Zespoły napięć - Janusz L. Wiśniewski

Autor: Janusz L. Wiśniewski
Tytuł: Zespoły napięć
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2004
Liczba stron: 148
Oprawa: miękka
Czasem wszystko wydaje się kręcić wokół jednego. Wtedy całe nasze życie, a nawet życie naszych bliskich zależne jest od jednego maleńkiego szczegółu, który wcale takim maleńkim nie jest. Od tego szczegółu zależy życie – to, czy pojawi się na świecie, czy też nie. Nastroje kobiet i cała ich istota, również wydają się mu podlegać. Cóż to za istotny szczegół, który rządzi kobiecym światem, a pośrednio również i światem płci męskiej? Menstruacja. Menstruacja, która się pojawia. Która jest. I która znika. Czasem prędzej, czasem później. Czasem wywołuje fale radości, czasem fale przygnębienia. To właśnie kobieca menstruacja skrywa się w każdym z opowiadań Janusza L. Wiśniewskiego, stając się motywem przewodnim zbioru zatytułowanego „Zespoły napięć”.

Janusz L. Wiśniewski ma już na swoim koncie nie jedną i nie dwie wydane książki. Najbardziej znaną jest „S@motność w sieci”, która doczekała się swej ekranizacji. Tym razem Wiśniewski sprezentował nam kolejny zbiór opowiadań, w którym odkrywa są niesamowitą wrażliwość na świat, przede wszystkim na świat kobiet.

W zbiorze tym możemy znaleźć takie opowiadania jak:
- Arytmia
- Syndrom przekleństwa Undine
- Anorexia nervosa
- Kochanka
- Noc poślubna
- Menopauza
- Cykle zamknięte.

Każde z tych opowiadań jest wyjątkowe. Jedyne w swoim rodzaju. Ale wciąż połączone jednym wspólnym elementem, którym jest wyżej wspomniana menstruacja. W „Arytmii” miesiączka pojawia się, gdy ona poznaje swoją miłość – skrzypka, który swój instrument pieścił z niebywałą delikatnością. Zawsze pragnęła by to właśnie jej ciało pieścił z taką samą delikatnością i jeszcze większym oddaniem i zaangażowaniem. Lecz idyllę zburzyła arytmia – choroba serca, z którą walczył jej ukochany. Choć całowała jego blizny na udach po wszelakich zabiegach, chcąc nadrobić każdą minutę, której nie spędzili razem, przez arytmię ich wspólna przyszłość stanęła pod znakiem zapytania.

W „Syndromie przekleństwa Undine” spotykamy Matyldę, u której miesiączka pojawia się po raz pierwszy. Wywołuje to u niej odrobinę podniecenia, że wreszcie stała się kobietą, ale również i strachu, przemieszanego z obrzydzeniem. To właśnie wtedy coś zmieniło się między nią a Jakobem, który od szesnastu lat czuwał nad snem Matyldy. Bo Matylda nie może zasnąć. I nie dlatego, że cierpi na bezsenność…
„I gdy tak myślę, to tak rozpaczliwie tęsknię za Tobą, że chce mi się płakać. I nie jestem pewien, czy z tego smutku, że tak tęsknię, czy z tej radości, że mogę tęsknić.”
W opowiadaniu zatytułowanym „Anorexia nervosa” menstruacja postanawia się schować i znika. A wszystko to z tęsknoty, która przeszywa do głębi. Bo ona tęskni. Za każdym razem, gdy on wyjeżdża i zostawia ją samą w czterech ścianach. A przecież ona tak bardzo go kocha. I on ją również. I gdyby wtedy, w tą pamiętną Wigilię, nie poszła wynieść śmieci, nie spotkałaby go po raz pierwszy. I gdyby wtedy, kiedy Marta brała ślub, on nie uderzył w ich samochód, nigdy więcej by go nie zobaczyła. Gdyby nie wyjechał, mogłaby go zobaczyć ponownie…
W „Kochance” menstruacja również gra w chowanego. Ale z zupełnie innego powodu. Joanna, jego żona. Miała wrażenie, że to imię wyryte jest na każdej komórce jej ciała. Przecież wiedziała, że nie jest dla niego jedyną kobietą w życiu. Wiedziała. Ale cóż z tego, skoro nie mogła się z tym pogodzić. Nie chciała się nim dzielić z inną. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że gdzieś tam niedaleko jest kobieta, którą on całuje tymi samymi ustami, którą dotyka tymi samymi dłońmi, z którą kocha się w ten sam sposób. Ale życie bywa przewrotne i często w nosie ma to, czego chcemy. A może wręcz przeciwnie? Przez odrobinę bólu i cierpienia chce nam pokazać właściwą drogę, której my zaślepieni nie widzimy?

Podczas „Nocy poślubnej” zajrzymy do alkowy Adolfa Hitlera i Ewy Braun. Choć może nie tak całkowicie. Bo Magda, która jest główną bohaterką tegoż opowiadania, nigdy w tej alkowie nie była. Ale wie to i owo. Wie, co przeszkodziło Hitlerowi i jego żonie w spędzeniu nocy poślubnej razem. A Wy, wiecie?
„Podziwiała go i była strasznie o niego zazdrosna. Chciała go mieć tylko dla siebie. Chciała, żeby żadna kobieta nie poznała go bliżej i nie dowiedziała się, jaki jest. Czuła, że każda, która go pozna, także zechce mieć go tylko dla siebie.”
„Menopauza” wydaje się być oczywista. Kobieta niemal u schyłku swego życia, która przestaje się czuć jak rozkwitający, piękny kwiat. Czuje się jak więdnąca, marszcząca się roślina, która nie warta jest uwagi. Ona już od dwóch godzin żyje swoją świeżo ogłoszoną starością. Od tego czasu stara się uczcić ten fakt, w gorzkim żalu i rozczarowaniu, zapijając smutki alkoholem. Dla kogo więc kupowała tę drogą, ekskluzywną bieliznę? Dla swojego ginekologa? Czy dla męża, który nigdy już na nią nie spojrzy, jak wtedy, gdy co miesiąc krwawiła? Jak czuje się kobieta, która ma wrażenie, że skończyło się jej życie?
Ostatnie opowiadanie, „Cykle zamknięte”, jest o rybakach. O tych, którzy miesiącami pływają po morzu, zostawiając swoje ukochane w porcie. Ale ukochane wcale nie czekają z utęsknieniem. Nie rzucają się na szyję, gdy rybacy wracają z morskiej tułaczki, w której towarzyszą sobie wzajemnie. Ukochane mają swoje życie, poukładane pod nieobecność mężów, narzeczonych i kochanków. Tutaj menstruacja wkrada się podczas stosunku. W zaślepieniu i potrzebie bliskości odbierana jest jako przejaw niesamowitej intymności. Przyszłość przynosi tylko rozczarowanie.

Janusz L. Wiśniewski ma szczególny dar. Słowami potrafi tkać tak przepiękne historie, że nie sposób się od nich oderwać. Postacie, które kreuje są wyjątkowe, bo takie życiowe, niemal realne. Wydają się tak bliskie czytelnikowi, że ma się wrażenie, że są tuż obok. Że to wszystko, co rzekomo jest fikcją, wydaje się być prawdziwe. W dodatku niejednokrotnie zakochiwałam się w bohaterach Wiśniewskiego. Tutaj również można się zakochać. Chociażby platonicznie i na chwilę.

Podziwiam Wiśniewskiego za jego niesamowitą wrażliwość. Za wrażliwość i głębię uczuć, która jest wyjątkowa u przedstawicieli płci męskiej – wszak mężczyźni nie są najlepsi w wyrażaniu swoich emocji. Podziwiam go za wrażliwość na kobiecą psychikę. Nie wiedziałam, że mężczyzna (nie chcąc nikogo dyskryminować) potrafi w tak pięknych słowach oddać emocje kobiet, ich myśli i pragnienia. Nawet te najskrytsze i najbardziej intymne.

Janusz L. Wiśniewski mnie inspiruje. Jego powieści i opowiadania zawsze wprowadzają mnie w szczególny nastrój – nieco melancholijny błogostan i niezaspokojone upojenie życiem. Janusz L. Wiśniewski mnie wzrusza. Nieodmiennie, poczynając od „S@motności w sieci”. Tutaj również nie obyło się bez ronienia łez. Autor tak zmyślnie operuje słowami, że niemal fizycznie czuje się ból, który czują bohaterowie. I nie tylko ból. Również radość, podniecenie, rozkosz. A to wszystko tylko, dzięki słowom. A może AŻ dzięki słowom.
Moim ulubionym opowiadaniem z tego zbioru jest „Anorexia nervosa”. Właśnie przy tym opowiadaniu nie mogłam powstrzymać łez. Podczas czytania innych również się wzruszałam, ale to mną wstrząsnęło do głębi. Również „Cykle zamknięte” wywołało u mnie wiele burzliwych emocji. Najmniej podobała mi się „Noc poślubna”. Atmosfera fascynacji Hitlerem to nie moja bajka.
Autor o wszystkich uczuciach i wydarzeniach mówi w szczególny sposób. Fragmenty przepełnione seksualnością nie są ordynarne i tandetne. Wiśniewski przedstawia seks jako akt kochających się dwojga ludzi, a nie kopulację zwierząt. Nawet o tak intymnych sprawach potrafi mówić w sposób, którego oczekują i pragną kobiety. Czasem jawnie, a czasem skrycie.

Wiśniewskiemu polecam każdemu. Nie mogłabym zrobić inaczej, gdyż jestem nim głęboko zafascynowana. Jeszcze nikt nie grał tak na moich emocjach za pomocą słów. Bo Wiśniewski tak pięknie mówi o miłości – i to nie miłości słodkiej, jak z bajki, nie. Wiśniewski mówi o miłości trudnej, która często przepełniona jest cierpieniem i bólem. A przede wszystkim utratą… Czytajcie.
Moja ocena: 10/10

Top 10: ulubieni bohaterowie

Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą bliżej poznać blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany dzień.
Akcja organizowana na blogu Klaudyny ;)

 Jakub - S@motność w sieci
Postać jaką wykreował Janusz Leon Wiśniewski jest dla mnie niesamowita. Uwielbiam wracać do tej książki, również ze względu na głównego bohatera, który bardzo mnie wzrusza i intryguje. Do tego wszystkiego tak doskonale zna kobiecą psychikę, że nie sposób go polubić, a nawet się w nim zakochać...

Podróżnik stulecia - Andres Neuman

Autor: Andres Neuman
Tytuł: Podróżnik stulecia/ El viajero del siglo
Wydawnictwo: Dobra Literatura, 2011
Liczba stron: 576
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
„Nie można w życiu być całkowicie w jednym miejscu ani z żadnego miejsca nie da się wyjechać do końca.”*
Dziewiętnastowieczny Wandernburg. Miasto, do którego Hans trafił tylko przejazdem. W obskurnej oberży, która przerażała  bogatych mieszkańców, spędzić miał zaledwie noc, może dwie. Ale został na kilka kolejnych. Wydawać by się mogło, że Wandernburg wessał go do swojego tajemniczego wnętrza, które było jak labirynt – kiedy raz przestąpiło się bramy miasta, trudno było się z niego wydostać, klucząc między ciemnymi uliczkami, które wydawały się zmieniać swoje położenie, wprowadzając spacerujących w głęboką konsternację.

Dlaczego Hans został, skoro spieszył się by wyruszyć w dalszą drogę, do Dessau? Co go trzymało w Wandernburgu? A może odpowiedniejszym pytaniem byłoby: kto?

Początkowo Hans, wędrowny tłumacz, zafascynował się miastem przez ubogiego kataryniarza, którego spotykał codziennie na głównym placu miasta. Pewnego razu nawiązali rozmowę, skoczyli na wspólne piwko do tawerny i… zostali przyjaciółmi. Kataryniarz, który traktował swój instrument z najwyższą czcią, pokazał Hansowi swoje mieszkanie. Ale czy mieszkaniem można nazwać jaskinię w środku lasu? Widocznie w życiu kataryniarza można, bo właśnie w wilgotnej jaskini odnalazł swój kąt, który zamieszkiwał z wyjątkowo inteligentnym psem, Franzem.

„Trafiają tu podróżnicy, zagubieni, samotnicy, ludzie, którzy wybierali się gdzie indziej. I wszyscy, Hans, zostają. Przyzwyczaisz się. Nie sądzę, powiedział Hans, jestem tu przejazdem. Przyzwyczaisz się, powtórzył Álvaro, ja jestem tutaj przejazdem od ponad dziesięciu lat.”*
I tak płynęły Hansowi kolejne dni w Wandernburgu. Kolejne, które sprawiały, że Hans coraz bardziej zagłębiał się w labiryncie miasta, które nie chciało wypuścić go ze swoich szponów, z czego wtedy nie zdawał sobie jeszcze sprawy. Aż pewnego dnia zobaczył ją – piękną, młodą kobietę o delikatnych dłoniach, które to Hans zapamiętał w szczególności. Od tego momentu wiedział, że musi się do niej zbliżyć. Musi ją poznać, wszak nie może stracić tak wyjątkowej okazji. I kiedy po ciężkich trudach udało mu się otrzymać zaproszenie do domu Gottliebów, był wniebowzięty. Niestety, Sophie sprezentowała mu kubeł zimnej wody. Od samego początku była dla niego oschła i wyniosła, nieco ironiczna. Jednakże Hans dostrzegł, że to tylko gra, a jej szelmowski uśmiech nie odznacza zniechęcenia i odrzucenia – wręcz przeciwnie, jest zachętą do dalszych utarczek słownych.

I tak kolejne tygodnie mijały na spotkaniach Salonu, na których Hans mógł popisać się swą wiedzą i elokwencją, podczas dyskusji nie tylko z Sophie i jej ojcem, ale również znajomymi Gottliebów, którzy uczęszczali na spotkania. Utarczki słowne między młodymi stawały się coraz częstsze, przeradzając się w potajemną wymianę pachnących liścików, aż do schadzek, o których nikt miał nie wiedzieć – w szczególności narzeczony Sophie. To właśnie Rudi był przeszkodą w gorącym romansie Hansa i Sophie, mimo że początkowo nie zauważał niczego podejrzanego. Wciąż z takim samym oddaniem otulał ramiona swej przyszłej małżonki, szepcząc w jej młode ucho słodkie słowa, gdy ta potajemnie spotykała się z przybyszem, który był w Wandernburgu tylko przejazdem. Ale czy na pewno?
„Miałaś rację, Sophie, cuore: szczęściem jest czekać, gdy podejrzewasz, że otrzymasz to, czego pragniesz. Czekanie jest czymś w rodzaju dziecka. Tyle tylko, że odwrotnie niż w przypadku rodzicielstwa czekanie wychowujemy, zanim zacznie dawać owoce.”*
Płomienny romans Hansa i Sophie rozwijał się. Namiętność rozpalała nie tylko ich serca, ale również ciała, czemu dawali upust podczas swoich spotkań, które rzekomo odbywały się w celu tłumaczeń tekstów. W większości jednak, młodzi kochankowie tłumaczyli swoje ciała spowite w rozgrzaną od stosunku pościel. Każdy kolejny dzień odbierał im szansę na coś prócz romansu, bowiem z każdym dniem ślub Sophie i Rudiego był coraz bliżej, tak jak coraz bliżej były serca i dusze kochanków. Czy upojne chwile wreszcie się skończą, a Hans opuści Wandernburg? A może Sophie wyzna narzeczonemu całą prawdę i pozbędzie się dręczącego ją poczucia winy?

„Podróżnik stulecia, którego Autorem jest Andrés Neuman jest książką, w której znaleźć możemy wszystko – wątek miłosny, wątek kryminalny (którego rozwiązanie mnie bardzo zaskoczyło, ale o tym później), ogrom poezji i literatury oraz dywagacji polityczno-religijnych. Przepełniona jest metaforami, które świetnie wpasowują się w fabułę – bardzo podoba mi się sposób, w jaki Autor bawi się słowem.


Kontynuując wyliczanie rzeczy, które mi się podobały, wrócę do wątka kryminalnego, który, jak już wspomniałam, nieźle mnie zaskoczył. Co jakiś czas wątek ten wyłaniał się pośród innych wątków zawartych w fabule, wprowadzając odrobinę dreszczyku i niepewności, co bardzo mi się spodobało. Nie czułam się znudzona jednym tokiem i rytmem fabuły, co z pewnością jest plusem. Zaskoczyło mnie rozwiązanie całego wątku, którego się nie spodziewałam – moje podejrzenia były skierowane na zupełnie innego bohatera – plus za udane wodzenie mnie za nos. Jedyne, co mnie rozczarowało, to to, że zakończenie nie było już dłużej pociągnięte w innych wątkach. Po prostu się skończyło, o, i już nikt o tym nie wspominał. A ja bym chciała jeszcze trochę się dowiedzieć, co się stało potem. Ot, taka moja niezaspokojona ciekawość.


Źródło
Bohaterowie „Podróżnika czasu” również zasługują na plus. Poczynając od głównego bohatera, którym jest Hans, przez Sophie, jego ukochaną, do każdej kolejnej, bardziej pobocznej postaci. Chociażby kataryniarz, który jest postacią wyjątkową – mimo tego, że jest bezdomnym, ubogim ulicznym grajkiem, posiada wielką życiową mądrość, którą intryguje swoich towarzyszy. Narzeczony Sophie, Rudi, również jest postacią ciekawą – przepełnia go miłość i oddanie, szacunek do swojej wybranki. Zalecał się do niej przez długi czas i traktował ją jak dar od losu. Jednakże, po czasie, zaczyna mu przeszkadzać obecność Hansa, o czym daje znać w dosyć dobitny sposób. Kolejną postacią jest Álvaro, przyjaciel tłumacza, który posiada bogatą acz bolesną przeszłość, która ma ogromny wpływ na jego przyszłość. Nawet służąca Elsa zasługuje na należytą jej uwagę, bowiem miała dosyć ciekawą rolę, powierniczki wielkiego sekretu.

Mogłabym tak jeszcze wymieniać i wymieniać, bo jestem zauroczona tą powieścią w jakiś szczególny sposób. Jako że ma dosyć dużą objętość, przez tak długi czas czytania zdążyłam się wczuć w lekturę. Czułam się, jakbym towarzyszyła bohaterom gdzieś z boku, obserwując ich problemy i radości. Czuję się pochłonięta przez Wandernburg.

Ale, żeby nie było tak słodko, muszę też wspomnieć o minusach. Głównym minusem były dla mnie spotkania Salonu, które często zamieniały się w polityczne dyskusje o obecnej sytuacji w Europie, które mnie po prostu nudziły. Konwersację o literaturze mogłam jeszcze znieść, ale ta polityka mnie męczyła. Na szczęście nie ma tego zbyt wiele, by czuć się przytłoczonym przez taką treść. Kolejnym małym mankamentem i rzeczą, z którą spotkałam się chyba po raz pierwszy, są dialogi wtopione w tekst. Nie mamy tutaj oddzielnych myślników i przejrzystego podziału, kto, kiedy, co mówi – wszystko jest umieszczone w tekście. Początkowo sprawiało mi to trudność, bowiem nie umiałam się połapać, czy ktoś już skończył mówić, czy ktoś inny zaczął, szczególnie, że w dialogach nie brakuje wtrąceń nie związanych z tematem oraz dźwiękonaśladownictwa (więc w zdaniu, khy khy, możecie zobaczyć, khy khy, że ktoś miał kaszelek, khy khy). Ale z czasem się przyzwyczaiłam i było już całkiem dobrze.

Ogólnie rzecz biorąc „Podróżnik stulecia” bardzo mnie zauroczył. Zaczynając od ślicznej okładki, która przedstawia katarynkę z widokiem na Wandernburg, po samą treść i jej magię. Choć momentami bywało ciężko się skupić, szczególnie w momentach politycznych dialogów, ogólnie jestem na duże tak.
Moja ocena: 9/10
Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dobra Literatura

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki

Koń na receptę - Agata Widzowska - Pasiak

Autor: Agata Widzowska - Pasiak
Tytuł: Koń na receptę
Wydawnictwo: Dreams
Liczba stron: 80
Oprawa: twarda

Czasem dzieje się tak, że w obliczu tragedii jaką wydawać się może niepełnosprawność, zawodzi nawet medycyna. I co wtedy? Wtedy przychodzi czas na łapanie się innej deski ratunku. Dla wielu takim ostatnim ratunkiem może okazać się hipoterapia – rodzaj rehabilitacji, którą stosuje się za pomocą koni.  Wielokrotnie chore dzieci, które obcowały ze zwierzęciem, dochodziły do zdrowia. Nie wierzycie? Jagoda, główna bohaterka powieści „Koń na receptę” również nie wierzyła. Ale zmieniła zdanie podczas swoich wakacji w Dąbrówce.

Jagoda to typowa dziewczyna z miasta, której trudno oderwać się od komputera i markowych ciuchów. Dotychczas każde wakacje spędzała w Egipcie i w tym roku również miało się tak stać. Niestety, tacie Jagody grozi zwolnienie z pracy, a mama zachorowała. Wizja drogich wakacji w ciepłych krajach rozpłynęła się niczym słodki sen i poszła w niepamięć. Pozostała wizja nudnych wakacji na wsi, z wujkiem Leonem i ciocią Marylką. A przecież w Dąbrówce nie ma Internetu. Ani sklepów. Nawet dworca kolejowego! Co za nuda…

Początkowo Jagoda jest przerażona, gdy zdaje sobie sprawę, jak ma spędzić tegoroczne wakacje. Nigdy nie wyobrażała sobie nudniejszych wakacji niż te, które czekały ją teraz. Rozbiegane psy, które mieszkały z ciocią i wujkiem, biegały i skakały radośnie, brudząc jej markowe koszulki śladami łap. Na śniadanie nie było płatków z mlekiem ani nutelli. Nuda zaczynała doskwierać. Ale tylko do czasu, bowiem pewnego dnia wujek Leon zabrał Jagodę do stajni, w której mieszkały konie: Kama, Impuls, Luna i… Szogun. Wkrótce życie dziewczynki zaczęło się zmieniać.

W stajni poznaje nowych przyjaciół: Julkę, Karola, Bartosza i Kacpra, którzy każdą możliwą chwilę spędzają z końmi. Dbają o nie, w zamian za możliwość darmowej przejażdżki. Zajmują się też zwierzakami, gdy do stajni przychodzą Przytulaki – grupa niepełnosprawnych dzieci, które uczęszczają na hipoterapię. Największym powodzeniem cieszy się Szogun, który jest koniem szczególnym. Dlaczego? Dlatego, że jest koniem na receptę. Właśnie tak! Lekarz przepisuje Szoguna chorym dzieciom, jako świetne lekarstwo. Które działa!
 
„Szogun, 2x tygodniowo, pogłaskać przed użyciem.”
Niestety, poprzednia właścicielka Szoguna, widząc jaką furorę robi wśród dzieci i dorosłych, postanawia odebrać konia, widząc w nim łatwy zarobek. Jeśli wujek i ciocia nie zapłacą jej 5 tysięcy złotych, mogą pożegnać się z wyjątkowym koniem, którego tak bardzo kochają. I wtedy do akcji wkraczają dzieciaki, które postanawiają uratować Szoguna. Postanawiają sprzedawać jagody i kurki, a także wiersze, które sami napisali. Zasypują turystów ulotkami, prosząc o pomoc. Ale czy to wystarczy, by uzbierać potrzebną sumę pieniędzy? Czy może będą potrzebowali prawdziwego cudu by dokonać niemożliwego?

Muszę przyznać, że „Koń na receptę” to świetna książka dla dzieci. Dlaczego? Po pierwsze, zaczynając od strony praktycznej oraz wizualnej można powiedzieć, że przykuwa oko. Przede wszystkim okładka przedstawiająca konia (czyżby Szoguna?). Idąc dalej, czcionka, która jest idealna dla dziecięcego oka, które samodzielnie może sobie przeczytać tę krótką historię prawdziwej przyjaźni i wytrwałości. Kolejną rzeczą godną uwagi są ilustracje Piotra Pardy, którymi okraszona jest książeczka – naprawdę piękne. Co więcej, z tyłu książki możecie znaleźć nic innego, jak tomik wierszy napisany przez Jagodę i jej przyjaciół „Wiersze na jedno kopyto” – naprawdę świetny pomysł, który zasługuje na dodatkowy plus. Należy wspomnieć, że ilustracje, którymi ozdobione są wiersze również są genialne – brawa dla Jadzi Pasiak.
 „Widocznie szczęście sprawia, że wszyscy są piękniejsi niż w rzeczywistości”
Jeśli chodzi o przesłanie, które niesie książeczka autorstwa Agaty Widzowskiej – Pasiak, można powiedzieć, że jest wielowymiarowe. Przede wszystkim, patrząc na główną bohaterkę, historia ta uczy nas, że dobra materialne, czyli markowe ciuchy i drogie wakacje, nie są najważniejsze. Najważniejsza jest przyjaźń i to, co ma się w sercu. Dlatego właśnie Jagoda w końcu porzuciła swoje czyściutkie ciuszki i przywdziała stary dres, który był o niebo wygodniejszy i nie sprawiał tyle kłopotu, co droga bluzeczka. Choć Jagoda była rozpieszczoną dziewczynką z wielkiego miasta, w Dąbrówce doceniła inne wartości, te niematerialne.  „Koń na receptę” to również historia wielkiej przyjaźni, nie tylko między ludźmi, ale również pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. W pewien sposób uczy wytrwałości i walki o własne marzenia i przekonania. Pokazuje też, jak ważna jest więź między ludźmi a zwierzętami, które mogą pomóc w trudnych chwilach i chorobie.

Dlaczego więc nie oceniam książki na 10 punktów? Wszystko przez „Johnny’ego Deepa”. Otóż ktoś popełnił błąd w pisowni nazwiska sławnego aktora (odtwórca roli Jacka Sparrowa  zwie się bowiem Johnny Depp). Mały szczegół, acz zauważalny i mnie osobiście kłujący w oczy ;)

Jednakże, patrząc całościowo, „Koń na receptę” to świetna książka dla najmłodszych. Najważniejsze w niej jest to, że posiada morał i przesłanie, które potrzebne jest w książkach dla dzieci – wszak muszą się czegoś nauczyć podczas lektury, czyż nie? Polecam.
Moja ocena: 9,5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Dreams Wydawnictwo

Dotyk martwych - Charlaine Harris

Autor: Charlaine Harris
Tytuł: Dotyk martwych/ A Touch of Dead
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 192
Oprawa: miękka

Blond telepatka z małego miasteczka Bon Temps. Kto dziś nie zna słynnej Sookie Stackhouse? Jedni znają jako świetną, główną bohaterkę serii o wampirach, która ocieka seksem i przemocą. Drudzy, znają ją z wręcz odwrotnej strony – jako naiwną i nie grzeszącą inteligencją dziewuchę, która bywa niesamowicie irytująca. Jaka jest Sookie w „Dotyku martwych”? Przyjdzie czas, by odpowiedzieć na to pytanie…

„Dotyk martwych” to zbiór pięciu opowiadań, których głównym bohaterem jest nie kto inny, a wyżej wspomniana już Sookie. Tym razem autorka zaserwowała nam kilka krótkich przygód telepatki, które mniej lub bardziej wpasowują się w chronologię poprzednich tomów serii. Na początku cieniutkiej książeczki Charlaine Harris wyjaśnia nam, gdzie i kiedy działy się wydarzenia, które opisywane są w opowiadaniach.

Pierwsze z nich, zatytułowane „Wróżkowy pył” przybliża nam świat wróżek, a konkretnie niezwykle urodziwe rodzeństwo trojaczków – Claude’a, Claudette i Claudine. Okazało się, że jedna z sióstr została zamordowana i to właśnie Sookie została poproszona o to, by rozwikłać tę podejrzaną zagadkę. Za pomocą swojego daru, jakim jest umiejętność czytania w myślach, Sookie przesłuchuje podejrzanych, których przetrzymywano w domu trojaczków. I w tej historii nie obyło się bez zawikłanych zagadek i zakończenia, które okazało się całkiem groźne dla mordercy.

Drugim opowiadaniem jest „Noc Drakuli”, która przedstawia nam Erica, jako fanatycznego wielbiciela słynnego na całym świecie wampira, księcia Drakuli. Z okazji urodzin Pana Ciemności Eric postanowił zorganizować w Fangtasii imprezę, na którą sprosił wszystkie znane mu wampiry. I nie tylko, bowiem Sookie również dostała zaproszenie na przyjęcie. Gdy przyjeżdża do baru, okazuje się, że Eric oszalał. Cała Fangtasia była nie do poznania, wymyślnie wystrojona, z tronem na środku parkietu. A wszystko to dlatego, że Eric wierzył, że w dniu swoich urodzin to właśnie na jego imprezie zjawi się Drakula (wierzono, że Drakula raz w roku ukazuje się innym wampirom, w jednym wybranym przez siebie miejscu). I ku zaskoczeniu wszystkich, rumuński książę zjawia się wśród  krwiopijców. Ale czy to na pewno TEN Drakula, na którego z nieskrywaną fascynacją czekał Eric?

W trzecim opowiadaniu p.t. „Krótka odpowiedź” do Sookie dociera tragiczna wiadomość – jej kuzynka Hadley została zamordowana. Do tego wszystkiego okazuje się, że dziewczyna przed śmiercią została przemieniona w wampira, na życzenie królowej Luizjany. Tylko kto jest mordercą? Według Waldo, który widział śmierć Hadley, mordercami byli fanatycy z Bractwa Słońca. Ale czy na pewno? Coś w tej całej historii wydaje się być grubymi nićmi szyte. Tylko co? Może to zazdrosny Waldo chciał się pozbyć konkurentki…

Czwarte opowiadanie, „Fart”, znów przedstawia Sookie jako amatorskiego detektywa, który dzięki swojemu niezwykłemu darowi potrafi rozwikłać najbardziej skomplikowane zagadki, ratując wszystkich z opresji. Któż by pomyślał, że taka drobna blond kobitka potrafi wybawiać z opresji tylu dorosłych, silnych mężczyzn… Tym razem panna Stackhouse została poproszona przez zaprzyjaźnionego agenta ubezpieczeniowego o przysługę. Greg twierdzi, że od jakiegoś czasu ktoś buszuje w nocy w jego biurze, a do tego przegląda akta klientów. Jako że Greg zajmuje się czarami, boi się, że ktoś chce go zdemaskować przed mieszkańcami miasteczka. To właśnie Sookie ma się dowiedzieć kim jest nocny szperacz. Swoje dochodzenie prowadzić będzie z wiedźmą Amelią, która od pewnego czasu jest jej współlokatorką. Czy i tym razem ich śledztwo się powiedzie?

Piąte i ostatnie opowiadanie napisane przez Charlaine Harris zatytułowane „Prezent” ma miejsce podczas świąt Bożego Narodzenia. Wygląda na to, że nasza główna bohaterka Sookie zmuszona jest do spędzenia ich we własnym towarzystwie. Z braku ciekawszych zajęć postanawia znaleźć sobie coś do roboty i wyrusza na spacer do lasu. Jak się można spodziewać, Sookie znowu wpada w tarapaty. Tym razem przez rannego, kompletnie nagiego mężczyznę, którego znalazła w gąszczu. Okazuje się, że Preston, bo tak miał na imię znaleziony mężczyzna, został zaatakowany przez inne stado wilkołaków, które pewnie po niego wróci, by dokończyć dzieła. Sookie postanawia więc zająć się biedakiem i zabiera go do swojego domu, by opatrzyć jego rany i zaspokoić głód. Przez cały ten czas młoda kobieta zachwyca się ciałem mężczyzny, które nie jest ani trochę okryte, a wciąż przykuwa wygłodniały wzrok Sookie. Niestety,  wkrótce kolejne kłopoty zapukają, a nawet zadudnią, do jej drzwi…

„Dotyk martwych” to mała przerwa w serii o Sookie Stackhouse. Po co tak właściwie Autorka napisała ten zbiór opowiadań? Naprawdę po to, by zaspokoić swoich fanów żądnych Sookie do ostatniej kropli? A może ze względów komercyjnych – wszak kolejny tomik również się sprzeda, skoro cała seria robi taką furorę (moim zdaniem trochę niesłusznie i na wyrost). Któż to może wiedzieć. Tak czy siak zbiór opowiadań powstał. Czy warto czytać? Oto moje zdanie:

Po pierwsze, opowiadania zachowane są w konwencji i stylu wszystkich innych tomów, które napisała Charlaine Harris – nie zabrakło w nim prostego, zrozumiałego języka ani nieskomplikowanej fabuły (która w tym wypadku jest raczej jednowątkowa). Po drugie, jeśli chodzi o Sookie to można powiedzieć, że również się nie zmieniła – jest starą, wszystkim nam znaną telepatką, która wszystkich ratuje z opresji, często w zniszczonych, zakrwawionych wieczorowych sukniach, która wzdycha nad pięknem męskich torsów bądź innych części ciała, naprzemiennie wyżej lub niżej poziomu pasa. Tym razem jednak nie jest tak bardzo irytująca, jak zwykle zdarza jej się bywać, za co niewątpliwie plus z mojej strony.

„Dotyk martwych” nie powalił mnie na  kolana, tak jak cała seria przestała to robić od pewnego czasu. Niemniej jednak, muszę przyznać, że jestem całkiem mile zaskoczona tymi opowiadaniami, bowiem, pomijając te wszystkie mankamenty, które przylgnęły do serii o Sookie, o których wspomniałam zarówno tutaj, jak i we wcześniejszych recenzjach, coś jest w „Dotyku martwych”, że chce się go czytać. Nie nudziłam się podczas lektury, wielokrotnie zdarzyło mi się uśmiechnąć, a nawet wybałuszyć oczy ze zdziwienia, co z pewnością ratuje recenzowaną książkę, która na tle innych tomów wypadła całkiem nieźle.
 
Jak najbardziej można przeczytać, ponieważ jest to książeczka cieniutka, która nie wymaga zbytniego skupienia – można się przy niej spokojnie zrelaksować. Z czasem widać można przyzwyczaić się do tej specyficznej głównej bohaterki, którą niewątpliwie jest Sookie. Wciąż zastanawia mnie, co jest w tej całej serii, że wciąż chcę ją czytać, mimo, że czasem gra mi na nerwach i mam ochotę ją rzucić w kąt, bo wydaje mi się, że już większej beznadziei nie mogę czytać. A tu niespodzianka, bo aż tak beznadziejnie wcale nie ma! 

Moja ocena: 7/10

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MAG

Zenek i mrówki - Andrzej Grabowski

Autor: Andrzej Grabowski
Tytuł: Zenek i mrówki
Wydawnictwo: Media Rodzina, 2011
Liczba stron: 192
Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Wreszcie, po całorocznych zmaganiach w szkole, nadszedł czas błogiego lenistwa, odpoczynku i wiecznej zabawy. Wakacje! Zenek, dziesięcioletni chłopiec, który jest niesamowicie ciekawy świata, myślami już dawno siedzi nad morzem. Niestety, los ma inne plany wobec rodziny Zenobiusza – okazało się, że babcia Amelia zachorowała i mama musi się nią zaopiekować. Tym samym, nici z wakacji nad morzem. Zenek nie wie, co ma począć, bo okazuje się, że wcale nie może pomóc mamie w opiece nad babcią. Wiśka, siostra chłopca, również nie chce go ze sobą zabrać na obóz naukowy. Zostaje tylko jedno – wyjazd z tatą na ociekające nudą ango (okres intensywnych medytacji w klasztorach zen), na które Zenek zmuszony jest pojechać.

Zdając sobie sprawę z tego, że na ango nie może liczyć na towarzystwo innych dzieci, ani nawet na towarzystwo gier komputerowych Zenek postanawia skomponować swój mały zestaw na przetrwanie nadchodzącej nudy. Zabiera ze sobą szkło powiększające i dziennik prapradziadka Zenobiusza, który uciekł z Syberii. Kiedy chłopiec i jego tata znajduję się już na terenie, który przesycony jest aurą medytacji, okazuje się, że wcale nie ma tak nudno. Mimo tego, że nie ma dzieci, z którymi Zenek mógłby się bawić, znalazł bardzo zajmujące zajęcie – obserwowanie mrówek! Chłopiec skusił się również na chwilę wyciszenia wraz z dorosłymi, którzy wspólnie medytowali. Niestety, Zenek, jako rozbiegany dzieciak, nie potrafił skupić swoich myśli na oddechu, który jest bardzo ważny podczas medytacji.

Mijają kolejne spokojne dni na ango, podczas których Zenek coraz bardziej zapoznaje się z buddyzmem i medytacją. Chłopiec poznaje również świat mrówek, który interesuje go coraz bardziej. W wolnych chwilach czytuje też dziennik prapradziadka, który wprawia go w niesamowite zdumienie – prapradziadek Zenobiusz był w klasztorze buddyjskim! Klasyczne zakrzywianie pola, które jest charakterystyczne z rodzinie Zenka.

Jednakże z czasem spokój mnichów zostaje zburzony przez informację dotyczącą stanu zdrowia babci Amelii – zdrowie się pogarsza. Zenek martwi się, że straci swoją ukochana babcię, a przecież dobrze pamięta, jak strasznie płakał, gdy prawie na zawsze stracił swoją ulubioną papużkę, Zorcia. Jak skończy się historia dziesięcioletniego Zenka?

„Andrzej Grabowski jest z wykształcenia pedagogiem, a z zawodu autorem telewizyjnych programów dla dzieci. W wolnych chwilach pisze scenariusze filmów animowanych, piosenki i książki. Od wielu lat praktykuje buddyzm zen.”    - nota Wydawcy


Książka Andrzeja Grabowskiego p.t. „Zenek i mrówki” to książka przeznaczona dla dzieci. Opowiada o przygodach dziesięcioletniego Zenka, który został zmuszony do spędzenia wakacji pośród medytujących, wyciszonych dorosłych. Świat Zenka poznajemy na wiele sposobów – przede wszystkim na podstawie jego dziennika, który sumiennie pisze. Poza tym narracja podzielona jest na rodzinne wspomnienia chłopca i anegdotki, fragmenty z dziennika prapradziadka Zenobiusza, który uciekł z Syberii wraz ze swoimi towarzyszami oraz przeplatana jest nowinkami o mrówkach i historią Buddy.

Podczas lektury starałam się poczuć jak dziecko, które mogłoby przeczytać tę książkę i po głębszych przemyśleniach stwierdzam, że nie nudziłam się podczas czytania. Przygody Zenka są naprawdę ciekawie i interesujące, często zabawne, a często wzruszające. Nie brak w niej morałów i mądrych wskazówek życiowych, których nie powinno brakować w książkach przeznaczonych dla dzieci (chociażby fragment, w którym Zenek przyznał się tacie, że zbroił coś niedobrego, dzięki czemu nie spotkała go kara, a przyjazne upomnienie).  Sama, jako osoba względnie dorosła, znalazłam w niej źródło wielu ciekawych informacji i cieszę się, że mogłam trochę bardziej zapoznać się z buddyzmem – myślę, że to całkiem dobry pomysł by czasem się  wyciszyć i pomedytować (szczególnie, kiedy jest się tak nerwową osobą jak ja ;)), a przede wszystkim by nie popadać ze skrajności w skrajność, tylko znaleźć swój złoty środek. Myślę, że buddyzm jest bardzo bliski moim osobistym przekonaniom.

Niemniej jednak obawiam się, czy dziecko czytające historię Zenka nie odczuje nadmiaru informacji, które zwala mu się na głowę podczas lektury. Trochę informacji przyrodniczych, dosyć spora dawka tych historycznych, no i do tego dużo specjalistycznego słownictwa i pojęć związanych z medytacją i buddyzmem (plus za słowniczek z tyłu książki, który zbiera wszystkie przewijające się w treści pojęcia „do kupy”). Nieco przytłaczające dla beztroskiego dziecka.

W ogólnym rozrachunku książka Andrzeja Grabowskiego zasługuje na duży plus. Nie da się nie zauważyć, że Autor przelał na papier swoje zainteresowanie, chcąc zaciekawić nim innych, w tym wypadku najmłodszych czytelników – mam nadzieję, że Autorowi uda się spełnić zamierzony cel. Ja czuję się zaciekawiona tym, co Grabowski chciał przekazać. A Wy?

Moja ocena: 8/10

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Amanita

Top 10: ulubione cytaty z literatury


Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.


W końcu i ja skusiłam się na akcję Kreatywy - TOP 10 - wiele razy się zbierałam i zbierałam i nic, ale tym razem nie mogłam odpuścić właśnie przez zaproponowany temat, a mianowicie ulubione cytaty. Trudno było mi wybrać tylko 10, przejrzałam więc moje cztery zeszyty z cytatami, które udało mi się uzbierać w ciągu kilku lat i wybrałam te oto, które zobaczyć możecie poniżej. Moje ulubione cytaty z literatury na ten moment ;)

Demaskatorka - Kathryn Bolkovac

Autor: Kathryn Bolkovac, Cari Lynn
Tytuł: Demaskatorka/ The Whistleblower
Wydawnictwo: MUZA SA
Liczba stron: 288

„Demaskatorka” to historia prawdziwa. Wszystko to, o czym przeczytać możemy w książce, zdarzyło się naprawdę. „Demaskatorka” to nie fikcja literacka – to życie. Kathryn Bolkovac, główna bohaterka powieści, wraz z pomocą pisarki Cari Lynn, opowiada nam historię swojego życia i nierównej walki z korporacjami, które przede wszystkim dbają o swoje własne dobro. Ale od początku…
„Kiedy się jest w sytuacji zagrażającej życiu, przed oczami przelatują różne obrazy. Ja widziałam w takiej chwili twarze dzieci i zaczęło się to zdarzać coraz częściej. Za każdym razem, kiedy wysyłano mnie na akcję, myślałam o dzieciach i zrozumiałam, że to oznacza, iż nadszedł czas na zmianę. Chciałam dalej pracować w organach ochrony porządku publicznego, ale musiałam zejść z linii ognia.
            Wtedy właśnie na tablicy informacyjnej w komisariacie zobaczyłam ogłoszenie.”
Dotychczas Kathryn pracowała jako policjantka w Nebrasce. Jednakże coraz częstsze sytuacje, w których narażała się na poważne uszkodzenia ciała oraz na utratę życia, postanowiła coś zmienić. Bolkovac zdawała sobie sprawę, że czas się nie cofa, a ona nie młodnieje. Zdawała sobie sprawę, że jej dzieci potrzebują matki, szczególnie nastoletnia Erin. Zmiany były potrzebne. Wtedy znalazła ogłoszenie korporacji DynCorp, która zapraszała doświadczonych policjantów na misję do Bośni. Warunki wydawały się sensowne, dieta również – jedyną rzeczą, którą Kathy musiałaby zrobić, to wyjechać do Europy i zostawić w Stanach dzieci. Otrzymując wsparcie od swoich pociech ostatecznie zdecydowała o tym, by spróbować swoich sił w wyniszczonej wojną Bośni.

Początkowo praca wydawała się spełnieniem marzeń – Kathryn mogła się realizować, poznawać nowych ludzi, a przede wszystkim pomagać. Bolkovac była oddaną pracownicą, która poświęcała się swojej pracy bez reszty. Pracę jej doceniano, lecz do czasu. Wkrótce Kathryn miała stać się ciężarem dla DynCorp, ONZ oraz innych organizacji, które w Bośni dopuszczały się nielegalnych działań, które policjantka powoli odkrywała.

Zaczęło się od pracy na stanowisku, na którym Bolkovac zajmowała się handlem ludźmi i maltretowanymi kobietami. Okazało się, że w Bośni funkcjonuje wiele domów publicznych, które oferują pewne usługi. Usługi te były nielegalne, bowiem dziewczyny, które zmuszane były do pracy w klubach były porywane ze swoich domów, bądź zwabiane do całkowicie odmiennej pracy, bite, uzależniane od narkotyków i notorycznie gwałcone. Nie tylko przez okolicznych mieszkańców, a przede wszystkim przez amerykańskich żołnierzy i obserwatorów DynCorp. Kathryn odkryła, że wielu pracowników wysokiego szczebla również zamieszanych jest w korzystanie z nielegalnej prostytucji oraz w handel ludźmi.

Bolkovac postanowiła więc zaangażować się w tę sprawę. Początkowo zależało jej na pomocy maltretowanym i wykorzystywanym kobietom, lecz kiedy okazało się, że wszystkie dochodzenia zostają zepchnięte gdzieś w kąt, a wszelkie podejrzenia, które spadały na amerykańskich pracowników są chowane gdzieś pod dywan, Kathryn zaczęła podejrzewać najgorsze. Zdała sobie sprawę, że DynCorp, który często nie wywiązywał się z kontraktów, ma kolejną plamę na swym honorze, której czym prędzej chce się pozbyć. Kathryn postanowiła zdemaskować swoich przełożonych i współpracowników.

Czy udało jej się zwalczyć podłe działania amerykańskich pracowników, którzy powinni byli pomagać na misji, a nie, wręcz przeciwnie, dokładać problemów wykorzystując porwane i odurzane kobiety? Czy Bolkovac wygra bitwę z ogromną korporacją, która uniknąć chce rozgłosu i niepotrzebnych skaz? Czy Kathryn wygra walkę z wiatrakami?

Jak już wcześniej wspominałam, „Demaskatorka” to opowieść oparta na faktach. Porusza bardzo poważny problem, o którym powinniśmy wiedzieć i z którego powinniśmy zdawać sobie sprawę.

Postawa Kathryn Bolkovac jest godna podziwu – sama próbowała walczyć z ogromną korporacją, która wielokrotnie i na wiele sposobów próbowała zamknąć jej usta. Upomnienia, degradacja, nawet proces sądowy nie powstrzymały Bolkovac przed ujawnieniem okrutnej prawdy. Nie powtrzymały jej przed walką, co do której wyniku nie miała pewności. Można nawet powiedzieć, że od początku była skazana na porażkę, ale mimo tego próbowała. Przestało jej zależeć na wygranej – chciała, aby ludzie dowiedzieli się szemranych działaniach amerykańskich pracowników na misji w Bośni czy innych krajach. Czy udało jej się nagłośnić całą sprawę? Oczywiście. Mamy opisywaną tutaj książkę i mamy również film o tym samym tytule („The Whistleblower”) z Rachel Wiesz w roli głównej. Czy sprawa została rozwiązana? Tego nie wie nikt – z pewnością wielkie korporacje dalej będą naginać prawo dla własnych korzyści, by później udawać, że nic się nie stało. Ważne, że ktoś próbował.

Co do fabuły – przyznaję, że momentami ciężko było mi przez nią przebrnąć, bowiem nie jest to powieść pełna zwrotów akcji z rozbudowaną fabułą, rozwiniętymi opisami postaci i otoczenia – to powieść faktograficzna, która napisana została w celu przekazania informacji. Właśnie ta suchość przekazywanych faktów mnie męczyła. Sprawa, którą opisuje Bolkovac jest naprawdę poważna i wstrząsająca, ale książka ta jakoś szczególnie mną nie wstrząsnęła, ani mną nie poruszyła. Często miałam ochotę przerwać lekturę i rzucić „Demaskatorkę” w kąt, bo myślałam, że nie dam rady dobrnąć do końca. Ale dobrnęłam, po ciężkich bojach. Cieszę się, że mogłam zapoznać się z tą sprawą, ale nie czuję się rzucona na kolana. I mimo wszystko, wcale nie czuję się zaskoczona.

Tak czy siak, zachęcam do lektury „Demaskatorki” chociażby  z ciekawości. Może zobaczę film, który został nakręcony na podstawie historii Kathryn Bolkovac by porównać go z książką. Wam zostawiam zwiastun do obejrzenia.
MOJA OCENA: 6,5/10 
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MUZA SA

 

Oddech nocy - Lesley Livingston

Autor: Lesley Livingston
Tytuł: Oddech nocy/ Wondrous Strange
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 296
Moja ocena: 6/10

Przypadek czy przeznaczenie? Czy Ty również zastanawiałeś się nad tym, czy jesteś częścią „boskiego planu” czy wręcz przeciwnie, sam kierujesz własnym losem? W życiu Kelley te dwa pojęcia wielokrotnie będą się pojawiać i przeplatać wzajemnie – trudno tylko zdecydować, czy życiem nastolatki rządzą różne zbiegi okoliczności, czy wszystko to, co się jej przydarza ma jakiś ukryty sens…

Kelley goniąc wielkie marzenie o aktorstwie, postanawia porzucić swoje dotychczasowe życie by zamieszkać w Nowym Jorku i tam spróbować swojego szczęścia. Udaje jej się zostać dublerką i dziewczyną „do wszystkiego” w sztuce Szekspira p.t. „Sen nocy letniej”. Wkrótce okazuje się, że dziwnym zbiegiem okoliczności aktorka odgrywająca główną rolę miała wypadek i to Kelley wskakuje na jej miejsce, odgrywając rolę Tytanii, Królowej Elfów.
Niemniej jednak stres związany z nowymi obowiązkami sprawia, że dziewczyna zapomina wszystkich wyuczonych kwestii, jakie dotychczas miała opanowane do perfekcji. Zrezygnowana i zdenerwowana postanawia poszukać chwili spokoju w Central Parku, malowniczym sercu miasta, które nigdy nie śpi. A tam niestety nie znajduje wymarzonego spokoju – wręcz przeciwnie. Najpierw poznaje Przystojnego Nieznajomego, który zostawiając jej piękną różę znika bez śladu, a potem prawie traci życie, próbując uratować topiącego się stawie konia, który postanowił zamieszkać w jej wannie. Rzeczywistość zaczyna się komplikować i coraz bardziej zaczyna przypominać sztukę, w której Kelly gra główną rolę.

Z dnia na dzień i z minuty na minutę, jej życie robi się coraz bardziej absurdalne. Dziewczynie trudno uwierzyć w to, co się dzieje. Najpierw koń w jej wannie, który okazuje się być mitycznym stworzeniem nazywanym kelpie. Później okazuje się, że Przystojny Nieznajomy również nie jest normalną istotą ludzką, a podmieńcem, który stał się Janusem – Strażnikiem bram Samhain, prowadzących do Zaświatów. Na domiar złego Kelley dowiaduje się również, że jej życie było stekiem kłamstw i właśnie teraz prawda wychodzi na jaw. Kelley okazuje się być córką Króla Elfów. Księżniczką, która jest w poważnym niebezpieczeństwie.

Czy Kelley poradzi sobie z ciężarem informacji, które spadły na jej nastoletnie barki? Czy zaakceptuje swoje dziedzictwo? A co z Sonnym, Przystojnym Nieznajomym, który w ostatnim czasie stał się jej tak bardzo bliski?

„Oddech nocy” autorstwa Lesley Livingston to pierwszy tom trylogii opowiadającej o losach Kelley, która wkroczyła do świata zaczepnych i złośliwych elfów.

Kilkakrotnie miałam okazję czytać książki, w których występowały elfy, wróżki i inne mityczne stworzenia, których tutaj również nie brak. Jedne z nich były lepsze, drugie gorsze. Tutaj trudno opowiedzieć się po jednej stronie, bowiem fabuła jest całkiem ciekawa, ale nie ma w niej zbyt wielu zwrotów akcji, co sprawia, że nie można się przy niej nudzić, ale nie rzuca też na kolana. To samo tyczy się również postaci, których charaktery były średnio rozbudowane. Bohaterowie nie byli nijacy ani nudni, ale nie mieli też w sobie jakiś szczególnych, wyróżniających ich cech. Brakowało pazura, który z pewnością dodałby smaku.

Ciężko stwierdzić, czy dla książki jest to wada, czy też zaleta. Czyta się ją lekko i przyjemnie, ale co z tego, skoro brakuje jej tego „czegoś”? Po cichu liczę na to, że kolejne tomy trylogii będą lepsze i wniosą trochę akcji i dreszczyku do całej tej historii.

A, chciałabym jeszcze nawiązać do notki Wydawcy, zamieszczonej na stronie Wydawnictwa Jaguar, a mianowicie do zdania:  „Pełna subtelnej erotyki, literackich odniesień i mrocznej magii gotycka trylogia dla wielbicielek miłosnych opowieści z dreszczykiem.” – nie wiem jak w innych częściach, ale w tej nie ma ani odrobinki subtelnej erotyki. Tak dla sprostowania.

Podsumowując, jeśli ktoś lubi powieści fantasy, w których można poczytać o elfach i szuka lekkiej, przyjemnej lektury z odrobiną romansu w tle – proszę czytać. Moim zdaniem nie należy tylko wymagać super dzieła, które powali Was na kolana, bo możecie się rozczarować. 

   
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar