Pomiędzy - Tara Hudson

Autor: Tara Hudson
Tytuł: Pomiędzy/ Hereafter
Wydawnictwo: Jaguar, 2011
Liczba stron: 404
Moja ocena: 8.5/10 

Wokół Amelii roztacza się mrok. Nie czuje nic, prócz oblepiającej ją ciemności, która przytłacza ją z ogromną siłą. Czuje, że słabnie, a resztki życia ulatują wraz z ostatnim oddechem, z ostatnim biciem serca. Wie, że to już koniec. Że za chwilę całkowicie opadnie z sił i zniknie w mrocznej toni, spadając na dno rzeki. Nagle otwiera oczy i budzi się z koszmaru, który od jakiegoś czasu nawiedza ją niczym duch nawiedzający stary dom. Koszmar wciąż i wciąż przypomina dziewczynie o wypadku, którego tak naprawdę nie pamięta. Nie pamięta też niczego, prócz swojego imienia i wieku. Bo Amelia w rzeczywistości naprawdę umarła, topiąc się w otchłani rwącej rzeki. Teraz stąpa po ziemi jak zbłąkany duch. Ale dlaczego umarła? Podczas wypadku, czy też chcąc popełnić samobójstwo? A może została zepchnięta? Tego Amelia, niestety nie wie…

Jednakże prawda zaczyna do niej wracać za sprawą nagłych przebłysków, dzięki chłopakowi, którego uratowała na moście High Bridge.  Pewnego dnia, podczas gdy, jak co dzień, błąkała się wokół miejsca swojej śmierci, zauważyła sylwetkę chłopaka dziko miotającego się w wodzie. Podpływając bliżej zobaczyła, że Joshua umiera. Bezskutecznie próbowała ocalić chłopaka, chcąc pochwycić jego ubranie – jako niematerialny byt, nie była w stanie niczego dotknąć, a tym bardziej złapać. I gdy już, już myślała, że to koniec, chłopak szeroko otworzył oczy, spoglądając prosto na Amelię. Wtedy zrozumiała, że jest jeszcze szansa. Nerwowymi szeptami zmusiła chłopaka do walki o własne życie, a ten ostatkiem sił, wydostał się na powierzchnię. Za sprawą tych kilku sekund, życie, zarówno Amelii jak i Josha, zmieniło się już na zawsze.

Wkrótce drogi naszych bohaterów ponownie się krzyżują, by spleść się już na zawsze. Okazuje się bowiem, że podczas wypadku i krótkiej śmierci, którą przeżył Josh, nastąpiło jego przebudzenie, które sprawiło, że jest w stanie widzieć duchy. I tak oto, duch i Medium, we własnej osobie, zapałali do siebie gorącym uczuciem. Ale miłość, która zrodziła się pomiędzy Amelią a Joshuą, nie spotkała się z akceptacją ze strony, zarówno żywych jak i umarłych. Babce Josha nie podoba się fakt, że jej wnuk sprowadził do domu zbłąkanego ducha, który z pewnością przesiąknięty jest złem. A do tego wszystkiego, gdzieś w ciemności, gdzie mieszkają dusze innych zmarłych, czai się Eli, który chce zatrzymać Amelię dla siebie. Czy miłość ducha i Medium przetrwa trudności, które zgotował im los? A co z przyczyną śmierci Amelii – czy w końcu wyjdzie na jaw jak umarła dziewczyna?

„Pomiędzy” autorstwa Tary Hudson to nic innego, jak kolejny romans paranormalny. Czy jest równie oklepany jak inne, które serwują nam historie o wampirach czy wilkołakach? Nie! Otóż w tym wypadku autorka pokusiła się o odrobinę oryginalności – elementem paranormalnym jest tutaj duch. Dodatkowo jest nim, nie płeć męska jak zawsze, a przeciwnie, płeć żeńska, co stanowi miłą odmianę dla czytelników.

Szczerze przyznam, że byłam bardzo zaintrygowana tą książką. Najpierw samą okładką, która przyciągała mój wzrok z każdym razem, kiedy na nią spojrzałam. Później pojawiły się liczne opinie na jej temat, które tylko podsycały mój apetyt na tę pozycję. Stwierdziłam, że muszę ją przeczytać i sprawdzić, czy szum, który wokół siebie zrobiła, jest słuszny. Gdy wreszcie dostałam ją w swoje niecne łapska, czym prędzej zabrałam się do lektury. I co ja na to? O tym niżej.

Po pierwsze, autorce należy się plus za pomysł na bohaterów jak i samą fabułę. Choć motyw miłości pomiędzy duchem a śmiertelnikiem jest nam wszystkim znany (np. film „Uwierz  w ducha”), to przyznaję, że jeśli chodzi o paranormal romance, nie miałam jeszcze okazji się z nim spotkać. Jeśli chodzi o postacie, to muszę przyznać, że kolejny raz prym wiedzie tutaj bohater męski, czyli Joshua, który moim zdaniem jest bardziej wyrazisty i interesujący. Amelia początkowo wydaje się być nieco nijaka i bezbarwna, niezbyt bystra, a do tego zachowuje się jak zbłąkana owieczka, która nagle „odżywa”, kiedy poznaje Josha. Wydaje mi się, że tylko złe, niezależne bohaterki są charakterne.  Te dobre natomiast są jakieś takie zagubione i rozmemłane. Czy dobre bohaterki mogą dostać trochę pazura, niezależnie od tego, czy mają mężczyznę u swego boku czy nie?! Jednakże, wracając do Amelii i jej charakteru – tak jak mówiłam, początkowo jest bezbarwnie, ale gdzieś tam pod koniec, kiedy zdenerwowanie sięga zenitu, dziewczyna pokazuje odrobinę swego drapieżnego oblicza, z czego jestem naprawdę zadowolona.

Co do fabuły, jest bardzo intrygująca. Pytania, które wciąż powstają w umyśle czytelnika nakręcają do lektury. Jednakże mimo tego, przyznaję, że przebieg wydarzeń rozwija się bardzo powoli. Nie uraczymy tutaj żadnych zaskakujących zwrotów akcji. Za to zostaniemy wynagrodzeni, gdy dotrwamy do punktu kulminacyjnego powieści – mnie osobiście na moment zaparło dech. Niestety, na końcu autorka zostawia nas z kilkoma pytaniami bez odpowiedzi – chociażby o to, co stało się z Elim albo ojcem Amelii. Odrobina niedosytu, który czasem jest jak najbardziej wskazany, tutaj sprawia, że czegoś po prostu brak.

W ostatecznym rozrachunku mogę powiedzieć, że mimo kilku drobnych niedociągnięć książka jest godna polecenia. Lekki, dzięki swojemu przystępnemu językowi, i przyjemny paranormal romance z oryginalną historią miłosną. I choć nie jest to mrożąca krew w żyłach książka, warto poświęcić jej chwilę uwagi.   

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Jaguar 

stosik z końca października

Jak ten czas szybko leci... Niesamowite. Jeszcze niedawno chwaliłam się stosikiem z końca września, a teraz już październik? Ale kiedy? Jak? Czemu czas tak szybko leci, a na nudnych zajęciach ciągnie się tak niemiłosiernie, że mam wrażenie, że moja głowa wybuchnie? 

Tak poza tym, to muszę przyznać, że piękną mamy jesień. Słoneczną i całkiem ciepłą. Przynajmniej dzisiaj. Fascynujące są te wszystkie jesienne kolory skąpane w słoneczku. Trzeba korzystać z ostatnich promyków dostarczających witaminy de, bo jak nas śniegiem przysypie, to nic tylko smutek. 

Ale ja nie o tym. Jak zwykle, ciągnie mnie do pogaduszek o wszystkim i o niczym. A tu czeka wielkie stosisko od Wydawnictw. Oto powód mojego chwalenia się:


Od góry:
1. Dag Oistein Ensjo "Seks a religia" - Wydawnictwo Czarna Owca
2. Karin Alfredsson "Godzina 21:37" - j.w. (recenzja > tutaj <) 
3. Jeaniene Frost "Jedną nogą w grobie" - Wydawnictwo MAG
4. Lesley Livingston "Oddech nocy" - Wydawnictwo Jaguar
5. Tara Hudson "Pomiędzy" - j.w.
6. Charlaine Harris "Gorzej niż martwy" - MAG
7. Charlaine Harris "Dotyk martwych" - j.w.
8. Nora Roberts "Pięciolinia uczuć" - Wydawnictwo Harlequin/ Mira
8. Ian McDonald "Dom Derwiszy. Dni Cyberabadu" - MAG (tradycyjnie, do góry nogami ;))

No i ostatnio przyleciała do mnie "Ballada" Maggie Stiefvater z Wydawnictwa Illuminatio, której niestety nie ma na zdjęciu.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę miłego weekendu! ;)

Godzina 21:37 - Karin Alfredsson

Autor: Karin Alfredsson
Tytuł: Godzina 21:37/ Klockan 21:37
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2011
Liczba stron: 320
Moja ocena: 7/10

„Wszystkie istotne szczegóły tej opowieści są prawdziwe. Wszelkie podobieństwa do rzeczywistości są całkowicie zamierzone.”

Agata to młoda studentka pochodząca z bardzo pobożnej, katolickiej rodziny. Dziadek bojkotuje reklamy IKEI, które rzekomo popierają homoseksualizm. Rodzeństwo określa się mianem pokolenia JP II - siostra Karolina dla Boga rzuciła studia, modlitwą wypełniając każdą możliwą chwilę, w niedalekiej przyszłości chce zostać zakonnicą, natomiast brat Marek należy do stowarzyszenia Młodzieży Wszechpolskiej , w którym uczy się życia zgodnego z wolą Kościoła.  Każdy z członków rodziny Agaty wyznaje skrajnie różne wartości dotyczące życia i rodziny, więc do kogo ma się zwrócić Agata, która wpadła w niechcianą ciążę? Jak usunąć dziecko w kraju, w którym aborcja jest nielegalna?
Dziewczyna znajduje rozwiązanie w organizacji „Women on Waves” zajmującej się przeprowadzaniem aborcji farmakologicznych na statku „Aurora”. Tylko w ten sposób, na wodach międzynarodowych, można dokonać bezpiecznej i legalnej aborcji, z czego Agata postanawia skorzystać. Jednakże, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielu przeciwników ma ta akcja. Przeciwników, którzy chętnie dają o sobie znać, demonstrując swoje poglądy w porcie we Władysławowie, gdzie „Aurora” rozpoczyna swój rejs. Wśród demonstrantów znajduje się ktoś bliski dziewczynie. Ktoś, kto od dłuższego czasu wmieszany jest w prześladowanie osób popierających aborcję. Ktoś, kto planuje zamach na „Aurorę”. O godzinie 21:37…

„Godzina 21:37” to już trzecia część przygód Ellen Elg, autorstwa Karin Alfredsson. „Pierwsza książka z cyklu zdobyła nagrodę Szwedzkiej Akademii Kryminału dla najlepszego debiutu. Pozostałe części zyskały uznanie  krytyków i czytelników w Szwecji.” (fragment noty Wydawcy)
Ellen Elg to ginekolożka zajmująca się problemem ucisku kobiet w różnych częściach świata. Tym razem zawitała do Polski, gdzie według niej, problemem jest ucisk kobiet ze strony Kościoła katolickiego. Czy ma rację? Każdy powinien zdecydować o tym sam, po przeczytaniu książki, czy nawet przed. Każdy może się zgodzić, że jest to temat kontrowersyjny i myślę, że książka ta w Polsce wywoła falę oburzenia – dla wielu może nawet wydać się obraźliwa. Dla mnie taka nie jest…

Pomijając kwestię zawartości książki, jako samego problemu aborcji i fanatyzmu religijnego, chciałabym bardziej skupić się na stylistyce i jej wartości dla czytelnika. Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że jest to powieść wielowątkowa – jednego razu przeskakujemy do Władysławowa, potem do Szwecji,  by później wrócić do Gdańska. Ponadto przeskakujemy też w czasie, przenosząc się z przeszłości do teraźniejszości. Ciekawy pomysł, gdy przeszłość robi nam za tło całej powieści. Niestety, przynajmniej na początku, można się pogubić podczas takiego przeskakiwania – mnie to początkowo sprawiało problem i ciężko mi się było odnaleźć. Dopiero z czasem przyzwyczaiłam się do takiej chaotycznej formy narracji.

Pomijając kwestię narracji, podobała mi się atmosfera tej książki – z każdą kolejną stroną zastanawiałam się o co chodzi i co się stanie dalej. Ta ciągła niepewność , jak rozwiną się losy naszych bohaterów, naprawdę napędzała mnie do czytania. Może właśnie dlatego tak szybko ją przeczytałam, zarywając nockę – ciekawość zżerała mnie przez cały czas.
Kolejną rzeczą, którą można pochwalić, jest całkiem niezłe odtworzenie polskiej mentalności i rzeczywistości przez autorkę, która jest Szwedzką dziennikarką. Muszę przyznać, że życie rodziny Agaty jest bardzo realnie wykreowana, za co plus.

Jeśli chodzi o minusy – jestem naprawdę rozczarowana zakończeniem. Po takiej fabule, która non stop podsycała moją ciekawość, oczekiwałam czegoś lepszego. Czegoś dobitniejszego, co wbiło by mnie w oparcie łóżka. Jedyne, co dostałam to zawód. Fabuła bardzo dobrze się rozwija przez całą książkę, trzymając w napięciu, aż do momentu, kiedy cała historia się kończy, a my zostajemy z tuzinem pytań i kilkoma niewyjaśnionymi wątkami. Naprawdę, zbyt dużo niedopowiedzeń – chociażby wątek Sture’a albo korespondencja między Leną a Misse – po co autorka zamieściła te wątki w książce, nie planując sensownego ich rozwinięcia? Nie wiem… Ale z pewnością jest to minus.

Tak czy owak, nie żałuję, że miałam okazję przeczytać tę książkę. Może właśnie przez problem, który porusza. Jestem zwolenniczką książek „życiowych”, które poruszają trudne tematy i często należą do historii trudnych. Jestem pewna, że „Godzina 21:37” wywoła w Polsce wiele kontrowersji – chociażby przez swoją oryginalną okładkę (którą można zobaczyć obok). Niemniej jednak, mimo zakończenia, które zawiodło moje oczekiwania oraz mimo tych niewyjaśnionych wątków, zachęcam do lektury. Właśnie przez tematykę, którą porusza. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości  Wydawnictwa Czarna Owca

Nekrofikcje - Paweł Ciećwierz

Autor: Paweł Ciećwierz
Tytuł: Nekrofikcje
Wydawnictwo: superNOWA, 2009
Liczba stron: 416
Moja ocena: 6,5/10


Gdzieś w samym sercu gnijącego od wewnątrz miasta, w którym narkotyki i alkohol są chlebem powszednim, a krew przelewana jest bez skrupułów, mieszka człowiek, dla którego Mgława jest prawdziwym domem. Człowiek ten świetnie odnajduje się w zgniliźnie tego miasta. Żyje w zepsuciu, ociekającym brzydotą i  okrucieństwem, karmiąc się nim każdego dnia.  Kim jest człowiek, który znajduje przyjemność w zamieszkiwaniu tak przerażająco obrzydliwego miejsca, jakim jest Mgława? Odpowiedź jest prosta – Paul Brighella – handlarz narkotyków i nekromanta z heretyckim pentagramem w papierach.           
 „Niektórzy rodzą się dla porannego blasku, inni dla nieskończonej nocy.”           
Brighella z całą pewnością należy do tych drugich – ludzi zrodzonych dla nieskończonej nocy…
Życie bohatera ze spaczonym systemem wartości jest dosyć proste – ostre imprezy ociekające alkoholem, garstka narkotyków i panienki. Od czasu do czasu jakieś pokrętne zlecenie na wskrzeszenie nieboszczyka, bądź zlikwidowanie bandy wygłodniałych zombie.  Ot, życie zwykłego maga-nekromanty. Gorzej jest, gdy do tego prostego życia wkradają się komplikacje – chociażby emocje związane z bliskimi osobami. Nie wspominając już o szemranych gościach, dla których zabicie Brighelli wydaje się być tak proste, jak zabicie pająka. No i cóż począć, gdy na swym karku czujemy oddech psychopatycznej morderczyni albo członka Instytutu Inkwizycji, dla którego tortury są zwykłą codziennością? Brighella zna na to sposoby.
Wydaje się, że nasz główny bohater jest w czepku urodzony. Z każdych, nawet najgorszych i z pozoru niemożliwych do przeżycia sytuacji, Brighella wychodzi bez szwanku. Choć czy zawsze? Może okrutna Izis wreszcie dopadnie swoją ofiarę, którą ściga nawet na innym kontynencie i wtedy zakończą się przygody naszego bohatera? A może nawet śmierć nie jest w stanie powstrzymać Brighelli? Wszak to nekromanta, który na co dzień trudni się wskrzeszaniem umarłych…
"Nekrofikcje” to debiut Pawła Ciećwierza. Zbiór 8 opowiadań, które ściśle uzupełniają się nawzajem, przenikając się, stopniowo dostarczając nowych informacji, których wyczekuje czytelnik. „Nekrofikcje” to spora mieszanka literacka – znajdziemy w niej elementy horroru i fantasy, trochę kryminału, a nawet nutkę erotyki. Ale czy jest to debiut udany? O tym niżej.
 
Szczerze przyznam, że mam mieszane uczucia, co do tej lektury. Początkowo brnęłam przez nią, jak przez gęste bagno, zastanawiając się, co tak zachwyciło moich znajomych, którzy zachwalali tę pozycję. Potem, gdzieś w połowie zaczęłam odczuwać lekkie zainteresowanie. Ale żeby dopiero w połowie?! Sama nie wiem…
Atutem tej książki z pewnością są świetnie zarysowane sylwetki bohaterów. Sam Brighella ma dosyć skomplikowaną osobowość, w której nie brak niekonsekwencji. Mamy też Skuda, przyjaciela-psychopatę, który nie odczuwa strachu, co czyni go jeszcze bardziej nieobliczalnym. Później kilka postaci żeńskich – potężne wiedźmy pozbawione skrupułów, orientalne morderczynie i wyuzdane nastolatki. 
 
Sama Mgława również jest całkiem nieźle wykreowana. Miasto w stanie rozkładu kontrolowane przez Kościół z niemoralnymi mieszkańcami lubującymi się w narkotykach i przemocy. Brzydota i okrucieństwo Mgławy, są niemal hipnotyzujące.
Ponadto opisy Afryki i Indii, do których zabiera nas autor w swoich opowiadaniach. Można spojrzeć na nie z nieco innej perspektywy – brzydkiej, okrutnej i krwawej. Muszę przyznać, że autor stworzył całkiem ciekawe opisy, zarówno scenerii, jak i postaci. Za to, niewątpliwie, plus.

I tutaj chyba kończą się atuty, a zaczynają się słabości. Przede wszystkim akcja – niby wartka i wciągająca, pełna intryg i zwrotów akcji. Niestety, w rzeczywistości przypomina sinusoidę, w której nie brak dobrych jak i słabych momentów. Niektóre fragmenty są naprawdę świetne – właśnie dzięki nim cała fabuła jako tako się broni, ale niektóre z nich są po prostu słabe.
 
Po drugie kolejne zastrzeżenie, co do fabuły, która rozpędza się do ostrego punktu kulminacyjnego, by nagle skończyć się w najlepszym momencie. I tak za każdym razem, w każdym opowiadaniu. Wtedy autor przenosi nas w całkiem inny świat, a to, co nas najbardziej interesuje, wyjaśnia się gdzieś dalej, w kilku nikłych słowach.

Po trzecie – otwarte zakończenie. Naprawdę nie lubię otwartych zakończeń. Jak już kiedyś wspominałam, lubię jasne sytuacje, a nie, takie porzucanie całej historii w interesującym momencie, jakby chęci do pisania gdzieś wyparowały. Dla jednych pewnie to zaleta, nutka tajemniczości i miejsce na własną interpretację, ale dla mnie jest to jeden wielki minus.
 
Podsumowując: książka ma kilka silnych plusów, którymi z całą pewnością są bohaterowie i opisy, które przyciągają czytelnika. Niestety plusy te równoważone są przez silne minusy – to nieszczęsne otwarte zakończenie, którego tak nie lubię oraz nagminnie urywana w najlepszych momentach, akcja. Dlatego tak ciężko określić mi, czy debiut Pawła Ciećwierza należy do udanych. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że nie należy do nieudanych, bowiem „Nekrofikcje” nie zaliczają się do książek, które zamknęłabym w pudle z napisem „totalna klapa”. Tak czy inaczej, w „rewelacjach” też bym ich nie zamknęła.

Myślę, że książka ta plasuje się gdzieś pośrodku tych dwóch kategorii. Mimo wszystko poczułam do niej odrobinę sympatii, szczególnie do głównego bohatera, który jest całkiem interesującą, pokręconą postacią. Zachęcam do przeczytania i przekonania się na własnej skórze, czy debiut Pawła Ciećwierza należy do udanych. Osobiście, z ciekawości, sięgnę po kolejną książkę tego autora, zatytułowaną „Synowie Kaina, córy Lilith”, która (wg okładki „Nekrofikcji”) jest analizą mitu wampira w kulturze popularnej. Mimo przeczytania tylu książek o wampirach, wciąż mam do nich słabość ;)


Paweł Ciećwierz - urodzony trzydzieści lat temu na Śląsku. Doktor literaturoznawstwa, autor wielu opowiadań z pogranicza fantastyki i horroru oraz artykułów kulturoznawczych. Na wydanie oczekuje jego książka Synowie Kaina, córy Lilith, będąca analizą mitu wampira w kulturze popularnej.
W przeszłości trudnił się dziennikarstwem, handlem, konferansjerką, organizacją widowisk, malowaniem domów, wypożyczaniem płyt, sprzątaniem oraz przez krótką chwilę marketingiem politycznym. Do tego ostatniego przyznaje się ze wstydem. Lubi nowe miejsca, niepowtarzalne sytuacje i tradycyjne sztuki walki. Zarabia na życie mówieniem, tylko na tym - jak twierdzi - się zna. Bezdzietny, bez prawa jazdy oraz planów na przyszłość.

Miłość, tylko miłość - Mirosław Sośnicki

Autor: Mirosław Sośnicki
Tytuł: Miłość, tylko miłość
Wydawnictwo: MTM, 2009
Liczba stron: 296
Moja ocena: 8,5/10

Czasem bywa tak, że los postanawia zweryfikować nasze życie stawiając nas przed ciężką próbą. Poważna choroba, która dotyka nas niespodziewanie. Śmierć bliskiej osoby. Tysiące innych, drobnych sytuacji, które są dla nas najtrudniejszym w życiu egzaminem. Są sprawdzianem naszej siły psychicznej i wiary. Wiary w to, że może się udać. Są również motywacją do działania, motorem napędowym do zmiany swojego życia czy światopoglądu.  Do znalezienia głębszego znaczenia, które umknęło nam gdzieś w trakcie w pogoni za szczęściem. Przed taką próbą stanęła Joanna, główna bohaterka powieści…

Wydaje się, że Joanna ma wszystko – idealną figurę, mężczyznę u swego boku i dobrze prosperującą firmę, a co za tym idzie – pieniądze. Żyć, nie umierać. Ale czy to wszystko? Czy to, co ma, na pewno daje jej szczęście? Któż to może wiedzieć… Może Bóg?
I właśnie wtedy wszystko się zmienia. Wraz z zawałem, który pojawił się kompletnie niespodziewanie, pojawiają się również odpowiedzi i przekonanie, że należy coś w życiu zmienić.  Trzeba zakończyć to, co spowodowało atak serca. Trzeba zacząć żyć inaczej.

            Wówczas, w życiu Joanny, równie niespodziewanie jak zawał, pojawia się Jakub. Poznają się przypadkiem, w szpitalnej sali, na oddziale onkologii. Bo Jakub jest chory. I to śmiertelnie… 

            Joanna i Jakub ledwo się znają, ale podświadomie czują, że są sobie przeznaczeni. Irracjonalnym wydawać się może ich przywiązanie do siebie po tygodniu znajomości, ale cóż poradzić, gdy oboje wiedzą, że łączy ich coś szczególnego. Niestety, gdzieś za rogiem czai się choroba Jakuba, która ciągnie za sobą delikatny zapach rumianku. Czy uczucie, które połączyło ich tak nagle, przetrwa próbę? Kolejną, która staje na drodze Joanny… Czy poradzą sobie ze świadomością, że ich przyszłość jest niepewna? Że w każdej chwili może się skończyć?
„Przecież Bóg nie jest partaczem”*           
            Szczerze przyznam, że byłam bardzo ciekawa tej książki. Miałam przyjemność poznać historię Modżiburków tegoż samego Autora, dlatego byłam strasznie zaintrygowana, co tym razem przygotował dla nas Mirosław Sośnicki.
Przede wszystkim, książka jest zupełnie inna niż „Modżiburki dwa”,  choć wciąż pozostaje w tematyce miłości i to miłości prawdziwej, czystej i wyjątkowej. Naprawdę, nie mogę wyjść z podziwu i ze wzruszenia - Autor w bardzo szczególny sposób kreuje fabułę swoich książek – nie dość, że przesycone są niesamowitymi uczuciami, które poruszają do głębi, to jeszcze jest w nich nutka tajemniczości i niewyjaśnionych zjawisk. Jestem pod wrażeniem.
Wracając do odmienności obu książek – w „Modżiburkach…” mieliśmy miłość i to ona była głównym motywem całej powieści. Natomiast w „Miłość, tylko miłość”, wbrew tytułowi, głównym motywem nie jest sama miłość, ale również walka z losem, wiara w niemożliwe, śmierć bliskich, choroba i zdrada. Ta powieść jest bardziej „życiowa”, przez co bardziej smutna i poruszająca. Można powiedzieć, że jest przejmująco ludzka, co nadaje jej specyficznej wartości, zupełnie innej, niż wartość Modżiburków.

            Mirosław Sośnicki po raz kolejny poruszył moje serce. Tym razem inaczej – bardziej realistycznie, choć wciąż głęboko. Były momenty, kiedy zapierało mi dech w piersi ze wzruszenia. Bo przy czytaniu tej powieści nie sposób się nie wzruszyć. Czysta i prawdziwa miłość. Walka z przeznaczeniem. Wiara w niemożliwe.

            Niestety, nie do końca jest tak kolorowo. Po pierwsze, mam niemiłe wrażenie, że niektóre wątki były napoczęte, a potem porzucone bez dalszego wyjaśnienia – chociażby fragment z włamaniem do pensjonatu i biegającymi ochroniarzami. O co chodziło, tak naprawdę nie wiemy aż do samego końca. Szkoda, nie lubię, gdy jakieś informacje mi umykają. Po drugie, zakończenie. Muszę przyznać, że nieco się zawiodłam. Przypuszczam, że był to zabieg celowy, który daje czytelnikowi możliwość własnej interpretacji – może zakończyć całą historię według siebie  – albo dobrze, albo źle. Niestety, osobiście preferuję jasne sytuacje i przyznaję, że odczuwam przeogromny niedosyt.

            Tak czy siak, książkę polecam. Te drobne mankamenty, o których wspomniałam wyżej nie ujmują książce jej wyjątkowego uroku i magii, który jest w niej najważniejszy.  Choć jestem odrobinkę rozczarowana tym zakończeniem, wiem, że książka Mirosława Sośnickiego zostanie na długo w mojej pamięci i cieszę się, że miałam przyjemność ją przeczytać.
„Miłość, tylko miłość. Ona jest najważniejsza”*  
 *Wszystkie cytaty pochodzą z książki

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Mirosława Sośnickiego oraz


Ponownie, serdecznie dziękuję za dedykację :)

ankieta kreatywnego klubu dyskusyjnego

Przypadkiem wpadłam dzisiaj na blog kreatywy, która w ramach Kreatywnego Klubu Dyskusyjnego zaproponowała ciekawą ankietę, w której postanowiłam wziąć udział, a co! :) A oto pytania i moje odpowiedzi:





1) Gdzie najchętniej czytacie - czy macie swoje ulubione miejsca, w których czytanie smakuje najlepiej?

Z całą pewnością mogę odpowiedzieć, że moim ulubionym miejscem do czytania jest moje łóżko. Siedząc czy leżąc - tam jest mi najwygodniej. Stworzyłam sobie niezłą czytelnię wokół niego - parapet zamienił się w półkę z książkami i lampką, która jest świetnym ułatwieniem przy czytaniu przed snem, gdzieś tam stawiam sobie kubek gorącej herbaty i nic tylko czytać. 


październikowe stosy

No i zaczął się październik, a wraz z październikiem rok akademicki. Niestety. Albo i stety. Ale jeśli chodzi o książki to niestety - czasu na czytanie coraz mniej. Tak czy siak na mnie to najwidoczniej kompletnie nie działa, co widać po poniższych stosach i mojej dzisiejszej wycieczce do biblioteki. Czasami mam wrażenie, że zwariowałam ;D

 
Stosik pierwszy to stosik z książkami, które kupiłam i które dostałam od Wydawnictw.
Od góry:

1. Mirosław Sośnicki "Miłość, tylko miłość" - niespodzianka z Wydawnictwa MTM, dziękuję!
2. Cecelia Ahern "PS Kocham Cię" - biedronkowa
3. Valerie Tasso "Dziennik nimfomanki" - j.w.
4. Maggie Stiefvater "Lament" - z Wydawnictwa Illuminatio, recenzja post niżej.


Drugi stosik to stosik biblioteczny. Postanowiłam zrobić sobie krótką wycieczkę - oddać to, co miałam do oddania, wypożyczyć coś dla mamy i zwijać żagle. Żadnego łazikowania, wybierania, o nie. Bo przecież czeka na mnie tyle książek na półce do przeczytania, nie ma co wypożyczać kolejnych nowych. Widać, jak się te moje wewnętrzne walki skończyły ;) Od góry:

1. Andrzej Sapkowski "Ostatnie życzenie" - chłopak nakręcił mnie na Wiedźmina, to teraz będę czytać ;P
2. Andrzej Sapkowski "Miecz przeznaczenia" - j.w.
3. John Grisham "Zawodowiec" - tradycji stało się zadość, książka do góry nogami musi być!
4. Maite Carranza "Przekleństwo Odi" - dorwałam trzecią część i to na dziale nastolatkowym, którego dawno nie odwiedzałam, cóż za radość ;)
5. Shaun Ellis, Penny Junor "Żyjący z wilkami"
6. Barbara Rosiek "Życie w hospicjum"

Teraz nie pozostało mi nic innego, jak czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Ha, a w kolejce czai się jeszcze lektura na zajęcia, czyli "Gulliver's Travels". Jednym słowem - olaboga!

Pozdrawiam Was wszystkich bardzo ciepło w te zimne i bardzo jesienne dni! ;)

Lament. Intryga Królowej Elfów - Maggie Stiefvater

Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: Lament. Intryga Królowej Elfów/ Lament: The Faerie Queen Deception
Wydawnictwo: Illuminatio, 2011
Liczba stron: 320
Moja ocena: 7/10 

            Deirdre to bardzo nieśmiała i wyobcowana nastolatka. Nie należy do świty najpopularniejszych dzieciaków w szkole, które błyszczą swoją obecnością w każdym miejscu, w którym się pojawiają. Deirdre jest dokładnym przeciwieństwem takich dzieciaków. Sama określa się mianem niewidzialnej. Ale fakt ten wcale nie przeszkadza jej w byciu kimś. Bo kto powiedział, że tylko popularni ludzie mogą się wyróżniać? 
            Co sprawia, że nasza główna bohaterka jest taka wyjątkowa, zapytacie: genialna gra na harfie. Muzyka, która wydostaje się spod palców Deirdre jest cudowną, harmonijną melodią, która potrafi zauroczyć każdego słuchacza, wprowadzając go w zupełnie inny świat. Właśnie w ten sposób nastolatka ściąga na siebie ogromne kłopoty, których nie sposób było przewidzieć.
            Wszystko zaczęło się od koncertu, w którym Deirdre brała udział. Jak przed każdym występem, gdzieś za rogiem czaił się stres. A że dziewczyna ma poważne problemy z jego opanowaniem, nerwy wzięły górę i Deirdre nie pozostało nic innego, jak bieg do toalety zakończony niepohamowanymi torsjami. W takim stanie odnalazł ją Luke, zabójczo przystojny chłopak ze snu. Przecież to niemożliwe! Skąd w szkolnej toalecie wyśniony przystojniak?! No właśnie, skąd?
             Odpowiedzi na to pytanie nie łatwo było znaleźć. A jeszcze trudniej było ją poznać i zaakceptować. Okrutna, mistyczna a zarazem niesamowita i kusząca prawda, która tylko pogarsza sytuację Deirdre. I nie tylko Deirdre, bo w tarapaty popadają również jej najbliżsi. Cudowny Luke, w którym nastolatka zauroczyła się w mgnieniu oka, okazał się zwiastunem samym problemów. Gdzieś między uczucia łączące dwójkę bohaterów wkradają się psotne i złośliwe elfy, które roztaczają wokół siebie drażniącą woń ziół i idealne, czterolistne koniczynki. A do tego wszystkiego, gdzieś w zaciszu tajemniczej Faerii kryje się Królowa Elfów, którą niepokoi obecność Deirdre i jej wciąż rozwijających się zdolności. Czy główna bohaterka poradzi sobie z trudnościami, które zgotował jej los?
 
            Sięgając po tę książkę, byłam przepełniona ciekawością i przyznaję, że oczekiwaniami również. Na swoim koncie mam sporo powieści fantasy dla młodzieży i coraz trudniej jest mnie zadowolić. Niemniej jednak byłam pełna dobrych chęci, bowiem pierwszy raz miałam okazję czytać książkę o elfach. Bardzo lubię wszelakie mityczne stworzenia i paranormalne historie, więc książka jak znalazł.  Ale czy „Lament” zaspokoił moje oczekiwania, czy też okazał się rozczarowaniem? O tym niżej.
            Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy to oprawa graficzna. Fantastyczna oprawa graficzna. Bardzo lubię połączenie rudości i zieleni, jest takie efektowne i przykuwające wzrok. To skłoniło mnie do dalszych wizualnych oględzin. Wertując książkę zauważyłam, że każda księga poprzedzona jest ślicznym rysunkiem i odpowiednim cytatem. Kolejny plus! Nakarmiwszy swoje oczy, postanowiłam rozpocząć lekturę. 
            Moje wrażenia? Uważam, że „Lament” jest całkiem dobrą lekturą – lekką i przyjemną, z nutą tajemniczości. W odpowiedni sposób dawkuje napięcie, wprowadzając czytelnika w stan oczekiwania. Na przykład wątek Królowej Elfów – co jakiś czas był ledwo, ledwo muskany, powoli karmiąc ciekawość czytelnika, by w końcu wybuchnąć w punkcie kulminacyjnym. Niestety, jak na moje oko trochę za krótko trwał. Myślałam, że poznam więcej informacji o Królowej i kiedy już wątek znalazł się w kulminacyjnym momencie to zostanie rozwinięty, by dokończyć to, co zostało zaczęte podczas wcześniejszych „muśnięć”. A tu nic. Z przykrością muszę stwierdzić, że więcej jest takich niewyjaśnionych wątków, które zostały napoczęte, rozbudziły ciekawość, a potem zostały porzucone, bez rozwiązania. 
Mam cichą nadzieję, że znajdę odpowiedzi na swoje pytania w kontynuacji „Lamentu” pod tytułem „Ballada. Taniec mrocznych elfów”. Poza tym, kolejna część jest poświęcona Jamesowi, który bardzo mi się spodobał jako bohater. Nieco sarkastyczny, dowcipny, z dystansem do siebie i do świata, wierny przyjaciel Deirdre, na którego wsparcie może liczyć w każdej chwili. Z chęcią poznam dalsze losy tego bohatera. Natomiast jeśli chodzi o Luke’a, czegoś mi brakowało. Chyba właśnie tej arogancji i nieco zadartego nosa – to, co zawsze sprawia, że dziewczyny szaleją za główną postacią męską. A tutaj Luke po prostu jest. Przystojny, silny, ratujący z opresji. Niemniej jednak brakowało mu tego „czegoś”. 
Jednakże pomijając niewielkie braki w bohaterach i pogubione wątki, mogę powiedzieć, że książka mi się podobała. Nie rzuciła mnie na kolana, ale też nie zanudziła na śmierć. Cieszę się, że chociaż trochę mogłam zajrzeć do świata elfów i fejów, które wcale nie są słodkie i radosne – wręcz przeciwne, są złośliwe i nieobliczalne. Ich olśniewająca uroda i dzikość są oszałamiające –według podań elfy traktują ludzi jak zabawki, kusząc do radosnego tańca, z którego nie sposób się wyrwać, aż umiera się ze zmęczenia. Naprawdę intrygujący świat, którego nie miałam okazji wcześniej poznać. Całkiem przyjemna powieść fantasy dla młodzieży. Myślę, że warto przeczytać w wolnej chwili, choć moim zdaniem nie należy oczekiwać fajerwerków.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości 

Modżiburki dwa - Mirosław Sośnicki

Autor: Mirosław Sośnicki
Tytuł: Modżiburki dwa
Wydawnictwo: MTM
Liczba stron: 276
Moja ocena: 9/10
„ - Modżiburek Malutki musi mieć znacznie więcej pieszczot. Ma ich bardzo mało i teraz Modżiburek Większy powinien Modżiburkowi Malutkiemu trochę tych pieszczot dać.
- Dobrze. Wyślę ci pocztą. Na początek taką średnią paczkę.
- Tak się pieszczot nie przekazuje!
- A jak?
Pochyliła się nad nim i pocałowała. Długo. Namiętnie.

- Tak się przekazuje pieszczoty – mówi, nie kryjąc zadowolenia.”
            Temat miłości jest wszystkim dobrze znany od wieków – jeśli nie z własnego doświadczenia, to z książek, filmów, teatru, itd., itd. Jest to temat jak rzeka szeroki, wałkowany wzdłuż i wszerz. Miłość szczęśliwa, nieszczęśliwa, odwzajemniona, platoniczna, śmaka i owaka. Wydawać by się mogło, że temat został wyczerpany już jakiś czas temu i nie ma szans na to, by opowiedzieć historię  o miłości, która byłaby oryginalna i nowatorska, a przy tym wciąż aktualna. Zabieg ten wydaje się wręcz niemożliwy w XXI wieku, kiedy wszystkie możliwe opcje zostały wykorzystane. Ale czy na pewno? Widać nie ma rzeczy niemożliwych dla Mirosława Sośnickiego!
„Na świecie żyją dwa Modżiburki. Modżiburek Malutki i Modżiburek Większy. Modżiburki bardzo się kochają. I na tym można by zakończyć tę opowieść. Ale szkoda kończyć, kiedy się dopiero zaczęło.”
            Wbrew pozorom, Modżiburki to nie żadne fantastyczne, baśniowe stworzenia, a zwyczajne istoty ludzkie, z krwi i kości, które widzimy na co dzień – na ulicach, w pracy, w autobusie i w lustrze. Jednakże coś wyróżnia Modżiburki z szarego tłumu ludzi i sprawia, że są wyjątkowe. To miłość. Miłość, która łączy je od kilku lat, nieprzerwanie. A wszystko za sprawą przypadku. Zaczęło się od mailowej korespondencji, którą nawiązał zakochany w ptakach Modżiburek Malutki. I tak „od słowa do słowa, kończy się rozmowa, a zaczyna miłość”*, jak napisała Krystyna Kofta w jednej ze swoich książek. 

            Zrządzeniem losu Ona poznała Jego, a On poznał Ją. Czyżby to przeznaczenie splotło ich ścieżki? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że Modżiburki bardzo się kochają. Miłością czystą, bezgraniczną i prawdziwą. Mieszkają wspólnie w swoim gniazdku w Górach Sowich i tam wiodą spokojne, proste życie – pracują, gotują, prowadzą dom, dbają o ogród. Jednakże najbardziej Modżiburki lubią się kochać. I kochają się najszczerzej na świecie. 

            Życie Modżiburków jest nieskomplikowane acz przepełnione szczęściem. Celebrują każdy dzień spędzony ze sobą. A gdy nie są razem, tęsknią. Najbardziej na świecie tęskni Modżiburek Malutki. Bo Modżiburki są jak nierozerwalna jedność, która dopełnia się w każdym kawałeczku. Ale czy na pewno? Czy nie brakuje im czegoś do całkowitej pełni szczęścia? 

            Wracając do pytania, które zadałam na początku recenzji, czy istnieje jeszcze szansa na stworzenie miłosnej historii, która byłaby jedyna i niepowtarzalna, wciąż oryginalna, myślę, że mogę odpowiedzieć twierdząco. „Modżiburki dwa” Mirosława Sośnickiego są na to świetnym dowodem.

            „Modżiburki dwa” to przede wszystkim książka uniwersalna, która przedstawia nam wartości ponadczasowe, zawsze prawdziwe. Właśnie dzisiaj, w XXI wieku, kiedy większość ludzi odrzuca miłość - bo boją się odtrącenia; słabości, gdy kochają; zależności od drugiego człowieka - takie historie są nam bardzo potrzebne. Mimo, że świetnie zdajemy sobie sprawę, że to fikcja literacka (a może jednak nie? bo czy można tak pięknie pisać o miłości, nie znając tego uczucia z własnego doświadczenia?), potrzebujemy wiary, że prawdziwa miłość jeszcze istnieje i, że warto żyć dla nadziei, że kiedyś na swej drodze spotkamy naszego własnego Modżiburka, który obdarzy nas czystą, bezwarunkową miłością.

            Przyznaję, że podczas czytania moje oczy wielokrotnie wypełniały się łzami – zarówno ze szczęścia, jak i ze wzruszenia. Książka momentami jest rozczulająca i tak bardzo ciepła, że nie sposób się nie uśmiechać. Wypełnia szczęściem do granic możliwości i sprawia, że chce się kochać. Jestem nią zachwycona, nawet mimo faktu, że czasem odczuwałam lekkie poirytowanie stylem, w którym jest napisana – chwilami przypominała mi bajeczkę dla dzieci. Ale może właśnie w tym tkwi jej urok?

            Czasami dopadały mnie wątpliwości. Jedno wielkie zwątpienie czające się za plecami. Bo przecież nie może być tak idealnie… Gdzie skryła się ta prawdziwa miłość? Czy ona jeszcze w ogóle istnieje? A potem przypominałam sobie o swoim Modżiburku, którego mam w sercu i kocham troszku za bardzo. I wszystkie wątpliwości natychmiast uciekały po kątach ;)

            Podsumowując: „Modżiburki dwa” to książka wartościowa, do której pewnie nie raz wrócę. Dzięki niej możemy się przekonać, że szczęście i piękno tkwi w prostych, codziennych czynnościach. Wystarczy chcieć je dostrzec. Poza tym pokazuje, że prawdziwie kocha się czynami a nie słowami. Bo to właśnie w tych drobnych gestach, jak gotowanie ulubionej potrawy dla ukochanego, kryje się prawdziwe uczucie. 

            Dlatego z całego serca polecam Wam lekturę tej książki. Warto.           
„Wszak świat jest lepszy, kiedy ludzie się kochają.” !
*wszystkie cytaty pochodzą z książki oprócz jednego, który pochodzi z książki Krystyny Kofty „Gdyby zamilkły kobiety”

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MTM



Niebo ma kolor zielony - Krystyna Januszewska

Autor: Krystyna Januszewska
Tytuł: Niebo ma kolor zielony
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2004
Liczba stron: 320
Moja ocena: 8,5/10

            Ona, dojrzała kobieta, która przemierza świat z głową w chmurach. On, mężczyzna w kwiecie wieku, który twardo stąpa po ziemi. Małgosia, główna bohaterka, jest osobą, która na stałe zamieszkuje w przeszłości – zatapia się we wspomnieniach w każdej możliwej chwili, meandrując w zakamarkach pamięci. Często zapomina o teraźniejszości i przyszłości, która dobija się do jej drzwi z głośnym łomotem. Jest sentymentalna i przywiązana do swojego rodzinnego domu. Najbardziej jednak przywiązana jest do ogrodu, który sama przez wiele lat pielęgnowała. Niemniej jednak Karol, mąż Małgosi, ma już dosyć dzielącej ich odległości (bowiem Karol nie chce mieszkać w wiejskim domku wraz z żoną i teściami, dlatego mieszka w mieście), dlatego namawia mieszkańców do sprzedaży domu. 

            I właśnie od tej decyzji wszystko się zmienia. Całe życie Małgosi i jej rodziny przewraca się do góry nogami. Dom zostaje sprzedany z ogromnym bólem, ponieważ ojciec Małgosi był do niego niesamowicie przywiązany. Był to jego rodzinny dom, który przetrwał okres wojny, który chciał przekazać dalszym pokoleniom. A nagle został mu odebrany…
            Zarówno Małgosia z Karolem, jak i rodzice, musieli przeprowadzić się do miasta. Do krainy szarych, betonowych pudeł, w której ludzie poupychani są w każdym możliwym kącie, a do tego wszystkiego brakuje zieleni i dzikiej natury, którą mieli na wyciągnięcie ręki. Cierpią wszyscy prócz Karola, który zadowolony jest, że wreszcie udało mu się pozbyć tej zarośniętej rudery. Nie widzi, że jego żona więdnie niczym zaniedbywany kwiat. Małgosia tęskni, do tego, co było jej tak bliskie, przez całe życie. Nie potrafi odnaleźć się w nowym świecie, odartym z zieleni, którą tak kochała. Poszukuje miejsca dla siebie, ale wtedy wszystko zaczyna się sypać, jak pieczołowicie budowany domek z kart. Małżeństwo, życie zawodowe, rodzina, przyjaźń. Zaczyna tracić wszystko to, co zdobyła przez całe swoje życie, tak jak straciła dom i tak bardzo kochany ogród. Jak potoczą się losy głównej bohaterki?

            „Niebo ma kolor zielony” to piękna powieść o tęsknocie, o utracie i walce o własne przekonania. Główna bohaterka opowiada nam swoją historię, raz po raz przenosząc nas w przeszłość, zarówno swoją jak i jej bliskich. Zatapia się we wspomnieniach, w których szuka ukojenia, po utracie najważniejszej rzeczy w jej życiu – rodzinnego domu z ogrodem. A kolejne już ustawiają się w kolejce, by opuścić Małgosię bezpowrotnie. 

            Bardzo podoba mi się sposób w jaki autorka kreuje fabułę. Wydaje się, że Krystyna Januszewska pisze obrazami, stwarzając bogate i plastyczne opisy, które sprawiają, że moja wyobraźnia szalała od ilości różnorakich doznań. Momentami miałam wrażenie, że sama znajduję się w tym pięknym ogrodzie, że to mnie trawa muska po bosych stopach i że to ja czuję te wszystkie otaczające mnie zapachy kwiatów i ziół. Jestem naprawdę zachwycona wszystkimi opisami i tym, że autorka puściła wodze swojej fantazji tworząc tak fantastyczne obrazy.

            Książka skłania do przemyśleń nad życiem, które przemija i nic na to nie można poradzić. Pokazuje, że kurczowe trzymanie się przeszłości jest zgubne dla teraźniejszego życia – zatopieni we wspomnieniach nie zauważamy tego, co się dzieje teraz, w tym momencie. Ponadto ukazuje nam  jak trudne bywa borykanie się z utratą rzeczy i osób, które to uważaliśmy za pewnik w naszym życiu. Naprawdę bardzo refleksyjna powieść.

            Na pewno nie mogę powiedzieć, że „Niebo ma kolor zielony” to typowe, lekkie „babskie czytadło”. Mimo tego, że książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie,  było w niej wiele momentów, które odbierały mi dech na kilka chwil. Fragmenty te szokowały, wzruszały i chwytały za serce. Dlatego jestem tak bardzo zafascynowana tą książką i z pewnością polecam ją innym czytelnikom.           
 ,,Dzięki Ci, Boże za ten skrawek ziemi, za okruch zawieszony w kosmosie, tak mały i bezbronny, a jednocześnie wielki i wszechmocny, uporządkowany, ujęty w naturalne prawa, trudny do zastąpienia najdoskonalszymi technologiami. Kiedyś stanę się jego cząstką, elementem, składnikiem na równych prawach z atomem”