KSIĄŻKA MIESIĄCA: lipiec + sierpień i DZIEŃ BLOGA!

Książka miesiąca to comiesięczny cykl, podczas którego wyłoniona zostanie książka, która w danym miesiącu otrzymała najwięcej punktów w skali 1-10. Prócz tego, każdego miesiąca to Wy, Czytelnicy bloga, będziecie mogli przyznać Nagrodę Czytelników - wystarczy zagłosować!
 
Tak, dokładnie tak, znów mamy koniec miesiąca - jak ten czas leci! Już zaczynam tęsknić za wakacjami, mimo że tych został mi jeszcze calutki miesiąc. Ale przecież on tak szybko zleci, że nawet się nie obejrzę, a rok akademicki obejmie mnie swymi niecnymi paluchami i wciągnie mnie w studenckie życie, kolokwia, notatki i egzaminy. Bleh. Ale co tam się będziemy przejmować, wszak dziś dopiero 31 sierpień, a co za tym idzie, czas na rozstrzygnięcie, która z książek otrzymała najwięcej punktów i otrzyma tytuł KSIĄŻKI MIESIĄCA ;) A zatem wyniki:

Minaret - Leila Aboulela

Autor: Leila Aboulela
Tytuł: Minaret
Tytuł oryginału: Minaret
Seria: Kobiety Orientu
Wydawnictwo: Remi, 2009
Liczba stron: 336
Oprawa: miękka

Egzotyczne kraje arabskie, których rzeczywistość znamy głównie z telewizji czy literatury. Mężczyźni dominujący nad kobietami, których twarze i ciała skrywane są przez barwne tkaniny. Ale nie ciało młodej Najwy, które miast okryte materiałem, wręcz przeciwnie, eksponowane jest dzięki obcisłym bluzeczkom i krótkim spódniczkom. Dzięki wysoko postawionej, majętnej rodzinie dziewczyna może pozwolić sobie na studiowanie i na styl życia z amerykańskich gazet. Nie nosi hidżabu ani tobe, jak inne jej koleżanki z uczelni. Nie modli się, bo nie tak ją wychowano. Dzięki koneksjom ojca może sobie pozwolić na wiele. Żyje beztrosko, dzięki służbie, która niezauważana dba o codzienność rodziny Najwy i jej brata Omara. Wystarczy, że dziewczyna skończy studia, wyjdzie za mąż i będzie matką, a jej życie będzie płynąć w dostatku. Ale nagle coś się zmienia. Wraz z zamachem stanu i pojmaniem jej ojca, Najwa wraz z bratem i matką musi uciec do Londynu, gdzie jej życie zmienia się na zawsze…

Misja na czterech łapach - W. Bruce Cameron

Autor: W. Bruce Cameron
Tytuł: Misja na czterech łapach
Tytuł oryginału: A dog's purpose
Wydawnictwo: Illuminatio, 2012
Liczba stron: 304
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Kilka miesięcy temu zobaczyłam w zapowiedziach „Misję na czterech łapach” Camerona. Wczytuję się w opis wydawcy i myślę sobie: „nie, to nie przejdzie!”. Narracja z perspektywy psa? Mimo że od najmłodszych lat kocham i uwielbiam psy wszelkiej maści, to nie potrafiłam sobie wyobrazić książki, której narratorem byłby jeden z nich. Zresztą bardzo podobnie reaguję na tego typu filmy familijne, myśląc sobie, że to nie dla mnie. Kliknęłam czerwony krzyżyk w rogu przeglądarki, postanawiając nie wracać do tego tytułu. Cóż, postanowienia mają to do siebie, że czasem się zmieniają i tak oto w moich rękach znalazła się „Misja na czterech łapach”. Jak wrażenia? Posłuchajcie.

Książka Camerona zatytułowana „Misja na czterech łapach” opowiada nam historię pewnego psa, który nie jedno ma życie. Najpierw był szczeniakiem imieniem Toby, który żył dziko wraz z matką i dwójką rodzeństwa, którzy z czasem znaleźli się w czymś na kształt schroniska dla zwierząt, gdzie mimo troskliwej opieki Seniory, kończy swe smutne życie bardzo szybko. Wtedy odradza się, jako uroczy golden retriever. Początkowo wydaje się, że życie złotowłosego szczeniaka będzie równie krótkie, co poprzednie, gdyż zostaje znaleziony przez opitego alkoholem mężczyznę, który zostawia psiaka w rozgrzanym samochodzie. Na szczęście zjawia się pewna kobieta, która ratuje szczeniaka i zabiera go do swojego domu, gdzie poznaje chłopczyka imieniem Ethan.

 Ośmiolatek emanuje tak wielką miłością, że Bailey (bo tak teraz nazywa się nasz główny bohater) odnosi wrażenie, że żyje tylko dla niego i zrobi wszystko, by chłopczyk cieszył się i kochał go. Ethan i Bailey stają się wręcz nierozłączną parą, bawiąc się razem i psocąc. Chłopiec dorasta, a jego ulubieniec rośnie wraz z nim, chroniąc go od wszystkich niebezpieczeństw, które stają na ich drodze. Dzięki miłości i oddaniu, którą podarował psu Ethan, Bailey starzeje się przepełniony szczęściem i spełnieniem. Wydaje się, że golden spełnił swoją misję – strzegł Ethana przed zagrożeniem przez całe swoje życie.

Źródło
 Jednak, gdy kolejny raz budzi się, jako szczeniak, zdaje sobie sprawę, że to wcale nie koniec jego misji. Mimo innego właściciela, innego imienia, a nawet innej płci, psiak wciąż pamięta uczucie miłości, którym obdarował go pewien chłopiec. Postanawia więc go odnaleźć by wypełnić swoją misję do końca – a zadanie to nie będzie należało do najłatwiejszych.

Uf. Jak już wspominałam, byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tego tytułu. Obawiałam się tej narracji z perspektywy psa, bo jak to może działać? Ale pod wpływem tylu entuzjastycznych komentarzy pod jego adresem wreszcie się przełamałam i wiecie co? Nie żałuję! Od pierwszych stron zakochałam się w głównym bohaterze i jego przygodach. Czasem zastanawiałam się, co sobie taki psiak myśli – teraz już wiem.

Niesamowite, jak dokładnie i realistycznie Cameron przedstawił psie reakcje na ludzki świat. Bo nasz bohater często nie rozumie, o czym rozmawiają jego dwunożni przyjaciele, wyłapując tylko pojedyncze słowa jak „spacer” czy „kolacja”, na które reaguje z radością. I fakt, że psiak potrafi z taką dokładnością rozpoznawać ludzkie emocje, nawet te głęboko skrywane, również zaskakuje. Czworonogi znów popisały się swoją ogromną inteligencją, również tą emocjonalną.

Komu mogłabym ją polecić? Z całą pewnością miłośnikom psów, którzy jeszcze bardziej pokochają swoich ulubieńców dzięki tej historii. Mimo że sama nie mam psa (ale mieć będę!), to czytałam książkę Camerona z wielkim zaangażowaniem i wzruszeniem  (swoją drogą bałam się, czy wytrzymam tyle śmierci jednego psiaka, bo mam tendencję do opłakiwania każdej, z którą się spotkam, czy to w książce, czy w filmie). Ale przecież nie tylko miłośnicy psów mogą ją przeczytać. Myślę, że to będzie świetna historia zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. Co więcej, mam wrażenie, że książka świetnie sprawdziłaby się na ekranach kina familijnego. Może warto o tym pomyśleć? Póki co, polecam tę niesamowicie wzruszającą i ciepłą historię prawdziwej, bezwarunkowej miłości, którą obdarzyć potrafią tylko psy.  
Moja ocena: 8/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Illuminatio  

Talia miłości. Seksprzewodnik dla par - Emily Dubberley

Autor: Emily Dubberley
Tytuł: Talia miłości. Seksprzewodnik dla par 
Tytuł oryginału: Sex Deck: Playful Positions to Spice Up Your Love Life 
Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Liczba stron: 12 + 52 karty 
Oprawa: pudełko

Wyobraź sobie, że leżysz obok swojego ukochanego bądź ukochanej. Czujesz delikatny dotyk skóry partnera, iskierki podniecenia przeskakujące pomiędzy Waszymi ciałami. W Twojej głowie rodzą się scenariusze rodem z filmu erotycznego. Oddechy zaczynają przyspieszać. I nagle czar pryska, bo wiesz, że nic więcej się nie wydarzy. Ile par z długoletnim stażem musi borykać się z tego typu problemami? W czasach, kiedy wciąż pędzi się za niedoścignionym, lepszym życiem, seks zostaje zepchnięty gdzieś na margines wspólnej codzienności. Myślisz sobie, że są ważniejsze rzeczy niż baraszkowanie z partnerem, szybkie zaspokojenie przyjemności czy długotrwałe pieszczoty, ale powiem Ci jedno: mylisz się. Seks jest jedną z ważniejszych sfer związku dwojga partnerów.

Zbliżenie kochanków pozwala na cieszenie się sobą, zacieśnianie więzi i czystą przyjemność, którą chcemy powtarzać w nieskończoność. Seks jest ważny! Zrozumiesz to, gdy go zabraknie. A gdy tak się stanie, wcale nie musisz szukać innego partnera. Wystarczy, że sięgniesz po Talię miłości Emily Dubberley, która pomoże Ci na nowo rozpalić ogień namiętności, pomiędzy Tobą a Twoim ukochanym bądź ukochaną.

Czym jest Talia miłości? To niewielkie pudełeczko, które z łatwością ukryjesz w torebce czy szafce nocnej. W pudełku tym znajdziesz małą książeczkę pełniącą rolę seksprzewodnika i poradnika dla par (i nie tylko!) oraz 52 karty w formacie 85x127mm. W tym dyskretnym poradniku, który ma zaledwie 12 stron, znajdziesz wskazówki, jak korzystać z zestawu przygotowanego przez Emily Dubberley oraz dr Dawn Harper. Autorki sugerują, w jaki sposób możemy je wykorzystać – wyciągając jedną kartę tygodniowo, losując którąś z nich czy zostawiając jedną w torbie partnera, by mógł myśleć o nadchodzącej przyjemności przez cały dzień. Wszystko to po to, by urozmaicić Twoje życie seksualne. Twoje i Twojego partnera.

A jeśli chodzi o karty? Już mówię. Po jednej stronie znajduje się ilustracja z daną pozycją – czerwone tło i subtelny rysunek z kochającą się parą, któremu daleko do wulgarności. Prawda jest taka, że gdyby karty trafiły w ręce dziecka, nic strasznego by się nie stało. Natomiast po drugiej stronie znajdziemy informacje, które najbardziej nas interesują: nazwę pozycji, jak ją przybrać, jakie korzyści przynosi kobiecie i mężczyźnie oraz uwagi (to, jakie mogą być ewentualne skutki danej pozycji oraz to, kto nie powinien jej stosować – niektóre z nich przypominają wygibasy tylko dla tych wygimnastykowanych). Na karcie znajdziemy też jej numer oraz poziom trudności danej pozycji. Zauważyć możemy też inną informację, np. „mężczyzna na górze 1”. Cóż to takiego? Otóż cała talia podzielona jest na cztery sekcje: „mężczyzna na górze”, „kobieta na górze”, „siedząc i stojąc” oraz „od tyłu”. Jak widać, Talia miłości pozwala na korzystanie z wszystkich uroków, jakie niesie ze sobą seks.

A co ja osobiście myślę o Talii? Że jest świetnym urozmaiceniem dla par – nie tylko tych, które przeżywają kryzys, ale również dla tych, które chcą trochę poeksperymentować. Talia jest niewielka, więc można ją ze sobą wszędzie zabrać – chociażby na romantyczny weekend we dwoje. Do tego zawiera wszystkie niezbędne informacje, które nas interesują. Talii daleko do wulgarności, bo zarówno ilustracje, jak i zawarty w nich tekst, są bardzo subtelne i delikatne. Myślę, że seksprzewodnik czy też poradnik w takiej nietypowej formie ma duże szanse na odniesienie sukcesu wśród par i pewnie nie tylko, bo przecież single również uprawiają seks.

Jeśli więc szukasz urozmaicenia, czujesz, że namiętność w Twoim związku przygasła, a Ty wciąż odczuwasz pożądanie wobec swojego partnera i znów chcesz poczuć ten przyjemny dreszczyk emocji i podniecenia, sięgnij po Talię miłości – warto zaopatrzyć się w taki gadżet. Polecam!
Moja ocena: 9,5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Studio Astropsychologii

10x miłość - zbiór opowiadań

Autor: (praca zbiorowa)
Tytuł: 10x miłość
Wydawnictwo: Świat Książki, 2005
Liczba stron: 320
Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Miłość – tematyka, która w literaturze była poruszana nie raz i nie dwa. Dla niektórych funkcjonuje niczym muza dająca natchnienie do tworzenia. Miłość spełniona, szczęśliwa, nieodwzajemniona, zmysłowa, ślepa, matczyna, dozgonna, wieczna, trudna, gorąca, siostrzana, etc. Tych przymiotników mogłabym wymieniać wiele, bo przecież tak głębokie uczucie jak miłość, ma wiele oblicz. Właśnie te oblicza postanowili ukazać nam polscy autorzy, a wśród nich zarówno kobiety, jak i mężczyźni, poeci, felietoniści i pisarze. Jak według nich wygląda miłość?

Jak na moje oko, bardzo obojętnie. Nawet nie mam ochoty na głębsze rozpisywanie się na temat tego tytułu, bo prawdę mówiąc, dawno nie czytałam tak beznadziejnej książki o miłości. To, czego można oczekiwać po takiej tematyce, chociażby uczucia i emocje bijące ze stron, gdzieś zagubiło się w wymuszonej konieczności napisania czegokolwiek. Uważam, że czytając książkę o miłości, nieważne, czy to idealnej jak w romansach, czy trudnej i bolesnej jak w dramacie, powinno się to uczucie w jakiś sposób odczuwać podczas lektury. A tutaj? Nic, tylko chęć dobrnięcia do końca i jedna wielka obojętność.

Dziesięciu autorów, a wśród nich takie persony jak: J. L. Wiśniewski, Manuela Gretkowska, Tomasz Jastrun, Maria Nurowska, Jerzy Pilch czy Grażyna Szapołowska, postanowili opowiedzieć nam na swój sposób o miłości. Gdy czytałam ich teksty odniosłam wrażenie, że nie mają o tym uczuciu zielonego pojęcia. Może nie wszyscy, bo w zbiorze wydanym przez Świat Książki, można znaleźć opowiadania lepsze i gorsze (swoją drogą, jak w każdym zbiorze opowiadań…), ale w ogólnym rozrachunku książka wypada naprawdę słabo. Chociażby po Wiśniewskim, który zauroczył mnie i porwał „S@motnością w sieci” czy „Losem powtórzonym”, spodziewałam się czegoś lepszego. A tu klops. Kaszana. I gorycz rozczarowania.

O jak ja liczyłam na poryw emocji, na ciepło bijące od tej książki i na łzy wzruszenia, które wspominałabym na długi, długi czas. Teraz, gdy skończyłam lekturę, mam wrażenie, że nie pamiętam żadnego z tych opowiadań. Ot, niezgrabne urywki kiepskich historii, które z miłością nie mają wiele wspólnego. Już bardziej z ułudą, zdradą i kłamstwem. A gdzie ta tytułowa miłość? Poszła szukać lepszego dla siebie miejsca…

Jak się pewnie domyślacie, nie polecam. Żałuję, że sięgnęłam po tę książkę, która przyniosła tylko rozczarowanie i męczącą lekturę. Nie mam ochoty na czytanie tekstów pisanych pod przymusem, które zamiast tego, powinny tętnić od emocji. Klapa totalna.

W książce znajdziecie takie oto teksty:
- Izabela Filipiak Gracze
- Tomasz Jastrun Moja smuga cienia
- Jerzy Pilch Najpiękniejsza kobieta świata
- Katarzyna Pisarzewska Nocne zmiany
- Hanna Bakuła Pierwszy nos
- Agnieszka Stefańska Tabor
- Manuela Gretkowska Taki zawód
- J. L. Wiśniewski Test
- Maria Nurowska Trio na telefon komórkowy
- Grażyna Szapołowska W ukryciu
Moja ocena: 2/10

Bratnie dusze - Elizabeth Chandler

Autor: Elizabeth Chandler
Tytuł: Bratnie dusze
Tytuł oryginału: Soulmates
Seria: Pocałunek anioła
Wydawnictwo: Dolnośląskie, 2012
Liczba stron: 256
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Od śmierci Tristana, ukochanego Ivy, minęło wiele długich i burzliwych miesięcy, przepełnionych cierpieniem i tęsknotą. Podczas tych kilku miesięcy Ivy próbowała pogodzić się z wielką stratą, szukając pocieszenia u przybranego brata Gregory’ego, który zaczynał napawać dziewczynę nieznanym jej dotąd lękiem i niepokojem. Tristan, który powrócił na ziemię, jako anioł, próbuje ostrzec ukochaną przed niebezpieczeństwem, lecz ta nie potrafi go dostrzec, w przeciwieństwie do jej młodszego braciszka i dwójki przyjaciół, którym chłopak objawia się, jako łuna migoczącego światła.

Tristan coraz głębiej zanurza się w przeszłość, która mogła mieć wpływ na jego śmiertelny wypadek samochodowy. To, co odkrywa, napawa go jeszcze większym lękiem o bezpieczeństwo jego ukochanej Ivy. Chłopak zdaje sobie sprawę, że musi ją ocalić, ale nie wie, jak. Przecież nie ma ciała, którym mógłby osłonić Ivy. Nie ma głosu, którym mógłby przemówić, by wyjaśnić dziewczynie, w jak wielkim niebezpieczeństwie się znalazła i że to zagrożenie znajduje się naprawdę blisko niej. Z całych sił próbuje wykorzystać swoje anielskie moce, by przestrzec Ivy przed kolejnym wypadkiem, w którym centrum znów się znajdzie. Najpierw ich wspólny wypadek samochodowy, później napaść w domu, a później ten dziwny incydent z pociągiem. Ivy nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo ktoś chce ją zabić.

Czy Tristanowi uda się ocalić jego ukochaną przed groźnym niebezpieczeństwem? Czy dziewczyna wreszcie uwierzy w jego istnienie i to, że jest aniołem? Czy wreszcie Ivy i Tristan zaznają długo wyczekiwanego szczęścia?

„Bratnie dusze” to już trzeci tom z serii „Pocałunek anioła” autorstwa Elizabeth Chandler (pseudonim literacki Mary Claire Helldorfer), która opowiada o przygodach Ivy i jej chłopaka-anioła Tristana, który próbuje ocalić swoją dziewczynę przed śmiertelnym niebezpieczeństwem.

Źródło
Gdy czytałam poprzednie części, nie odczuwałam szczególnych zachwytów, które towarzyszyłyby mi podczas lektury. Ot, przyjemny w lekturze romans paranormalny z aniołami w tle, które tak bardzo lubię. Uważałam, że największym jej atutem jest uczucie, które połączyło głównych bohaterów, a które napawało mnie wielkim ciepłem i wywoływało wzruszenie. Jeśli chodzi o fabułę, to ta, w poprzednich tomach, rozwijała się dosyć powoli i leniwie, by ruszyć z kopyta na ostatnich kartach powieści, zaostrzając nasz apetyt na dalszą część. Denerwowało mnie to, że książka kończyła się w najlepszym momencie. Jednakże tutaj, w „Bratnich duszach”, wreszcie dostajemy coś zupełnie innego. Poprzednio akcja toczyła się bez pośpiechu, a tutaj, co rusz jakiś niespodziewany zwrot i przypływ adrenaliny, który sprawiał, że nie sposób było oderwać się od lektury.

Mimo że oczywistością jest fakt, że „Bratnie dusze”, jak i cała seria Chandler nie powala na kolana, nie sprawia, że wstrzymujemy oddech z niepewności, to trzeci tom z pewnością wypada najlepiej na tle tych poprzednich. Ta seria ma coś w sobie, co sprawia, że chce się ją czytać. Może lekkość lektury? Może niesamowicie wzruszająca historia głębokiego uczucia dwojga nastolatków? Choć wydawać by się mogło, że takich było już w literaturze na pęczki, to mimo wszystko historia Ivy i Tristana wciąż pozostaje wyjątkowa i poruszająca.

Jedyne, co mnie zastanawia, to to, co znajduje się w kolejnym tomie - „Wieczna tęsknota”, gdyż na moje oko wydarzenia, które miały miejsce w recenzowanym przeze mnie tomie, jak najbardziej mogłyby zakończyć serię. A wcale tak nie jest, więc autorce wciąż udaje się wzbudzić ciekawość czytelnika, trzymając go blisko przy sobie. Myślę, że mogę polecić tę lekką, przyjemną serię, której każdy kolejny tom, o niewielkiej objętości, wciąż dostarcza nam nowych emocji, których tak łakniemy. 
Moja ocena: 8/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Secretum oraz Wydawnictwa Dolnośląskiego

Seria Pocałunek anioła:
> 3. Bratnie dusze <
4. Wieczna tęsknota   
5. Everlasting
6. Everafter

Jędza w domu czyli co 26 kobiet myśli o seksie, samotności... - Cathi Hanauer

Autor: Cathi Hanauer
Tytuł: Jędza w domu czyli co 26 kobiet myśli o seksie, samotności, pracy, macierzyństwie i małżeństwie
Tytuł oryginału: The Bitch in the House
Wydawnictwo: Drzewo Babel, 2007
Liczba stron: 284
Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Odczuwamy wielką radość, kiedy lata czekania na upragnioną miłość, rycerza na białym koniu, motyle w brzuchu i fajerwerki, wreszcie kończą się sukcesem. U boku mamy swojego jedynego, upragnionego mężczyznę, z którym połączyło nas uczucie aż po grób. Płomień namiętności bucha żywym ogniem, ogrzewając nie tylko zakochanych, ale wszystkich wokół. Wiesz, że to ten jedyny, więc bez wahania rzucasz się w wir głębszych uczuć i stawiasz kolejny krok w przyszłość, przyjmując ze wzruszeniem jego oświadczyny. Bierzecie ślub i związani nierozerwalnym węzłem małżeńskim czekacie na cudowne życie, jako mąż i żona, które ociekać będzie szczęściem i słodyczą. Ale nagle zauważasz, że coś się zmienia. Żar namiętności, który niegdyś rozpalał Was w sypialni, zaczął jakby przygasać. Złożone sobie obietnice zaczynają kryć się po kątach, a w zamian na światło dzienne wychodzą obowiązki, problemy i wzajemne urazy. On zmienia się w zapracowanego samca, a Ty stajesz się jędzą w domu…

Wierzę, że ten czarny scenariusz wcale nie musi mieć miejsca w każdym związku, niemniej jednak zbiór wypowiedzi 26 kobiet zamieszczonych w książce Cathi Hanauer, daje zupełnie inne wrażenie. Wyżej wspomniane 26 kobiet, które w głównej mierze są paniami z wyższych sfer, które pracują, jako pisarki, redaktorki czy nauczycielki, wypowiadają się na tematy, które bliskie są każdej z nas – związki, małżeństwo, macierzyństwo, seks, samotność czy też praca. Świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że dorosłość i poważne związki, to nie żadne przelewki, ale w tej publikacji zdenerwowało mnie to, że wszystko tutaj było w czarnych barwach. Ale o tym później.

Treść książki trudno jest odnieść do naszych polskich realiów, gdyż, tak jak wspomniałam, bohaterkami, które zabierają głos, są kobiety, które wspięły się po szczeblach kariery zajmując wysokie stanowiska, które przynoszą im wysokie zarobki. Zatrudniają gosposie, nianie i panów od czyszczenia basenów bez większego wysiłku, co w Polsce jest czystą abstrakcją. Z jednej strony problemy, które poruszają, są w jakiś sposób uniwersalne (zmiany po ślubie, depresja poporodowa, zdrada, niemoc w wychowywaniu dzieci, etc.), niemniej jednak trudno porównywać tutaj zupełnie odmienne środowiska. Mogłabym powiedzieć, że dziwi mnie to, że bohaterki mimo zatrudniania nianiek i gosposi wciąż są jędzami w domu, nie radzą sobie z obowiązkami i nagminnie biegają do terapeuty. Nie mówię, że to coś złego, po prostu u nas to nie funkcjonuje, dlatego w tym przypadku trudno jest odnieść się czytelniczce do tego, co czyta.

Źródło
Po drugie, nie mogę powstrzymać się, by nie wspomnieć o tym, że „Jędza w domu…” naprawdę mnie zdenerwowała. Prawda jest taka, że bohaterki, które niejednokrotnie opowiadają swoje bardzo intymne historie, strasznie demonizują instytucję małżeństwa i macierzyństwo. Czytając tę książkę miałam ochotę schować się w jaskini i nigdy z nikim więcej nie rozmawiać, tylko schować się w dziurze i umrzeć. Bo po co żyć i wiązać się z drugim człowiekiem, skoro jedyne, co nas czeka, to wyrzeczenia, cierpienia, bezsilność i kłopoty. Kto normalny pakuje się w takie bagno? Okazuje się, że większość ludzi i to z własnej woli, tylko potem wygłaszają takie bzdury na temat małżeństwa. Czy po ślubie nagle stajemy się innymi ludźmi? Otwiera nam się wieczko puszki z koszmarem na jawie? Bo właśnie tak to wygląda w „Jędzy w domu”. Nigdy nie pomyślałabym, że będę broniła idei małżeństwa czy macierzyństwa, ale ta lektura tak mnie zdenerwowała i zdołowała, że nie potrafię powstrzymać się od komentarza. Rozumiem, że po urodzeniu dziecka coś może się odmienić, bo to jednak zmiana o 180 stopni, ale po ślubie? Co się zmienia po ślubie? Nie wiem, chyba obudziły się we mnie jakieś romantyczne wizje idealnych związków, że się tak burzę.

Niemniej jednak, kończąc ten mój wybuch i wywód na temat treści książki, chciałabym jeszcze coś nie coś o niej wspomnieć i skomentować. Jestem trochę zawiedziona, że książka tylko sygnalizuje problemy, które bohaterki napotkały na swojej życiowej drodze, pomijając jakąkolwiek wzmiankę o tym, jak sobie z nimi radzić. I czytając tę książkę, nagle okazuje się, że życie to jeden wielki problem, przed którym najlepiej uciec. Bo kto ma czas na trzech mężów, kolejne rozwody i wieczne niezadowolenie? Właśnie takie są bohaterki „Jędzy w domu” – rozczarowane swoimi własnymi wyborami i tym, że nie pokryły się z ich wyobrażeniami. Było sobie nie wyobrażać…

Z drugiej jednak strony, nie wszystkie wypowiedzi i historie są takie pesymistyczne i denerwujące. Bardzo spodobała mi się wypowiedź Hazel McClay o tytule „Bliski sercu mężczyzna”, która uratowała mnie od wszechogarniającej bezsilności i zgryzoty. Na szczęście nie brakuje tutaj ciepłych, wzruszających i podnoszących na duchu historii, które czyta się z uśmiechem na ustach. Szkoda tylko, że nie było ich więcej.

Wiem, że często w swoich recenzjach wspominam, że lubię książki, które wywołują we mnie silne emocje i tutaj owszem tak było (czego pewnie da się zauważyć). Żałuję tylko, że nie były to emocje stymulujące – do myślenia, do działania, do lepszego życia. Emocje, które zaserwowała mi „Jędza w domu…” były niesamowicie toksyczne i wyprowadziły mnie z równowagi. To, co reprezentowały sobą bohaterki zbyt często obezwładniało mnie swoją bzdurnością i głupotą, bym mogła docenić tę pozycję. Jestem ciekawa, jak na to wszystko zapatrują się mężczyźni – ich wypowiedzi będę mogła poznać czytając „Drania na kanapie” – czekam z niecierpliwością.
Moja ocena: 6/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Drzewo Babel

Reckless. Kamienne ciało - Cornelia Funke

Autor: Cornelia Funke
Tytuł: Reckless. Kamienne ciało
Tytuł oryginału: Reckless. Steinernes Fleisch
Seria: Reckless
Wydawnictwo: Egmont, 2012
Liczba stron: 352
Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Świat po drugiej stronie lustra to świat, który na pierwszy rzut oka kojarzy nam się z niesamowitą baśnią, których dziesiątki czytali nam rodzice, gdy byliśmy dziećmi. Śpiąca Królewna, domek z piernika, krasnoludki, elfy i pantofelek Kopciuszka. Spełnieniem marzeń byłoby znaleźć się w takiej krainie. Ale tylko na pierwszy rzut oka, bo gdy przyjrzymy się temu światu bliżej, zobaczymy, że do Śpiącej Królewny nigdy nie dotarł rycerz na białym koniu, który zbudziłby ją pocałunkiem. W domku z piernika, w którym Jaś i Małgosia przeżywali swoje przygody wcale nie ma tak słodko, jak się wydaje, bo właśnie tam podła czarownica zjada dzieci. Gdy pozbyć się baśniowej mgły, która przysłoniła nam oczy, okazuje się, że kraina po drugiej stronie lustra ocieka krwią wojny, podłością magicznych stworzeń i chciwością władców.

Właśnie tam znalazł się Jakub Reckless. Pewnego dnia przypadkowo dotknął lustra, które przeniosło go do innego świata, do którego zaczął wielokrotnie wracać, znikając na długie dni i tygodnie. Minęły lata, a mały Jakub, który teraz wkracza już w dorosłość, wciąż podróżuje do krainy po drugiej stronie lustra. Jak dotąd wydawało mu się, że wybiera się tam sam, niezauważony, aż do momentu, kiedy zdaje sobie sprawę, że w tej przerażającej krainie znalazł się również jego młodszy brat, Will, którego dopadły jadowite pazury goyla, które zaczęły zamieniać go w człowieka pokrytego kamieniem.

Jakub nie może sobie wybaczyć, że doprowadził do czegoś takiego. Teraz jego młodszy braciszek zamieni się w najprawdziwszy kamień, bez serca i uczuć. Jakub wie, że nie może na to pozwolić. Postanawia więc spróbować wszystkiego, co oferuje kraina po drugiej stronie lustra, by ocalić Willa, którego twarz poczęła pokrywać się warstwą nefrytu.

Niestety, ocalenie brata nie będzie należało do najłatwiejszych, gdyż na Willa czai się Czarna Nimfa, najgorsza z nimf w całej krainie. Czy chłopakowi uda się ocalić brata, którego naraził na tak ogromne niebezpieczeństwo? Czy w świecie, w którym baśnie okazują się być koszmarną rzeczywistością, uda mu się odnaleźć lek na kamień pokrywający ciało Willa?

Źródło
Cornelia Funke, autorka pierwszego tomu z serii Reckless zatytułowanego „Kamienne ciało”, wielu znana jest z Atramentowej Trylogii oraz „Króla złodziei”. Okrzyknięta najlepszą niemiecką pisarką dla młodzieży, dla mnie wciąż pozostawała jedną wielką niewiadomą. W sieci krążyło wiele pozytywnych opinii na temat jej najnowszej książki, które kusiły, by spróbować jej na własnej skórze. Jednak od jej lektury wciąż odrzucała mnie przerażająca i okropna okładka, która nie pozwalała mi po nią sięgnąć. Mimo tego, że nie powinno się oceniać książki po okładce, wciąż nosiłam w sobie wewnętrzną blokadę. Niemniej jednak „Kamienne ciało” wreszcie trafiło w moje ręce, a ja musiałam pozbyć się niechęci, którą budziła we mnie oprawa, by zabrać się do lektury. Teraz jestem po prostu oczarowana.

Na pierwszy rzut oka, „Reckless. Kamienne ciało” przypomina nam fabułę Opowieści z Narnii autorstwa C. S. Lewisa, gdzie dzieciaki przedostają się do baśniowej krainy za pomocą starej szafy. Tutaj nie ma żadnej szafy, a lustro ukryte w gabinecie ojca Jakuba i Willa, przez które chłopcy przechodzili na drugą stronę, do innego świata, który zaskakiwał swoją niesamowitością, a jednocześnie przerażał swoją koszmarnością. Zarówno dzieciaki z Opowieści…, tak i bohaterowie Reckless…, przeżywają niesamowite przygody, w których dominuje braterska miłość, która napędza ich do działania.

Bo Reckless…, to książka przepełniona wartościami, która wybija się pośród tych płytkich i niewyróżniających się, sztampowych historii o romansach śmiertelników z nadprzyrodzonymi istotami, których często mamy już po dziurki w nosie. To, co stworzyła Cornelia Funke, to wspaniały świat, który potrafi zauroczyć czytelnika. Nie spodziewałam się, że aż tak wciągnę się w przygody braci Reckless i że będę chciała poznawać je dalej. Najprościej byłoby powiedzieć, że książka czaruje, że autorka za pomocą stron pozwoliła nam przejść na drugą stronę lustra i umożliwiła nam zakochanie się w tym świecie, który przypomina nam bajki czytane na dobranoc.

Do tego wszystkiego przychodzi jeszcze kwestia oprawy graficznej, a konkretniej ilustracji, którymi ozdobiona jest cała książka. Każdy z rozdziałów rozpoczyna się fantastycznymi rysunkami, które odzwierciedlają fabułę. Co więcej, pomiędzy stronami możemy znaleźć też inne, dodatkowe, które potrafią zaskoczyć – ja osobiście przestraszyłam się, gdy podczas przewracania kartek nagle zobaczyłam ćmę obok swojego palca. Na szczęście był to tylko rysunek.

Jestem bardzo mile zaskoczona tą lekturą, bo patrząc na okładkę, miałam wielkie obawy co do niej. Na szczęście okazało się, że to świetna lektura przepełniona niesamowitymi przygodami braci Reckless i ogromem uniwersalnych wartości, które tak często gubią się w dzisiejszym świecie. Myślę, że młodzież potrzebuje takich książek w obecnych czasach. I nie tylko młodzież. Dlatego polecam z całego serca.  
Moja ocena: 8,5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont

Złudzenia, nerwice i sonaty - Sylwia Zientek

Autor: Sylwia Zientek
Tytuł: Złudzenia, nerwice i sonaty
Seria: Z różą
Wydawnictwo: Dobra Literatura, 2012
Liczba stron: 296
Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Andżelika – trzydziestokilkuletnia kobieta, która w pogoni za niedoścignionym szczęściem zmaga się z nerwicą, atakami paniki i kompulsywnym kupowaniem. Wciąż chce czegoś nowego, szuka kolejnych wrażeń, które w ostatecznym rozrachunku okazują się być następnym rozczarowaniem, które musi zapić drogim winem kupionym w drodze do przedszkola. Mimo tego, że ma wszystko – cudowne dzieci, kochającego, choć zapracowanego męża, szafę pełną drogich ciuchów – wciąż nie potrafi docenić tego, co ma. Goni za nieokreślonym, marzy na jawie i wciąż popada w melancholię, gdy okazuje się, że jej życie nie odmieniło się w żaden cudowny sposób. Skąd w Andżelice to wieczne niezadowolenie?

Może po matce Krystynie, która sama, gdy była w wieku córki, wpadła w wir konsumpcjonizmu? Chcąc wynagrodzić sobie ciągłą nieobecność męża, kupowała bez ustanku. Ale dobra materialne okazywały się być niedostatecznym pocieszeniem, bo Krystyna sama nie potrafiła ustrzec się przez napadowymi bólami serca, którymi tak często szantażowała najbliższych. Skąd w tych kobietach ciągła gorycz i strach przed przemijaniem? Strach przed śmiercią, która czeka każdego z nas? Dopiero w momentach, kiedy czuły, że mogą stracić wszystko, w ich umysłach pojawiała się myśl, że ich życie jest przepełnione dobrem. Ale momenty te były niezwykle krótkie i znów wprawiały Andżelikę w beznadziejne poczucie nieszczęścia. Dlaczego ta kobieta, jej matka i babka nie potrafiły docenić tego, co w życiu najważniejsze? Zawsze było im mało, niedostatecznie, zbyt skromnie…

Dlaczego? Właśnie na to pytanie gdzieś w głębi próbuje odpowiedzieć sobie Andżelika. W swoich intymnych zapiskach przywołuje w pamięci swoje własne wspomnienia, retrospekcje z życia matki i babki, które pomagają jej zrozumieć. Ale czy wreszcie dotrze do niej, dlaczego tak cierpi? Dlaczego sama dąży do własne cierpienia?
„Skąd to ciągłe poczucie, że jest źle i niezasłużenie ciężko? Matka zapewne też nieustannie to czuła. Po co te mrzonki o innym mężczyźnie, przy którym czułabym się inaczej, o pieniądzach, które odciągnęłyby moje myśli od śmierci na rzecz nabywania niepotrzebnych, kolejnych przedmiotów? Na gwałt potrzebuję czegoś, co przeciągnie mnie dalej, coś, na co można czekać.” 
Źródło
Książka Sylwii Zientek pod tytułem „Złudzenia, nerwice i sonaty” wprawiła mnie w głęboki smutek. Skąd w takich ludziach jak Andżelika ciągły pęd do czegoś lepszego, nowego, innego? Dlaczego nie potrafią się zatrzymać, docenić tego, co mają, cieszyć się tym, co jest, a nie tym, co być może? Przecież sami wpędzają się w tę głęboką dziurę ciągłego nieszczęścia, którym zatruwają nie tylko siebie, ale również bliskich. Obudziły się we mnie jakieś romantyczne ideały i myśli, dlaczego ludzie walczą o własne nieszczęście z taką zaciekłością? A co, jeśli ja też, gdzieś w głębi taka jestem? Zapędzona w ślepą uliczkę konsumpcjonizmu, będę chciała więcej i więcej, nie mogąc docenić prawdziwego, teraźniejszego szczęścia? Bo przecież Andżelika miała powody do tego, by się cieszyć, miała swoje źródło szczęścia, w postaci kochającej rodziny, dobrej pracy. Czego chcieć więcej? Dlaczego chcieć więcej?

Książka Sylwii Zientek napisana jest w niesamowity sposób, bo bardzo lekko i jakby od niechcenia. Autorka snuje opowieść swojej bohaterki, jakby opowiadała historię zwyczajnej osoby spotkanej na ulicy. Tylko z czasem zaczyna na nas spadać ciężar osobowości Andżeliki, jej matki i babki, które pojawiają się w niektórych rozdziałach.
Budzi się w nas przygnębienie i setki myśli, które pobudzają do refleksji. Dawno nie czytałam tak smutnej książki, która pogmerałaby mi w głębi duszy maleńkimi paluszkami, jak zrobiły to „Złudzenia, nerwice i sonaty” Zientek.

Nie ma tutaj zaskakującej fabuły, zwrotów akcji i porywających bohaterów. Jest za to potężny ładunek emocjonalny, który spada na czytelnika, jak grom z jasnego nieba. Zientek, z pomocą głównej bohaterki Andżeliki, każe nam się zastanowić nad własnym życiem i prawda jest taka, że nie robi tego w delikatny i subtelny sposób. Ja osobiście czuję się wstrząśnięta i uderzona w twarz, i to w jakimś pozytywnym sensie, o ile można tak powiedzieć w tym kontekście. Bo Zientek z wielką siłą zmusza nas do zastanowienia się nad własnym życiem. Mnie ruszyła, a czy ruszy Ciebie? Sprawdź.
Moja ocena: 7,5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dobra Literatura