Faza trzecia: Kłamstwa - Michael Grant

Autor: Michael Grant
Tytuł: Faza trzecia: Kłamstwa
Tytuł oryginału: Lies. A Gone Novel.
Seria: GONE: Zniknęli, t. III
Wydawnictwo: Jaguar, 2010
Liczba stron: 400
Oprawa: miękka
ETAP – obszar wokół elektrowni jądrowej, który został odgrodzony od świata zewnętrznego niewidzialną, lecz wyczuwalną barierą. Kopuła, w której zostały uwięzione dzieciaki poniżej piętnastego roku życia. Promieniotwórcza pułapka, która obdarzyła niektórych swoich mieszkańców niesamowitymi mutacjami. Nadludzka siła, uzdrawianie, umiejętność strzelania światłem z rąk, to tylko niektóre z nich. Do tego wszystkiego brak opieki i nadzoru dorosłych. Brzmi jak niezła zabawa. Ale nie po kilku miesiącach przepełnionych krwawą walką, śmiercią i głodem. Przecież to tylko dzieciaki, które zostały zmuszone by walczyć o własne życie.

Pewnie wielu z Was miało okazję usłyszeć o serii GONE, której autorem jest Michael Grant. Pisarz zamknął swoich bohaterów w przerażającej kopule, obdarzył ich mocami rodem z filmów o superbohaterach, zostawiając ich na pastwę losu. A, dorzucił jeszcze tajemniczego stwora gaiaphage, znanego również, jako Ciemność, który miesza im wszystkim w głowach. Teraz nie pozostaje nam nic innego, jak zamienić się w okrutnych obserwatorów, którzy będą spoglądać na dzieciaki i ich poczynania zza poszczególnych stron. Najpierw walczyli między sobą – źli z dobrymi, potem nadszedł głód, a teraz? Kłamstwa. Wszyscy kłamią, a to dla własnego dobra, czy też dla dobra innych. Sam nie wytrzymuje presji bycia bohaterem, którego wszyscy potrzebują, kiedy trzeba kogoś uratować. Genialna Astrid próbuje zapanować nad ogarniającym Perdido Beach chaosem, używając swojej mądrości i wyższości. Caine nie może pogodzić się z tym, że przegrał z Samem, a jego ludzie głodują. A gaiaphage? Ponoć pożegnał się z życiem. Ponoć…


Po przeczytaniu dwóch poprzednich tomów serii Granta, zastanawiałam się, czym autor może mnie jeszcze zaskoczyć. Wszak kopuła jest zamknięta, więc trudno dostarczać jej bodźców z zewnątrz, musi być samowystarczalna, jeśli chodzi o wrażenia i elementy, które mogą czytelnika wprawić w osłupienie. I tak sobie myślę, co ten Grant mógł wymyślić? Bo przecież dzieciaki już umierały, walczyły ze sobą, odkrywały swoje dziwne moce, niemal wyginęły z głodu, przylazła jakaś Ciemność dziwna. Ok, ale co jeszcze? Znowu będą się bić o panowanie nad ETAP-em? Dalej będą głodować? Gdzieś tam w głębi miałam wrażenie, że w końcu, po tych dwóch tomach, które trzymały w napięciu nastąpi faza trzecia: nuda.

Ale nie. Grantowi udało się utrzymać poziom i wciąż doskakuje do poprzeczki, którą kiedyś tam sobie postawił. Było zaskoczenie i elementy, których za nic się nie spodziewałam. Był dreszczyk emocji, napięcie i zwroty akcji. Było dobrze, choć, żeby nie było tak słodko, wspomnę, że monotonnych momentów, które już były, też nie brakowało. Niewiele, ale jednak. Ciut, ciut, odrobinka (oby ta nie rozrosła się w kolejnych tomach!). Jedyna rzecz, która nagminnie wyprowadzała mnie z równowagi, to postać Astrid. Przemądrzała, wywyższająca się blondyneczka, dziewczyna bohatera, która się rządziła, ale nie kiwnęła palcem, gdy ludzie umierali, głodowali, itd. I jak tak zaczynała te swoje umoralniające gadki i religijne farmazony, to myślałam, że ją pacnę w tę ładniutką łepetynę. Na szczęście w pewnym momencie wzięła się w garść, ale to nie zmienia faktu, że mnie denerwuje, o!

Pomijając jednak osobiste antypatie, to przyznaję, że dobrze się bawię podczas czytania serii GONE. Choć to typowa młodzieżówka, łagodne science fiction, a ja już jestem krok poza grupą docelową, to wciąż przyjemnie mi się to czyta, z lekkim dreszczykiem i ciągłym oczekiwaniem, co będzie dalej i jak to się wszystko skończy. Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji poznać serii Granta, to niech spróbuje, sięgnie po pierwszy tom – bardzo prawdopodobne, że wsiąknie i sięgnie po kolejny. Ja osobiście czaję się na następną część, czyli Fazę czwartą: Plagę.

Moja ocena: 8/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar  


Seria
  1. Faza pierwsza: Niepokój
  2. Faza druga: Głód
  3. > Faza trzecia: Kłamstwa <
  4. Faza czwarta: Plaga
  5. Faza piąta: Ciemność
  6. Faza szósta: Światło

W pierścieniu ognia - Suzanne Collins

Autor: Suzanne Collins
Tytuł: W pierścieniu ognia
Tytuł oryginału: Catching Fire
Seria: Igrzyska Śmierci, t. II
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 360
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Trylogię Suzanne Collins od pewnego czasu znają i kojarzą wszyscy – czy to ze słuchu, z kina czy z przyjemności, bądź i nieprzyjemności czytania wersji papierowej. Osobiście nie popłynęłam na pierwszej fali popularności, którą wywołało pojawienie się Igrzysk Śmierci na rynku. Przeczekałam aż tsunami przejdzie i na spokojnych wodach nieoczekiwań wzięłam się do lektury. Prawda jest jednak taka, że mimo pływania na niewzburzonych i bezpiecznych wodach, i tak bezpowrotnie utonęłam. Wychodzi więc na to, że „słynne” Igrzyska… za mną, wersja kinowa również (która mnie zawiodła, prawdę powiedziawszy), a teraz czas na kontynuację, czyli W pierścieniu ognia, która to sprawiła, że spłonęłam, tak jak utonęłam podczas czytania pierwszego tomu.

Kończąc Igrzyska… postanowiłam sobie trochę odetchnąć od książek Collins, szczególnie, że wisi nade mną widmo zaległości recenzyjnych i praca licencjacka do napisania. Wyszło więc na to, że przyjemności pójdą w odstawkę. Ale poległam z kretesem, a wszystko za sprawą drugiego tomu trylogii, który wołał mnie z półki cichym głosikiem Przeczytaj mnie Kamyku! Do tego wszystkiego dołożył się jeszcze Mój Luby, który mnie poganiał, gdyż sam jest ciekawy dalszych losów Katniss i Peety, a ja uparcie trzymałam się tego, że nie pozwolę mu dowiedzieć się tego wszystkiego przede mną. Oboje czekaliśmy cierpliwie, aż wreszcie przyjdzie czas na W pierścieniu ognia. Codziennie spoglądałam na grzbiety trylogii i w końcu się poddałam. W duchu wykrzyknęłam, że mam w nosie (przynajmniej na chwilę!) zobowiązania, muszę wiedzieć, co dalej dzieje się z bohaterami powieści Suzanne Collins. No i przeczytałam!



O treści wyjątkowo Wam słówka nie pisnę, by nie zdradzić tym, co jeszcze nie czytali, czegoś istotnego, co by Wam zniszczyło przyjemność czytania. Żadnych spojlerów moi drodzy. Pozostawię Was w całkowitej niepewności i powiem tylko jedno: czytajcie! A czemu? Bo warto! Autorce udało się utrzymać drugi tom trylogii na poziomie, który pozostawiły po sobie Igrzyska Śmierci. A bo nam, czytelnikom, zawsze się wydaje, że jak będzie druga część, to pewnie będzie gorsza, bo niby czemu ma być lepsza. A tu niespodzianka, bo, mimo że poprzeczka była wysoko, to Collins udało się ją capnąć, a nawet i przeskoczyć.

Czytam sobie W pierścieniu ognia i czytam, i myślę sobie, że ta Collins to już mnie niczym nie zaskoczy. Przecież napisała takie świetne Igrzyska…, które obfitowały w akcję, ociekały krwią i ciągłym napięciem, które trzyma w niepewności za gardziel aż do ostatniej strony, więc co może zrobić teraz? Ach, zrobiła wiele. Zwrotów akcji tutaj nie brakuje – szczerze, nie spodziewałam się TAKIEGO obrotu sprawy, naprawdę. Biorąc drugi tom spodziewałam się, że będzie on opowiadał o losach bohaterów po Igrzyskach, o zalążkach buntu w Panem, którego symbolem stała się Katniss, aż w końcu przejdziemy do samych obrazów powstań w poszczególnych dystryktach. I owszem, do pewnego stopnia tak jest, ale później wszystkie moje przewidywania legły w gruzach, gały wylazły mi z orbit i pomyślałam sobie tylko jedno: o kurde! (do tej sytuacji idealnie pasuje obrazek krążący po sieci, o ten właśnie) >

Ta moja dzisiejsza recenzja pewnie wygląda jak peany na cześć Suzanne Collins i jej fantastycznej trylogii Igrzyska Śmierci. Ale cóż poradzę na to, że to już drugi tom, który porwał mnie bez reszty i nie potrafiłam oderwać się od lektury. Fakt, to młodzieżówka, która może nie powalać ambitnym pomysłem. Mnie przez moment zaczął denerwować ten oklepany motyw miłosnego trójkąta Peeta-Katniss-Gale. No błagam, pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to Zmierzch, a to nienajlepsze skojarzenie, mimo wszelakiej sympatii, którą żywię do sagi Meyer. Poza tym Katniss zaczęła mnie trochę irytować, tym swoim nachalnym zmuszaniem się do poświęcenia wobec Peety.

Ale, ale, w ogólnym rozrachunku wciąż jestem zachwycona. Bo nie brakowało tutaj emocji, zaskakujących zwrotów akcji, tego czegoś, co sprawia, że chce się czytać książkę w każdej możliwej wolnej i zajętej chwili. Teraz, po przeczytaniu W pierścieniu ognia jestem ciekawa ile wytrzymam bez sięgania po Kosogłosa. Może warto byłoby odłożyć to trochę w czasie i przedłużyć sobie przyjemność, wszak to już ostatni tom trylogii, a potem pozostanie już tylko tęsknota i smutek, że to już koniec. Jednakże póki co, nie pozostaje mi nic innego, jak przekazać W pierścieniu ognia memu Ukochanemu, a Wam z całego serca polecić zarówno Igrzyska Śmierci, jak i tom kolejny.

Moja ocena: 9,5/1

Skóra motyla - Siergiej Kuzniecow

Autor: Siergiej Kuzniecow
Tytuł: Skóra motyla
Wydawnictwo: MUZA SA, 2012
Liczba stron: 335
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Kiedy czytałam tę książkę w autobusie czy innych miejscach publicznych, zastanawiałam się, co myślą sobie ludzie spoglądając na okładkę czytanej przeze mnie lektury. Nie wątpię, że ta rzucała się w oczy. Krwista czerwień lateksu opinającego twarz i ciało uległej kobiety, mroczna czerń kombinezonu, który przywdział człowiek w przerażającej masce. O co tu chodzi? O czym jest ta książka? Dlaczego ta dziewczyna czyta takie przerażające, pewnie brutalne lektury?


Owszem, Skóra motyla Siergieja Kuzniecowa to tytuł niezwykle brutalny, ociekający krwią, przepełniony bólem. Wszak opowiada o kobiecie, która jest fanką sado-maso oraz moskiewskim mordercy, który lubuje się w masakrowaniu ciał w bardzo bestialski sposób. Nieświadomi siebie zostali połączeni miłością do bólu. Z jedną różnicą – ona krzywdzi siebie dla rozkoszy, a on… innych.

Ksenia jest młodą redaktorką internetowego serwisu informacyjnego, który każdego dnia walczy o znalezienie się w czołówce najczęściej odwiedzanych portali. Okazja na podkręcenie oglądalności trafia się wraz z pojawieniem się w Moskwie seryjnego mordercy, który zaczął wzbudzać strach wśród wszystkich mieszkańców miasta. Ksenia chcąc wykorzystać rozgłos, który pojawił się wokół szaleńca, powołuje do życia projekt, a konkretnie stronę internetową poświęconą zbrodniarzowi. Zdjęcia wcześniejszych ofiar, miejsca zbrodni, forum dla bliskich, których dotknęła tragedia, opinie psychologów, etc. Wszystko to, by złapać Moskiewskiego Maniaka.

W czasie, kiedy dziewczyna nie pracuje, poświęca się zaspokajaniu własnych potrzeb. A robi to w dosyć nietypowy sposób, gdyż czyni to sprawiając sobie ból. Pejcze, baty, zaciski na sutki, kawałek szkła wbity w udo i zaostrzony ołówek. Wszystko, co może ją skrzywdzić i sprawić jej ból, może też dać jej prawdziwą rozkosz i orgazm, który zaspokoi ją na jakiś czas. Dotychczas Ksenia miewała sprawdzonych partnerów, którzy lubili ją poniżać, bić i upokarzać w łóżku, niemniej jednak od pewnego momentu swojego życia dziewczyna jest sama, a co za tym idzie, coraz bardziej odczuwa potrzebę prawdziwego seksu, przepełnionego bólem, który sprawi, że przez wiele tygodni będzie leczyć swoje rany i siniaki. Wtedy właśnie poznaje tajemniczego aliena, który odzywa się do niej na ICQ. Wirtualny romans zaczyna się dynamicznie rozwijać, gdyż alien potrafi dotrzeć do najskrytszych pragnień Kseni.

Czy dziewczynie uda się wreszcie odnaleźć odpowiedniego partnera, który tak jak i ona, uwielbia zadawać innym ból? Czy uda jej się połączyć sukcesy w sferze zawodowej, pomagając w schwytaniu moskiewskiego seryjnego mordercy, z sukcesami w sferze prywatnej?

Na ogół nie zaczytuję się w literaturze rosyjskiej. Prawdę powiedziawszy nie potrafię przywołać w pamięci innego tytułu, którego autorem byłby Rosjanin. Pod tym względem więc Skóra motyla jest dla mnie nowością. Ale z drugiej strony jest gatunek książki – thriller psychologiczny – z którym miałam już styczność nie raz i nie dwa. Lubię tego typu lektury, które obnażają przegnite wnętrza ludzkich charakterów. Tutaj, w Skórze motyla miałam okazję poznać takowych kilka. Ale czy to wystarczyło, by rzucić mnie na kolana?
Nie. Skóra motyla jest skomplikowanym thrillerem psychologicznym, który rozwija się dosyć powoli. Rozwlekły wstęp, który ukazuje nam podłoże charakterów poszczególnych bohaterów może nieco męczyć. Później nie brakuje brutalnych i krwawych opisów mordów, wyciętych macic, naszyjników z sutków, etc., co niektórych może brzydzić i odrzucać. Ja, jako fanka mocnych wrażeń, stwierdzam, że czegoś mi tutaj brakowało. Owszem, było strasznie i obrzydliwie, ale nie czułam tego, co towarzyszyło mi podczas lektury książek Ketchuma. Wtedy byłam autentycznie przerażona, wręcz porażona. Horror Kuzniecowa na mnie nie zadziałał. Z drugiej jednak strony trzeba przyznać, że Skóra motyla jest bardzo rozbudowana. Opisy postaci, ich osobowości, tło historyczne w konkretnej sferze – innych seryjnych morderców. Jeśli ktoś zainteresowany jest tą tematyką, znajdzie tutaj prawdziwą kopalnię nazwisk, które może wygooglować.

Myślę, że żeby czytać lektury pokroju Skóry motyla, naprawdę trzeba lubić mocne wrażenia, seryjnych morderców, etc., chociażby na papierze. Osobiście od czasu do czasu lubię przeczytać coś, co zjeży mi włos na głowie – tutaj jednak tych emocji zabrakło, choć pamiętam jeden moment, który ściął mnie z nóg (nie dosłownie na szczęście). Jeśli więc kręci Cię sado-maso i seryjni mordercy, czytaj. Ok, to był żart ;) Po prostu trzeba to lubić i mieć mocne nerwy, by oddawać się lekturze tego typu tytułów. 

Moja ocena: 7/10

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MUZA SA

Pożądanie mieszka w szafie - Piotr Adamczyk

Autor: Piotr Adamczyk
Tytuł: Pożądanie mieszka w szafie
Wydawnictwo: Dobra Literatura
Liczba stron: 289
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Od momentu, w którym przyszło mi ujrzeć zapowiedź wymienionej wyżej książki, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Nie wiem, skąd obudziło się we mnie uczucie głębokiego przekonania, że nie mam innego wyjścia, jak tylko zdobyć tę powieść, porwać ją w zniecierpliwione dłonie i zanurzyć się w lekturze. Może to ten tytuł, który stworzony jakby dla mnie, idealnie wstrzelił się w me gusta? A może to reakcja na autora? Wszak to TEN Piotr Adamczyk! TEN od Papieża! Prawda jest taka, że to wcale NIE JEST TEN Piotr Adamczyk, o którym wszyscy myślą. Ale to nic. Miałam przeczucie, które tym razem mnie nie myliło. 

Pożądanie mieszka w szafie to bardzo intymny portret samotnego mężczyzny w średnim wieku, który boryka się z brzemieniem sławnego nazwiska, lekkim niepowodzeniem u kobiet i podupadającą gazetą, której jest redaktorem. Piotr w pewien sposób nauczył się swojej samotności, choć wciąż się do niej nie przyzwyczaił. Nie da się, wszak: „Samotność nie jest naturalnym stanem; wszystko wokół występuje w parach – poduszki w sypialni, palniki w kuchence, a nawet baterie w latarce. Samemu może i dobrze się mieszka, ale zasypia fatalnie”. Gdzieś w głębi wciąż rozpamiętuje swoją pierwszą, prawdziwą, acz nieszczęśliwą miłość, którą poczuł do niejakiej Marysi Jezus. Teraz kobieta czai się w każdym zakamarku życia Piotra, przypominając mu, co niegdyś stracił.



Ale Piotr nie jest bierny w swojej samotności. Nie siedzi w kącie i nie opłakuje swojej straty. Wszak ma potrzeby do zaspokojenia, ryczący zew natury, wzywający do tego, by pragnąć i pożądać kobiet. A przecież Piotr lubi przytulać się do ich miękkich ciał, lubi muskać ich delikatne usteczka, uwielbia pieścić, dotykać i całować. Z chęcią zrobiłby to i owo z byłą dziewczyną TEGO Piotra Adamczyka, chociażby po to, by wywołać mały skandal i podnieść swoje wyniki w wyszukiwarce. Bo „człowiek istnieje na tyle, na ile można go znaleźć w wyszukiwarce; jeśli nie wie o tobie wyszukiwarka, nie wie nikt”.

I tym razem moja intuicja mnie nie zawiodła. Było dobrze, naprawdę dobrze. Z wielką przyjemnością zaczytywałam się w książce Piotra Adamczyka, szczególnie, że wcześniej miałam w rękach toporny tytuł Irvinga. Pożądanie mieszka w szafie przywitało mnie dawką ciętego dowcipu, spojrzeniem krytycznego oka na rzeczywistość, garścią smutku i samotności, z odrobiną erotyzmu i podniecenia w dobrym smaku. Wyszedł z tego iście przepyszny smakołyk dla duszy czytelnika. Przynajmniej mojej. Piotr Adamczyk wessał mnie do wnętrza swojej książki, która jest niesamowicie życiowa, taka prawdziwa, o! Nie ma tu wydumanych bajeczek o księżniczkach i rycerzach na białych koniach, wyidealizowanych uczuć (choć jest nieco wyidealizowana Marysia Jezus), tylko samo życie, które potrafi dać w kość singlom w pewnym wieku.

Teraz tylko zostało mi zastanawiać się i łamać sobie głowę, ile Piotra Adamczyka z książki, jest w Piotrze Adamczyku, który pisał tę historię. Ile jest prawdy w tych niby fikcyjnych wydarzeniach, które opisuje? Wszak imię i nazwisko to samo, praca jakby też, zbieżności nie brakuje. A przecież to nie autobiografia, tylko powieść. A ja i tak się zastanawiam. Bo tak.

Jeśli jeszcze nie mieliście okazji przeczytać najnowszej książki Piotra Adamczyka-nie-tego-od-papieża, to sięgajcie śmiało. Dawno nie czytałam tak lekkiej i przyjemnej, a zarazem ciężkiej i obarczonej ciężarem refleksji, przez które trzeba przebrnąć, książki, którą z zadowoleniem postawię na półce, by do niej wrócić. Wypuście pożądanie z szafy ;)

Moja ocena: 8,5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dobra Literatura 

Październikowe zdobycze ;)

Halo, halo, witam Was pięknie w tym całkiem słonecznym, acz jesiennym dniu :) Dobrze, że wreszcie wylazło słońce, bo mam wrażenie, że dostanę jakieś deprechy na koniec roku, jak tak ciągle będzie lało i będzie zimno. Ale to nie czas by gadać o pogodzie, wszak są lepsze rzeczy do omawiania, gdy w tytule posta pojawiają się zdobycze, a co za tym idzie, wiadomo, że pojawią się stosy i ich fotki z każdej możliwej strony. Ilość książek może przerażać, na szczęście (moje w szczególności) większość z prezentowanych dzisiaj zdobyczy to moja własność (z zakupów i wymian), a więc nie gonią mnie recenzenckie terminy, które i tak mnie gonią, prawdę mówiąc. Dotkliwie odczułam początek roku akademickiego i pierwsze zlecenie dla Znaku, które pochłonęło niemal tydzień z mojego życia :) Ale nie poddaję się i dzielnie walczę z rosnącymi kupkami do przeczytania, ograniczając liczbę tych, które docierają do mnie z wydawnictw, co by się całkiem nie załamać. Ale do sedna moi kochani - STOSY:

Stos wymianowy (od góry):
  • Spadek J.D. Bujak
  • Dzieło Dextera J. Lindsay
  • Król mroku M. Marr
  • Kwiat kalafiora Musierowicz
  • Brulion Bebe B.
  • Tygrys i Róża
  • Kalamburka
  • Sprężyna  

W jednej osobie - John Irving

Autor: John Irving
Tytuł: W jednej osobie
Tytuł oryginału: In One Person
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 528
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Z Irvingiem i jego twórczością stykam się po raz pierwszy, więc obce są mi zachwyty i peany na jego cześć. Ponoć jest jednym z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy. Ponoć jego książki zachwycają czytelników, co sprawia, że trafiają one na wszystkie najbardziej znane amerykańskie listy bestsellerów. Ponoć, ponoć… Wszystko to pogłoski, plotki, domniemania, a wszystko to do czasu, kiedy człowiek sam wreszcie ma okazję zetknąć się z tym autorem niczym bóstwo czczonym spośród innych pisarzy. Ok, przesadzam z tym czczeniem, ale prawda jest taka, że Irving jest znany, lubiany i ceniony. A czy i ja trafię do tego grona wiernych fanów? O tym później, bo na początku będzie garść słów o fabule i o tym, co autor zaserwował nam w swojej najnowszej, trzynastej już powieści.  

„W jednej osobie” opowiada nam historię młodego chłopaka, teraz już siedemdziesięcioletniego mężczyzny, który boryka się z pociągiem do niewłaściwych osób. Trudno mu oswoić się ze swoim biseksualizmem, który wciąż napiętnowany jest w jakiś sposób, we wczesnych latach sześćdziesiątych, w małych, ograniczonych miasteczkach i nie tylko. Osierocony przez ojca William, stara się odnaleźć się w wielkim świecie, szukając przede wszystkim własnego ja. Droga ta nie należy do najłatwiejszych, w szczególności, że przez większość czasu obraca się wśród rówieśników tej samej płci, nie mogąc ujawnić swoich ciągot.
Billy opowiada nam o swojej rodzinie – naiwnej matce, która próbowała go wychować, ojcu, o którym wie niewiele, dziadku, który lubi przebierać się w kobiece ciuszki oraz o pannie Frost, bibliotekarce, która jest jego pierwszą i najsilniejszą fascynacją, która z jednej strony go przeraża, a z drugiej niesamowicie podnieca. Młody William starając się dotrzeć do własnego ja, ukrytego gdzieś w głębi zagmatwanego charakteru, próbuje różnych innych rzeczy, które mają pomóc mu zrozumieć, dlaczego tak bardzo pociągają go mężczyźni. Bycie „innym”  jest naprawdę ciężkie dla młodego człowieka, gdy homoseksualizm wciąż traktowany jest jak choroba, którą należy wyleczyć.

John Irving zajął się trudnym tematem. Cofnął nas nieco w czasie, byśmy mogli zerknąć we wczesne lata sześćdziesiąte, kiedy to bycie homoseksualistą, biseksualistą, czy też transseksualistą stawało się coraz bardziej popularne, lecz wciąż traktowane jako złe, chore i niemoralne. W rezultacie te coraz częstsze akty ujawniania się i istna rewolucja obyczajowa, przełożyły się na tragiczną epidemię AIDS, o której to Irving też wspomina w swojej książce. Wygląda więc na to, że te pogłoski, o których przyszło mi napomknąć parę akapitów wyżej, okazują się słuszne. Ale czy na pewno?

Chyba nie. Odpowiadając na pytanie zadane nieco wyżej, czy i ja dołączę do grona wiernych fanów Irvinga, odpowiadam: nie, nie dołączę. Owszem, Irving pisze bardzo ciekawie, interesująco, poruszając trudną tematykę, co cenię sobie w książkach, ale nie potrafię odpuścić mu tego, jak bardzo mnie zanudził na samym początku. Nie zgraliśmy się, tyle. Chyba przez 2 tygodnie męczyłam się z tą książką – z początkiem, który co rusz serwował mi długie i nudne fragmenty poprzetykane cytatami z różnych dzieł i sztuk teatralnych.  Fabuła wlokła mi się niemiłosiernie, zdania wydłużały w nieskończoność, a ja modliłam się o rychły koniec tej super nowości. I wiecie co? Jeśli tak wyglądają inne książki Irvinga, to chyba sobie daruję. Jeśli nie, wyprowadźcie mnie z błędu i tchnijcie trochę nadziei na coś lepszego.

Właśnie to rozwlekanie i męczenie mnie jest moim głównym zarzutem wobec „W jednej osobie”, gdyż poza tym było naprawdę dobrze. Ale nie lubię czytać książki na siłę, bo muszę, bo trzeba, a ona mnie trzyma za gardziel i nie puszcza, i targa mnie, i czuję się jakby mnie kto przykuł do jakiego narzędzia tortur. Wszystko ładnie pięknie, ale. Jest ale, którego ja przeskoczyć nie potrafię, ale może Wam się uda. Spróbujcie i odkryjcie przede mną fenomen Irvinga.

Moja ocena: 7/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka

Dziennik znaleziony w piekarniku - Marek Susdorf

Autor: Marek Susdorf
Tytuł: Dziennik znaleziony w piekarniku
Wydawnictwo: Novaeres, 2o12
Liczba stron: 96
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Magdalena, młoda matka, z wątpliwą radością przyjęła wieść o nowym potomku, który pojawić się ma na tym szarym, brudnym i niesprawiedliwym świecie. Kobieta nie wie, czy traktować to nowe, nadchodzące życie, jako małego wroga czyhającego na jej codzienność, wciąż jeszcze jędrną i wolną od cellulitu skórę i nadszarpnięty budżet, czy też, jako cud, prawdziwe szczęście, z którego powinna się cieszyć, jak każda inna matka. Ale jak tu się cieszyć z kolejnego zobowiązania, obowiązku, który wymaga uwagi, czasu i pieniędzy, a przede wszystkim miłości, której ona nie ma. Ani dla córeczki, ani też dla jej półrocznego męża Krzyśka.

Krytycznym okiem patrzy na rzeczywistość, która spadła jej na barki, jak wór ciężkich do utrzymania cegieł. Z wielkim pesymizmem przelewa na papier (bo zabrakło prądu, by uruchomić komputer) wszystkie swoje gorzkie żale dotyczące jej życia, które tak bardzo różni się od oczekiwań, które dotąd miała. Silne emocje wylewają się z niej strumieniami, gdy próbuje uspokoić ciągle płaczące dziecko, gdy stara się wykrzesać trochę ognia z leniwego męża rozwalonego przed ekranem telewizora i usiłuje utrzymać dom, składając długopisy.



I tyle by rzec o fabule, bo książka w głównej mierze to psioczenie na niesprawiedliwe życie, które śmiało zesłać na biedną kobiecinę dziecko, które zepsuło jej dosłownie wszystko. Wiecie co? Nie przemówił do mnie ten „Dziennik znaleziony w piekarniku”. To wszystko dlatego, że wychodzę z założenia, że marudzenie, rozwlekanie wszystkiego, jęczenie i stękanie niczego nie zmienia. A główna bohaterka nie robi nic innego, by poprawić swoją sytuację, tylko stęka, kwęka i ubolewa. Fakt, szczęścia to może i nie miała, ale cóż z tego? W końcu trzeba wziąć byka za rogi, posiłować się z nim trochę i pokonać go, a nie, dać się mu na te rogi nadziać.

Fajnie, że autor przedstawia bycie matką z trochę innej perspektywy. Nie tej słodkiej, owiniętą w różową watę cukrową, pachnącą oliwką dla dzieci. Susdorf w pewien sposób odziera nas z różowych okularów (choć kto, z drugiej strony, uważa, że bycie rodzicem to łatwy kawałek chleba, prosta sprawa i same przyjemności?) i pokazuje nam, że macierzyństwo jest cholernie ciężkie, a kobieta ma prawo do tego, by czuć się z tym źle. Przez chwilę, a nie całe życie.

I było jeszcze coś, co mnie odpychało od lektury – wulgaryzmy. Nie wiem, dlaczego polscy autorzy mają tendencję do nadużywania przekleństw, jako narzędzia do wzmocnienia słów, emocji i sytuacji. To jest takie banalnie proste użyć słowa na „k”, gdy ktoś jest wkurzony. Mnie to odrzuca, bo jest tyle słów w słowniku, których można użyć, a oni idą po najmniejszej linii oporu i sypią z rękawa jedną „ku”, drugim „chu” z dodatkiem „pi”. Słabe to.

W ogólnym rozrachunku „Dziennik znaleziony w piekarniku” Marka Susdorfa nie przypadł mi do gustu. Nie przemówił do mojego kamykowego rozumku, serca i emocji. Główna bohaterka mnie denerwowała, przekleństwa wyprowadzały z równowagi, a ilustracje na stronach rozpraszały i utrudniały czytanie. I choć pomysł i idea książki są jak najbardziej ciekawe i przykuwające uwagę (tym bardziej, że autorem jest mężczyzna), to jest to niestety nie moja bajka. Ale jeśli macie ochotę, czytajcie, droga wolna, bo skreślić jej całkiem nie potrafię, ale wciąż, polecać nie będę.

Moja ocena: 5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Marka Susdorfa 

Igrzyska Śmierci - Suzanne Collins

Autor: Suzanne Collins
Tytuł: Igrzyska Śmierci
Tytuł oryginału: The Hunger Games
Seria: Igrzyska Śmierci, t. I
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 352
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Od kilku miesięcy tytuł Igrzyska Śmierci budzi w ludziach gorące emocje. Czy to u czytelników, którzy zaczytują się w trylogii Suzanne Collins, która albo rzuca ich na kolana, albo to oni rzucają nią o ścianę lub do kosza, czy też u kinomanów, którzy mieli okazję obejrzeć ekranizację Igrzysk… na wielkim ekranie. Do pewnego momentu nie należałam do żadnego grona – nie widziałam filmu ani nie przeczytałam żadnej z części popularnej ostatnio trylogii. Ale w końcu Igrzyska… dopadły także i mnie – złapały w swoje niecne łapska, wciągnęły w świat Panem i bezwzględnego Kapitolu i wypluły, pozostawiając z chęcią na więcej. Choć miałam wrażenie, że książki Collins nie są dla mnie, cieszę się, że nie popełniłam strasznego błędu i że nie przeszłam obok nich obojętnie. A dlaczego tak, o tym w swoim czasie.

Pewnie wszyscy, a może i większość czytelników i moli książkowych wie, o czym są Igrzyska… - państwo Panem zbudowane na ruinach Ameryki Północnej, w samym sercu Kapitol otoczony dwunastoma dystryktami, które wyróżniają się tym, że zajmują się różnymi dziedzinami: rolnictwem, produkcją zboża czy wydobyciem węgla. Kapitol chcąc pokazać swoją władzę i siłę, wpadł na pomysł zorganizowania brutalnych igrzysk, w których udział biorą dzieciaki: jedna dziewczyna i jeden chłopak z każdego dystryktu. Wybranych dwudziestu czterech trybutów wypuszcza się na arenę, na której walczą o swoje życie. Bo zwycięzca jest tylko jeden.


Źródło

Jednym z trybutów jest szesnastoletnia Katniss Everdeen, główna bohaterka, a zarazem narratorka powieści.  Można rzec, że po śmierci ojca dziewczyna stała się głową rodziny, a co za tym idzie, najważniejszym jej zadaniem było utrzymanie siostry i matki przy życiu. Katniss od wielu lat przyzwyczajona jest do głodu, polowań na dziką zwierzynę i niebezpieczeństwa, więc wydaje się, że świetnie poradzi sobie na arenie. Jednakże nie można przewidzieć tego, co przygotował Kapitol, zarówno dla nich, trybutów, jak i widowni złaknionej krwi i silnych emocji, które zapamiętają do końca swoich dni. Dla trybutów walczących o własne życie nie zostało ich zbyt wiele.

W wielkim skrócie (naprawdę wielkim) Igrzyska… Suzanne Collins są o… igrzyskach. Przez pierwszą część obserwujemy Katniss i jej codzienność, później Katniss przygotowującą się do starcia na śmierć i życie, by wreszcie zobaczyć Katniss na arenie, walczącą o własne przetrwanie. Czytając te kilka napisanych przeze mnie, mocno okrojonych zdań, można pomyśleć, że Igrzyska… to zwyczajna sieka, historyjka o grupce ludzi, którzy mają za zadanie zlikwidować się wzajemnie. Kupa krwi, mnóstwo krzyków, może trochę rozsypanych tu i tam wnętrzności, bo przecież ma być bezwzględnie i brutalnie. Ha, nic bardziej mylnego. Tych, którzy jeszcze nie wzięli w swoje ręce Igrzysk… przekonuję, że w powieści tej jest coś znacznie głębszego niż tylko mordowanie, rozbryzgi krwi i bolesne lamenty.

Źródło
Wciągnęła mnie ta książka jak jasna cholera. A nie spodziewałam się tego, przyznaję. Wychodzi na to, że jeśli nie ma się żadnych oczekiwań albo są one małe, wtedy tytuł potrafi wywrzeć na czytelniku największe wrażenie. Ale kończąc tę małą dygresję, wracam do opiniowania Igrzysk… Skończyłam na tym, że bardzo mnie wciągnęły. Akcja prze do przodu praktycznie cały czas – o to nie trudno, gdy obserwuje się ludzi biegających i mordujących się nawzajem. Nie brakuje tutaj momentów, w których człowiek zamiera w oczekiwaniu z wstrzymanym oddechem albo wywala gały, bo nie może uwierzyć w to, co się właśnie dzieje. Kapitol jest okrutny, igrzyska brutalne, a ludzie w nich uczestniczący to wciąż dzieci, które nagle zmuszone są do walki o własne życie. I w imię czego? Wymysłów „góry”, która musi pokazać własną siłę, by powstrzymać ludzi od buntów i zamieszek. Ot, taka mała ofiara, ponad dwudziestu martwych nastolatków.

Pisząc tę recenzję mam ochotę przestać z tymi ochami i achami na temat Igrzysk… i jedyne, co powiedziałabym w temacie tej książki to: przeczytajcie sami. Nie chcę przesadnie zachwalać, wychwalać pod niebiosa i mówić, jaka to fantastyczna powieść, nie tylko dla młodzieży, ale również dla dorosłych. Bo ktoś się nakręci, pomyśli bóg wie co i na końcu się rozczaruje. A po co? Przecież nie ma czym się rozczarowywać, taka prawda ;)

Mówiąc serio, to rzeczywiście jestem pod dużym wrażeniem – czuję, że ta książka porwała mnie emocjonalnie, co dla mnie osobiście jest bardzo ważne. Nie mam zamiaru rozbierać jej na części pierwsze, oceniać jej wartości merytorycznej, zastanawiać się czy bohaterzy wykreowani są dobrze, czy źle. Wystarczy mi, że Igrzyska… wciągnęły mnie jak diabli. Jeśli czytałam, to całą sobą. Jeśli akurat nie mogłam, po cichu wciąż myślałam o Katniss biegającej po arenie. Polubiłam ją. Polubiłam Igrzyska…

I przeczytam kolejne tomy trylogii, które szczęśliwie posiadam. Obejrzę też film, by porównać wersję papierową z tą kinową. Słyszałam na jej temat to i owo, więc z chęcią zweryfikuję ploteczki. Jeśli dobrze pójdzie, podzielę się wrażeniami z oglądania Igrzysk… na kolorowym ekranie. Póki co wracam do czytania i rozmyślania o następnej części trylogii Collins, którą chcę poznać.

Moja ocena: 10/10 

Sekretny język twojego ciała - Inna Segal

Autor: Inna Segal
Tytuł: Sekretny język twojego ciała
Wydawnictwo: Illuminatio, 2012
Liczba stron: 320
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
W dzisiejszych czasach wycieczka do jakiegokolwiek lekarza wydaje się drogą przez mękę. Jeśli już jakimś cudem udaje nam się do niego dostać, okazuje się, że na wizytę przyjdzie nam czekać kilka, a nawet kilkanaście miesięcy, nie wspominając już o majątku, który zostanie nam wydarty z portfela. Czas leci, kolejki w poczekalniach i aptekach coraz dłuższe, a choroba rozwija się w najlepsze. Cóż wtedy zrobić? Wołać o pomstę do nieba? A może zapragnąć mocy samouzdrawiania? Teraz, dzięki książce Segal nie musicie być superbohaterem, by móc pomagać samemu sobie – wystarczy kilka ćwiczeń, moc pozytywnego myślenia i wytrwałość.


A teraz już na poważnie. Prawda jest taka, że nie można zastąpić prawdziwego leczenia, konsultacji z lekarzem i łykania pastylek Sekretnym językiem twojego ciała autorstwa Segal, bo pewnie długo byśmy nie pożyli, szczególnie borykając się z poważnymi schorzeniami. Książka ta i rady z w niej zawarte mają być dodatkową pomocą w walce z chorobą i dolegliwościami, a nie jedynym słusznym wyjściem. Niestety, musimy wystać swoje w kolejkach i poczekalniach.

Wracając jednak do sedna, czyli do recenzowanej przeze mnie książki, to chciałabym powiedzieć o niej kilka słów. Przede wszystkim jest to bogate źródło wiedzy medycyny alternatywnej, która w tym przypadku skupia się na leczeniu samego siebie poprzez odpowiednie myślenie i pozytywne nastawienie, pozbywanie się negatywnych emocji, pracę nad energią własnego ciała i wizualizacje. Dla jednych mogą być do zwykłe dyrdymały i nawoływania nawiedzonej baby, ale myślę, że zarówno książka, jak i metody oraz informacje w niej zawarte znajdą swoich zwolenników.

Z poradnika można korzystać na kilka sposobów, o czym informuje nas sama autorka (s. 28-29). Możemy zacząć od konkretnych dolegliwości, które nas dotykają – znajdujemy którąś z nich, dowiadujemy się, jakie może ona mieć podłoże oraz jak się jej pozbyć za pomocą odpowiedniej terapii, która wyjaśniona jest bardzo szczegółowo w każdym z przytoczonych przypadków. Możemy również skorzystać ze sposobu, który skupia się na poszczególnych częściach ciała, bądź też spróbować metody z kolorami czy układami ciała. Sposób jest kilka, a co za tym idzie, książkę można dopasować do własnych potrzeb. Informacji jest mnóstwo i tylko od Ciebie zależy to, czy umiejętnie je wykorzystasz. Dużą zaletą jest to, że z tyłu książki (s. 296 – 297) umieszczono rysunki, na których zaznaczono, co gdzie jest, więc gdybyśmy mieli wątpliwości, jak zlokalizować szyszynkę czy grasicę, książka nam w tym pomoże.

Pewnie zapytacie mnie, czy to działa. Ja odpowiem Wam, że nie wiem, bo nic mnie nie boli i nic mi nie dokucza, więc nie miałam okazji wypróbować konkretnych metod na sobie. Swoją drogą wciąż pozostaję sceptyczna do metod, które proponuje nam autorka – oddychanie, wizualizacje, pozytywne myślenie – mój słomiany zapał wcale nie pomaga, a akurat te sposoby wymagają wytrwałości i rzetelności. Niemniej jednak będę próbować, gdy zacznie mnie łamać w krzyżu albo się przeziębię – kto wie, może okaże się, że to jednak działa? Fakt pozostaje faktem, Sekretny język twojego ciała daje nam możliwość spojrzenia na choroby i dolegliwości z trochę innej perspektywy, gdyż zazwyczaj wydaje nam się, że mają one podłoże czysto fizyczne. Natomiast autorka wyprowadza nas z tego błędnego myślenia, podając przyczyny emocjonalne i psychiczne, jako te, które mają wpływ na nasze ciało i to, co się z nim dzieje. Stres, negatywne wspomnienia z przeszłości, wewnętrzne urazy, brak pewności siebie – to wszystko może przyczynić się do powstawania różnych chorób i dolegliwości, z którymi autorka pomoże się nam uporać.

„Dowiedz się, jak uzdrowić siebie i uwolnić się od negatywnych postaw i przekonań, które uczyniły cię twoim własnym więźniem. Pozbądź się destrukcyjnych emocji: niechęci, lęki, depresji, złości, poczucia straty, zazdrości i beznadziei. Poznaj mądrość swojego ciała. Ucz się używać intuicji. Otwórz serce i doświadczaj radości, współczucia, jasności, relaksu i miłości. Odkryj wrodzoną mądrość swojego ciała i używaj jej do dokonywania niezwykłych przemian” (s. 19)

Uważam, że z książki mogą korzystać zarówno osoby, które wierzą w moc medycyny alternatywnej i siłę pozytywnego myślenia, jak i osoby sceptyczne, które wolą skupić się na łykaniu tabletek, syropkach, maściach i prawdziwych lekarzach, wierząc, że tylko to pomaga. Osobiście nie porzucam wiary w metody, które proponuje Inna Segal i spróbuję uleczyć się samodzielnie, gdy będę miała z czego (oby nie!) ;) 

Moja ocena: 7/10

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Illuminatio

Freak City - Kathrin Schrocke

On, piętnastoletni chłopak, wałęsający się z przyjaciółmi po mieści bez żadnego celu. Jego myśli wciąż krążą wokół seksu, dlatego z taką przyjemnością oddaje się podrywaniu niewinnych dziewcząt, które przechadzają się ulicami. Żadnej piękności nie uda się uniknąć głupich komentarzy wypadających z ust przyjaciół Miki, jak i głośnych gwizdów wwiercających się w uszy. Nieposkromione, dojrzewające nastolatki. Wydaje się, że nie sposób ich ujarzmić. Do czasu. Jakiego? Pierwszej miłości. 

I takowa trafiła się w życiu Miki. A przynajmniej tak mu się wydaje do pewnego momentu, bo życie postanowiło zweryfikować jego uczucia, a raczej jego dziewczyny Sandry, kiedy ta oznajmiła mu, że to koniec. Nie ważne, że dobrze im się układa, a Mika kocha ją nad życie – przecież minął już rok, teraz będą się tylko ze sobą nudzić. Mika nie potrafi zrozumieć tego, co się wydarzyło. Snując się bez celu po mieście trafia do kawiarni Freak City. A tam zauważa jedną z dziewczyn, które wołali z Bastim i Calimero na ulicy.
Ona, zmienia jego świat. Piękna, zielonooka i… głucha. Mika nie wie, co przyciąga go do tej dziewczyny tak bardzo, przecież dzieli ich ogromna przepaść ciszy, której nie sposób pokonać. Ale on, wbrew sobie, rodzinie i przyjaciołom, postanawia zaprzyjaźnić się z Leą, która zdobyła jego serce jednym spojrzeniem. Przecież wypowiadane słowa to nie wszystko, jeśli ludzi łączą prawdziwe uczucia…  


Czy Mice uda się pokonać kłody, które los rzucił mu pod nogi? Czy fakt, że Lea nie potrafi usłyszeć jego głosu ani żadnej innej rzeczy na całym świecie, przeszkodzi chłopakowi w zdobyciu jej serca?

Freak City to powieść o nastolatkach, dla nastolatków – tyle możemy dowiedzieć się z tekstu umieszczonego z tyłu okładki. Kathrin Schrocke wprowadziła nas do świata dorastających chłopców, którzy po raz pierwszy zakosztują prawdziwej przyjaźni, trudów miłości i dreszczyku pierwszego stosunku. Wprowadziła nas również do świata przepełnionego głęboką, głuchą wręcz ciszą – świata osób niesłyszących. We Freak City oba te światy mieszają się. Z jakim rezultatem?

Słabym. Faktycznie, historia Miki i Lei jest przyjemna. Ciekawe love story nastolatków z zupełnie różnych światów. Bo mimo tego, że on akceptuje jej niepełnosprawność, to jego rodzina i przyjaciele traktują dziewczynę lekceważąco, tak samo zresztą, jak reszta społeczeństwa, która nie ma zielonego pojęcia o życiu niesłyszących osób. I tu spotykają się dwa sprzeczne aspekty tej powieści – jeden, który mi się spodobał i ten, który mi się nie przypadł mi do gustu.

Zacznę od tego drugiego. Aspektem, który nagminnie mnie denerwował były postacie, które wykreowała autorka. Poczynając od głównego bohatera imieniem Mika, który jak każdy dojrzewający nastolatek myślał tylko o seksie i nie potrafił zdecydować się między Leą, a byłą dziewczyną, przez Sandrę, ex Miki, która manipulowała nim, jak chciała, a ten niczym piesek na smyczy latał za swoją panią na każde zawołanie, do Bastiego i Calimero, którzy byli głupkowaci i chamscy. Chyba jestem za stara na nastolatkowe powieści o niedojrzałych dzieciakach, które próbują zakosztować dorosłego życia.

Przechodząc jednak do aspektu dobrego, który doceniam w powieści Kathrin Schrocke, to fakt, że wplotła w fabułę wątek osób niesłyszących. Dzięki temu mogliśmy zajrzeć trochę głębiej, jak to wszystko wygląda, bo ja osobiście nie zetknęłam się z żadną osobą głuchą, czy to w życiu, czy w literaturze. Myślę, że otworzy to oczy wielu nieświadomym osobom, które wyciągają pochopne i błędne wnioski. Szczególnie nastolatkom, które nierzadko potrafią dotkliwie dokuczyć ostrymi, bezpodstawnymi słowami (choć tacy pewnie po książki nie sięgają…).

W ogólnym rozrachunku wychodzi nam powieść średnia. A przynajmniej jest taka w moim mniemaniu. Myślę jednak, że dużo bardziej przypadnie ona do gustu nastolatkom, czyli czytelnikom, do których jest ona skierowana, a nie do ludzi starszych i dorosłych. Mimo tego poważnego wątku osób niesłyszących, Freak City wciąż pozostaje książką przeznaczoną dla młodzieży, więc osoby, którym skończył się wiek –naście mogą sobie podarować lekturę. 

Moja ocena: 6/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dreams

Śladem zbrodni - Tess Gerritsen

Autor: Tess Gerritsen
Tytuł: Śladem zbrodni
Tytuł oryginału: In Their Footsteps
Wydawnictwo: Mira, 2012
Liczba stron: 304
Oprawa: miękka
I znów w ręce wpada mi tytuł autorstwa Tess Gerritsen, pisarki, której książki czytane są na całym świecie. Największą popularnością wśród czytelników cieszą się jej thrillery medyczne, jak Dawca czy Ciało, jednakże prawda jest taka, że jej romanse kryminalne wcale nie zostają w tyle na listach popularności. Choć osobiście nie miałam jeszcze okazji poznać powieści sensacyjno-medycznych Gerritsen, to miałam szansę zaznajomić się z tym drugim gatunkiem, którego tworzeniem zajmuje się autorka, a mianowicie powieściami sensacyjnymi przyprawionymi nutką romansu. Osaczona, bo o tej książce mowa, była lekturą ciekawą, choć nie wybitną. Czy Śladem zbrodni stanie obok niej na skali ocen i wrażeń? Zobaczymy.

Śladem zbrodni opowiada nam historię rodziny z arystokratycznymi korzeniami, która zamieszana jest w szpiegowskie sprawy brytyjskiego wywiadu. Otóż dwadzieścia lat temu wydarzyła się straszna dla Tavistocków tragedia – zmarli rodzice Beryl i Jordana. Śmierć Bernarda i Madeline przez wiele lat pomijano milczeniem, lecz wreszcie na jaw wyszły tajemnicze szczegóły tego zdarzenia. Beryl nie może uwierzyć, kiedy okazuje się, że to ojciec zabił ich matkę, a później popełnij samobójstwo. Do tego wszystkiego okazuje się, że Bernard działał, jako wtyczka i zdrajca.
Dla Beryl, córki zmarłych agentów, to niebywały cios. Jednakże kobieta jest silnie przekonana o tym, że oficjalna wersja, którą zna większość ludzi jest zwykłym kłamstwem i mistyfikacją. To nie ojciec zabił jej matkę. Nie mógł tego zrobić, gdyż była miłością jego życia. Beryl postanawia więc wyjaśnić całą sprawę, prowadząc śledztwo na własną rękę. Z pomocą przychodzi jej przystojny Richard Wolf, którego kobieta zauroczyła już od pierwszego wejrzenia.
Źródło

Beryl naiwnie wierzy, że uda jej się rozwiązać sprawę, którą zamknięto dwadzieścia lat temu. Jeśli prawdą jest to, w co kobieta wierzy, że to ktoś inny zabił jej rodziców, wtedy wpadnie w niemałe tarapaty. Nie bez powodu ktoś chciał, aby sprawa tajemniczej śmierci Bernarda i Madeline została zamknięta i zapomniana na wieki. Świat szpiegów jest niebezpieczny, a Beryl znajdzie się w samym jego sercu. Czy kobiecie uda się dotrzeć do prawdy, nie tracąc przy tym życia?

Jak już wspominałam, Śladem zbrodni to druga książka Tess Gerritsen, którą mam okazję czytać. Wcześniej była Osaczona, którą wspominam mile, ale bez gorętszych emocji. Ot, przyjemnie się czytało, nic poza tym. W przypadku Śladem zbrodni jest bardzo podobnie – lektura przebiegła pomyślnie i gładko, ale szału nie było. Dlaczego?

Może dlatego, że irytowała mnie główna bohaterka? Beryl była naprawdę okropnie naiwna – wplątała się w sprawy wywiadu, które „siła wyższa” próbuje zatuszować od dwudziestu lat, zaczęła rozgrzebywać stare problemy i dziwi się, że nagle ktoś ją śledzi i chce ją zabić. Naprawdę ciekawe, dlaczego… Do tego wszystkiego była dosyć mdłym charakterem. Kolejna uparta kobieta, która stawia na swoim mimo wszystko, a potem „och mężczyźni, ratujcie mnie z opresji”. Naprawdę tęskno mi do inteligentnych, silnych kobiecych postaci, które nie uwieszają się na męskim ramieniu przy każdej możliwej okazji tylko robią swoje i już.

A może dlatego, że nie było tutaj „chemii”, która mimo wszystko jest ważna podczas lektury? Bo niby czytałam i niby było fajnie, ale w ostatecznym rozrachunku nie czuję fajerwerków i nie wyrzucam z siebie okrzyków zachwytu, jaką to świetną lekturę właśnie przeczytałam. Patrząc na fabułę, oczekiwalibyśmy jakiejś solidnej intrygi, zaskoczenia, gdy przyjdzie nam rozwiązać zagadkę, a tutaj wszystko się wyjaśnia i zostaje tylko „o, to już koniec” i nic więcej.

Na mój gust było średnio. Jak najbardziej była tutaj pędząca do przodu fabuła, zwroty akcji, silne emocje i dreszczyk romansu, co czyni tę książkę wartą uwagi, ale mnie po prostu czegoś brakowało. Śladem zbrodni nie wyróżnia się niczym szczególnym – to tylko przyjemna lektura, do przeczytania w chłodne, jesienne dni, która dostarczy nam większego dreszczyku emocji, niż zwykła powieść.

Moja ocena: 6,5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mira 

Wilgotne miejsca - Charlotte Roche

Dziś przedstawię Wam książkę, której nigdy nie powinniście brać do ręki. Książka, która odrzuca czytelnika z siłą katapulty. Uwierzcie mi na słowo, nie chcecie tego czytać, dla bezpieczeństwa Waszej psychiki i żołądka. Ja przeczytałam ją z wielkim trudem, ale przebrnęłam i ostrzegam Was – nie róbcie sobie tej krzywdy i nie sięgajcie po Wilgotne miejsca Charlotte Roche. Nawet fani mocnych wrażeń, do których śmiałam się zaliczać, powinni sobie odpuścić. TO JEST PRZESADA! Nieźle się zaczyna, co? A będzie tylko gorzej. 

„Osiemnastoletnia Helen leży po nieudanej depilacji intymnej na oddziale wewnętrznym szpitala Maria Hilf. Poświęca się tam badaniom tych części swego ciała, które zwykle uchodzą za nie dziewczęce. Wilgotne miejsca opowiadają cudownie nieskrępowaną historię bohaterki równie zmysłowej, co wrażliwej i kruchej.” 

Czego spodziewałam się po takiej nocie wydawcy? Nie wiem. Czegoś mniej obrzydliwego z całą pewnością. A mówiąc poważniej, to w chwili obecnej naprawdę zastanawiam się, co ja sobie myślałam, sięgając po Wilgotne miejsca. Chyba faktycznie liczyłam na to, że będzie to cudownie nieskrępowana historia bohaterki, a nie odrażające losy dziewczęcia, które z przyjemnością zagląda sobie do tyłka, zjada ropę z pryszczy i resztki spermy wydłubane zza paznokci. Tak, dokładnie to, co napisałam. A to pikuś, niewielka dawka tego, co znajdziecie pośród stron, które zapisała Charlotte Roche. Swoją drogą wolę nie zastanawiać się skąd autorka czerpała inspiracje do swojego „dzieła”. Brrr! Już ubolewam nad tym, że na półce czeka na mnie nowość autorki, czyli Modlitwy waginy.

O czym jest fabuła Wilgotnych miejsc? O osiemnastoletniej Helen, która właśnie poddała się operacji wycinania hemoroidów. Leżąc w szpitalnym łóżku knuje zawiłe plany, jak dzięki swojej niewygodnej sytuacji, pogodzić rozwiedzionych rodziców. W przerwach w knuciu oddaje się przyjemności badania swojego ciała z wielkim zaangażowaniem. W szczególności skupia się na miejscach intymnych, które zazwyczaj osnute są mgłą towarzyskiego tabu. Tyłek i jego okolice są ulubionym celem rozważań Helen. Dziewczyna w swoich nieskrępowanych rozmyślaniach przytacza nam historyjki ze swojego życia, które wywołują gęsią skórkę, odruch wymiotny i opadające do samej ziemi ręce. 

Źródło
 Po co Charlotte Roche napisała coś tak ohydnego? Brakuje mi słów by opisać, jaką ciężką wewnętrzną walkę prowadziłam z samą sobą, by dotrwać do ostatnich stron i prawda jest taka, że uczyniłam to z ledwością. Co kilka minut otrząsałam się z obrzydzenia, bo nie mieści mi się w głowie, że można być tak odrażającym, przyprawiającym o mdłości człowiekiem. Niby nic, co ludzkie, nie powinno nam być obce, ale błagam, bez przesady! Kto zjada swoje wągry? Kto z lubością wącha swoją brudną bieliznę? Kto wpycha sobie pestki awokado tam gdzie nie trzeba? Może jestem ograniczona, ale podziękuję za takie specjały i zostawię swoje majtki w pralce.

Helen jest naprawdę odrażająca. Mężczyźni, jeśli chcecie kiedykolwiek spojrzeć na swoją albo jakąkolwiek kobietę z miłością, przyjemnością i pożądaniem, a nie czystym obrzydzeniem, nie bierzcie tej książki do ręki. Powiedzieć, że ta książka jest nieapetyczna i odrzucająca, to naprawdę zbyt mało. Czuję się przez nią skrzywdzona, naprawdę.

Nie widzę w tej książce ani krztyny sensu, ani żadnej głębi – metaforycznej oczywiście, bo tej dosłownej widać aż za dużo. Chyba bez zbędnego wahania mogę powiedzieć, że to NAJGORSZA książka, jaką przyszło mi dotąd czytać. Przez całe moje życie! Błagam, nie czytajcie jej. Nie widzę powodu, dla którego mielibyście to uczynić. Nawet zaspokojenie ciekawości nie jest tego warte! Trzymajcie się od niej z daleka.

Moja ocena: 1/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarna Owca