Malarz młodych dziewcząt - Monika Feth

Autor: Monika Feth
Tytuł: Malarz młodych dziewcząt
Tytuł oryginału: Der Madchenmaler
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 368
Oprawa: miękka

Ilka to nieco zagubiona i zamknięta w sobie, krucha nastolatka. Wraz z Mike’m, swoim chłopakiem, próbuje walczyć z demonami przeszłości, które wciąż i wciąż nawiedzają jej teraźniejsze życie. Gdzieś w zakątkach umysłu bezustannie czają się myśli o tragicznym wypadku jej rodziców, który miał miejsce przed trzema laty, a który na zawsze odmienił jej życie.

Mike wielokrotnie próbował dotrzeć do Ilki, choć zdawał sobie sprawę, że najlepiej będzie zaczekać aż dziewczyna sama się otworzy. Teraz, gdy Ilka zniknęła żałuje, że wie o niej tak niewiele. Pewnego dnia Ilka po prostu znika. Miast wrócić po terapii do swojego chłopaka, przepada jak kamień w wodę. Mike szaleje z niepokoju. Zarówno chłopak, jak i jego współlokatorki, Merle i Jette, rozważają różne opcje, choć tylko jedna wydaje im się w tym wypadku prawdopodobna. Porwanie. Chłopak jest wręcz pewien, że ktoś porwał Ilkę. Tylko kto?
Chłopak na własną rękę postanawia znaleźć swoją dziewczynę. Niestety, aby tego dokonać, będzie musiał wyruszyć w podróż do jej przeszłości, którą tak skrzętnie przed nim ukrywała. Coś poważnego musiało się stać 3 lata temu, skoro ukrywała istnienie swojej matki i brata Rubena. Mike zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę nie zna swojej dziewczyny, a informacje, do których dotrze nie będą należały do przyjemnych.

Gdzie zniknęła Ilka? Czy spekulacje o porwaniu mają jakikolwiek sens? Co Ilka skrywała przez tak długi czas? I dlaczego tak często reagowała płaczem i ucieczką na próby zbliżenia się przez Mike’a? Czy przeszłość znów dała o sobie znać, budząc wszystkie koszmary i niepokoje?

„Malarz młodych dziewcząt” to już druga powieść Moniki Feth. W tym wypadku, tak jak przy „Zbieraczu truskawek”, mamy do czynienia z thrillerem psychologicznym. Trzeba również wspomnieć, że „Malarz…” jest w pewien sposób kontynuacją „Zbieracza…” – znajdziemy te same postacie oraz wzmianki na temat fabuły poprzedniej książki. Przeczytanie poprzedniej części nie wydaje się niezbędne, ale przyjemniej jest znać wszystkie istotne fakty lektury, którą czytamy.

Narracja książki prowadzona jest z perspektywy każdego z bohaterów. Raz widzimy całą sytuację z perspektywy Ilki, raz Mike’a, a raz z perspektywy Jette czy Merle. Nie brakuje również perspektywy tytułowego malarza młodych dziewcząt, co uważam za zaletę – fabuła zyskuje nieco więcej smaku, gdy spojrzymy na akcję oczami sprawcy, a nie tylko ofiary. Czasem można się pogubić w tych przeskokach, ale dzieje się to bardzo rzadko i nie stanowi to dużego problemu.

Spodobał mi się pomysł na fabułę – główna bohaterka, która skrywa tajemnicę swojej przeszłości. Autorka powoli karmi nas nowymi informacjami, co sprawia, że chce się wiedzieć więcej i więcej. Już pod sam koniec byłam tak bardzo ciekawa, jak zakończy się cała ta historia, że nie sposób było się oderwać.

Niemniej jednak jestem nieco rozczarowana. Po pierwsze, brak w niej zwrotów akcji. Fabuła mimo wszystko ciągnie się leniwie i na krótki moment wybucha w punkcie kulminacyjnym. Dosłownie na parę stron, a dla mnie to stanowczo za mało. Skoro Autorka przez tyle czasu wprowadza nas w atmosferę tajemnicy to oczekuję czegoś więcej, jakiegoś porządnego zakończenia całego historii. Czegoś, co sprawiłoby, że oczy wyszłyby mi z niedowierzania i przerażenia. A tutaj tego brak. Ot, stało się. Historia się rozwiązała, bez szczególnego „boom”. Do tego wszystkiego brak zakończenia. Mamy punkt kulminacyjny, a potem nic, co mnie bardzo, bardzo rozczarowało. Myślę, że z całej tej historii i nietypowego pomysłu – kazirodcza miłość – można wycisnąć dużo więcej.

Uważam, że jest to przyjemna lektura, na którą można się skusić, bo dzięki swojej fabule i treści, jaką zawiera staje się nietypowa. Niestety, zakończenie, a raczej jego brak, i krótkie rozwinięcie akcji w punkcie kulminacyjnym uważam za rozczarowujące. 
Moja ocena: 6/10
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu www.amanita.pl 

Marina - Carlos Ruiz Zafón

Autor: Carlos Ruiz Zafón
Tytuł: Marina
Wydawnictwo: MUZA SA
Liczba stron: 304
Moja ocena: 8/10

Óskar Drai, główny bohater powieści, uwielbia krążyć po zapomnianych zakątkach Barcelony. Podczas któregoś z kolejnych spacerów po mrocznych uliczkach otulonych tajemnicą, trafia do pięknego pałacyku, który, spowity we mgle, ukrywał się pośród pokrytych bluszczem murów. Gdzieś z oddali słyszy najpiękniejszy głos, który kiedykolwiek było mu dane usłyszeć. Ciekawość i anielskie dźwięki prowadzą go wprost do nieznajomego wnętrza pałacyku, gdzie nie dane mu jest dłużej zabawić ze względu na, wydawać by się mogło, przerażającą postać wyłaniającą się z mroku. Óskar nie myśląc ani chwili dłużej, ucieka z pałacyku ile sił w nogach. Zdążył jedynie pochwycić w dłoń kieszonkowy zegarek, który stanie się początkiem niesamowitej przyjaźni, ale i również przerażających przygód i odkryć.

Dręczony poczuciem winy, Óskar postanawia wrócić do zagadkowego pałacyku by zwrócić właścicielowi zegarek. Gdy już, już miał postawić nogę na terenie posesji, zauważył, że z barcelońskiej mgły wyłania się rower, a na nim niesamowita postać, która okazuje się piękną, eteryczną dziewczyną w białej sukni. Okazuje się również, że tajemnicza dziewczyna jest córką właściciela zegarka, który przypadkiem wpadł w ręce Óskara.

Od tego momentu, między Óskarem a tytułową Mariną nawiązuje się szczególna więź. Początkowo dziewczyna traktuje chłopaka z dystansem i potężną dawką sarkastycznych uwag, niemniej jednak wydarzenia, w epicentrum których znajdą się oboje, z pewnością bardzo ich do siebie zbliżą.

Pewnego dnia, Marina postanawia zabrać Óskara na stary, owiany legendą cmentarz. Dziewczyna zauważyła, że w każdą ostatnią niedzielę miesiąca, na cmentarzu pojawia się pewna kobieta, nazwana przez nich „damą w czerni”, ze względu na fakt, że całe jej ciało, a w szczególności twarz, okryte były czarnym materiałem. Kobieta ta odwiedzała bezimienny grób, co bardzo zaintrygowało Marinę i Óskara. Postanawiają więc śledzić każdy jej krok, co doprowadza ich do oranżerii, ukrytej gdzieś na pustkowiach miasta. Znajdują tam rzeczy, których woleliby nigdy nie zobaczyć. Przerażające kukły o świdrujących oczach i hakach zamiast rąk. A do tego album z makabrycznymi, ludzkimi deformacjami.

Mimo okropieństw, na które natknęli się w oranżerii, nie potrafią zapomnieć o odrażających zdjęciach. Spojrzenia fotografowanych osób na długi czas pozostaną w ich pamięci. Niemniej, mimo strachu, który odczuwają, ich ciekawość wciąż rośnie. Postanawiają rozpocząć śledztwo, by rozwikłać zagadkę „damy w czerni” i makabrycznych fotografii. To, do czego doprowadzi ich niezdrowa ciekawość sprowadzi na Óskara i Marinę ogromne kłopoty. Koszmarne kukły jeszcze nie raz zawitają w ich życiu, chcąc im je odebrać…

„Marina powiedziała mi kiedyś, że wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło. Wieczność musiała upłynąć, abym wreszcie pojął jej słowa.”

„Marina” to już moje trzecie spotkanie z twórczością Zafóna. Wcześniej miałam przyjemność zapoznania się z „Cieniem wiatru” i „Grą Anioła”, które wywarły na mnie ogromne wrażenie i po dziś dzień je uwielbiam. Przyznaję, że to właśnie one sprawiły, że jestem fanką tego Autora. Również „Marina” na długo zostanie w mojej pamięci, choć bardzo rozczarowała mnie jedna rzecz – otóż mam wrażenie, że Zafón w każdej swojej powieści ma pewien schemat, który za trzecim razem stał się dla mnie wyraźnie zauważalny. Zawsze jest Barcelona, zawsze głównym bohaterem jest młody chłopak, zawsze gdzieś pojawią się i kobieta, którą bohater darzy szczególnym uczuciem i zawsze jest jakaś zagadka.

Mimo tego, wciąż uwielbiam Autora „Mariny”. Według mnie mistrzowsko włada piórem i za pomocą słów potrafi stworzyć niesamowitą atmosferę. Ta intrygująca, owiana mgłą, nieco przerażająca Barcelona ma swój niepowtarzalny klimat, który mnie za każdym razem urzeka. Zafón w cudowny sposób buduje napięcie, by zaskoczyć nas czymś, co powala na kolana. I tutaj, w „Marinie”, również możemy to wszystko zaobserwować.
Jest jedna rzecz, która wyróżnia „Marinę” spośród innych, znanych mi, dzieł Zafóna. To obraz makabrycznych deformacji, których autorem był Michal Kolvenik, który za cel obrał sobie zabawę w Boga. Postanowił ratować ludzi, których los dotkliwie skrzywdził, pozbawiając ich dłoni czy innych części ciała. Tak stworzył przerażające kreatury, które stały się odrażającymi maszynami do zabijania. Na samą myśl o tym, mam ciarki na całym ciele, co z pewnością jest plusem – brawo dla Autora, za tak umiejętną zabawę słowem, która przeraża czytelnika do granic.

W każdej z powieści, po którą sięgam, szukam mocnych wrażeń i uważam, że „Marina” właśnie takim wrażeń mi dostarczyła. Mimo widocznego schematu, który łączy powieści Zafóna, jest coś, co ją wyróżnia i co sprawia, że naprawdę warto ją przeczytać. Dawno nie czytałam niczego tak koszmarnie nierealistycznego i makabrycznego zarazem. Straszne, do czego człowiek może być zdolny… Jednym słowem? Polecam!

Gej w wielkim mieście - Mikołaj Milcke

Autor: Mikołaj Milcke
Tytuł: Gej w wielkim mieście
Wydawnictwo: Dobra Literatura
Liczba stron: 388
Moja ocena: 8,5/10

Bohaterem naszej powieści jest młody chłopak mieszkający na prowincji. Jego życie dalekie jest od sielanki – rodzice nie stronią od alkoholu, a brat z dnia na dzień przeistacza się w młodocianego przestępcę. Do tego wszystkiego czuje się upokarzany przez własnego ojca, dlatego, że jest homoseksualistą. Chłopak postanawia więc wyrwać się z małego miasteczka pod Warszawą, by ruszyć na podbój stolicy. Rozpoczyna studia na Uniwersytecie Warszawskim by móc spełnić swoje marzenie związane z dziennikarstwem.

Początkowo czuje się zagubiony w wielkim mieście, które tak bardzo różni się od rodzinnego miasteczka o zaściankowych poglądach. Wkrótce przekonuje się, że życie w Warszawie będzie zupełnie innego, od tego, które wiódł dotychczas. Poznaje nowych znajomych z różnych okolic Polski, którzy z łatwością akceptują go jako geja. Przed chłopakiem staje otworem całkowicie nowy świat – świat, w którym nie musi się ukrywać, a jego prawdziwe ja nie musi być sekretem.
Pewnego dnia przypadkiem poznaje niesamowicie przystojnego mężczyznę o imieniu Wiktor. Jego uroda jest powalająca, więc chłopak od razu zwraca na niego uwagę. Zaczynają się spotykać, coraz bardziej się do siebie zbliżając. Wszystko to sprawia, że młody człowiek powoli zaczyna zagłębiać się w dorosłe życie, w którym nie brak problemów, szczególnie w związkach. Chłopak przyjeżdżając do Warszawy chciał zostawić w tyle wszystkie rodzinne problemy, szczególnie te związane z bratem i narkotykami. Niestety, problemy te dogoniły go w nowym życiu i w jego pierwszym związku. Czy pierwsza miłość przetrwa próbę? Czy chłopak poradzi sobie z dorosłym życiem, które dalekie jest od kolorowych i wyidealizowanych wyobrażeń?

„Gej w wielkim mieście” to debiutancka powieść Mikołaja Milcke. Porusza dosyć kontrowersyjny w dzisiejszych czasach temat, temat odmiennej orientacji seksualnej. Nasz główny bohater, który jest narratorem całej historii, jest homoseksualistą. Co interesujące, nie ma on imienia. Nie dlatego, że Autor o nim zapomniał. Zabieg ten służyć miał temu, by łatwiej było nam utożsamić się z głównym bohaterem. Szczerze powiedziawszy, przez całą książkę nie zwróciłam uwagi na to, że bohater jest bezimienny – nie wpłynęło to w żaden negatywny sposób na treść powieści.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej książce, byłam bardzo zaintrygowana tematyką, bowiem lubię książki życiowe, które poruszają trudne tematy. Homoseksualizm z pewnością do takich należy, w szczególności biorąc  pod uwagę percepcję osób o odmiennej orientacji seksualnej przez społeczeństwo. Przyznaję, że książka ta jest w pewien sposób testem na tolerancję, bowiem z bardzo bliska możemy spojrzeć na życie osoby homoseksualnej.

Główny bohater, który jest bardzo sympatycznym, młodym człowiekiem z ideałami wprowadza nas w swój świat. Pokazuje nam jak trudne jest życie geja, który spotyka się z niezrozumieniem ze strony nie tylko społeczeństwa, ale również najbliższych. Pokazuje jak trudno być sobą, gdy wszyscy traktują cię jak kogoś chorego czy wynaturzonego. Poza tym, przedstawia nam trudy dorastania i usamodzielniania się. Bohater w pewien sposób przeciął pępowinę, separując się od rodzinnych problemów – rozpoczął swoje własne życie, na własnych zasadach. Jednak mimo wszystko gdzieś tam zderzył się z rzeczywistością, która mogła rozczarować jego oczekiwania, szczególnie jeśli chodzi o relacje męsko-męskie. Z czasem upadły jego naiwne, młodzieńcze ideały, ale prawda jest taka, że „co nas nie zabije, to nas wzmocni” i myślę, że również tak było w przypadku naszego bohatera – wyprawa do Warszawy była dla niego lekcją prawdziwego życia.

Szczerze przyznam, że bardzo podobała mi się powieść Mikołaja Milcke. „Gej w wielkim mieście” jest książką współczesną, pisaną przystępnym i zrozumiałym językiem, w której nie brak śmiesznych, jak i przygnębiających momentów. Do gustu przypadło mi powiedzonko: „jak dzidy pragnę!”, które za każdym razem doprowadzało mnie do śmiechu. Nie jest to może wybitne dzieło literackie, ale porusza kontrowersyjną tematykę i skłania do rozważań, szczególnie nad naszą tolerancją. Uważam, że jest to całkiem udany debiut pana Milcke. Mam nadzieję, że ta przyjemna lektura otworzy ludziom oczy na świat, który ich otacza. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dobra Literatura

Seks, który zniewala mężczyznę, czyli jak zająć się mężczyzną, aby seks był wyjątkowy - J. Larousse i S. Sade

Autor: Jordan Larousse, Samantha Sade
Tytuł:  Seks, który zniewala mężczyznę... / Mastering your Man from Head to Head
Wydawnictwo: MUZA SA
Liczba stron: 160
Moja ocena: 5/10 

Dziś recenzja książki o dosyć zaskakującej tematyce, która na pierwszy rzut oka może wydawać się kontrowersyjna - seks i metody zaspokajania swojego mężczyzny (nie spodziewałam się, że będę o czymś takim pisać na blogu ;) Mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony bądź zniesmaczony – zalecam odrobinę dystansu – mnie się ogromnie przydał podczas czytania tego poradnika.

Szczerze przyznam, że od dłuższego czasu zastanawiam się, co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po tę książkę. Czasem przeglądam babskie pisemka i podczytuję te wszystkie bzdurne artykuły i porady, które serwuje się kobietom, a które u mnie wywołują salwy śmiechu. Myślę, że kierowała mną ludzka ciekawość w najczystszej postaci – chciałam się przekonać, czy będę miała do czynienia z kolejnymi naiwnymi radami, które wzbogacić mają życie erotyczne rzeczonych pań, czy też może znajdzie się porządny poradnik, w którym zainteresowani znajdą to, czego szukają. Przyznaję, że moje wrażenia są mieszane.
Poradnik ten przeznaczony jest dla pań, które chcą dopieścić swojego partnera w różnoraki sposób. Całość okraszona jest poglądowymi ilustracjami, więc wszystko jest jasne i przejrzyste (jak dla mnie aż za bardzo, ale chyba właśnie po to została napisana ta książka – żeby wszystko ładnie i poglądowo wyjaśnić).

 Na początku zapoznajemy się z fizjologią panów, ich ciałem a konkretnie intymnymi partiami, bo to przecież głównie o nie się rozchodzi.  Autorki rozwodzą się nad pytaniem „czy rozmiar ma znaczenie?”, obalając popularne mity o relacji pomiędzy rozmiarem penisa a rasą mężczyzny bądź rozmiarem innych części jego ciała (stopy, dłonie, nosy, etc.). Jeśli ktoś zastanawiał się nad tym, czy członek może zostać złamany, również znajdzie odpowiedź na swoje pytanie. W dalszej części poznamy sposoby na to, jak zająć się naszym mężczyzną. Nie będę tutaj żadnego z nich przytaczać – jeśli ktoś jest zainteresowany tą tematyką może sięgnąć po ten poradnik i wszystkiego się dowie. Mnie osobiście metody nieszczególnie przekonały – szczególnie jeśli chodzi o pieszczoty analne.

Niemniej jednak, wracając do książki, znajdziemy w niej wiele śmiesznych, jak i przerażających ciekawostek. Jeśli chodzi o te, które wywołały uśmiech na mej twarzy, to z pewnością mogę wspomnieć o amerykańskich przydomkach dla penisów. Wśród nich znalazły się: Energizer, Big Ben, Młot Izraela, Jego Wysokość, Willie Wonka i Super dziwoląg. Rozbawiła mnie również Broń Masowej Satysfakcji. Naprawdę prześmieszne, że mężczyźni tak pieszczotliwie potrafią zwracać się do swojego interesu ;)

Natomiast jeśli chodzi o te przerażające, to znajdziemy je w dziale z fetyszami i perwersjami. O fetyszu stóp wszyscy pewnie słyszeli, tak jak i o sympatii do przywdziewania damskich fatałaszków, ale co powiecie na asfiksjofilię, czyli przyduszanie podczas stosunku albo urofilię, czyli upodobanie do siusiania w trakcie seksu? Ha, no właśnie… Takich ciekawostek w niej nie brakuje.

„Chcecie wiedzieć, czy wasz facet ma dużo testosteronu? Naukowcy proponują przyjrzeć się palcowi serdecznemu. Im dłuższy jest w stosunku do palca wskazującego, tym więcej testosteronu. Badanie o nazwie SEX I.D., przeprowadzone przez zespół psychologów dla BBC dowiodło, że typowy współczynnik długości palca wskazującego do serdecznego wynosi dla mężczyzn około 0,96, a w przypadku kobiet jest bliższy wartości 1,00 (co oznacza, że oba palce są tej samej długości).”

Jak już wyżej wspominałam, starałam się podejść do tej książki z dużym dystansem i przymrużeniem oka. Nie widzę sensu brania takich publikacji na poważnie. Może mówię tak dlatego, że nie potrzebuję tego typu porad i magicznych sposobów na zaspokojenie swojego mężczyzny. Może łatwiej byłoby mi docenić tę książkę z perspektywy osoby, która takowych rad poszukuje. Próbowałam więc wczuć się w sytuację i myślę, że będąc taką osobą nie znalazłabym niczego nowego ani odkrywczego, czego już wcześniej nie przeczytałabym w babskim pisemku.  Moim zdaniem stwierdzenie z tyłu okładki mówiące, że: „Ta książka odsłania tajemnice męskiego ciała i męskiej psychiki.” jest mocno na wyrost, bowiem tajemnic męskiej psychiki nie uraczyłam, a chyba właśnie to mnie najbardziej interesowało.  

W ogólnym rozrachunku poradnik ma swoje plusy i minusy. Patrząc z perspektywy osoby zainteresowanej tą tematyką, nie czytającej babskich pisemek, przyznaję, że można w niej znaleźć sporo metod na to, by seks był wyjątkowy. Wyjątkowo przyjemny czy też wyjątkowo przykry, nie mnie już o tym decydować. Plusem są również poglądowe ilustracje, które pomogą czytelnikowi zrozumieć czytaną treść. Mnie jednak nie powaliła na kolana, w żadnym stopniu, dlatego taka ocena a nie inna. Na przyszłość muszę pamiętać żeby panować nad swoją ciekawością ;)

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MUZA SA

Zabić Jane - Erica Spindler

Autor: Erica Spindler
Tytuł: Zabić Jane / See Jane Die
Wydawnictwo: Mira - Harlequin
Liczba stron:  496
Moja ocena: 9/10

„Kiedy usłyszała hałas silnika, odwróciła głowę. Na pustym jeziorze pojawiła się duża, elegancka motorówka. Płynęła w jej stronę. Jane uniosła raz jeszcze ramię, żeby zasygnalizować swoją obecność. Łódź skręciła, przez chwilę jakby się wahała, a potem zawróciła w jej kierunku. Jane poczuła, jak serce skoczyło jej do gardła. Zamachała gwałtownie. Motorówka nie zatrzymała się, nie skręciła. Jakby ktoś specjalnie chciał na nią najechać. (…) Motorówka była coraz bliżej. Jane zrozumiała, że ktoś chce ją zabić. Wydała z siebie pełen przerażenia wrzask, który zagłuszył hałas silnika. Przed oczami miała kadłub łodzi. Po chwili nie widziała już nic innego. Przerażenie nagle ustąpiło. Poczuła śrubę silnika na ciele i pogrążyła się we wszechogarniającym bólu.”*

Jane, po wielu, wielu latach osiągnęła wszystko to, o czym 17 lat temu mogła tylko marzyć. Kochający mąż, sława i pieniądze. Sielankowy obraz  uzupełnia nagła wiadomość o ciąży Jane. Wszystko wydaje się ociekać szczęściem. Ale coś od pewnego czasu zakłóca domową idyllę. Demony przeszłości powróciły i dają o sobie znać w koszmarach…

 Kobieta budzi się w nocy z krzykiem, próbując otrząsnąć się ze snu, który przypomina jej o tragicznym wypadku, który niemal pozbawił ją życia. Tego nieszczęśliwego dnia ktoś z premedytacją najechał na Jane motorówką, sprawiając, że straciła pół twarzy. Kiedy poczuła, że życie się dla niej skończyło, poznała Iana, chirurga plastycznego, który na nowo obudził w niej nadzieję. Teraz Ian jest jej mężem, a sama siebie zwykła nazywać narzeczoną Frankensteina.

Niestety, nie tylko koszmary postanowiły zatruć życie Jane. Wkrótce okazuje się, że Ian został oskarżony o zabójstwo Elle Vanmeer, która była jego pacjentką. Z czasem wychodzi na jaw, że to nie ostatnie morderstwo, o które Ian został posądzony, bowiem niedługo po aresztowaniu męża, Jane odnajduje ciało brutalnie zamordowanej Marshy, recepcjonistki Iana. Motywy wydają się jednoznaczne – Ian miał romans z Elle, o którym wiedziała Marsha. Romans mógł zostać odkryty, więc by temu zapobiec, i by nie stracić swojej żony, a raczej jej majątku, Ian postanowił zaryzykować i pozbyć się obu kobiet.

Jane nie może uwierzyć w to, co się dzieje. Nagle zaczyna tracić wszystko to, co  udało jej się zdobyć. Do tego wszystkiego dochodzą anonimowe listy, które sprawiają, że Jane zaczyna wierzyć, że koszmar przeszłości powrócił na dobre – kobieta ma wrażenie, że mężczyzna, który 17 lat temu spowodował tragiczny w skutkach wypadek powrócił, by dokończyć swojego dzieła. Ale co z Ianem i niezbitymi dowodami, które świadczą o jego winie? Czy może teoria Jane faktycznie jest prawdziwa? A może po prostu padła ofiarą okrutnej intrygi?

„Możesz wszystko stracić, Jane. Twój koszmar powróci i zabierze ci wszystko.”*

„Zabić Jane” to moje pierwsze spotkanie z twórczością E. Spindler – i jakże udane było to spotkanie. Przede wszystkim dlatego, że nie jest to trudna i obciążająca lektura, ale napisana w dobrym stylu – potrafi zaintrygować i zaskoczyć.

Po pierwsze fabuła, która jest wartka i ciekawa. Krótkie rozdziały sprawiają, że chce się przeczytać jeszcze tylko jeden, a potem kolejny i kolejny,  aż zarywa się z tej ciekawości noc. Razem z bohaterami próbowałam główkować, kto jest mordercą – czy to Ian, tak jak podejrzewa policja, czy może jednak ten, który 17 lat temu spowodował wypadek Jane. W głowie kołatało mi setki różnych myśli, tysiące wątpliwości i jeszcze więcej rozwiązań, a zakończenie i tak mnie zaskoczyło – tak bardzo, że aż na głos musiałam wyrazić swoje zdumienie, nagłym „oooo kuuuurczeee!”. Wtedy usłyszałam z ust brata: „Co Ty znowu tam tak przeżywasz?” – a to właśnie był kryminał E. Spindler!  

Po drugie, podobała mi się wielowątkowość tej powieści. Głównym wątkiem, jest wątek kryminalny i poszukiwanie sprawcy całego zamieszania. Drugim wątkiem, jest wątek siostrzanych relacji, pomiędzy Jane a Stacy. Przed całą sprawą z Ianem, obie kobiety miały problemy z porozumiewaniem się. Żywiły wobec siebie wiele negatywnych emocji, szczególnie Stacy, która zazdrościła swojej młodszej siostrze męża i pieniędzy, a do tego odczuwała wobec niej żal, bo to Jane, a nie ona sama, była bardziej kochana przez ojca i babkę. Niemniej jednak wszystkie te tragiczne wydarzenia, które miały miejsce w ostatnim czasie sprawiły, że kobiety ponownie spróbowały odbudować wzajemnie relacje i utracone zaufanie. Jane straciła męża, ale odzyskała siostrę, przynajmniej na pewien czas…

Podsumowując: Czytając „Zabić Jane” z całą pewnością nie można się nudzić. Według mnie jest to świetny, nie obciążający kryminał, który wciąga swoją wartką fabułą i niesamowitymi zwrotami akcji. Przez cały czas byłam ciekawa co się dalej wydarzy, jak zakończą się losy głównych bohaterów, a autorka i tak mnie zaskoczyła – nie udało mi się przewidzieć żadnej z opcji, którą rozważałam, za co ogromny plus – przewidywalna fabuła to jedna z najgorszych rzeczy, z którą można mieć do czynienia. Krótko mówiąc – polecam!

 *Wszystkie cytaty pochodzą z książki.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Harlequin - Mira

zdobycze listopadowe

Nazbierało mi się trochę zdobycznych książek w ostatnim czasie, więc postanowiłam się pochwalić swoimi nowościami - ledwo zamontowałam nową półkę na książki, a już nie mam miejsca, istne szaleństwo ;)

Stos 1.


1. Erica Spindler "Zabić Jane" - z Wydawnictwa Harlequin/ Mira
2. Robyn Carr "Pożegnanie z przeszłością" - j.w.
3. Romans Duo - gratisowo, j.w.
4. Monika Feth "Malarz młodych dziewcząt" - z portalu Amanita.pl
5. Harvey "Kroniki Rodu Drake'ów" cz.3 - j.w.
6. Katarzyna Majgier "Trzynastka na karku" - j.w.
7. Andrzej Grabowski "Zenek i mrówki" - j.w.
8. Di Toff "Wilken. Czas złego wilka" j.w.

Żyjący z wilkami - Shaun Ellis, Penny Junor

Autor: Shaun Ellis, Penny Junor
Tytuł: Żyjący z wilkami/ The Man Who Loves with Wolves
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 334
Moja ocena: 10/10

 „Czasem tak sobie myślałem: gdyby ktoś powiedział mi rok temu albo wcześniej, że nie będę jadł przez trzy dni i mało mnie to obejdzie, bo na widok stada dzikich wilków wpadnę w szał radości i polecę jak głupi lizać je po pyskach, wyśmiałbym go, że takie brednie chodzą mu po głowie. Ale teraz te wilki były najważniejsze w moim życiu. Kochałem je wszystkie i każdego z osobna, jak własną rodzinę.”
Któż byłby na tyle odważny i na tyle szalony, by porzucić swoje dotychczasowe życie chcąc zamieszkać w lesie z watahą dzikich wilków? Shaun Ellis – główny bohater „Żyjącego z wilkami”. Dzięki temu, że od urodzenia mieszkał z matką i dziadkami na wsi, jest bardzo związany z przyrodą. Od najmłodszych lat ma w sobie coś, co sprawia, że zwierzęta mu ufają. Będąc małym chłopcem spał z psami i obserwował dzikie lisy. Wkrótce jednak musiał porzucić mieszkanie na wsi i przenieść się do miasta, gdzie czuł się nieszczęśliwy. Brakowało mu lasu, dźwięków, które się z niego wydobywały, rozległej dziczy. Przez kilka lat włóczył się bez celu, imając się różnych zajęć – za każdym razem starał się mieć kontakt z przyrodą i zwierzętami.
Pewnego dnia poczuł impuls by coś zmienić. Sprzedał cały swój dobytek tylko po to, by móc wyjechać do Stanów Zjednoczonych, do rezerwatu Indian Nez Perce gdzie mógł zobaczyć jak pracuje się z dzikimi zwierzętami w niewoli. Wtedy zobaczył watahę wilków, która zafascynowała go na tyle, by podjąć szaloną decyzję – postanowił wyruszyć do lasu by znaleźć dziką watahę, do której będzie mógł dołączyć. Podjął niesamowite ryzyko, ale spełnił swoje marzenie. Wyzbył się wszystkich luksusów jakich dotychczas doświadczył – koniec z kąpielą, normalnym jedzeniem, dobrobytem cywilizacji – czekała na niego surowa dzicz i podróż w nieznane.
„Wilk był duży i silny – poczułem się jak piłka do rugby rozgrywana przez trzech zawodników równocześnie. Byłem w szoku. Leżałem bez tchu i nie mogłem się ruszyć. (…) Nagle mnie olśniło. Wilk nie chciał mi zrobić krzywdy. Wręcz przeciwnie: gdybym zszedł w to miejsce trzy kwadranse wcześniej, grizzly by mnie dopadł. Wilk ocalił mnie przed pewną śmiercią, a przy okazji zataił przed niedźwiedziem istnienie szczeniąt i nory. Zawdzięczałem mu życie.”
Shaun mieszkał z dziką watahą przez wiele miesięcy. Przesiąknął ich zapachem. Przejął ich dietę. Żywił się surowym mięsem i to tym najgorszej jakości, jako że był najniższym osobnikiem w hierarchii. Znosił wszystkie podszczypywania i podgryzania, przepychanki i walki. Przeżył. Niestety, podupadł na zdrowiu, co zmusiło go do powrotu do normalnego życia. Ale czy dla Shauna życie z wilkami nie było czymś normalnym? Przecież łatwiej było mu się dogadać z dzikimi zwierzętami niż z ludźmi, którzy porozumiewali się tym samym językiem. Niemniej jednak, Ellis wrócił do rezerwatu Nez Perce, by później założyć własny rezerwat z wybiegiem dla wilków. Kosztowało go to wiele, ale nie potrafi rozstać się z wilkami ani na chwilę.

 „Żyjący z wilkami” to powieść oparta na faktach. Shaun Ellis jest osobą prawdziwą, tak jak wszystkie jego przygody opisane w książce z pomocą dziennikarki, Penny Junor. Wszystko to sprawia, że lektura ta jest niesamowicie porywająca i wciągająca. W wielu momentach byłam wzruszona więzią jaka wytworzyła się między Shaunem a wilkami. Sama kocham zwierzęta, szczególnie psy, którym nie tak daleko do wilków jak nam się wydaje, więc tym mocniej przeżywałam wszystkie te przygody. Niejednokrotnie włosy stanęły mi dęba, kiedy wilki pokazywały swoje dzikie oblicze zaciskając szczęki na szyi naszego bohatera. Nie brakowało w niej również momentów, kiedy zaczynałam się szeroko uśmiechać, a nawet i głośno śmiać wzbudzając ciekawość ludzi mijających mnie na korytarzu.

„Żyjący z wilkami” to fantastyczna książka i bardzo się cieszę, że nie oddałam jej z powrotem do biblioteki, nie czytając jej, bo bardzo dużo bym straciła. Po pierwsze, nie poznałabym człowieka, który zdobył wiedzę, której nie zdobyli naukowcy na całym świecie przez wiele lat. Dzięki swojej odwadze, a może i szaleństwu przekroczył wiele granic. Po drugie, nie dowiedziałabym się tylu ciekawych rzeczach, o wilkach, psach i… ludziach! Shaun między wątki o zwierzętach wplótł również wątki ze swojego życia, w którym zagościły również wątki trudnej miłości – bohaterowi trudno było wybrać, między miłością do wilków a miłością do kobiety. Po trzecie, nie spędziłabym tylu wspaniałych chwil, jakie spędziłam podczas lektury. Teraz non stop, przy każdej możliwej okazji trajkoczę o człowieku, który  zamieszkał z wilkami, bo książka ta zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie, dlatego dzielę się tym wrażeniem z kim tylko mogę ;)

Jest to jedna z tych niewielu lektur, które na długo pozostaną w mojej pamięci, dlatego z całą stanowczością daję jej calusieńkie 10 punktów. Może nie jest to wybitne dzieło literackie czy stylistyczne, ale dla mnie liczy się przekaz i to, co książka sobą reprezentuje, a ta reprezentuje bardzo dużo, dlatego zachęcam wszystkich do zapoznania się z tą lekturą – niezależnie od tego, czy lubicie wilki czy nie, Shaun Ellis jest facetem wartym poznania. 

Zachęcam również do obejrzenia filmu o Shaunie, który można zobaczyć na Youtube:

Gorzej niż martwy - Charlaine Harris

Autor: Charlaine Harris
Tytuł: Gorzej niż martwy/ From Dead to Worse
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 430
Moja ocena: 3/10

Odkąd Sookie poznała wampira Billa, jej życie zmieniło się diametralnie. Ze stukniętej kelnerki, za jaką brała ją większość mieszkańców Bon Temps, zmieniła się w rozchwytywaną przez wszystkich osobę – nie tylko przez ludzi, ale również przez istoty nadnaturalne – wampiry, wilkołaki, zmiennokształtnych czy… wróżki.  Właśnie u tych ostatnich Sookie wzbudziła największe zainteresowanie, a konkretnie u jednego osobnika imieniem Niall.

Jak się później okazuje, podczas spotkania zaaranżowanego przez Erika, Niall jest księciem wróżek oraz… pradziadkiem Sookie! Wreszcie po wielu, wielu latach mógł skontaktować się ze swoją prawnuczką, której chce wynagrodzić swoją długotrwałą nieobecność. Sookie cieszy się z odnalezienia nowego krewnego, który wyjaśnia jej wiele nieznanych dotąd spraw, lecz jej radość nie trwa zbyt długo, bowiem w drodze powrotnej ze Shreveport, Eric i Sookie zostają zaatakowani przez nieznanego im wilkołaka.  Wygląda na to, że znów ktoś chce zabić Sookie, tylko kto?
Wkrótce podejrzenia padają na pewnego wilkołaka, Patricka Furnana, który wydaje się być również przyczyną śmierci kilku kobiet-wilkołaków, w tym dziewczyny Alcida Harveaux. Wszystkie te wydarzenia mogą skończyć się tylko jednym – wojną pomiędzy stadem Furnana, a stadem Alcida. Jak można się spodziewać, w samym jej środku znajdzie się Sookie, która ma tendencję do pakowania się w największe tarapaty. Czy i tym razem wyjdzie z tego cało? Czy Furnan faktycznie przyczynił się do śmierci zamordowanych kobiet? I co z pradziadkiem Sookie?

„Gorzej niż martwy” to już 8 tom cyklu książek o Sookie Stackhouse. Na podstawie tej serii powstał serial zatytułowany „Czysta Krew” (ang. „True Blood”), który jest chyba jedynym ratunkiem dla książek autorstwa Charlaine Harris. Szczerze przyznam, że początkowo, kiedy sięgałam po pierwsze części cyklu, wręcz zachłysnęłam się przygodami Sookie. Mimo, że główna bohaterka irytowała mnie od samego początku, jakoś dałam się wciągnąć w ten świat, może dlatego, że seria tak bardzo różniła się od „Zmierzchu” – nie była taka ckliwa, a wampiry były tajemnicze, brutalne i pociągające, czyli takie, jak lubię. Niestety, z każdą kolejną częścią było coraz gorzej – większa irytacja i większe znużenie. Gdzieś tam pojawiła się jeszcze tląca się nadzieja, kiedy czytałam 4 część „Martwy dla świata”. Z przykrością muszę stwierdzić, że nadzieja wygasła, a raczej została brutalnie zdeptana przez 8 tom, czyli „Gorzej niż martwy”.

Według mnie, najsłabszym elementem całej serii jest główna bohaterka, czyli Sookie Stackhouse. Niesamowicie irytująca i przesadnie skupiona na swoim wyglądzie, figurze i atrakcyjności przedstawicieli płci męskiej. Jest strasznie naiwna i płytka, nie grzeszy inteligencją (wręcz prosi się, żeby powiedzieć, że jest po prostu głupia). Na tym wszystkim cierpi narracja, która prowadzona jest z perspektywy głównej bohaterki – znów uderza nas naiwny i irytujący styl wypowiedzi Sookie.

Co dalej… Sceny seksu, które są bardzo powszechne w tej serii. Osobiście lubię sceny subtelnej erotyki, jeśli napisane są one w dobrym smaku, nie wzbudzając oburzenia, a tym bardziej obrzydzenia. Tutaj mamy seks w najbardziej tandetnej formie z możliwych. Kojarzy mi się z mechaniczną kopulacją zwierząt, a nie aktem miłości między dwoma osobami.

Jeśli chodzi o samą fabułę to również jestem zawiedziona – do ostatniej strony czekałam aż coś się wydarzy, coś, co mną wstrząśnie czy poruszy, chociaż sprawi, że drgnę, a tu nic. Zero zaskakujących momentów, które sprawiłyby, że mogłabym powiedzieć o niej cokolwiek dobrego. Zakończenie również mnie nie rzuciło na kolana – wiemy tylko tyle, że możemy spodziewać się kontynuacji. Przyznaję, że jestem tą częścią kompletnie znudzona.

Wszystko to, co podobało mi się na początku – ta odmienność wampirów, ich brutalność i nieprzewidywalność, gdzieś tutaj umknęła. Sookie bardziej niż zawsze irytuje swoją naiwnością stereotypowej blondynki. Jedyną rzeczą, która ratuje zarówno tę część jak i całą serię jest serial „Czysta krew” – rzadko kiedy mówię, że ekranizacja jest lepsza niż książka, praktycznie nigdy, ale tutaj nie mogę powiedzieć niczego innego, bo taka jest właśnie prawda. Mimo wszystko coś w niej musi być, skoro wciąż gdzieś tam w głębi mam nikłą , ale wciąż jakąś, ochotę by zagłębiać się w przygody Sookie i w świat wampirów ze Shreveport. Może jeszcze nie wszystko stracone? Zobaczymy, jakie będą moje wrażenia po przeczytaniu „Dotyku martwych” – póki co jednak, „Gorzej niż martwy” jest na duże NIE. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MAG

Ballada. Taniec mrocznych elfów - Maggie Stiefvater

Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: Ballada. Taniec mrocznych elfów/ Ballad: A gathering of Faerie
Wydawnictwo: Illuminatio, 2011
Liczba stron: 320
Moja ocena: 9/10

Burzliwe wydarzenia minionego lata wreszcie dobiegły końca i choć starcie z Królową Elfów skomplikowało przyjaźń między Deirdre a Jamesem, oboje mogą odetchnąć z ulgą. Przynajmniej na moment, bowiem tłumy fejów zbierające się wokół Thornking-Ash nie próżnują. Ktoś przyciąga te złośliwe i brutalne stworzenia do prywatnej szkoły muzycznej, do której zaczęli uczęszczać James i Dee.  Tylko kto?

Początkowo wszystko wydaje się być normalne, na tyle, na ile normalne może być życie jasnowidza, który niemal pożegnał się z życiem. Ale wkrótce, wraz z pojawieniem się pierwszego feja, wszystko zaczyna się zmieniać. James, który stara się wyprzeć ze swego umysłu istnienie stworzeń osnutych zapachem koniczyny, nagle na swojej drodze spotyka tajemniczą Nualę, która w zamian za inspiracje, odbiera swoim utalentowanym ofiarom życie – czasem tylko kilka lat, a czasem wykorzystuje ich do ostatniego tchnienia. Czy James będzie jej kolejną ofiarą?

„(…) była na tyle człowiekiem, by być nieszczęśliwa jako feja, i na tyle fejem, aby wszystkie zalety bycia człowiekiem były jej niedostępne.”             

Początkowo Nuala próbuje skusić Jamesa obietnicą wielkiej sławy i talentu, jednakże z czasem zdaje sobie sprawę, że chłopak jest zbyt uparty, by zgodzić się na jej warunki. Dlatego próbuje podstępu, zsyłając na niego inspirację podczas snu.  James, mimo sztuczek Nuali, wciąż twardo trzyma się swojego postanowienia – wydarzenia ostatniego lata nie dają mu zapomnieć o tym, jak kończą się kontakty z fejami. Jednakże mimo uporczywej pamięci między Jamesem a Nualą tworzy się jakąś nieprawdopodobna więź.  Dziewczyna przestaje traktować Jamesa jak potencjalną ofiarę, z której może wyssać życie – wręcz przeciwnie, zaczyna dostrzegać w nim coś więcej, coś, co sprawi, że będzie chciała przed nim odkryć swoje ludzkie oblicze oraz najskrytszą prawdę o sobie samej.

Ale co z innymi fejami, które krążą wokół Thornking-Ash? Co z rogatym królem, który wciąż i wciąż przywołuje Jamesa swoją pieśnią? Co z nową,  żądną władzy Królową Elfów, która w brutalny sposób chce przejąć kontrolę nad światem fejów? I dlaczego w to wszystko najbardziej wplątana jest Dee?

„Ballada. Taniec mrocznych elfów” autorstwa Maggie Stiefvater to kontynuacja jej poprzedniej powieści p.t. „ Lament. Intryga Królowej Elfów”. Tym razem bardziej rozwinięty jest wątek Jamesa (z czego niezmiernie się cieszę, ale o tym później), przyjaciela Deirdre, który w poprzedniej części niemal stracił życie. W „Balladzie” chłopak kolejny raz wmieszany jest w sprawy fejów, znów otrze się o śmierć, a co więcej, będzie musiał uratować życie bliskich mu osób. Podjęcie decyzji nie będzie należało do najłatwiejszych…

Zaczynając od początku, muszę przyznać, że „Ballada” jest dużo lepsza od swojej poprzedniej części – chyba właśnie dzięki Jamesowi, który jest moim faworytem w tejże serii. W „Balladzie” mamy wszystko to, czego w „Lamencie” zabrakło – napięcie jest stopniowane a punkt kulminacyjny trwa wystarczająco długo, by móc się nim nacieszyć. W części tej nie ma również żadnych ewidentnie pourywanych wątków, z którymi mieliśmy do czynienia w części poprzedniej.

Moim zdaniem, głównym atutem tej części są wyraźnie zarysowane, mocne, główne postacie, czyli James i Nuala. James już wcześniej był moim faworytem – przez swoją arogancję, pewność siebie, sarkazm i cięty dowcip. I choć czasem jest nieco zarozumiały i zadufany w sobie, zauważyć można, że wszystko to jest tylko przykrywką, pod którą skrywa prawdziwe ja, które przepełnione jest tęsknotą za Dee. James ma wszystko to, czego brakowało Lukowi. Nuala natomiast jest trochę jak żeński odpowiednik Jamesa – równie uszczypliwa i sarkastyczna, co chłopak, ale mimo wszystko, gdzieś w głębi skrywała swoje wrażliwe oblicze. Bardzo przyjemnie było patrzeć na starcia tych dwóch osobowości - nie brak tutaj momentów iskrzących emocjami.

Jeśli chodzi o fabułę, to również jestem bardzo na tak. W „Balladzie” mamy więcej fejów, więcej ich mrocznego świata, który niesamowicie przyciąga – w szczególności, że wcześniej nie miałam przyjemności poznać tych stworzeń. Jak już wspominałam, akcja jest dynamiczna, a mimo tego napięcie dawkowane jest stopniowo, co sprawia, że lekturę czyta się z zapartym tchem i niesamowitym zainteresowaniem. Szczerze przyznam, że jestem bardzo ciekawa, czy autorka przewidziała kolejną część, bowiem zakończenie jak najbardziej na to wskazuje.

Podsumowując: „Ballada. Taniec mrocznych elfów” jest lekturą, którą osobiście polecam. Może to chwilowe zaślepienie silnymi charakterami Jamesa i Nuali, ale tak czy owak, przeczytanie tej książki było dla mnie czystą przyjemnością, dlatego piszę o niej z takim zachwytem. Sprawdźcie na własnej skórze (a może stosowniej byłoby powiedzieć „oczach”?), czy Wam również ta książka przypadnie do gustu. Ja natomiast, z niecierpliwością czekam na dalsze losy bohaterów!

A! Byłabym zapomniała – zauważyłam, że nie brak w niej literówek – ale to przecież tylko drobny mankament ;)

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Illuminatio