Ulotne chwile szczęścia - Robyn Carr

Autor: Robyn Carr
Tytuł: Ulotne chwile szczęścia
Tytuł oryginału: Second Chance Pass
Seria: Virgin River
Wydawnictwo: MIRA, 2012
Liczba stron: 336
Oprawa: miękka

Autorka w swojej najnowszej powieści, po raz kolejny zabiera nas do małej osady Virgin River, która jest miejscem niesamowicie sielankowym, ciepłym i przyjaznym. Gdy znajdziesz się tam pierwszy raz, możesz być pewien, że będziesz chciał tam wrócić albo zostać na stałe. Ja również z chęcią tam wróciłam, znów zgłębiając się w losy bohaterów, których miałam okazję poznać podczas czytania „Pożegnania z przeszłością”, które bardzo mile wspominam, i które zachęciło mnie do sięgnięcia po „Ulotne chwile szczęścia”.  Czy jestem równie zadowolona z lektury, jak podczas czytania poprzedniej powieści Robyn Carr? O tym później – teraz czas na kilka słów o fabule…

Vanni już od dłuższego czasu zdawała sobie sprawę, że Paul nie jest tylko najlepszym przyjacielem jej zmarłego męża Matta, ale kimś więcej. Gdy jej ukochany zginął na wojnie, to właśnie Paul dzielnie trwał u jej boku, wspierając ją swoim silnym ramieniem, czuwając by ciąża Vanni miała pomyślny finał. Teraz, z każdym kolejnym dniem, w myślach Vannessy coraz częściej pojawiał się Paul, potrzeba bliskości i miłości, tęsknota za mężczyzną. Vanni wiedziała, że nie chce zestarzeć się w samotności, lecz u boku kogoś takiego jak Paul. Ale czy on odwzajemnia jej uczucia? Wszak po urodzeniu się dziecka Matta, zniknął i przestał telefonować, więc może tylko wypełniał swój obowiązek wobec nieżyjącego przyjaciela, a ona sama uroiła sobie tę bliskość, która narodziła się między nimi? Czyżby kolejny raz utraciła te ulotne chwile szczęścia, których doświadczyła?

Jak już wspominałam, „Ulotne chwile szczęścia” to moje drugie spotkanie z twórczością Robyn Carr. Za pierwszym razem, czytając „Pożegnanie z przeszłością”, byłam bardzo zadowolona z lektury – była to bardzo ciepła i lekka powieść, z bohaterami, których nie sposób nie polubić. Czytadło na wysokim poziomie. Tutaj jednak muszę przyznać, że jestem nieco zawiedziona. Moim zdaniem najnowsza powieść Carr jest gorsza od tej poprzedniej, którą miałam okazję czytać. Dlaczego? Już wyjaśniam.

Żródło
Przede wszystkim, „Ulotne chwile szczęścia” są przesłodzone i wyidealizowane. W „Pożegnaniu z przeszłością” wszystko było doskonale wyważone, w idealnych proporcjach – nie odczuwało się tego nadmiaru cukru, który tutaj jest obecny. W „Ulotnych…” główni bohaterowie są w sobie zakochani, ich uczucia są oczywiste, wszystko się udaje, etc. Słodycz do przesady. Rozumiem, że to jedna z cech charakterystycznych dla romansu, ale myślę, że znacznie korzystniej byłoby wyważyć wszystkie te emocje, nadać im odrobinę pazura, który dodałby fabule smaku. A tak mamy słodkie, idylliczne czytadło, które do tego wszystkiego jest nieco monotonne. Naprawdę długo czekałam, aż coś się wydarzy – jakiś zwrot akcji, który wreszcie doda tempa akcji. Czekałam, czekałam i w sumie się doczekałam, choć nie do końca było to to, czego oczekiwałam.

Z drugiej jednak strony, Virgin River ma w sobie jakiś przyciągający urok, który mimo mankamentów książki, wciąż zachęca do lektury. Już podczas czytania „Pożegnania…” polubiłam bohaterów, zarówno tych głównych, jak i drugoplanowych, którzy są postaciami bardzo sympatycznymi i ciepłymi. Miałam wrażenie, że witali mnie z otwartymi ramionami za każdym razem, kiedy otwierałam książkę. Po drugie, książka Robyn Carr niewątpliwie ma przekaz, który skłania do przemyśleń. I co ważne, wzrusza. Utrata  bliskiej osoby, jest naprawdę przerażająca i przygnębiająca, a „Ulotne chwile szczęścia” pozwalają się z tym uporać, pokazując, że istnieje szansa na szczęśliwe życie, mimo tak strasznej tragedii.

Podsumowując, moja ocena będzie dosyć wyważona, gdyż, tak jak wspominałam, jestem nieco rozczarowana. Porównując obie książki Carr, które czytałam, dużo bardziej podobało mi się „Pożegnanie z przeszłością”, w które nie było przesadnie przesłodzone i sielankowe, jak „Ulotne chwile szczęścia”. Niemniej jednak najnowsza książka Carr ma w sobie nieoparty urok i ciepło osady Virgin River, które jest wyjątkowo przyciągające. Osobiście uważam, że to dosyć słabe czytadło, ale myślę, że znajdzie swoich zwolenników, którzy ją docenią bardziej niż ja. 
Moja ocena: 6,5/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MIRA

13 komentarzy:

  1. Książkę miałam okazję czytać niedawno i miło ją wspominam. Idealna lektura na tę porę roku:))

    OdpowiedzUsuń
  2. W następnym tygodniu dostanę książkę od wydawnictwa. Mam nadzieję, że spodoba mi się. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam zamiar zabrać się do lektury tej książki w tym tygodniu. Dlatego bardzo mnie cieszy Twoja wysoka ocena. Zapowiada się interesująco.

    OdpowiedzUsuń
  4. podobała mi sie, lubię tą autorkę :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam w planach, ale co z nich wyniknie to nie wiem. :(

    OdpowiedzUsuń
  6. Raczej nie dla mnie, szczególnie że to "przeciętniak"

    OdpowiedzUsuń
  7. Skoro jest to przesłodzone i wyidealizowane to zdecydowanie nie dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiem czy to książka dla mnie. Za to chętnie przeczytam inne książki tej autorki ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Słaba ocena, i chyba sobie odpuszczę :P

    OdpowiedzUsuń
  10. Hmm słaba ocena, ale wydaje mi się, że to mogłaby być dobra lektura na lato. Ale bardziej do wypożyczenia niż kupienia:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Lekka lektura dobra na weekend majowy! :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie oczekuję od tej książki zbyt wiele, ale zapowiada się sympatycznie, więc chętnie sięgnę po nią w charakterze lektury relaksacyjnej. :D

    OdpowiedzUsuń