Dziennik znaleziony w piekarniku - Marek Susdorf

Autor: Marek Susdorf
Tytuł: Dziennik znaleziony w piekarniku
Wydawnictwo: Novaeres, 2o12
Liczba stron: 96
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Magdalena, młoda matka, z wątpliwą radością przyjęła wieść o nowym potomku, który pojawić się ma na tym szarym, brudnym i niesprawiedliwym świecie. Kobieta nie wie, czy traktować to nowe, nadchodzące życie, jako małego wroga czyhającego na jej codzienność, wciąż jeszcze jędrną i wolną od cellulitu skórę i nadszarpnięty budżet, czy też, jako cud, prawdziwe szczęście, z którego powinna się cieszyć, jak każda inna matka. Ale jak tu się cieszyć z kolejnego zobowiązania, obowiązku, który wymaga uwagi, czasu i pieniędzy, a przede wszystkim miłości, której ona nie ma. Ani dla córeczki, ani też dla jej półrocznego męża Krzyśka.

Krytycznym okiem patrzy na rzeczywistość, która spadła jej na barki, jak wór ciężkich do utrzymania cegieł. Z wielkim pesymizmem przelewa na papier (bo zabrakło prądu, by uruchomić komputer) wszystkie swoje gorzkie żale dotyczące jej życia, które tak bardzo różni się od oczekiwań, które dotąd miała. Silne emocje wylewają się z niej strumieniami, gdy próbuje uspokoić ciągle płaczące dziecko, gdy stara się wykrzesać trochę ognia z leniwego męża rozwalonego przed ekranem telewizora i usiłuje utrzymać dom, składając długopisy.



I tyle by rzec o fabule, bo książka w głównej mierze to psioczenie na niesprawiedliwe życie, które śmiało zesłać na biedną kobiecinę dziecko, które zepsuło jej dosłownie wszystko. Wiecie co? Nie przemówił do mnie ten „Dziennik znaleziony w piekarniku”. To wszystko dlatego, że wychodzę z założenia, że marudzenie, rozwlekanie wszystkiego, jęczenie i stękanie niczego nie zmienia. A główna bohaterka nie robi nic innego, by poprawić swoją sytuację, tylko stęka, kwęka i ubolewa. Fakt, szczęścia to może i nie miała, ale cóż z tego? W końcu trzeba wziąć byka za rogi, posiłować się z nim trochę i pokonać go, a nie, dać się mu na te rogi nadziać.

Fajnie, że autor przedstawia bycie matką z trochę innej perspektywy. Nie tej słodkiej, owiniętą w różową watę cukrową, pachnącą oliwką dla dzieci. Susdorf w pewien sposób odziera nas z różowych okularów (choć kto, z drugiej strony, uważa, że bycie rodzicem to łatwy kawałek chleba, prosta sprawa i same przyjemności?) i pokazuje nam, że macierzyństwo jest cholernie ciężkie, a kobieta ma prawo do tego, by czuć się z tym źle. Przez chwilę, a nie całe życie.

I było jeszcze coś, co mnie odpychało od lektury – wulgaryzmy. Nie wiem, dlaczego polscy autorzy mają tendencję do nadużywania przekleństw, jako narzędzia do wzmocnienia słów, emocji i sytuacji. To jest takie banalnie proste użyć słowa na „k”, gdy ktoś jest wkurzony. Mnie to odrzuca, bo jest tyle słów w słowniku, których można użyć, a oni idą po najmniejszej linii oporu i sypią z rękawa jedną „ku”, drugim „chu” z dodatkiem „pi”. Słabe to.

W ogólnym rozrachunku „Dziennik znaleziony w piekarniku” Marka Susdorfa nie przypadł mi do gustu. Nie przemówił do mojego kamykowego rozumku, serca i emocji. Główna bohaterka mnie denerwowała, przekleństwa wyprowadzały z równowagi, a ilustracje na stronach rozpraszały i utrudniały czytanie. I choć pomysł i idea książki są jak najbardziej ciekawe i przykuwające uwagę (tym bardziej, że autorem jest mężczyzna), to jest to niestety nie moja bajka. Ale jeśli macie ochotę, czytajcie, droga wolna, bo skreślić jej całkiem nie potrafię, ale wciąż, polecać nie będę.

Moja ocena: 5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Marka Susdorfa 

11 komentarzy:

  1. Autor także przesłał mi tę książkę i niebawem zabiorę się za nią. Mnie akurat wulgaryzmy nie odrzucają, a i mam nadzieję, że obrazki nie będą nagminnie odwracać mojej uwagi od treści, aczkolwiek tego wiecznego psioczenia, narzekania i marudzenia trochę obawiam się. Jednak... przeczytam i wtedy wyrobię swoją opinię. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam już jedną recenzję tej książki i mam mieszane uczucia. Sama nie wiem czy mam na nią ochotę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie widziałam zbyt wielu ilustracji - kilka na okładce (po stronie wewnętrznej) i dosłownie ociupinkę na kartkach powieści. Osobiście uśmiałam się w kilku momentach, a na wulgaryzmy nie jestem uczulona, mnie ta książka przypadła do gustu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie ta ociupinka często zasłaniała tekst :) Ale każdy ma inną wrażliwość na takie rzeczy ;)

      Usuń
  4. Nie, raczej nie dla mnie. Nie lubię marnować swojego czasu na słabe książki.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tytuł mnie zachęcił, fabuła zniechęciła.

    OdpowiedzUsuń
  6. Fabuła jeszcze w miarę ciekawa, ale jak widzę słownictwo używane w książce już nie. Może kiedy przypadkowo wpadnie w moje ręce to przeczytam, ale sama nie będę do tego dążyła.

    OdpowiedzUsuń
  7. Raczej spasuję...za niska ocena jak dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  8. To nie jest kompletnie książka dla mnie, nie w moim stylu. A wulgaryzmy dodatkowo mnie od niej odpychają.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zgadzam się z Karkam. W środku ilustracji było naprawdę niewiele i nie przeszkadzały w czytaniu. Ja również nie jestem uczulona na wulgaryzmy, czasem wydają mi się konieczne do oddania klimatu danej książki. Pisałam niedawno, że nie jest to pozycja dla każdego, więc też nie każdemu bym ją polecała. Tobie nie przypadła do gustu, w mój trafiła, więc może nie warto jednak do niej zniechęcać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikogo do niej nie zniechęcam. Napisałam, że jeśli ktoś czuje się na siłach, to niech próbuje. Nie polecam, a to różnica :) Jeśli chodzi o wulgaryzmy to mnie również na ogół nie rażą, ale gdy widzę je co drugie, trzecie zdanie, to naprawdę odnoszę wrażenie, że ani trochę nie jest to konieczne. Widać cienka jest granica między podkreśleniem sytuacji i oddaniem klimatu, a nadużyciem i przesadą ;)

      Usuń