Wszystkie kobiety don Hułana - Maciej Bennewicz

Autor: Maciej Bennewicz
Tytuł: Wszystkie kobiety don Hułana
Wydawnictwo: G+J, 2012
Liczba stron: 304
Oprawa: miękka
Pewnego dnia, życie Piotra, w liceum pieszczotliwie nazywanego Glusiem, wywraca się do góry nogami. Wystarczył tylko jeden prosty telefon, by wprowadzić w szarą, poukładaną codzienność niewyobrażalny zamęt. Zrozpaczona matka jednego z licealnych kolegów Piotra szuka pomocy. Jej jedyny, ukochany syn zniknął bez śladu, jego komórka nie odpowiada. Don Hułan zaginął… 

„Żeby coś znaleźć, trzeba wszystko zostawić. Dopóki dźwiga się ciężary przeszłości, nie można dostrzec nic nowego, bo silniejsza jest troska o dźwigane tobołki.”
Kim jest don Hułan? Wszystkim znanym łowcą niewieścich serc? Nic bardziej mylnego. Don Hułan, to przezwisko Hieronima, kolegi ze szkolnych lat, o którym Piotr nie słyszał od wielu lat. Może dlatego, że nie chciał? Bo przecież nie chce się pamiętać swoich szkolnych grzeszków i wybryków, które teraz przyprawiają o zakłopotanie i rumieniec wstydu. Dlaczego? Dlatego, że don Hułan był klasowym kozłem ofiarnym, który pokornie poddawał się torturom i prześmiewczym kawałom ze strony Glusia i jego paczki.  Teraz don Hułan zaginął, a Piotr wydaje się być ostatnią osobą, do której matka Hirka powinna się zwrócić.

Początkowo Piotr nie ma najmniejszej ochoty na mieszanie się w nie swoje sprawy. Od wielu lat nie miał kontaktu z don Hułanem, więc jak niby ma go teraz odnaleźć? Ale każda kolejna rozmowa z bliskimi Hirkowi kobietami wciąga Piotra w wir coraz bardziej pogmatwanych wydarzeń. Matka Hieronima, jego macocha, żona i kochanka – wszystkie kobiety don Hułana mają inne spojrzenie na zniknięcie mężczyzny. Każda z nich kreuje własną rzeczywistość, którą traktuje jak niepodważalną prawdę. Co na to zaginiony? I co w samym środku tego zamieszania robi Piotr?

„Wszystkie kobiety don Hułana” to kolejna książka na koncie Macieja Bennewicza. Wcześniej jednak trudnił się pisaniem poradników z dziedziny coachingu, jak więc wyszła mu powieść współczesna z wątkami psychologicznymi?

Myślę, że całkiem nieźle. Postacie są ciekawie zarysowane, w szczególności główny bohater i postać don Hułana. Okazuje się bowiem, że Piotr nie ma odnaleźć swojego kolegi ze szkolnych lat, a siebie, odbywając podróż w przeszłość swoją i swoich bliskich.  Okazuje się również, że każdy widzi rzeczywistość w inny sposób, dlatego tak rozbieżne były informacje, które Piotr otrzymywał zarówno od bliskich Hirka, jak i od swoich bliskich i znajomych.

Rozbudowane wątki psychologiczne, intrygująca fabuła pełna zawiłości i niespodzianek, których czytelnik się nie spodziewał, czyni tę powieść smacznym kąskiem, lekkim i przyjemnym w lekturze, skłaniającym do refleksji nad własnym życiem. W jakiś sposób zachęca do zaglądania w głąb siebie.

Na plus zasługuje również projekt okładki, który przykuł moje oko. Coś jest w tym prostym i subtelnym zdjęciu przedstawiającym młodego mężczyznę, którego twarz skrywana jest przez skrawki materiałów, na którym wypisany jest tytuł. Coś, co sprawia, że chce się na okładkę nie tylko patrzeć, ale zaglądać do wnętrza, które skrywa.

Choć po raz kolejny nie czuję się jakoś przesadnie poruszona historią Piotra i don Hułana, to uważam, że książka Macieja Bennewicza jest całkiem ciekawą lekturą, po którą warto sięgnąć.
Moja ocena: 7/10 
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa G+J


Biała jak mleko, czerwona jak krew - Alessandro D'Avenia

Autor: Alessandro D'Avenia
Tytuł: Biała jak mleko, czerwona jak krew
Tytuł oryginału: Bianca come il latte, rossa come il sangue
Wydawnictwo: Znak, 2011
Liczba stron: 312
Oprawa: miękka


Marzenia… Kto z nas ich nie ma? Odległe wizje skrytych pragnień, które napędzają nas do działania. Wizje tego, czego tak bardzo chcemy, co wszak może się wydarzyć, choć nie musi. Często obarczone są jarzmem rozczarowania, gdy okazuje się, że spełnione marzenie jest zupełnie inne od naszych wyobrażeń. I co wtedy? Stracić nadzieję na dalszą pomyślność losu i przestać marzyć? Przestać pragnąć wielkich rzeczy, których w skrytości ducha łakniemy? Czy rozczarowanie jest w stanie powstrzymać ludzi od snucia marzeń, od pogoni za ideałami, od spełniania snów?
„Tylko wtedy, gdy człowiek wierzy w coś, co zdaje się go przerastać – czyli marzy – ludzkość czyni postępy, które pomagają jej nie tracić wiary w siebie.”
Leo, główny bohater powieści, to młody chłopak uczęszczający do liceum. Z tłumu nastolatków nie wyróżnia się niczym szczególnym –no, może prócz lwiej grzywy, która napawa go dumą, a matkę nagminnie irytuje. Leo gra w piłkę z przyjaciółmi, broi jak każdy nastolatek i nie przepada za szkołą. Bo który nastolatek z burzą hormonów lubi się uczyć? Lepiej bawić się bezczelnymi komentarzami, udowadniając znajomym swoją wartość i pewność siebie.

Jednakże pewnego dnia to właśnie szkoła przyczynia się do wielkich zmian w życiu nastolatka. Pytanie o największe marzenie w życiu każdego z uczniów, wydaje się być prostym pytaniem, lecz Leo znajduje w nim problem. Co jest moim marzeniem, pyta sam siebie. I wtedy zdaje sobie sprawę, że jego marzeniem jest miłość…
„Ale miłość to coś innego. Miłość nie daje spokoju. Miłość jest bezsenna. Miłość obdarza siłą. Miłość jest szybka. Miłość jest jutrem. Miłość to tsunami. Miłość jest czerwona jak krew.”
Ognistoruda Beatrice, która uczęszcza do tego samego liceum, co Leo, okazuje się być marzeniem nastolatka. Zakochuje się w dziewczynie od pierwszego wejrzenia i uczucie wydaje się być tak płomienne, że chłopaka ogarnia niemal obsesja na punkcie Beatrice. Pierwsza młodzieńcza miłość Leo, na drodze której staje nie tylko fakt, że dziewczyna nie zdaje sobie sprawy z istnienia nastolatka, ale coś znacznie poważniejszego. Coś, z czego okrutną bielą może walczyć tylko czerwień życiodajnej krwi…

„Biała jak mleko, czerwona jak krew” to debiut młodego pisarza, który okazał się być odkryciem włoskiej literatury. Alessandro D’Avenia napisał powieść, która błyskawicznie stała się bestsellerem, obwołanym przez czytelników współczesnym „Love story”. Czy książka zasługuje na te wszystkie pochwały? Czy otrzymane miana są słuszne?
„Że miłość nie chce posiadać, miłość chce dawać.”
Powieść ta od dłuższego czasu mnie fascynowała i przyciągała. Nie tylko ze względu na fantastyczną okładkę, która na moje oko jest genialna. Co najważniejsze, odwołuje się do treści. Poza tym przykuwa kolorystyką i prostotą, jakąś niewinnością i lekkością, która mnie urzekła. Projekt okładki jest fantastyczny. Wracając jednak do rzeczy, które sprawiły, że książka mnie zafascynowała, to z pewnością rozgłos, jaki wokół siebie wywołała. Swego czasu pojawiło się wiele pozytywnych komentarzy na jej temat, co sprawiło, że musiałam sprawdzić na własnej skórze, jak to z nią jest.

I sprawdziłam. Owszem, książka jest naprawdę interesująca i grająca na emocjach. Przedstawia młodego człowieka, który walczy z nieuniknioną dorosłością, z wymaganą od niego dojrzałością. Przedstawia walkę z trudną sytuacją życiową, w której znalazł się Leo. Walkę z trudnymi pytaniami, które atakują każdego z nas, w pewnym momencie naszego życia.

Narracja jest pierwszoosobowa, prowadzona z perspektywy głównego bohatera. Zaglądamy w najskrytsze zakamarki jego duszy, w jego tęsknoty i rozterki, co sprawia, że książka jeszcze bardziej staje się naszpikowana emocjami. Prosty, lekki język, który odpowiedni jest dla szesnastolatka również sprawia, że cała treść jest nieskomplikowana - choć sam problem, poruszany w powieści nie należy do najłatwiejszych – i przepełniona uczuciami.
„Ponieważ gdy w grę wchodzi miłość, ludzie czasem zachowują się po prostu głupio. Popełniają błędy, ale to znaczy,  że się starają. Należy się martwić raczej, gdy ten, o kim myślisz, że cię kocha, nie rani cię, bo to oznacza, że przestał się starać albo że tobie już na nim nie zależy.”
To nie jest książka pełna zwrotów akcji. To książka o pierwszej miłości, dojrzewaniu, marzeniach i śmierci. To książka, która ma trafiać prosto w serce, poruszając najczulsze struny naszych emocji. Moje struny zostały poruszone, choć ledwo zauważalnie, dlatego nie podzielam wielkiej fascynacji krążącej wokół książki. Niemniej jednak jest w niej coś, pewna wartość, którą doceniam. Coś, co zostanie we mnie na długo po przeczytaniu książki. I dodam również, że „Biała jak mleko, czerwona jak krew” była dla mnie kopalnią wartościowych cytatów, za co daję mały, prywatny plus.
Moja ocena: 8/10

Zło konieczne - Alex Kava

Autor: Alex Kava
Tytuł: Zło konieczne
Tytuł oryginału: A Necessary Evil
Seria: O Maggie O'Dell 
Wydawnictwo: Mira
Liczba stron: 416
Oprawa: miękka

Kolejna rytualna śmierć katolickiego księdza wstrząsa Ameryką. Kto dopuścił się zbrodni na oczach tłumów, pozostając niezauważonym? Czy to przypadkowe akty przemocy, które zbiegły się w czasie, czy wręcz przeciwnie, ktoś dokonuje przemyślanych egzekucji w ramach zemsty? Tylko dlaczego? Czy niemal identyczny scenariusz zbrodni nie wskazuje na tego samego sprawcę? I czy to tylko jedyna rzecz łącząca ofiary?
Odpowiedzi na te pytania spróbuje znaleźć Maggie O’Dell, specjalistka od portretów psychologicznych, która miała do czynienia z nie jednym seryjnym mordercą. Tym razem sprawa jest trudna i zawikłana. Wciąż giną księża, którzy wydają się mieć ze sobą wiele wspólnego, mimo tego, że nie znali się wzajemnie. Co? Otóż ofiary darzyły zbyt dużą sympatią małych chłopców. Czyżby ci, teraz już młodzi mężczyźni, mścili się po wielu latach za krzywdy, które nieodwracalnie wpłynęły na ich życie?

Maggie ma trudny orzech do zgryzienia. Subtelne różnice w morderstwach wskazują na różnych sprawców, co znacznie utrudnia sprawę. Do tego wszystkiego w życiu Maggie znów pojawia się ksiądz Keller, który mimo potwornych zbrodni, wywinął się od kary, uciekając przed światem, który znał. Czyżby Keller również był zamieszany w sprawę rytualnych morderstw? Czy przypuszczalna zemsta molestowanych chłopców na katolickich księżach to zło konieczne, które zapobiec ma dalszym tragediom?

„Zło konieczne” to już piąty tom z serii o Maggie O’Dell autorstwa Alex Kavy, poruszającej trudną tematykę seryjnych morderców i ich pokrętnych umysłów. Zarówno Autorka, jak i jej dzieła były obiektem mojej niezmiernej ciekawości od dłuższego czasu. Pozytywne recenzje i opinie nie pozostawiły mi wyboru, musiałam wreszcie po nie sięgnąć. I jak przebiegło pierwsze spotkanie z Kavą? Już mówię.

Przede wszystkim muszę zaznaczyć rzecz najważniejszą. Jak już wyżej wspomniałam, „Zło konieczne” to moje pierwsze spotkanie z książkami Kavy. I wspomniałam również, że to piąty tom serii. Zatem pewnie zastanawiacie się, czy miałam problemy z wdrożeniem się w fabułę, z brakami w istotnych informacjach dotyczących treści poprzednich tomów. Nic takiego. Owszem, poprzednie wydarzenia są wspominane wielokrotnie, ale zasadniczo nie wpływają one na poznawanie fabuły. Nie przeczę, że mój apetyt na poznanie poprzednich tomów wzrósł, ale podczas czytania nie miałam odczucia, że czegoś ważnego nie wiem, że coś mi umknęło. Tak więc tomy nie są ze sobą mocno powiązane, co pozwala na czytanie tomów w różnej kolejności, bez szczególnej szkody.

Jeśli chodzi o fabułę i bohaterów, to chyba zostanę fanką Kavy. Przede wszystkim Autorka posiada wyjątkowy styl, który budzi w czytelniku niepokój i ciekawość – podczas czytania chciałam widzieć więcej i więcej. Napięcie dawkowane jest powoli, lecz systematycznie. Patrząc na fabułę przychodzi mi na myśl układanka, którą powoli i sumiennie składamy od postaw. Autorka skrupulatnie dokłada nam brakujących elementów, które możemy sami układać, rozwiązując zagadkę razem z główną bohaterką. Momentami miałam wrażenie, że idzie to trochę za wolno i miałam ochotę na silniejsze wrażenia, ale patrząc całościowo jestem pod wrażeniem.

Jeśli chodzi o bohaterów, to polubiłam główną bohaterkę. Mam wrażenie, że żeńskie postacie często są zaniedbywane, ich charaktery bywają płytkie i powierzchowne. Tutaj Maggie jest inna. To silna, pewna swego kobieta, która wie, czego chce, mimo, że życie dało jej popalić. Teraz chce zwalczać zło, co świetnie jej wychodzi. Fajna, mocna i interesująca postać.

Natomiast jeśli chodzi o tematykę, to ta również zasługuje na plus. Lubię książki poruszające trudne tematy, a pedofilia wśród księży i molestowanie dzieci z pewnością do takich należy. Właśnie ten aspekt był jedną z rzeczy, która przyciągnęła mnie do tej książki, prócz pochlebnych opinii, które słyszałam.

Niestety, nieco irytowały mnie te krótkie rozdziały. Ledwo akcja zdążyła się rozkręcić, rozdział się kończył i przeskakiwaliśmy do innych bohaterów i innych wydarzeń, gdzie akcja znów parła do przodu, choć w innym momencie. Trochę wybijało mnie to z rytmu, ale z drugiej strony, zaostrzało mój apetyt na więcej. Było mi też trudno oderwać się od lektury przez te krótkie komentarze – kończyło się na tym, że jeszcze tylko jeden albo jeszcze dwa ;)

W ogólnym rozrachunku jestem na duże tak, jeśli chodzi o twórczość Kavy. Z chęcią poznam inne jej dzieła z tej serii – w szczególności, że zaczęłam od środka. Są rzeczy słabe, chociażby to, że w niektórych momentach brakowało mi czegoś mocniejszego, czy chociażby dobitniejszego punktu kulminacyjnego. Są też rzeczy mocne, chociażby tematyka i główna bohaterka. Ja sięgnę po więcej, a Ty? 
Moja ocena: 7,5/10
 Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mira

Magia koloru dla początkujących - Richard Webster

Autor: Richard Webster 
Tytuł: Magia koloru dla początkujących 
Tytuł oryginału: Color Magic for Beginners 
Seria: Dla początkujących 
Wydawnictwo: Illuminatio, 2011 
Liczba stron: 240 
Oprawa: miękka

Zielony, czerwony, żółty a może fiolet – zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego właśnie ten, a nie inny kolor jest Twoim ulubionym? Dlaczego zamiast pomarańczowej szczoteczki do zębów wybrałeś zieloną? Czy zastanawiałeś się kiedyś, jaki wpływ mają kolory na Twoje życie i otoczenie? Czy wiesz, że czerwone ubranie doda Ci pewności siebie, a niebieskie ściany przyniosą dobry sen? Nie? Więc może warto sięgnąć po „Magię koloru dla początkujących” by dowiedzieć się kilku interesujących faktów o sobie i swoim życiu, o tym, jak w łatwy i przyjemny sposób możesz je ulepszyć?
„Żyjemy w świecie tryskającym barwami, jednak bardzo rzadko je zauważamy. Zrób na sobie następujący eksperyment. Rozejrzyj się po pokoju, w którym się obecnie znajdujesz. Zobacz, jakiego koloru są ściany, meble, dywan i ubrania. Wszystkie one mają na ciebie wpływ. Gdy otoczysz się kolorami, które są dla ciebie dobre, będziesz mógł zmienić swój nastrój i polepszyć jakość życia.”
„Magia koloru dla początkujących” to świetna pozycja dla osób, które zainteresowane są nie tylko znaczeniem barw otaczających nas każdego dnia, ale również sposobami, które pomogą nam w ulepszeniu swojego życia i siebie. Jesteś nieśmiały i potrzeba Ci trochę odwagi i pewności siebie? Nic prostszego, wystarczy założyć czerwony ciuch. Jesteś nerwowy i często się stresujesz? Więc może warto otoczyć się wyciszającą i uspokajającą zielenią? Te i wiele innych ciekawych porad i informacji, można znaleźć w książce autorstwa Richarda Webster’a.

Książka podzielona jest na czternaście rozdziałów, każdy o różnej tematyce, która wciąż pozostaje w sferze kolorów. I tak możemy poczytać o osobistych kolorach, które wyczytać można z daty urodzenia, imienia czy znaku zodiaku. Dowiemy się jak uzdrawiać kolorem, bądź medytować z różnymi barwami. Jeśli nie wiesz, co oznacza Twój ulubiony kolor, Richard Webster chętnie odpowie Ci na to pytanie. A może zastanawiasz się na jaki kolor pomalować ściany w sypialni bądź jadalni – sięgnij do książki. Magia, medytacja, kamienie szlachetne – to i wiele, wiele innych informacji, porad i ciekawostek dotyczących kolorów możemy znaleźć w „Magii kolorów dla początkujących”. Jesteś ciekaw? Czytaj!

Nie wiem, co skłoniło mnie do tego, by sięgnąć po tę książkę. Świetna, nasycona żywymi kolorami okładka, która idealnie odzwierciedla treść lektury czy też moja osobista, wrodzona ciekawość i uwielbienie do kolorów (czasem mam wrażenie, że jestem chodzącą tęczą ;)). Tak czy inaczej, książka znalazła się na mojej półce i wreszcie wezwała mnie do lektury. Moje wrażenia? Według mnie książka jest dobrym kompendium wiedzy na temat kolorów. Osoba, która poszukuje informacji na tym polu a nigdy wcześniej nie korzystała z innych źródeł tutaj znajdzie wszystko, czego potrzebuje.

Osobiście mam jakieś nieokreślony pociąg do ezoteryki, do takich mistycznych spraw jak magia, horoskopy, okultyzm, a do tego wszystkiego lubię kolory, dlatego z chęcią sięgnęłam po „Magię koloru dla początkujących”. Dowiedziałam się wiele, nie tylko o kolorach, ale przede wszystkim o sobie – zaskakujące, jak wiele rzeczy, które wydawały się nieistotnymi szczegółami, okazały się mieć swoje odbicie w rzeczywistości. I jaką radochę miałam, gdy okazało się, że mój ulubiony kolor fioletowy jest również moim kolorem numerologicznym, wynikającym z daty urodzenia. Ubawiłam się również przy rozdziale dotyczącym aury, w szczególności przy ćwiczeniach na wyczuwanie aury – naprawdę ją wyczułam! A może to tylko siła sugestii, tak jak wiele rzeczy, które znajdziemy w tej książce?

Tak czy siak, uważam, że książka jest naprawdę dobra. Zawiera w sobie wiele istotnych i niesamowicie interesujących informacji, które zaspokoiły moją ciekawość w pełni. Co więcej, zachęciły mnie do działania i bardziej świadomego dobierania kolorów. Chcę również popracować nad wyczuwaniem i dostrzeganiem aury – może kiedyś uda mi się zobaczyć jaką barwą otoczeni są inni ludzie. Polecam.
 Moja ocena: 8,5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Illuminatio

Front burzowy - Jim Butcher

Autor: Jim Butcher
Tytuł: Front burzowy/ Storm Front
Wydawnictwo: MAG, 2011
Seria: Akta Dresdena
Liczba stron: 446
Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Jak załatwia się sprawy w świecie, w którym, w zakamarkach ciszy i mroku, kryją się nadprzyrodzone moce i stworzenia, których ludzki umysł nie potrafi zaakceptować? Co zrobić, gdy tajemniczy świat zaczyna panoszyć się w szarej rzeczywistości, zastraszając ludzi, doprowadzając do ich śmierci? Jak policja radzi sobie z kryminalistami rodem z powieści fantasy? Odpowiedzią na wszystkie te pytania, może być tylko jeden człowiek – Harry Dresden.
Harry to mag, który swoją moc wykorzystuje do tego, by pomagać chicagowskiej policji. Jako że w przeszłości zabawiał się czarną magią, teraz ponosi tego konsekwencje – jeśli złamie Prawo Białej Rady może się pożegnać z życiem. Tak więc wykorzystuje swoje umiejętności by jako tako funkcjonować w codziennym świecie, nie narażając się na gniew ze strony Białej Rady. Chcąc opłacić czynsz za skromne mieszkanie cuchnące spalonym drewnem, Dresden zajmuje się sprawami, których policja nie potrafi rozwiązać. Dlaczego? A dlatego, że śmiertelnikowi trudno rozwiązać sprawy, w które wmieszane są wampiry, wróżki czy chociażby magowie.

Właśnie w jedną z takich spraw Harry został zaangażowany. Brutalny mord dwójki kochanków, do którego nie mogło dojść za sprawą zwykłego śmiertelnika. Dresden wokół miejsca zbrodni wyczuwa obecność silnej magii. Tylko w jaki sposób można pozbawić kogoś serca, nie będąc w pobliżu ofiar? Harry musi znaleźć odpowiedź na to pytanie. I to szybko, bo sprawca nie chce, aby ktokolwiek dowiedział się o jego tożsamości, w szczególności ktoś taki jak Dresden. Mag, który potrafi w niekonwencjonalny sposób dojść do głęboko skrywanej prawdy…

„Front burzowy” to pierwszy tom cyklu zatytułowanego Akta Dresdena, autorstwa Jima Butchera, opisujących przygody maga, który postanowił ujawnić swoją tożsamość światu, który jak dotąd zamknięty był na paranormalne istoty. Pomieszanie fantastyki z kryminałem, doprawione szczyptą humoru – czy to dobra mieszanka, warta uwagi czytelnika?

Szczerze przyznam, że mam mieszane uczucia, co do tej lektury. Dlaczego? Dlatego, że z jednej strony jest to jak najbardziej poprawnie napisana książka, ze spójną fabułą, w której nie ma żadnych zgrzytów i niedomówień, w której nie brakuje emocji i zwrotów akcji, zaskakujących wydarzeń i interesującego głównego bohatera, ale z drugiej strony czegoś w niej brakuje, tego czegoś, co rzuca na kolana i sprawia, że książka w jakiś sposób nas zachwyca czy zaciekawia, wyróżniając się spośród innych.

Tak jak już mówiłam, fabuła jest jak najbardziej spójna i całkiem ciekawa. Spodobało mi się połączenie kryminału z fantasy, które przyprawione było szczyptą dowcipu, który serwował nam główny bohater, Harry Dresden. Właśnie ten humor i główny bohater przykuły moją uwagę. Zapałałam jakąś nieokreśloną sympatią do tego, nieco nieporadnego bohatera, który non stop wpada po uszy w jakieś tarapaty, ale zawsze, jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu potrafi się z nich wykaraskać.

Jednakże mimo wszystko czuję jakiś niedosyt i wciąż chcę czegoś więcej. Może w kolejnej części Autor zaspokoi mój apetyt na to, by zostać rzuconą na kolana? „Front burzowy” jak najbardziej jest książką, po którą warto sięgnąć, szczególnie jeśli ktoś jest fanem powieści fantasy i sensacji – naprawdę fajne połączenie. Niemniej jednak, nie posiada czegoś, co wyróżniłoby ją na tle innych książek, które zalewają rynek. Nie jest ani gniotem, ani dziełem wybitnym. Ale z drugiej strony, kto powiedział, że bycie „średniakiem” jest złe? Sprawdźcie sami, czy przypadną Wam do gustu przygody Dresdena ;)
  Moja ocena: 7/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MAG

Stos czytadeł, a co! :)

Co ja się napatrzyłam na Wasze zdobycze w ostatnim czasie, olaboga! I tak mi się smutno zrobiło, że u mnie dawno żadnego stosu nie było, żeby też na niego popatrzeć i powzdychać jaki fajny, to postanowiłam się pochwalić ostatnimi zdobyczami :D Wiem, że chwalenie się jest złe, ale popatrzcie sami - musiałam się z kimś podzielić moją radością z tych wszystkich czytadeł, bo u mnie w domu nikt się ze mną cieszyć nie chce :< Dobrze, że chociaż mój chłopak mnie rozumie i jak przychodzą jakieś nowe paczuchy to dzielimy radość z rozrywanych kopert i wąchania kartek (ja wącham, nie potrafię się powstrzymać, jak te nowe karteluchy na mnie zerkają i cichutko szeptają "no, weź mnie niuchnij!" ) Ale o czym to ja... a, o stosie. No! I jest, i się chwalę by móc dzielić swą nieokiełznaną radochę.
< A oto i on ;)

Gibał się na boki i gibał, ale ustał i teraz dumnie stoi. A co tam konkretnie jest, to już mówię ;)

Przynęta - Jose Carlos Somoza

Autor: Jose Carlos Somoza
Tytuł: Przynęta/ El cebo
Wydawnictwo: MUZA SA, 2011
Liczba stron: 512
Oprawa: miękka
Gdzieś w mrokach współczesnego Madrytu, w zaciszu tajemnych kryjówek, kryją się rzeczy, o których nie śniłeś nawet w najgorszych koszmarach. Psychopatyczne rytuały, zdewastowane ciała skąpane w ledwo zakrzepłej krwi, powietrze przesycone rozkoszą zadanej krzywdy i gdzieś w samym centrum tego okrucieństwa on, Widz, który stał się obsesją hiszpańskiej policji. Ale jest coś, o czym nie wiesz… Ktoś równie skryty w mroku madryckich ulic stoi na straży Twojego istnienia. Kto? Przynęty. Ludzie, którym obce jest prawdziwe życie. Ich życiem jest teatr i maski, które przywdziewają, by zwabić swoją ofiarę, usidlić ją i zniewolić, a potem zniszczyć, na wieki.
„Nic innego niż rozkosz nie sprawia, że stajemy się kompletnie bezbronni, nawet strach. Jeśli chcesz kogoś naprawdę rozbroić, nie groź mu, doprowadź go do rozkoszy.”
 Diana Blanco, główna bohaterka, to jedna z najlepszych przynęt, o jakiej mogła zamarzyć policja. Wszak szkolił ją geniusz, który zginął kilka lat temu. Teraz swoje ciężko zdobyte umiejętności wykorzystuje, by dopaść Widza, na punkcie którego szaleją nie tylko władze, ale również media. Widz porywa młode dziewczyny, by później sprawiać im niewiarygodne cierpienia podczas tortur. Kolejne odnalezione ciało, bestialsko okaleczone, sprawia, że w Dianie rośnie rządza zakończenia działań psychopaty. Z drugiej jednak strony ma dosyć życia przynęty, ciągłych ćwiczeń, które odzierają ją z człowieczeństwa, bezowocnych polowań i tego, że zatraciła własną tożsamość. Już jako nastolatka szkoliła się w przywdziewaniu masek, które pozwoliłyby jej zniewolić jakiegokolwiek fila. Czy to aurofila czy wzrokofila, nieważne. Byle udało jej się pozbyć kolejnego psychola z tego pokręconego świata.
 „Kiedy odkrywasz, że pasja i perwersja są jak trucizna wobec kogoś, kogo nienawidzisz, już nie możesz się z tego wycofać.”
Właśnie kiedy Diana postanowiła złożyć rezygnację by uwolnić się od bycia przynętą, Widz dokonał kolejnego wyboru. Kolejna ofiara, której nie da się ocalić ze szponów tego chorego mordercy? Blanco postanawia działać, narażając nie tylko swoje życie, ale również bliskich jej osób. Czy uda jej się powstrzymać Widza? Jaką cenę zapłaci za zniszczenie kolejnego potwora?

„Przynęta” to kolejna książka napisana przez psychiatrę i literata z powołania, J. C. Somozę. Na swoim koncie ma już wiele dzieł, lecz dla mnie było to pierwsze spotkanie z tymże Autorem. Za to jakie udane!

Poczynając od tego, co rzuca się najbardziej w oczy, czyli od okładki, chciałabym wyrazić swój zachwyt nad jej prostotą i świetnym przekazem połączonym z fabułą. Na okładce zobaczyć możemy piękną młodą kobietę na czarnym tle, której część twarzy przysłonięta jest maską odzwierciedlającą twarz Szekspira. Mamy tytułową przynętę i słynnego dramaturga, który jest istotną częścią thrillera - prosto, zwięźle i na temat. Naprawdę bardzo spodobało mi się to rozwiązanie, bo świetnie oddaje treść książki. Za to pierwszy plus. A kolejnych nie zabraknie ;)

Od razu przyznam się, że jestem zachwycona „Przynętą”. Według mnie to świetny thriller psychologiczny, który trzyma w napięciu do samiutkiego końca. Ciężko mi dostrzec jakieś niedociągnięcia, bo nie jestem ekspertem, a swoje opinie tworzę na podstawie własnych odczuć, tego czy coś czuję czy nie, czy coś do mnie przemawia, czy wręcz przeciwnie. Czytam i piszę raczej sercem niż rozumem. A tutaj moje serce zabiło szybciej.
Może już dostrzegliście, podczas czytania moich recenzji, że jestem fanką mocnych wrażeń, w różnorakiej postaci. Czy to turlam się ze śmiechu, czy beczę jak opętana, czy gały mi wyłażą ze zdziwienia, czy też ściska mnie w dołku z obrzydzenia – musi być mocno i treściwie. Tutaj nie zabrakło momentów, kiedy wstrzymywałam oddech, gdy pokrętne intrygi wychodziły na jaw. Łapałam się za głowę i szeptałam pod nosem: „o kurczę!”, bo tego, co się działo, nie dało się przewidzieć. Jestem pod wrażeniem stylu Autora, tego, jak potrafi zainteresować czytelnika swoją ideą i fabułą, jak stopniowo wprowadza napięcie i gdy już, już wydaje nam się, że rozwiązaliśmy zagadkę, Somoza wali nas od tyłu w łeb i robi akuku!, wyskakując z kolejnym niesamowitym rozwiązaniem.

Kolejną rzeczą, która mi się spodobała, to idea przynęt i ich powiązania z dziełami Szekspira. Miałam wrażenie, że zaszyfrowane maski, psynomy i komputery kwantowe to nie fikcja, a głęboko zakamuflowana prawda, którą nagle ktoś przede mną odsłonił, otwierając mi oczy. Poza tym lubię, jak Autorzy wodzą mnie za nos i nieco mną manipulują, zaskakując swoimi intrygami i zawiłościami fabuły.

W ogólnym rozrachunku mogę powiedzieć tylko jedno: jestem zachwycona! I naprawdę polecam tym, którzy lubią dobre thrillery psychologiczne i łakną mocnych wrażeń. Ja się czuję usatysfakcjonowana w pełni ;)
Moja ocena: 10/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MUZA SA

Top 10: książki, które chcielibyśmy znów po raz pierwszy przeczytać

Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą bliżej poznać blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień. 

 Dziś przyszła pora na 10 książek, które chcielibyśmy znów po raz pierwszy przeczytać ;) A oto i mój ranking:

1. S@motność w sieci - może już zauważyliście moją słabość do tej powieści Wiśniewskiego, a w szczególności do jej głównego bohatera - Jakuba. Czytałam ją wiele razy, ale chciałabym przeczytać ją jeszcze raz, nie znając zakończenia, które nieodmiennie, z każdym czytaniem porusza mnie do głębi.

2. Los powtórzony - kolejna książka Wiśniewskiego, którą z chęcią pochłonęłabym na nowo. Mam słabość do tego Autora i nie będę się z tym ukrywać, o nie! ;)

Pocałunek anioła - Elizabeth Chandler

Autor: Elizabeth Chandler
Tytuł: Pocałunek anioła/ Kissed by an Angel
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Seria: Pocałunek anioła
Liczba stron: 224
Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Wierzycie w skrzydlate istoty, które czuwają nad Waszym bezpieczeństwem pozostając niewidocznymi dla Waszych oczu? Wierzycie w Anioły? Główna bohaterka książki Elizabeth Chandler, Ivy, odpowiedziałaby z całą stanowczością: „tak, wierzę!”. Dowodem jej niezaprzeczalnej wiary z pewnością może być kolekcja figurek Aniołów, które pieczołowicie zbiera, modląc się do nich o pomyślność losu i bezpieczeństwo najbliższych. Ale wkrótce jej wiara zostanie poddana próbie, gdy coś zagrozi życiu jej ukochanego Tristana…
Miłość pomiędzy Ivy a Tristanem to miłość, która rozwijała się bardzo powoli. Początkowo Ivy nawet nie dostrzegała przystojnego pływaka, którym zachwycały się wszystkie dziewczyny w szkole. Ale on dostrzegł ją już pierwszego dnia, kiedy dziewczyna pojawiła się w nowej szkole. Od tego momentu próbował ją zdobyć, choć przychodziło mu to z trudem. Mimo swojej gracji sportowca, w pobliżu Ivy zamieniał się w słonia w składzie porcelany. Ale stopniowo ich przywiązanie rozkwitało, przekształcając się w coś głębszego. Wkrótce Tristan i Ivy nie potrafili bez siebie żyć. Niestety, los okazał się mieć wobec nich inne plany. Zupełnie inne.

Właśnie wtedy, gdy byli już tak blisko czystego szczęścia, ktoś postanowił im je odebrać. Jadąc samochodem na romantyczną kolację, którą sobie zaplanowali, wydarzył się wypadek. Ivy straciła swojego ukochanego na zawsze. A przynajmniej tak jej się wydawało, bo Tristan wrócił. Niestety, po wypadku Ivy straciła wiarę w Anioły, do których tak długo się modliła o bezpieczeństwo innych. Bo przecież gdyby istniały naprawdę to Tristan byłby teraz obok niej, rozśmieszając ją do łez czy obejmując ciepłym ramieniem. Utrata wiary Ivy okazała się przeszkodą dla Tristana, której nie sposób pokonać. A do tego wszystkiego jego ukochanej grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Czy Tristan znajdzie sposób, by porozumieć się z Ivy, nawet po swojej śmierci? Wszak musi ją chronić jako Anioł Stróż…

„Pocałunek anioła” autorstwa Elizabeth Chandler (pseudonim literacki Mary Claire Helldorfer) to początek cyklu dla młodzieży o tym samym tytule, jaki otrzymał pierwszy tom. Choć ostatnimi czasy na rynku pojawiło się wiele romansów paranormalnych, w których nie brak aniołów i innych stworzeń, z ciekawością sięgnęłam po tę nowość wydaną przez Wydawnictwo Dolnośląskie. I jakie są moje wrażenia po lekturze? Już mówię.

Styl Elizabeth Chandler jest bardzo lekki i przyjemny w lekturze, co z pewnością uchodzi za zaletę, szczególnie jeśli chodzi o powieści dla młodzieży. Książka objętościowo jest stosunkowo cienka, więc czyta się ją bardzo szybko. Niemniej jednak, zaostrza apetyt na więcej i troszkę szkoda, że kiedy akcja tak naprawdę się rozkręciła, nastąpił koniec tomu pierwszego, a tym samym nie pozostało nam nic innego, jak czekać na kolejny.

Jeśli chodzi o fabułę, to początkowo nie zauważyłam w niej niczego szczególnego, co wyróżniałoby ją z pośród innych romansów paranormalnych. Leniwe rozwinięcie i wreszcie punkt kulminacyjny, który wprowadził dreszczyk emocji. Od tego momentu tak naprawdę zaczęła się akcja, która sprawiła, że jeszcze szybciej chciało się poznać losy bohaterów książki. Jeśli chodzi o charaktery postaci, to niewiele można o nich powiedzieć – bohaterowie nie są zbyt wyróżniający się, ale nie są też płytcy i bezbarwni – są w sam raz. Mnie w szczególności przypadła młoda aktorka Lacey, która była dosyć ekscentryczna i lubiła nabroić.

„Pocałunek anioła” nie wyróżnia się niczym szczególnym jeśli chodzi o fabułę czy bohaterów, ale jest jedna rzecz, która mnie naprawdę ruszyła. Moim zdaniem Autorka świetnie gra na emocjach czytelnika. Miłość Ivy i Tristana była tak niesamowicie prawdziwa a zarazem niewinna i czysta, że po śmiertelnym wypadku trudno było nie odczuwać straty i tęsknoty, którą odczuwała Ivy. Wielokrotnie miałam łzy w oczach. Ale może to tylko taki dzień, podatny na wzruszenia, kto wie?

Mimo, że powieść Elizabeth Chandler nie powala na kolana i nie wyróżnia się z tłumu paranormali z romansem w tle, to myślę, że sięgnę po kolejny tom. Dlaczego? Dlatego, że Autorka świetnie wprowadziła atmosferę niepewności, przez co moja ciekawość dotycząca rozwiązania się wątku sięga zenitu. Do tego moje szalejące ze wzruszenia emocje, co również cenię w książkach. Dla mnie literatura ma poruszać, w różnoraki sposób, a „Pocałunek anioła” mnie poruszył i chcę poznać dalsze losy Ivy i Tristana ;) 
Moja ocena: 7,5/10
Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Portalu Secretum oraz Wydawnictwa Dolnośląskiego

Wampiry same o sobie - Michelle Belanger

Autor: Michelle Belanger
Tytuł: Wampiry same o sobie/ Vampires In Their Own Words: An Anthology of Vampire Voices
Wydawnictwo: Illuminatio, 2010
Liczba stron: 306
Oprawa: miękka
Przeczytaj fragment

Przez wiele lat wampiry pojawiały się w naszej kulturze – głównie na ekranach kin i na kartach powieści. Wszystko to sprawiło, że w umysłach ludzi utworzył się pewien stereotyp wampira, który po dziś dzień kojarzy nam się z bladą cerą, ostrymi kłami, spaniem w trumnie, żywieniem  się krwią i czasem jeszcze wrażliwością na promienie słoneczne i czosnek. Każdy z tych elementów przyczynił się do powstania archetypu krwiopijcy, który wielu próbowało naśladować, z większym lub mniejszym skutkiem, jednak gdzieś w głębi wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że to fikcja i efekt wybujałej wyobraźni. A co jeśli wampiry istnieją? Jak zareagujesz, gdy powiem Ci, że dzisiaj wampiry to nie fikcja, a namacalna rzeczywistość? Uwierzysz czy uznasz, że straciłam rozum?
„Na ile tak naprawdę wampir różni się od zwyczajnej osoby? Możliwe, że wampirem jest ktoś z twoich bliskim znajomych. Być może jest to kolega lub koleżanka z pracy, a nawet któryś z członków twojej rodziny. Nie rozpoznasz go jednak, szukając charakterystycznych znamion, które znamy z filmów. Jeśli osoba nie powie ci o tym sama, być może nigdy tego nie odkryjesz.”
Tak, drogi Czytelniku, wampiry istnieją. Nie przypominają one jednak wampirów, które znasz z powieści Stokera czy Anne Rice, bądź z filmu o słynnym Draculi, o nie. Choć niektóre z nich wciąż karmią się krwią, obecnie wampiry nie są strasznymi bohaterami rodem z horrorów, a osobami związanymi z okultyzmem. Słyszałeś kiedyś o wampirach energetycznych? To właśnie o nich możesz poczytać w książce Michelle Belanger.

Autorka książki „Wampiry same o sobie” z pomocą wielu przedstawicieli wampirzych społeczności (i nie tylko) postanawia przybliżyć nam świat wampirów energetycznych, które miast przerażać ostrymi kłami, karmią się energią życiową ludzi, przedmiotów oraz natury. Belanger dzieli wampiry na te, które żerują tylko na energii psychicznej, czyli wampiry praniczne (bądź psi-wampiry) oraz na te, które pobierają energię z ludzkiej krwi, czyli wampiry sangwiniczne. Prócz podstawowych informacji o nowoczesnych wampirach (lub wampyrach) dowiemy się wielu interesujących informacji dotyczących społeczności wampirzych, tego, jak przebiega żerowanie, jak kształtuje się tradycja obecnie żyjących krwiopijców. Co więcej, poznamy zasady i kodeksy panujące wśród dawców i biorców energii. Autorka obali również mity i stereotypy, które powstały w kulturze na przestrzeni lat, a które teraz przysparzają wampirom wielu problemów.

Książka Michelle Belanger podzielona jest na siedem różnych części, które podzielone są tematycznie na różne zagadnienia. W każdej z części znajdziemy rozdziały, w których różni przedstawiciele społeczności,  nie tylko wampirzych, wypowiadają się na interesujący nas temat. Poznamy cały świat współczesnych wampirów z zewnątrz i wewnątrz, wielokrotnie poznając historie ludzi, którzy nie zdawali sobie sprawy z tego, kim są i jak następowało ich przebudzenie. „Wampiry same o sobie” to ogromne źródło informacji na temat, którego nie spodziewalibyśmy się traktować poważnie.
„Wampiry ze współczesnych książek i filmów w znacznym stopniu różnią się od tych, które pojawiły się w tradycji ludowej. Jako stworzenia obdarzone potężną mocą i pięknem fizycznym wydają się odzwierciedlać charakterystyczne dla naszej kultury pragnienie wiecznej młodości. Owe uwodzicielskie i nieprzystępne istoty stanowią równocześnie ucieleśnienie naszych najmroczniejszych pragnień: zakazanej seksualności, posiadania władzy nad życiem i śmiercią, zdolności przekraczania ludzkich ograniczeń – wolności pod każdym względem, nawet od praw naturalnych.
Szczerze przyznam, że podchodziłam do tej książki z garścią obaw. Nie bardzo wiedziałam, czy mam podejść do niej poważnie czy też z przymrużeniem oka. Omamiona stereotypem wampira oczekiwałam czegoś o kłach, bladych twarzach i trumnach – może opowieści ludzi, którzy chcą naśladować wampiry z powieści Anne Rice, a to wydało mi się naiwne i śmieszne. Jednak okazało się, że „Wampiry same o sobie” to zupełnie coś innego, niż oczekiwałam.

Książka autorstwa Michelle Belanger to obfite kompendium wiedzy na temat nowoczesnych wampirów, które żywią się nie samą krwią, a energią, która ta zawiera. Byłam zaskoczona, że można spojrzeć na tę tematykę w ten sposób, traktując ją śmiertelnie poważnie. Okazuje się, że na świecie jest wiele ugrupowań, zgromadzeń i kowenów, które pomagają zaznajomić się z tym tematem, będąc „schronieniem” dla nowo przebudzonych wampirów.

Lektura ta stała się dla mnie źródłem nowych informacji, które, jako fanka wampirów, chłonęłam niczym gąbka. Może nie były to informacje dotyczące „tradycyjnych” wampirów, ale wciąż obracałam się w tej tematyce. Patrząc jednak z perspektywy ludzi zainteresowanych okultyzmem, pobieraniem i przekazywaniem energii życiowej, myślę, że „Wampiry o sobie” to świetny materiał do przestudiowania.
Moja ocena: 8/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Illuminatio

Jedną nogą w grobie - Jeaniene Frost

Autor: Jeaniene Frost
Tytuł: Jedną nogą w grobie/ One Foot in the Grave
Wydawnictwo: MAG, 2011
Seria: Nocna Łowczyni
Liczba stron: 440
Oprawa: miękka
Minęły cztery lata, odkąd Cat zostawiła Bonesa. Cztery długie lata, w ciągu których dziewczyna starała się stłumić niegasnąca tęsknotę za swoim aroganckim i zarozumiałym kochankiem. Dla Cat, te cztery lata bez Bonesa były jak wieczność. Ale jako dowódczyni oddziału walczącego z wampirami nie mogła sobie pozwolić na chwile słabości. Cat powinna być silna i niezłomna, a Bones miał zostać tylko niknącym wspomnieniem. Trudno jednak zapomnieć, gdy w uszach wciąż pobrzmiewa obietnica wampira, którą złożył lata temu: „Jeśli ode mnie uciekniesz, będę cię szukał. I znajdę cię…”. Wtedy Cat odczuwała strach na myśl, że może być tropiona przez nieobliczalnego krwiopijcę, lecz teraz oddałaby życie za możliwość spędzenia jednej upojnej chwili z ukochanym.
Niemniej jednak, na co dzień Cat nie ma zbyt wiele czasu na bujanie w obłokach i rozpamiętywanie przeszłości, która minęła. Teraz, wraz ze swoim oddziałem, musi walczyć z wampirami, którzy zbytnio mieszają się w ludzkie sprawy, nadmiernie wykorzystując fanki kłów. Ze względu na to, że Cat jest mieszańcem, to właśnie ona idzie na pierwszy ogień podczas starć. Techniki walki, których nauczył jej Bones okazują się bardzo przydatne i sprawiają, że dziewczyna staje się postrachem wśród krwiopijców, nazywanym Rudą Kostuchą. Podczas jednej z akcji trafia na Liama, mistrza wśród wampirów, który okazuje się twardym orzechem do zgryzienia. Jednakże Cat wykorzystuje swoje umiejętności by przygwoździć przeciwnika i właśnie wtedy dowiaduje się, że Liam jest stwórcą jej ukochanego Bonesa, a co za tym idzie, Bones może być gdzieś blisko…

Cat przez sentyment do dawnego kochanka wypuszcza Liama, który nie należy do wampirów odwdzięczających się za darowane mu życie. Dziewczyna próbuje zapomnieć o tym, czego się dowiedziała, lecz świadomość, że Bones może być niedaleko nie daje jej spokoju. Co więcej, w swoim otoczeniu zauważyła dziwną energię, jakby ktoś wciąż ją obserwował. Czy to Bones wreszcie ją odnalazł? Czy to może kolejny morderca na zlecenie, który próbuje zlikwidować Rudą Kostuchę, która zagraża wampirom?

„Jedną nogą w grobie” autorstwa Jeaniene Frost to już drugi tom cyklu zatytułowanego „Nocna Łowczyni”. Tutaj znów spotykamy się z główną bohaterką, Cat, która została poczęta przez gwałt dokonany przez wampira. Wydarzenie to wpłynęło na dziewczynę tak mocno, że teraz pała rządzą zemsty, a jej głównym celem wciąż pozostaje nieznany jej ojciec-gwałciciel. W tym tomie Cat zbliża się do prawdy, na którą tak długo czekała…

Podczas lektury pierwszego tomu (którego recenzję możecie przeczytać tutaj) byłam zachwycona tym, co zaprezentowała Autorka. Frost przedstawiła świat wampirów z nieco innej strony, niż mieliśmy okazję zobaczyć dotychczas. Zazwyczaj my, jako czytelnicy, dostawaliśmy oklepany paranormal romance z miłością pomiędzy śmiertelnikiem a nieśmiertelnym wampirem. Tutaj jest zupełnie inaczej – romansowi Cat i Bonesa daleko do ckliwości i naiwności – wręcz przeciwnie, przesycony jest pazurem, przemocą i seksem. Coś, co możemy zaobserwować w serii o Sookie Stackhouse przedstawione z jeszcze lepszym efektem (i bez irytującej głównej bohaterki).

W drugim tomie Autorka wciąż świetnie prowadzi fabułę cyklu, co rusz zaskakując nas nowymi elementami. Nie brak w niej ciętego dowcipu i nieskrywanych złośliwości bohaterów, wciągającej i wartkiej akcji, która wciąż prze do przodu oraz pikantnych scen. I tutaj chciałabym wyrazić swój sprzeciw i niesmak. Otóż czasem lubię sięgnąć po książki, które oburzają i wywołują silne emocje, ale czuję, że tutaj ta granica została przekroczona. Już w pierwszym tomie Autorka balansowała na krawędzi podczas opisywania erotycznych scen z udziałem Cat i Bonesa, ale tutaj, w drugiej części przesadziła i jak na moje oko powstał efekt z taniego pornosa. Język i opisy jak dla mnie były zbyt wulgarne, niesmaczne i po prostu tandetne. Zazwyczaj takie sceny mnie nie ruszają i nie wywołują we mnie niesmaku, ale tutaj czuję, że pewna granica dobrego smaku została przekroczona. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy mają ochotę na tak obrazowe i wulgarne opisy uprawiania seksu (bo powiedzieć „uprawianie miłości” jest tutaj zupełnie nie na miejscu).

Tak czy owak, prócz tego małego, bądź dużego minusa (sprawdźcie na własnej skórze Wasze odczucia, co do rozdziału 32) wciąż pozostaję fanką cyklu „Nocna Łowczyni”, który, jak dla mnie, jest miłą odmianą po ckliwych, oklepanych historyjkach, których wysyp nastąpił na rynku. Pozostaję również wierną fanką Bonesa, którego nie zabrakło i w tym tomie, co mnie bardzo cieszy – bez tego bohatera cykl straciłby wiele, szczególnie na specyficznym dowcipie i tekstach przesyconych seksem. Polecam tym, którzy łakną odmiany, mają ochotę na silne wrażenia, które mogą przyprawić o zgorszenie lub oburzenie. Ja z niecierpliwością czekam na kolejny tom cyklu – jestem ciekawa jak rozwiąże się historia Cat i Bonesa. 
Moja ocena: 8/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MAG

Pięciolinia uczuć - Nora Roberts

Autor: Nora Roberts
Tytuł: Pięciolinia uczuć
Wydawnictwo: MIRA, 2001
Liczba stron: 432
Oprawa: miękka

Potrafiłbyś żyć bez muzyki? Bez nut leniwie sunących gdzieś w przestrzeni, które nieodmiennie poruszają nie tylko Twoją duszę, przywołując najgłębsze emocje, ale również poruszając Twoje ciało do radosnych podrygów? Potrafiłbyś żyć bez muzyki? Ja nie. Raven i Vanessa, główne bohaterki powieści Nory Roberts, również.
Pierwsze opowiadanie, zatytułowane „Zagrajmy to jeszcze raz” opowiada o sławnej wokalistce, Raven Williams. Pięć lat temu pewien mężczyzna złamał jej serce i właśnie wtedy rzuciła się w wir pracy, pnąc się po szczeblach kariery na sam szczyt. Teraz, gdy jej życie wydaje się stabilne i poukładane przeszłość wraca pod postacią Brandona Carstairsa. Raven nie chce wracać do tego, co było, choć w głębi czuje powracające uczucia, które udało jej się tłumić przez wiele lat. A Brandon nie wydaje się ułatwiać Raven sprawy, ponieważ, za pomocą swojego uroku i czaru oraz kilku sztuczek, postanowił przekonać ją do współpracy w tworzeniu muzyki do musicalu, który zapowiada się na hollywoodzki hit. Raven rozdarta między bólem i wspomnieniami, które wywołał powrót Brandona a pragnieniem spełnienia tak dużego marzenia, postanawia zrobić milowy krok w przyszłość. Ale czy wspólna współpraca jest dobrym pomysłem, gdy pomiędzy dawnymi kochankami wciąż rozbrzmiewa melodia utraconej miłości, która złamała im obojgu serca?  

Drugie opowiadanie, zatytułowane „Echo przeszłości” również opowiada o muzyce i utraconej miłości, przepełnionej bólem i tęsknotą. Utalentowana pianistka, Vanessa Sexton,  po dwunastu latach postanawia wrócić do swojego rodzinnego miasteczka. Lata wyczerpujących koncertów, ćwiczeń i prób oraz śmierć ojca wyssały z niej całą energię, którą próbuje odzyskać w rodzinnym domu u boku matki, która wydaje się jej obcą osobą. Do tego wszystkiego pojawia się Brady, jej szkolna miłość, która była tak surowo potępiana przez ojca Vanessy i która skończyła się tak nagle, przez jej wyjazd do Europy. Ale uczucia pomiędzy dawnymi kochankami nie wygasły, a teraz, po powrocie pianistki, rozpaliły się nowym żarem i namiętnością. Jednak Vanessa przytłoczona jest problemami, które wciąż narastają i nie potrafi poddać się uczuciom, które ją przepełniają. Czy uda się odbudować zburzoną przez ojca przeszłość? Czy echa przeszłości ułatwią budowanie nowej rzeczywistości?

„Pięciolinia uczuć” to moje pierwsze spotkanie z Norą Roberts. Nie jestem fanką romansów, więc wielokrotnie odkładałam lekturę na później, obawiając się tego, co znajdę w środku. Bałam się jakiejś tandety i ckliwości, naiwności niczym w bajce dla dorosłych. Czy spełniły się moje obawy? Już mówię.

Nie, moje obawy się nie spełniły, nawet w najmniejszym stopniu! Jestem bardzo mile zaskoczona twórczością Nory Roberts i uważam, że „Pięciolinia uczuć” to romans na wysokim poziomie. Podoba mi się styl Autorki, to, że bohaterami targają tak silne emocje, które są wyczuwalne przez czytelnika. Gniew, tęsknota, namiętność – wszystko to jest obecne w tej powieści. Bohaterom również nie brakuje charakteru, w szczególności przedstawicielom płci męskiej, którzy są szczególnie porywczy, gniewni i roznamiętnieni, polegając na swoich zwierzęcych instynktach. Silne emocje – to lubię!

„Pięciolinii uczuć” daleko do ckliwości i tandety. Żadna z historii tutaj opisanych nie przypomina cudownej bajki, w której wszystko jest słodkie, cudowne i  udaje się w 100%. Choć nie brak w nich klasycznego happy endu, to trzeba zauważyć, że każda z historii jest historią miłości trudnej, przepełnionej cierpieniem, bólem i tęsknotą. Jeśli chodzi o sceny namiętności, w których bohaterowie wreszcie ulegali swoim długo skrywanym pragnieniom to nie poczujemy niesmaku – wszystko opisane jest pięknymi, delikatnymi słowami, a stosunek kochanków wciąż okryty jest tajemnicą, pozostawiając naszej wyobraźni pole do popisu.

Jedyną rzeczą, która mi się nie podobała, to fakt, że opowiadania były do siebie rażąco podobne – każdy z mężczyzn był ukochanym głównych bohaterek w przeszłości, ich związek nie przetrwał, wszyscy mieli złamane serca, wreszcie po latach się odnaleźli, znowu poczuli do siebie miętę, po trudach doszli do porozumienia i wszystko skończyło się happy endem. Słaby pomysł na sąsiadujące ze sobą opowiadania – myślę, że Autorka mogła wymyślić inną koncepcję na drugą historię, choć akurat ta druga bardziej mi się podobała.

Pomijając ten jeden mankament, o którym przed chwilą wspomniałam, powieść Nory Roberts jest dla mnie miłym zaskoczeniem i myślę, że jeszcze sięgnę po jakiś romans tej Autorki. Dlaczego? Bo Roberts pisze lekko i przyjemnie, podczas lektury mogłam się odprężyć i zrelaksować, co szczególnie przydaje się podczas tak mroźnych dni i wieczorów, jakie mamy teraz. Polecam, jeśli ktoś ma ochotę na lekkie, babskie czytadło na poziomie w celach relaksacyjnych ;)
 Moja ocena: 8,5/10
 Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harlequin - Mira

Jesienna sonata - Mons Kallentoft

Autor: Mons Kallentoft
Tytuł: Jesienna Sonata
Wydawnictwo: Rebis, 2011
Liczba stron: 464
Oprawa: podwójna (twarda+papierowa)

Deszcz miarowo wystukuje rytm na intensywnej żółci jego płaszcza przeciwdeszczowego. Rytm, który przypomina szybko bijące serce. Ale jego serce od jakiegoś czasu przestało bić. Na zawsze. Teraz jego martwe ciało dryfuje w lodowatej wodzie, walcząc delikatnie z małymi rybkami, które wkradają się w każdy zakamarek jego zwłok, wypełniając rękawy, nogawki i usta. Martwym okiem spogląda na świat, który przyszło mu pożegnać tak nagle.

W fosie zamku Skogså odnaleziono zwłoki zamordowanego właściciela posiadłości, Jerry’ego Peterssona. Pierwsze podejrzenia padają na arystokratyczną rodzinę, która musiała sprzedać zamek podczas rzekomych problemów finansowych. Wszak motyw wydaje się być mocny – odebrano im dobro rodzinne, które od wieków było ich własnością, a teraz ten nowobogacki chłystek postanowił im to odebrać. Czy morderstwo było rodzajem zemsty i próbą odzyskania straconego zamku? Czy może trop, który podjęli policjanci jest ślepą uliczką?

Malin Fors i jej ekipa śledcza starają się rozwikłać tę zagmatwaną i niejednoznaczną zagadkę. Każda kolejna informacja rzuca nowe światło na całą sprawę. Głównym zadaniem śledczych jest przesłuchanie podejrzanych, czyli rodziny Fågelsjö. Axel, głowa arystokrackiej rodziny wydaje się mieć alibi na czas morderstwa, tak jak i jego córka, Katarina. Ale jego syn, Friedrik, zachowuje się niesamowicie podejrzanie, gdy podczas próby rozmowy z policjantami ucieka przez pół miasta przed służbowym samochodem Malin Fors i jej partnera. Czy to faktycznie była panika związana z prowadzeniem po pijanemu, czy Friedrik Fågelsjö ukrywa coś jeszcze?

A co z prywatnymi problemami Malin Fors, która wciąż przeżywa wydarzenia ubiegłych miesięcy, kiedy prawie straciła swoją ukochaną córkę Tove? Dlaczego kobieta, zamiast walczyć z demonami przeszłości w ramionach kochającej rodziny postanawia zatracić się w wirze pracy, odtrącając pomoc, sięgając po butelkę? Czy Fors poradzi sobie z przeszłością, która wciąż depcze jej po piętach z odpychającą natarczywością?

„Jesienna sonata” autorstwa Monsa Kallentofta to już trzeci tom opisujący przygody komisarz Malin Fors. Tym razem prowadzi śledztwo w strugach jesiennego deszczu, który utrudnia jej zbieranie śladów i dowodów, niezbędnych w rozwiązaniu zagadki zabójstwa Peterssona.

Swoją recenzję chciałabym zacząć od strony wizualnej tego kryminału, a mianowicie od okładki, która przykuła mój wzrok. Co przedstawia? Zwłoki zanurzone w wodzie, otoczone wyschniętymi liści w pięknych kolorach jesieni. Czyż nie idealne odniesienie do fabuły książki? Za to, niewątpliwie plus. Odbiegając nieco od tematu wizualnych zachwytów, chciałabym powiedzieć, że bardzo podoba mi się koncepcja, w której powstała seria, czyli tytułowanie poszczególnych tomów na bazie pór roku – tutaj mamy „Jesienną sonatę”, a wcześniej Autor pozwolił nam poznać Malin Fors w „Ofierze w środku zimy” oraz „Śmierć letnią porą” – bardzo mi się podoba ta wizja, która trzyma całą serię w jednej tematyce, nie tylko za pomocą głównego bohatera.

Przechodząc do fabuły, kończą się plusy, a zaczynają minusy. Dla mnie dobry kryminał trzyma przez cały czas w napięciu, wywołuje gęsią skórkę i co jakiś czas zapiera dech nagłymi i nieoczekiwanymi zwrotami akcji, których nie sposób było przewidzieć. Tutaj, w „Jesiennej sonacie”, mam wrażenie, że fabuła leniwie sunie do przodu, nieco jednostajnie, bez niespodzianek. Jestem nieco zawiedziona, że ani razu Autor mnie nie zaskoczył, nie zaparło mi tchu i nie zaczęłam szeptać: „o kurczę!”, jak czasem mi się zdarzało podczas lektury. Komisarz Malin Fors prowadzi swoje śledztwo, dowiaduje się nowych informacji, walczy ze swoim zapędem do kieliszka i demonami przeszłości, ale tak poza tym nic się nie dzieje. Według mnie kryminał jest napisany całkiem poprawnie, nie pozwala na oderwanie się od lektury, bo mimo wszystko pozostaje gdzieś ta chęć dobrnięcia do końca i wyjaśnienia całej sprawy, ale patrząc całościowo, brakuje mu tego „czegoś”, co sprawia, że oczy wychodzą ze zdziwienia, serce przyspiesza, a palce nerwowo przerzucają kolejne strony.

Przyznaję, że jestem nieco zawiedziona. Lubię kryminały, które mną wstrząsają w jakiś sposób, sprawiają, że odczuwam w pewien sposób strach, napięcie czy adrenalinę, którą odczuwają bohaterowie.  A tutaj nic. Czytałam, czytałam i przeczytałam. I nic szczególnego się nie stało. Fajnie się czytało, ale co z tego, skoro apetyt był na coś więcej, czego zabrakło?

Mimo wszystko, chyba nie warto się zniechęcać. Jeśli ktoś jest fanem kryminałów, może przekonać się na własnej skórze, czy „Jesienna sonata” go rusza. Mnie nie ruszyła i aż mam ochotę zacytować Serce ze znanej reklamy: „Nie czuję tego, nie czuję” ;)
Moja ocena: 6/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Secretum oraz Wydawnictwa Rebis