostatnio pokochałam fantastyczne buty, które mam nadzieję przyciągnąć! ;)). A najgorzej jest, kiedy myślę negatywnie, przypomina mi się Sekret i Siła, i boję się, że za chwilę dostanę jakimś gromem z jasnego nieba albo dostanę te swoje negatywne emocje w gębę, jak bumerangiem.

Myślę, że jeśli weźmie się teorie Byrne z dystansem i przymrużeniem oka, to coś tam faktycznie można wydłubać. Bo pozytywne myślenie na pewno coś zmienia w naszym życiu. Dawanie z siebie miłości, dobrej energii również – wszak buddyści wierzą w karmę, a to jakby to samo. Nie ma sensu dramatycznie chwytać się, jak tonący brzytwy, tych wszystkich mentorskich tekstów Byrne, ale warto pomyśleć trochę bardziej optymistycznie i powstrzymać się od wysyłania w kosmos złych fluidów.

Kończąc swoją recenzję chciałabym dorzucić słówko o oprawie graficznej Siły – jest fantastyczna. Zaczynając od twardej okładki otulonej kolorową obwolutą, kończąc na feerii barw wypełniającej wnętrze książki. Ilustracje, drobne grafiki na marginesach i ciepła kolorystyka całości są bardzo przyjemne dla oka i umilają czytelnikowi lekturę. Oprawa graficzna Was nie zawiedzie, natomiast jeśli chodzi o treść, zdecydujcie sami.

Moja ocena: 7/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nowa Proza  

Przed Świtem cz.2 - na gorąco!

Źródło
Jakąś godzinkę temu wróciłam z kina i po prostu nosi mnie, żeby coś tu Wam napisać, bo o zasypianiu mogę zapomnieć, taka jestem rozemocjonowana. Jednym słowem o filmie? MIAZGA! Totalna! Ostrzegam, jeśli nie jesteście gotowi na naszpikowany chaotycznymi emocjami post, uciekajcie. Bo ja muszę się gdzieś wypisać, wydalić te emocje z siebie, bo wybuchnę, a z mamuśką podzielić się nie mogę, bo spojlery, spojlery i jeszcze raz spojlery. Wlepianie wytrzeszczonych, wciąż jeszcze mokrych od łez gał w lubego i szeptanie "o boże", "fest" i "fuck" pod nosem przez całą drogę do domu, to jak widać wciąż za mało.

Jak wiecie, rezenzji filmów nie pisuję, więc nie liczcie, że będzie to ładna i składna, warta czegokolwiek opinia. Niet. Pure emotions, proszę państwa. Wiecie w co nie mogę uwierzyć? Że się poryczałam. Ba! Ryłam jak bóbr, czkałam, omal nie szlochałam w kluczowej scenie. Palce wbite w ramię lubego (który poszedł tam z własnej, nieprzymuszonej woli, a nawet wręcz przeciwnie <3), zapłakana gęba i urywany oddech = film pełen emocji. Zarąbisty!

Pamiętam, że jeszcze dziś, przed filmem, miałam spore wątpliwości, co do tego, czy wybrać się na Przed Świtem cz. 2. A bo jakoś tak nie wiem... Szumnie wokół tego wszystkiego. Tyle ludzi do kina pójdzie, pewnie same rozchichotane nastolatki, które będą wzdychać do wielkiego ekranu. Och, jakież było moje zaskoczenie, gdy wokół nas zasiadły same stare baby z dziećmi (no dobra, może wcale nie takie stare znowu) i to właśnie one jęczały, wzdychały i komentowały piękny image Edwarda i, tradycyjnie już, klatę Jacoba. Myślałam, że uduszę te babsztyle. Zadźgam nachosami w sosie serowym. Cokolwiek, by wreszcie zamknęły swe niewyżyte jadaczki. 

Źródło
Wracając jednak do filmu, to jestem pod ogromnym wrażeniem, co pewnie już zauważyliście. Gdzieś mam niepochlebne komentarze zmierzchowych hejterów, bo ekranizacja była naprawdę dobra. Nie powstydzę się stwierdzić, że najlepsza, z całej Sagi. Uśmiałam się, popłakałam, jak cholera, a do tego byłam zaskoczona, również jak cholera, a myślałam, że tego uczucia w przypadku Zmierzchu i kontynuacji nie uraczę. Bo swego czasu byłam super fanką, znałam książki od podszewki, filmy oglądałam namiętnie, nic mnie nie zaskakiwało, bo obejrzałam i przeczytałam wszystko jak leci. Ale od tego czasu sporo minęło, a dzięki temu, dzisiejszego wieczora zostałam wbita z fotel z zapłakaną gębą. Nigdy w życiu bym się tego nie spodziewała!

Nie spodziewałabym się, że Stewart poradzi sobie z tyloma emocjami, które miała do zagrania - szczególnie, że ludzie wyśmiewają się z jej braku mimiki, bądź tzw. bitchface. Nie spodziewałam się tak świetnej obsady, jeśli chodzi o "obce" wampiry - Vladimir i Stefan, Garrett oraz Amazonki to moi faworyci/faworytki. Nie spodziewałam się takiego podejścia do treści - z humorem, z jajem, z luzem. Odwalili kawał naprawdę dobrej roboty. Och tak, to była fantastyczna, pełna emocji 23 miesięcznica :*

Ludzie, idźcie do kina, ale już, sio! :))


Babcia w Afryce - Basia Meder

Autor: Basia Meder
Tytuł: Babcia w Afryce
Seria: Poznaj Świat
Wydawnictwo: Bernardinum, 2010
Liczba stron: 280
Oprawa: twarda
Uwielbiam książki podróżnicze. Dzięki nim jestem w stanie podróżować do dalekich krajów na całym świecie, nie ruszając się z kanapy ani na chwilę. Raz dżungla amazońska, raz Indie, a teraz Afryka – idealnie, zważając na fakt, że za oknem deszcz, mróz i wszystko, co niesie ze sobą jesień i nadchodząca zima. Gorąca Afryka, słoneczne safari i czekoladowa skóra mieszkańców wydaje się więc idealnym miejscem, na wypoczynek dla ciała i umysłu. Tym razem w podróż wybrałam się wraz z Basią Meder, tytułową babcią w Afryce.

Basia Meder to, według informacji na okładce książki, Polka mieszkająca w Australii. Z wykształcenia inżynier mechanik i informatyk, obecnie w wieku emerytalnym, zdobywa świat wzdłuż i wszerz. Ma za sobą wiele podróży, chociażby na kontynencie australijskim. Teraz postanowiła wyruszyć na podbój Afryki, a swoje przygody z podróżowania opisała w Babci w Afryce oraz Babci w pustyni i w puszczy.



Już od pierwszej strony przenosimy się do zupełnie innego świata. Afryka, kontynent pustynny, gorący, choć i mroźnych krain oprószonych śniegiem nie brakuje. Kraina lemurów, czyli Madagaskar. RPA obsypane diamentami. Namibia, Zimbabwe, Zambia i Botswana. Do tego jeszcze Królestwo Lesotho i Królestwo Suazi. A to wcale nie koniec podróżowania. Wszystko to okraszone jest smakiem egzotycznych, regionalnych potraw, cudowną muzyką tubylców, która porywa do tańca i dreszczykiem poznawania kolejnych wspaniałych osobowości.

Bardzo lubię serię podróżniczą Wydawnictwa Bernardinum. Jestem w niej zakochana, od kiedy po raz pierwszy wzięłam w dłoń książki Cejrowskiego – wtedy wpadłam po uszy. Później miałam jeszcze okazję sięgnąć po Rowerem w stronę Indii, którą to książką i bohaterami również byłam zauroczona, choć nie w takim stopniu, jak piórem Cejrowskiego. Z wielką nadzieją i dziwną pewnością, że przecież musi być ciekawie, bo z tą serią nie może być inaczej, sięgnęłam po Babcię w Afryce. Prócz tego, że zaintrygowała mnie sama Afryka (marzę o wybraniu się na prawdziwe safari, które ku mej wielkiej radości było tutaj opisane), to zaintrygowała mnie autorka tegoż tytułu, która zaskakuje swoim wiekiem. Nie wiem, czego tak właściwie spodziewałam się po podróżującej babci, ale Basia Meder wprawiła mnie w zdumienie swoim optymizmem życiowym, wigorem i siłą. Chylę czoła Pani Basiu!

Jednakże, jeśli chodzi o wnętrze książki, to mam mieszane uczucia. Oprawa graficzna jak zwykle na plus – piękne zdjęcia, które zatrzymują oko czytelnika na dłuższą chwilę, dają złudzenie, że można jeszcze bardziej przenieść się do opisywanego przez Basię Meder świata. Natomiast, jeśli chodzi o treść, to jestem zawiedziona. Mając porównanie z innymi publikacjami z tej serii, powiedziałabym, że ta w moim odczuciu wypada najgorzej. Najprościej byłoby mi powiedzieć, że nie odpowiada mi pióro autorki tego dziennika z podróży, gdyż Basia Meder wypowiada się w bardzo rzeczowy, konkretny i surowy sposób. Męczyły mnie przydługawe i obfite w skomplikowane nazwy opisy geograficzne czy polityczne. Ciekawość ciekawością, ale nie czuję, by było mi to potrzebne do szczęścia. Z większą radością wyczekiwałam życiowych opisów, śmiesznych anegdotek, czy historyjek z podróży, które nadałyby całej historii jakiegoś luzu i humoru. Tu było nijak. Fragmenty z Cejrowskiego potrafię sobie przypomnieć nawet dziś, choć książkę czytałam spory kawał czasu temu, a z Babci w Afryce pamiętam niewiele. Szkoda, bo to mogła być naprawdę fajna, ciepła i pełna humoru historia. Niestety, opcja ta przegrała z nawałem teoretycznych informacji.

W ogólnym rozrachunku jestem dosyć neutralnie nastawiona do tego tytułu. Po Afryce oczekiwałam czegoś innego (aż ciśnie mi się na język lepszego). Cóż, prawda jest taka, że nie każdy potrafi pisać tak, jak pisze Cejrowski. Jeśli komuś nie przeszkadzają przydługawe i nudnawe fragmenty naszpikowane informacjami, jak w podręczniku do geografii, zachęcam do czytania. Ja osobiście oczekiwałam czegoś bardziej życiowego, praktycznego, emocjonującego, więc pod tym względem się nieco zawiodłam, niestety.

Moja ocena: 6,5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bernardinum 

Playbook. Podręcznik podrywu - Barney Stinson

Autor: Barney Stinson, Matt Kuhn
Tytuł: Playbook. Podręcznik podrywu
Tytuł oryginału: The Playbook
Wydawnictwo: Sine Qua Non, 2012
Liczba stron: 172
Oprawa: twarda
Barney Stinson – postać znana i lubiana, szczególnie w gronie fanów serialu How I met your mother. Kto jeszcze nie miał okazji poznać tego piekielnie pewnego siebie podrywacza o fantastycznym poczuciu humoru, niech żałuje. Jest czego, bo z Barney’em ubaw po pachy gwarantowany. Stinson króluje nie tylko w serialu, ale również na swoim blogu, na którym nie brakuje rad na podryw kończący się zdobyciem dziewczyny (aż ciśnie się na język, by w stylu Barney’a powiedzieć „kończący się zaliczeniem laseczki”). Do tego wszystkiego wziął się również za pisanie książek! Najpierw był Kodeks Bracholi (ang. The Bro Code), a teraz przyszło nam zmierzyć się z kolejnym tworem Stinsona pod tytułem Playbook. Podręcznik podrywu.

Playbook dedykowany jest tym cudownym stworzeniom, które sprawiają, że serce młodego chłopca bije mocniej, mężczyzna w średnim wieku płacze z radości, a stary człowiek się uśmiecha: piersiom.

Pewnie panowie, którzy nie mają szczęścia w miłości i zdobywaniu dziewcząt, obce są im arkana podrywu, a pierwsza rozmowa kończy się zdezorientowanym spojrzeniem potencjalnej zdobyczy szukającej drzwi z napisem wyjście, zacierają łapki w nadziei na ratunek. Wszak to rady samego Barney’a Stinsona, faceta, który przeleciał więcej babek niż można sobie wymarzyć. Chwyta więc taki pan za Playbook i przegląda. Przegląda i znajduje odpowiedzi na pytanie, czym jest Playbook, w jaki sposób działa, jak z niego korzystać i ciut o jego historii. Na koniec wstępu czeka go Test DUP oraz Barnesławieństwo. Wszystko to, by sumiennie zastosować w rzeczywistości zaserwowane przez Barney’a rady.

Źródło
A jeśli już o radach mowa, to te działają na zasadzie przedstawień. Każdy sposób, w jaki można poderwać dziewczynę wymaga przygotowań, rekwizytów i uporządkowania sobie informacji, jak dana rola ma wyglądać. Myślicie, że to trudne? Ani trochę, gdy ma się pomoc Stinsona. Każde przedstawienie jest dokładnie opisane: nazwa, szansa na sukces, jakie kobiety przyciąga, co będzie Ci potrzebne, ile czasu wymaga przygotowanie oraz ewentualnie skutki uboczne, które mogą Cię czekać, gdy coś pójdzie nie tak. Później dowiadujesz się, co i jak zrobić, żeby nie zawalić sprawy. Zastanawiasz się, dlaczego to działa? O tym Barney również nie omieszkał wspomnieć. Przedstawień jest bez liku, wszystkie ułożone są poziomem zaawansowania Twoich umiejętności w podrywaniu laseczek. Możesz być wampirem, podróżnikiem w czasie albo opiekunką. Możesz zabawić się w tożsamość Barney’a albo baletowego dezertera. Co tylko zechcesz, a wszystko to, by zaliczyć.

Playbook jest lekturą, która potrafi rozbawić. Jest też świetnym dodatkiem dla fanów How I met your mother, do których sama się zaliczam. Choć w ostatnim czasie nie znajduję chwili na śledzenie najnowszych odcinków, to wciąż z przyjemnością wracam do tych starych, kiedy akurat uda mi się włączyć tv. Barney jest mężczyzną szczególnym, wyjątkowym i to wcale nie w pozytywnym sensie. Bo potrafi wkurzyć, zirytować i oburzyć. Ale jest tak przekomiczny, że nie się go nie lubić. Jeśli chodzi o Playbook, to trzeba do tej książki pochodzić z dużym dystansem. Na próżno szukać tutaj wartościowych rad, które mogą mieć jakiekolwiek pozytywne skutki w życiu. Choć w sumie, nigdy nie wiadomo, na co skusi się kobieta – czy to na historię o nerce, czy zaginionym kocie. Osobiście padłabym trupem ze śmiechu, gdyby podrywał mnie facet z zarostem namalowanym mazakiem czy ktoś, kto próbuje mi wkręcić, że jego penis jest dżinem spełniającym życzenia – wystarczy tylko pocierać ;)

Ogólnie rzecz biorąc książka jest fajna i to oklepane słówko chyba najbardziej oddaje moje wrażenia po jej lekturze. Było ok, mogłam się pośmiać, jako fanka serialu miałam dodatkową zabawę, ale osobiście nie radziłabym nikomu stosować tych metod na podryw w życiu realnym, bo raczej nie należą do tych skutecznych. Ach, panie, Barney przygotował również mały podręcznik podrywu dla nas, kobiet. Ale nie nakręcajcie się, podręcznik ten jest naprawdę mały!

Moja ocena: 7/10

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Sine Qua Non

Trzy oblicza pożądania - Megan Hart

Autor: Megan Hart
Tytuł: Trzy oblicza pożądania
Tytuł oryginału: Tempted
Wydawnictwo: Mira, 2012
Liczba stron: 412
Oprawa: miękka
 Seks, seks i jeszcze raz seks. Bo ten jest przecież wszędzie. Kino, telewizja, czasopisma, a teraz także i literatura. I nie tam żadne zawoalowane aluzje do uprawiania miłości, żadne tam dyrdymały z głaskaniem się po dłoniach, namiętnymi spojrzeniami i nieśmiałymi pocałunkami, o nie. Teraz mamy seks w czystej postaci, bez mgiełki tabu. Mgiełka tabu poszła do lamusa. Razem z ograniczeniami kur domowych, które nagle zapragnęły samozadowolenia. Wyrwały się z kajdan, uwolniły od przeświadczenia, że seks jest tylko dla mężczyzn. Bo przecież nie samym pieczeniem ciasteczek i zmywaniem podłóg kobieta żyje. Czasem dobrze jest mieć orgazm. Albo dwa.

Dlatego właśnie wzrasta zapotrzebowanie na takie książki, jak Pięćdziesiąt twarzy Grey’a (których nie czytałam, a o których słyszałam wiele niepochlebnych opinii) czy Trzy oblicza pożądania. Na świecie coraz więcej jest kobiet, które chcą to czytać, a na rynku książkowym rozmnażają się kolejne powieści erotyczne, znane również pod nazwą porno dla mamusiek. O wyżej wspomnianych podbojach Grey’a zielonego pojęcia nie mam, na własnym tyłku go nie wypróbowałam, ale za to trafiła mi się najgorętsza książka roku, jak twierdzi okładka najnowszej powieści Megan Hart. Tak, o Trzech obliczach pożądania mowa.



Historia niezbyt skomplikowana. Jest główna bohaterka żeńska imieniem Anne, jak i główny bohater męski, James. Szczęśliwe małżeństwo, odnoszące życiowe i zawodowe sukcesy. Miodzik. Ona nigdy nie zdradziła męża, a on nie zdradził żony. Układ idealny, można by rzec. Ale wtedy pojawia się ten trzeci, Alex, przyjaciel Jamesa z dawnych lat. Przystojniak i milioner, wraca na stare śmiecie po zakończeniu interesów w Singapurze, wprowadza się na jakiś czas do domu Kinney’ów. Początkowo jest zabawnie, faceci wspominają stare lata, piją piwo, palą cygara i świetnie się bawią. Do momentu, w którym Alex trafia do wspólnego łóżka Jamesa i Anne. Małżeńska alkowa zyskuje nowego zawodnika, nowy obiekt pożądania. Tylko jest jeden problem – kto kogo w tym miłosnym trójkącie tak naprawdę pożąda?



Tyle by było o treści, w skrócie. Bo fabuła nie skupia się tylko na trójkąciku James-Anne-Alex, ale pozwala nam poznać innych bohaterów, ich rodziny i nękające ich problemy. Nie jesteśmy zmuszeni do zagłębiania się w sceny seksu tylko i wyłącznie, mamy szansę na odetchnięcie od stron ociekających czystym erotyzmem i zwierzęcym pożądaniem. Krótko mówiąc: fabuła jest całkiem nieźle rozbudowana. Jeśli chodzi o bohaterów, to cóż… Co kto lubi. Główni bohaterowie nie zachęcają do tego, by ich lubić. No, może Alex, którego czar i arogancki uśmieszek zadziałały również i na mnie. Coś w tym jest, że źli chłopcy ściągają na siebie uwagę kobiet (pewnie z szczególnym wskazaniem na wygłodniałe, niezaspokojone gospodynie domowe, nie obrażając tu ani trochę kobiet zajmujących się domem).

Niby jest ok i czyta się fajnie, lekko i przyjemnie, z nieodłącznym dreszczykiem podniecenia, ale mimo tego gdzieś z zakamarków ciągle wyłania się myśl, że Trzy oblicza pożądania są książką naiwną, mało ambitną, nieszczególnie porywającą. Bo co? Mamy miłosny trójkąt, seksualne ekscesy, ciała oblepione potem, wydzielające zapachy cudownego uniesienia i tyle. Historia nie jest w żaden sposób skomplikowana, nie zaskoczy nas niczym, po prostu sobie biegnie do przodu, aż wreszcie się kończy.

Powieściom erotycznym nie mówię nie. Trzem obliczom pożądania również nie mówię nie, bo lektura była naprawdę przyjemna, ale chciałabym czegoś ambitniejszego. Czegoś, co kazałoby mi wzdychać podczas czytania, a może nawet krzyczeć z rozkoszy, gdy skończę, zamiast chichotać pod nosem i śmiać się z bohaterów (z tym krzyczeniem, to przesadziłam, udzielił mi się język Hart, ot co). Czy seks w literaturze przeznaczonej dla kobiet zawsze musi mieć tą kiczowatą, romansową otoczkę? Byłoby miło, gdyby ta również poszła do lamusa.

Wracając jednak do książki Megan Hart, to mogłabym ją polecić każdej kobiecie, która lubi romanse, szczególnie te pikantniejsze. Mogłabym ją polecić wszystkim, którzy lubią erotykę w literaturze, a chcą czegoś na odstresowanie i odmóżdżenie, że tak kolokwialnie się wyrażę. Żałuję, że nie mogę porównać tej książki z tą o Grey’u i jego poddańczej studentce – wtedy może miałabym zupełnie inne spojrzenie na Trzy oblicza pożądania. A tak, jest jak jest. Jeśli jednak macie ochotę, czytajcie śmiało.
Moja ocena: 6,5/10

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mira 
 
PS. Która okładka wg Was jest najlepsza? 

Sztuka. Kreatywne zabawy i gry - Ruth Thomson

Autor: Ruth Thomson
Tytuł: Sztuka. Kreatywne zabawy i gry
Tytuł oryginału: The Art. Creativity Book
Wydawnictwo: MUZA SA, 2012
Liczba stron: 82
Oprawa: miękka
Za oknem ciemno, na zegarze kilka minut przed szóstą, a tu dzwoni domofon. Wszyscy w domu, więc kogo niesie o tej porze? Zwlekam się z kanapy, ruszam do hałasującego ustrojstwa z kto tam? na ustach, a w słuchawce słyszę ciche kurier! Kurier! Nieodmienna radość, bo skoro kurier, to i pewnie książki. Podpisuję duperelki, odbieram przesyłkę sporo większą niż te, które dotąd się u mnie pojawiały. Z niecierpliwością rozrywam kurierową folię, potem białą kopertę, z ledwością wydobywam zawartość i w końcu z moich ust wydobywa się okrzyk radości i zachwytu. Razem z kolejnym poradnikiem dla par, w kopercie znalazłam dużą książkę o intrygującym tytule Sztuka. Kreatywne zabawy i gry. Po przewróceniu kilku 
stron radosnym okrzykom i marzeniom, by znów mieć dziesięć lat, nie było końca.

Skąd te zachwyty? Bo, po pierwsze, uwielbiam różne kreatywne bzdetki, które każą mi złapać w dłoń kredki, nożyczki, farbki i naklejki. Uwielbiam się babrać w plastycznych robótkach. Skrycie marzę, by zamknięto mnie w ogromnym papierniczym, to byłby istny raj. A po drugie, książka jest fantastyczna! Naprawdę żałuję, że nie jestem młodsza, bo mogłabym się bezkarnie oddać przyjemności rozbrajania tej publikacji.




Ale wreszcie ochłonęłam i postanowiłam zanalizować ją na spokojnie, dziecięce podniecenie chowając do kieszeni. I oglądam strona po stronie, a moje wewnętrzne dziecię wyrywa się z łańcuchów dorosłości. W publikacji tej, wydanej w formie dużego zeszytu z twardymi stronami na spirali, znajdziemy mnóstwo genialnych gadżetów do rozbudzenia kreatywności i pomysłowości dziecka. Znajdziemy tu strony, które dziecko może samo wypełnić, używając kredek, farbek i własnej wyobraźni. Mamy plansze do gry, wycinanki (kolaż, maska, własna ramka na obrazek), szablony i naklejki, których możemy użyć w naszym kreatywnym zeszycie, ale również poza nim. Prócz tego kolorowanki, malowanki, rysowanki, wyklejanki i co tylko dusza zapragnie. W praktyce możemy wykorzystać zeszyt na wiele różnych sposobów.

A praktyka to nie jedyna zaleta tego tytułu. Pomijając fakt, że podczas zabawy z zeszytem można się świetnie bawić i rozwinąć wyobraźnię dziecka, można się też czegoś nauczyć. Poszczególne strony okraszone są informacjami o najbardziej znanych artystach z całego świata, wśród nich znajdziemy Leonarda da Vinci, van Gogha, Rodina, Muncha i wielu, wielu innych. Książka ta, to nie tylko zabawa, ale również nauka przez zabawę.

Myślę, że Sztuka. Kreatywne zabawy i gry, to świetny prezent dla dziecka (i nie tylko, patrząc po mojej entuzjastycznej reakcji po otwarciu koperty), który rozwinie jego kreatywną stronę, pozwoli mu poznać malarzy, rzeźbiarzy, etc. z całego świata – może nawet obudzić w nim samym prawdziwego artystę! Uważam, że w czasie, kiedy dzieciaki coraz więcej swojego wolnego czasu spędzają przed ekranem telewizora, czy przed monitorem komputera, potrzebujemy takich tytułów, które rozwijają, angażują dzieciaki fizycznie i psychicznie, a nie mamią i ogłupiają. Z pewnością jest to również fantastyczny sposób na zabawę dziecka z rodzicem, której często brakuje. Zatem drodzy rodzice, biegnijcie do księgarni czy klikajcie w te internetowe i kupcie swoim pociechom recenzowaną przeze mnie pozycję – naprawdę warto! Osobiście żałuję, że nie miałam takiego czegoś, kiedy sama byłam mała. Ale wszak nic straconego, mogę nadrobić teraz i uwierzcie mi, zrobię to z czystą przyjemnością i fascynacją dziecka! Polecam ten tytuł z całego serca ;)

Moja ocena: 10/10
Tytuł poznałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MUZA SA 

Początek przygody z Geraltem z Rivii, czyli "Ostatnie życzenie" Sapkowskiego



Dziś recenzja trochę nierecenzjowa, bo przyznam się szczerze, że nie mogę pokusić się o napisanie tradycyjnej opinii, jakie zwykle pisuję, jeśli chodzi o takiego klasyka, jakim jest Sapkowski i jego Saga o Wiedźminie. No wybaczcie, ale nie potrafię, za pewne rzeczy po prostu się nie zabiorę i koniec kropka. Finito. Czy coś. Dziś będzie bardzo emocjonalnie, żadnych wewnętrznych struktur komentować nie będę, a przynajmniej nie umyślnie. Nie będę wybebeszać Sapkowskiego i już. W dniu dzisiejszym pokuszę się na fristajl polekturowy. A że nie jest to recenzja dla wydawnictwa, tylko taka dla mnie o, to sobie pozwolę bez żadnych skrupułów i wyrzutów sumienia, że pańszczyznę odwalam i niepoważna jestem. Dziś mi się nie chce na poważnie, bo i Geralt wcale poważny nie jest.

Ach, Geralt z Rivii, do którego wzdychają niewiasty, zarówno te fikcyjne, jak i te zupełnie realne. Ileż to ja się nie napatrzyłam na różne dyskusje i zestawienia, w których piękny, białowłosy wiedźmin zajmował wysokie pozycje. Tak sobie myślę, o co chodzi z tym Geraltem, że tyle niewieścich serc już skradł, a to tylko postać z książki. Okazuje się jednak, że nie taka zwykła postać. Choć swoją przygodę z Sapkowskim i Geraltem dopiero rozpoczynam (przy okazji pisania pracy licencjackiej, tak by the way), to już, już zaczyna mi świtać w głowie to coś, co przyciąga kobitki do wiedźmina i co przyciąga ludzi do całej Sagi. Póki co, jak to mówią, szału nie ma, staniki nie latają, ale gdzieś, jakaś iskierka już się tli i rozbudza żądzę na więcej. 

Ostatnie życzenie to zbiór luźnych opowiadań o wiedźminie i jego przygodach. Różne były te opowiadania i historie. Jedne mnie ruszyły, inne nie. Najbardziej ruszały mnie te, w których był Jaskier. To ci łajdaczyna, no. Ale uśmiech na gębie potrafi wywołać, nie ma co. Właśnie! Póki co, głównym atutem (prócz głównego bohatera) Sagi Sapkowskiego jest dla mnie humor. Niektóre teksty sprawiają, że leżę i kwiczę ze śmiechu. I jeśli tak będzie dalej, to dołączę do grona fanów Geralta, Sapkowskiego i Sagi.

Na razie jednak walczę z tłumaczeniem nazw własnych i neologizmów, o których to będę pisać pracę licencjacką. Czasami przy tym tłumaczeniu dopiero mam ubaw, że boki zrywać. A potem się zastanawiam, czy może lepiej płakać, zamiast się śmiać, wszak to mój niby przyszły zawód, ten tłumacz, i ja sama pewnie kiedyś będę musiała walczyć z takimi tekstami i będę tworzyć potworki słowne. Och, boże uchowaj!

A Wy, co sądzicie o Sapkowskim? Może Geralt skradł właśnie Wasze serce? A może Jaskier? Hm? Dzielcie się słowem o wiedźminie, pięknie proszę :D


Bo nie można zapominać o Michale Żebrowskim w roli Geralta z Rivii, nieprawdaż? :)

Wieczna tęsknota - Elizabeth Chandler

Autor: Elizabeth Chandler
Tytuł: Wieczna tęsknota
Tytuł oryginału: Evercrossed
Seria: Pocałunek anioła, t. IV
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 264
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
I znów przychodzi nam zmierzyć się z kolejnym tomem cyklu Elizabeth Chandler p.t. Pocałunek anioła. Seria o prawdziwej miłości, która przetrwa wszystko, nawet śmierć. Poprzednie części, które ujęły mnie swoją delikatnością i szczerością, skłoniły mnie do tego, by kontynuować poznawanie burzliwych losów głównych bohaterów, Tristana i Ivy. Choć świetnie zdawałam sobie sprawę z tego, że cykl ten nie należy do literatury wysokich lotów, a rozum mówił, że było przeciętnie, to serce skłaniało się ku bardziej przychylnej opinii, a wszystko to za sprawą emocji, które we mnie obudził. Ale te w ostateczności również wyblakły i zostało jedynie pytanie: po co to ciągnąć? 

Na wstępie chciałabym przestrzec wszystkich tych, którzy jeszcze nie poznali tego cyklu, a mają taki zamiar lub poznali go, ale jeszcze nie dotarli do tego tomu, by odpuścili sobie tenże fragment recenzji mówiący kilka słów o treści, gdyż z całą pewnością zdradzi Wam niepotrzebne szczegóły. Sama nie lubię spojlerowania, a że trudno jest go tutaj uniknąć ze względu na fakt, że fabuła poszczególnych tomów jest ze sobą bardzo powiązana, wolę Was lojalnie uprzedzić, by nie odbieram Wam przyjemności z lektury. Odpuśćcie więc kawałek recenzji.
Źródło

W Wiecznej tęsknocie po raz kolejny spotykamy się z główną bohaterką cyklu, Ivy, która znów próbuje uporać się z wstrząsającymi wydarzeniami, które miały miejsce rok temu. To właśnie poprzedniego lata został zamordowany jej ukochany chłopak Tristan, którego wciąż nosi w sercu. Dziewczyna przez długi czas myślała, że straciła swojego lubego na zawsze, lecz jak się później okazało, chłopak wrócił na ziemię, jako anioł, by strzec Ivy przed niebezpieczeństwem ze strony przyrodniego brata, Gregory’ego. Ale teraz, rok po śmierci Tristana, morderczego brata również już nie ma. Kierowany żądzą nienawiści i zemsty sam stracił życie. Teraz Ivy próbuje otrząsnąć się po śmierci dwóch bliskich jej osób. Co więcej, musi pogodzić się z tym, że Tristan wypełnił swoją misję chronienia swojej ukochanej i już więcej nie będzie jej odwiedzał. A przynajmniej tak jej się wydawało, bowiem wszystko zmieniło się podczas wakacji w Cape Cod, gdzie wraz z grupką przyjaciółek skusiła się na seans spirytystyczny, który przywołał demony przeszłości. Czyżby nienawiść Gregory’ego była tak silna, by mógł wrócić z zaświatów? A może to tylko wina wybujałej i naiwnej wyobraźni Ivy i Beth, która została naznaczona przez nieprawdopodobne wydarzenia ubiegłego roku? Czy piekło rozpęta się na nowo?

 Jak już mówiłam wcześniej, cykl Elizabeth Chandler ujął mnie już od pierwszego tomu. Choć całość nie porwała mnie ani trochę, to gdzieś w głębi czułam, że coś jest w tej serii, że chce się ją czytać. Uważałam, że tym czymś jest związek Tristana i Ivy, który był wyjątkowo ciepły, czuły i delikatny. My, kobiety, możemy się tego wypierać, ale czasem lubimy sięgnąć po takie ckliwe historie, które wywołują na naszej twarzy uśmiech tęsknoty, a w naszych oczach  łzy wzruszenia. Właśnie dlatego polubiłam ten cykl. Ale co stanie się, gdy zabraknie kluczowego wątku i atutu serii? Klapa się stanie. W Wiecznej tęsknocie właśnie to się stało, zabrakło najważniejszego i jedynego elementu, który mógł zachęcać do czytania. Zostały tylko wady. Denerwująca na potęgę główna bohaterka, niesamowicie infantylna i uparta. Nie potrafię zliczyć momentów, w których miałam ochotę wleźć do książki i trzepnąć Ivy w łeb, byle tylko się otrząsnęła i skończyła bredzić. Została też wolno rozwijająca się fabuła, która sprawiła, że co rusz wiało nudą. Dopiero pod koniec, by tradycji stało się zadość, nastąpiło wielkie boom, niespodziewany, choć wyczekiwany zwrot akcji, który zmusza nas do przeczytania kolejnego tomu, by dowiedzieć się, co będzie dalej. Zabieg skuteczny, nie powiem, aczkolwiek po tylu tomach po prostu nużący.

W ogólnym rozrachunku okazuje się, że jest bardzo, bardzo przeciętnie. Nie ma tutaj elementu, który ratowałby cykl z opresji, czyli chęci rzucenia go w kąt. Osobiście go nie rzucę, bo skoro zaszłam już tak daleko, to dowiem się, jak ta cała historia się skończy. Niemniej jednak wiem, że nie poczynię tego z niecierpliwością i przyjemnością, po prostu dokończę rozpoczęte zadanie i tyle. Owszem, czyta się lekko, leniwie i idealnie, by oderwać się od natłoku myśli, ale uważam, że w obecnej chwili, kiedy na rynku książkowym pojawia się tyle nowych tytułów, to najzwyczajniej w świecie za mało, by zachęcić czytelnika. Szkoda, że im bliżej końca, tym gorzej. Miejmy nadzieję, że w ostatnim tomie, do którego jeszcze daleko, wreszcie nastąpi jakaś miła odmiana.

 Moja ocena: 6/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Portalu Secretum oraz Wydawnictwa Dolnośląskiego