stosik z końca września

Jako, że zbliża się październik i wkrótce czas wracać na uczelnię, postanowiłam zrobić mały porządek tu i tam. Jesienne porządki dopadły również biblioteczkę i tak okazało się, że mam parę nowych książek do przeczytania, które uzbierały się na ten oto stosik:



Od góry:
1. Mirosław Sośnicki "Modżiburki dwa" - od Wydawnictwa MTM (z dedykacją ;))
2. Anrzej Lipiński "Kalinka" - od Wydawnictwa Dobra Literatura (recenzja tutaj)
3. Ireneusz Pawlik "Pocałunek, czułość i rozkosz" - z wymiany na LC z Izuś (oczywiście nie obeszło się bez walnięcia czegoś do góry nogami...)
4. Jan Costin Wagner "Milczenie" - z wymiany na LC z Bujaczek
5. Adlerton "Wybierz psa dla siebie" - j.w.

Jakie to smutne, że po 3 miesiącach notorycznego obijania się trzeba wreszcie ruszyć zadek i znowu zacząć się uczyć... Ale! Będę mogła czytać w autobusie. I na schodach uczelni. I pod ławką. Wszędzieeee ;)

Pozdrawiam serdecznie wszystkich, który czytają moje wypociny. Dziękuję za poświęcony mi czas i komentarze, które motywują do dalszego działania :)

Kalinka - Andrzej Lipiński

Autor: Andrzej Lipiński
Tytuł: Kalinka
Wydawnictwo: Dobra Literatura, 2011
Liczba stron: 231
Moja ocena: -/10
„Długo trzymałem obraz kwitnącej jabłoni na wysokości jej oczu. Patrzyła zauroczona w tę cichą krainę, jakby chciała do niej wejść. Gdyby mogła poruszyć ręką, wyciągnęłaby ją w stronę łąki i próbowała dotknąć mleczy. Gdyby umiała chodzić, weszłaby tam jak Alicja do Krainy Czarów… i może już nigdy nie wróciłaby do pokoju.”*
                Tytułowa Kalinka to dziewczynka cierpiąca na rdzeniowy zanik mięśni. Od urodzenia skazana jest na poznawanie świata z perspektywy wiecznie nieruchomo leżącego ciałka. Jej jedynym oknem na świat są jej oczy, które skrywają w sobie duszę zdrowej dziewczynki, która jest gdzieś głęboko ukryta w schorowanym ciele. Tak głęboko, że nie sposób jej wydostać z bezwładnej, materialnej istoty...

                Niemniej jednak rodzice Kalinki – Andrzej i Barka – nie poddają się w tej nierównej walce z nieuniknioną śmiercią. Swoje mieszkanie zmienili w prywatny szpital intensywnej terapii. Ich samochód stał się osobistą karetką, przystosowaną do potrzeb małej Roślinki. Otaczając się sprzętem medycznym próbują stworzyć „normalny” świat pozbawiony bezdusznej sterylności. Mimo utrudnień jakie nałożyła na nich choroba ukochanej córeczki, próbują wieść życie, jakie wiedliby, gdyby Kalinka była zdrowa. Odbywają podróże po Europie i po Polsce, chcąc pokazać córce, jak piękny jest świat, który ją otacza. Niestety, podróże nie należą do komfortowych i przyjemnych, jak mogłoby się wydawać – oddychanie Kalinki wymaga stałego nadzoru, bowiem na respiratorze nie można polegać, o czym Andrzej również się przekonał nie raz.
„Ile razy można godzić się ze śmiercią własnego dziecka i odprowadzać je w duchu do bramy, za którą nie widać drogi?”*
                 Życie Andrzeja i Barki to ciągła walka o ocalenie ulotnego życia córki z czekającą u progu śmiercią. Ciągłe wyrywanie Kalinki z rąk śmierci bywa męczące i przytłaczające, ale rodzice wciąż nie tracą nadziei. Chwytają się każdej możliwej deski ratunku, która pojawia się na ich horyzoncie – nawet jeśli jest to deska spróchniała, której nawet nie warto się łapać. Tam, gdzie zawiodła medycyna, próbują innych, alternatywnych metod. Przejeżdżając Polskę wzdłuż i wszerz, szukają pomocy u uzdrowicieli, energoterapeutów i cudotwórców. Próbują wszystkiego – mimo głośnych protestów racjonalnego myślenia – nawet leczenia na odległość i kuracji przez telefon. Jedni pomyślą, że to głupota i naiwność, ale cóż innego pozostało, gdy wszystko inne zawodzi? Gdy wciąż jest nadzieja? Gdy wciąż chce się próbować? Bo może zdarzy się cud? Bo przecież warto…

„Tak jak walka napędza samą siebie  i jest, przynajmniej do czasu, swoim własnym źródłem energii, tak bezradność rodzi rezygnację, staje się błędnym kołem poddania i utraty sił.”*

„Kalinka” to łapiąca za serce, autentyczna historia Andrzeja Lipińskiego, przepełniona miłością, nadzieją i wiarą w niemożliwe, ale również pełna paraliżującego strachu, bezsilności i zwątpienia.

Dla Autora książka jest formą terapii, sposobem na znalezienie szukanych odpowiedzi i swoistym oczyszczeniem myśli. Jest próbą zaakceptowania działań okrutnego losu, zrozumienia  własnej tragedii. Jest również próbą na odnalezienie sensu cierpienia. A dla Czytelnika? Czym „Kalinka” jest dla jej odbiorców? 

Z pewnością jest to przejmująca lektura, która zostanie na długo w  pamięci – dzięki swojej autentyczności, ale również dzięki emocjom, które wyzwala.  Dla jednych z pewnością będzie kolejną przeczytaną książką w domowej biblioteczce, ale dla drugich może być wsparciem i inspiracją do działania. Do tego by się nie poddawać i żyć. By wciąż na nowo szukać szczęścia i wierzyć, mimo przeciwności losu. 

Jestem pełna podziwu dla Andrzeja Lipińskiego. Za co? Za to, że znalazł w sobie siłę i odwagę by spisać swoje przeżycia i podzielić się nimi z całym światem. Podzielił się nie tylko swoją tragedią, ale również wiarą, która często jest nam bardzo potrzebna. I nie wiarą w sensie religijnym, ale wiarą w ludzkie możliwości, w odporność na ból i cierpienie. Wiarą w człowieka. 
Autor świetnie przelewa na papier swoje emocje – strach, bezsilność, frustrację, ale również wszechogarniającą miłość do córki i żony oraz nadzieję. W przejmujący sposób pisze o swojej codzienności, o sześciu latach walki o życie swojej chorej córki. O ciągłym strachu  i niepewności, że śmierć może nadejść nagle, w najmniej oczekiwanym momencie. O radości, którą widział w oczach swojej nieruchomej córeczki nazywanej Roślinką. 

                Pewnie zapytacie, gdzie podziała się ocena książki, która zawsze pojawia się w moich recenzjach. Otóż postanowiłam nie oceniać tej książki żadnymi przyziemnymi numerkami. Bo jakim prawem mam oceniać czyjeś życie? Pewnie powiecie, że Autor sam wystawia się na krytykę publikując książkę. Owszem, macie rację. Ale ja osobiście tego nie zrobię. Nie będę krytykować tragicznej historii czyjegoś życia, bo to nie jest fikcja literacka, a namacalna rzeczywistość. Ocenę zostawię Wam, każdemu z osobna. Ze swojej strony mogę powiedzieć tylko tyle, że zachęcam każdego z Was do lektury „Kalinki” Andrzeja Lipińskiego.

*Wszystkie cytaty pochodzą z recenzowanej książki.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dobra Literatura


Pawilon Kwiatu Brzoskwini - Mingmei Yip

Autor: Mingmei Yip
Tytuł: Pawilon Kwiatu Brzoskwini/ Peach Blossom Pavilion
Wydawnictwo: Świat Książki, 2010
Liczba stron: 592
Moja ocena: 9/10

„Para nefrytowych ramion, używanych jako podgłówki do snu przez tysiąc gości; dwie płachetki pąsowych ust smakowanych przez dziesięć tysięcy mężczyzn.”

                Dziś Xiang Xiang, zwana również Drogocenną Orchideą, ma 98 lat. Wygrzewa się w słońcu Kalifornii, leniwie sącząc herbatę ze swojej czarki. Wpatruje się w czworo skupionych na niej oczu, spijających każde słowo z jej ust niczym słodki miód, kiedy to snuje opowieść o swojej przeszłości. Przeszłości, która na pozór usłana była płatkami kwiatów uperfumowanych najdroższymi pachnidłami. Lecz gdy przyjrzeć się bliżej, pod tymi płatkami zauważyć można cierpienie, tęsknotę i ból. Dlaczego?
                Dlatego, że Drogocenna Orchidea była prestiżową prostytutką, ming ji. Jako mała dziewczynka, mająca zaledwie 13 lat, znalazła się w domu publicznym. Z przepełnionego miłością i bezpieczeństwem domu, w którym mieszkała ze swoimi rodzicami, musiała przenieść się do turkusowego pawilonu. A wszystko to za sprawą śmierci ojca, który utrzymywał rodzinę. Matka Xiang Xiang nie była w  stanie dać swojej jedynej córce godnego życia, więc postanowiła oddać  ją pod opiekę „ciotki”, a sama udała się do klasztoru, by zostać mniszką. 

                I tak właśnie, kompletnie nieświadomie, dziewczynka znalazła się w Pawilonie Kwiatu Brzoskwini, gdzie nie tylko kobiety, ale przede wszystkim młode dziewczęta handlują swoimi umiejętnościami, wykształceniem w sztuce i… ciałem. Fang Rong, rzekoma „ciotka”, dostrzega w Xiang Xiang ogromny potencjał i oszałamiającą urodę, tak więc postanawia jak najszybciej rozpocząć kształtowanie swojej nowej wychowanki. Dziewczynka zaczyna uczyć się gry na lutni, poezji, literatury oraz kaligrafii. Początkowo kształcona jest jedynie w sztukach, które umożliwiają jej dostarczenie wizualnej rozrywki klientowi, lecz wkrótce zacznie również naukę makijażu oraz… sztuki dawania rozkoszy. Xiang Xiang musi dojrzeć w tempie ekspresowym, inaczej znów zostanie ukarana i wtrącona do ciemnego pokoju, gdzie szczury przechadzające się pod jej ubraniami będą doprowadzać ją do utraty zmysłów.

                Wraz z upływem czasu Drogocenna Orchidea zyskuje prestiż stając się ming ji, luksusową kurtyzaną, która jest rozchwytywana wśród klientów zarówno dzięki swoim umiejętnościom gry na lutni, ale również dzięki umiejętności dawania rozkoszy. Ale w głębi dziewczyna wciąż marzy o pomszczeniu swojego ojca i o odnalezieniu swojej matki,  o której słuch zaginął odkąd wyruszyła do Pekinu by zostać mniszką. Co więcej, Orchidea szuka mężczyzny, którego mogłaby pokochać, który wyrwałby ją z piekła, jakim jest Pawilon Kwiatu Brzoskwini.

                Czy uda jej się spełnić swoje marzenia? Czy uda jej się uciec z Pawilonu? Czy wśród „śmierdzących samców”, którzy ją odwiedzają, odnajdzie prawdziwą miłość, o której wciąż śni?

                „Pawilon Kwiatu Brzoskwini” autorstwa Mingmei Yip to egzotyczna podróż do innej kultury, do świata ekskluzywnych kurtyzan, pełnego luksusu, cierpienia i zazdrości, w którym brakuje prawdziwych miłości, są tylko bezpłciowi klienci i tęsknota za niespełnionymi marzeniami.

                Przyznam szczerze, że nie zawiodłam się na tej książce, mimo, że nie jest to jakieś wybitne dzieło literatury. Podoba mi się pierwszoosobowa narracja i sposób, w jaki Xiang Xiang wprowadza nas w swój świat i w swoją przeszłość. Bowiem narracja jest lekka i płynna, ale nie monotonna. Język nie jest wyrafinowany, ale w ciekawy sposób łączy w sobie realizm i wulgarność domu schadzek z wyszukaną elegancją i łagodnością prawdziwej sztuki. A ponadto, subtelna erotyka wpleciona w treść dodaje smaku, sprawiając, że powieść jest jeszcze bardziej intrygująca.

                Lubię czytać książki o takiej tematyce, opowiadającej o innej kulturze, w tym wypadku o kulturze Dalekiego Wschodu. Dzięki słowom i własnej wyobraźni, mogę przenieść się w odległy zakątek, całkowicie odmienny od mojej własnej rzeczywistości. Mogę poznać inne zwyczaje, tradycje i ciekawostki, o których mogłabym nigdy nie usłyszeć. Na przykład o upadku kobiet-kwiatów nowego pokolenia.

„Po pewnym czasie musiałam jednak przyznać, że był to daremny wysiłek – nie chciały poznawać żadnej ze sztuk. Jak przewidziała Perła, kiedy Czerwony Nefryt wygrała konkurs – byłyśmy ostatnim pokoleniem ming ji. Ze smutkiem zdałam sobie sprawę, że miała rację. Epoka wyrafinowanych kurtyzan przechodziła do historii. Te nowe dziewczyny-kwiaty były inne. Umiały jedynie rozkładać nogi.”   

                Podobało mi się również to, że książka trzyma w napięciu do ostatniej chwili, niemal do ostatniej strony. Zakończenie poznamy dosłownie na samym końcu. Lubię taki zabieg literacki, bo wprowadza on nutkę niepewności, która sprawia, że nie można się oderwać od lektury, bo wciąż i wciąż chce się widzieć więcej i więcej. 

                Podsumowując: „Pawilon Kwiatu Brzoskwini” jest jak najbardziej na tak. Nie jest to książka, która przytłacza swoją treścią, ale też nie jest lekkim „babskim czytadłem”. Jeden punkt odjęłam za ten język, o którym już wspominałam. Poza tym jest świetna i bardzo ciekawa. Polecam.

Lena w chmurach - Romek Pawlak

Autor: Romek Pawlak
Tytuł: Lena w chmurach
Wydawnictwo: Akapit Press, 2010
Liczba stron: 232
Moja ocena: 1/10

            Przeciętna nastolatka, która nie wyróżnia się z tłumu, mieszkająca w zwykłej, szarej miejscowości. Wiedzie niepozorne życie, w którym dni nie wyróżniają się niczym szczególnym. Wolne chwile przepełnione są spotkaniami z przyjaciółmi i chłopakiem oraz spełnianiem się w rozwijaniu pasji jaką jest fotografia.
            I nagle Lena zaczyna śnić. A sny te nie należą do przyjemnych, gdyż przepełnione są strachem i trwogą. Od tego momentu zwyczajne życie normalnej nastolatki zaczyna się zmieniać. Lena zaczyna zauważać dziwne cienie przemykające po mieszkaniu. Aż pewnego dnia wszystko się wyjaśnia, jednocześnie jeszcze bardziej się komplikując. Wszystko za sprawą tajemniczego mężczyzny, który pojawił się w mieszkaniu Leny.

            Okazuje się, że to jej ojciec, a dodatkowo jest on… wampirem! Przekazuje Lenie informacje o nadchodzącym zagrożeniu, którego ogrom roi się wokół dziewczyny od pewnego czasu. Uświadamia jej także kim, a raczej czym, jest Lena i jakich wyborów musi dokonać, gdyż jest bardzo ważną osobą w świecie wampirów. I nagle poukładane, spokojne życie piętnastolatki zamienia się w piekło. Zaczyna dostrzegać więcej rzeczy, odkrywa w sobie nowe zdolności, a do tego jej przyjaciółka uważa ją za wariatkę. Na domiar złego, podczas spaceru atakuje ją jakiś dziki pies, a życie ratuje jej równie dzika dziewczyna. Lena ma dosyć swojego wciąż komplikującego się życia. A komplikacjom nie widać końca… Jak skończy się ta cała historia?
            „Lena w chmurach” to powieść dla młodzieży oparta na popularnym w ostatnim czasie schemacie: zwykła dziewczyna z szarego miasteczka z dnia na dzień okazuje się być kimś niesamowicie ważnym, od kogo zależą losy innych i kto ma wpływ na wszystko co się zdarzy. Szczerze przyznam, że jestem już zmęczona i znudzona tymże schematem, który jest oklepany i nieciekawy. 
Naprawdę nie mam siły czytać kolejnych książek, które są na jedno kopyto. Odnoszę wrażenie, że wszystko to dzieje się za sprawą „Zmierzchu” autorstwa Stephenie Meyer. Boom na historie o wampirach wciąż trwa i ciągle produkowane są takie oto książki, jak powieść autorstwa Romka Pawlaka. Trudno mi w niej znaleźć coś, co mogłabym pochwalić i co mogłoby mnie przekonać, aby zachęcić do niej czytelników. Niestety muszę stwierdzić, że nic takiego w niej nie znalazłam, bowiem najważniejsza część powieści, czyli fabuła, jest mocno oklepana i stanowczo zbyt często wykorzystywana przez innych autorów. Myślę, że w obecnych czasach brakuje zaskakującej literatury, która wstrząsałaby czytelnikiem. Mam nadzieję, że epoka „Zmierzchu” minie, gdyż uważam, że wampiry większy sukces odnoszą, kiedy nie muszą odnajdywać się w rzeczywistości nastolatków – bardziej odpowiadają mi w kreacji Anne Rice czy Stokera. Niestety, ale nie polecam tej książki. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu www.amanita.pl 

Królowa Lata - Melissa Marr

Autor: Melissa Marr
Tytuł: Królowa Lata/ Wicked Lovely
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia, 2010
Liczba stron: 376
Moja ocena: 8/10

            Aislinn od dnia swoich narodzin została obdarzona szczególnym darem, który momentami traktuje jak przekleństwo. Chodzi o to, że dziewczyna widzi wróżki - ich częste okrutne zachowania, zarówno wobec siebie nawzajem jak i niczego nieświadomych śmiertelników. Jednak przez lata nauczyła się kontrolować i udawać, że wróżki wcale nie istnieją. W pracy nad sobą pomagała jej babcia, która również widziała to, co Ash. 

            Wszystko mogłoby się potoczyć całkiem normalnie, gdyby na swej drodze nie spotkała olśniewająco pięknego Keenana, który wraz z przerażającą wróżką z towarzyszącym jej wilkiem u boku śledził ją od paru tygodni. Aislinn bała się wróża, jego niesamowitej urody i dziwnych wibracji, które wysyłał. Dziewczyna postanawia powiedzieć o wszystkim swojemu przyjacielowi, Sethowi, który przyjmuje wiadomość o widzeniu wróżek z niewiarygodnie wielkim spokojem. Dzięki temu Ash otrzymuje wsparcie i pomoc w nadchodzących problemach, bowiem Keenan zaczyna ją niemal prześladować – zapisał się do jej szkoły jako nowy uczeń, którego musi oprowadzać, a ten nie odstępuje jej na krok niczym cień... Dodatkowo onieśmielił swoją urodą przyjaciółki Aislinn, które na każdym kroku nakłaniają ją do tego, by zaczęła spotykać się z przystojnym wróżem. Chcąc dowiedzieć się, jakie zamiary ma wobec niej Keenan, umawia się z nim na randkę w wesołym miasteczku, która całkowicie odmienia jej dotychczasowe życie. A wciąż słyszała w głowie przestrzegający ją głos babci, która chciała ochronić ją przed okrucieństwem i przebiegłością wróżek. Jednak nie posłuchała jej i teraz musi podjąć decyzję, od której zależy nie tylko jej życie, ale również życie wszystkich wróżek. Jak Aislinn poradzi sobie z tym, co ją spotkało, a czego bardzo nie chciała? Czy wygra walkę o swoje życie? I nie tylko swoje…

            Szczerze przyznaję, że ciężko było mi się za tę książkę zabrać. Odkładałam ją ciągle na później, aż nadszedł czas, gdy przeczytanie jej stało się nieuniknione. Wszystko to za sprawą krótkiego streszczenia, które zamieszczone jest na tyle okładki – jestem dosyć wybredna, jeśli chodzi o powieści fantasty, więc nie można się dziwić, że po przeczytaniu zdania „Siedemnastoletnia Aislinn widzi wróżki od urodzenia.” miałam problemy z przełamaniem się, co do tej lektury. Bałam się, że będzie to książka, przez którą nie dam rady przebrnąć i tylko zmarnuję czas.  Niemniej jednak jestem mile zaskoczona tym, co znajdowało się wewnątrz „Królowej Lata” autorstwa Melissy Marr. Od samego początku wciągnęłam się w niesamowite życie młodej Aislinn. Spodobała mi się koncepcja, żeby umieścić tok całej fabuły w obecnych czasach – całkiem ciekawe połączenie z okrutnie pięknymi wróżkami, które przemykają się wśród ludzi niezauważone. Ponadto podoba mi się styl autorki i to, że w niektórych momentach można znaleźć pikantne fragmenty, które sprawiają, że na całym ciele pojawiają się ciarki. Ot, subtelna nutka dyskretnego erotyzmu, która potrafi zagęścić atmosferę na krótką chwilę, czarując tym swojego czytelnika. Godne pochwały, aczkolwiek przeznaczone dla starszych czytelników. Cóż dalej… A! Strasznie spodobało mi się to, że przy końcu już, już wydaje się, że mamy szczęśliwe zakończenie, akcja powoli dobiega końca, a tu nagle… ciach! Nagły zwrot akcji i cała historia rozkręca się na nowo, wprowadzając czytelnika w stan zaciekawienia, by z podnieceniem mógł oczekiwać kolejnych rewelacji, które przygotowała autorka. Naprawdę jestem mile zaskoczona. Uważam, że książka ta jest rewelacyjna i z chęcią sięgnę po inne książki tej autorki, które wydała – oby dorównywały, a nawet przebiły „Królową Lata”.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu: www.amanita.pl

Wojna Czarownic. Klan Wilczycy - Maite Carranza

Autor: Maite Carranza
Tytuł: Klan Wilczycy/ Clan de la Loba - z serii "Wojna Czarownic"
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 382
Moja ocena: 8,5/10

            Od niepamiętnych czasów słyszymy o istnieniu czarownic. Jedni w nie wierzą, inni nie. Zwykło się nimi straszyć dzieci, dlatego wyobrażenia o typowej czarownicy są wszystkim znane – podarte łachmany, poczochrane włosy i wielki nos z brodawką na jego czubku a w ręku miotła służąca do latania.
            Natomiast Maite Carranza wyprowadza nas z tego błędu i stereotypowego myślenia. Przedstawia nam historię dwóch, wrogich sobie klanów czarownic – Odish i Omar, które zupełnie różnią się od naszego wyobrażenia czarownic. Wszystkie z nich są piękne, przyciągają uwagę mężczyzn, a ponadto Odish są nieśmiertelne za sprawą krwi niemowląt. 

            Jedną z urodziwych Omar jest rudowłosa Selene, wybranka, która zakończyć ma wielką wojnę czarownic. Pewnego dnia znika bez śladu, pozostawiając swoją nastoletnią córkę, Anaid, samą sobie. Dziewczynka początkowo jest strasznie skołowana tym, co się stało, gdyż całe to zniknięcie wygląda tak, jakby matka rozpłynęła się w powietrzu. Jednakże z czasem poznaje nowe, istotne szczegóły, które odkrywają przed nią coś, co Selene skrzętnie próbowała ukryć...
            Gdy przyjeżdża ciotka Criselda, Anaid dowiaduje się, czym tak naprawdę jest od samych narodzin. Wiadomość, że jest czarownicą początkowo jest dla niej szokiem, lecz z czasem dziewczynka przyzwyczaja się do nowej sytuacji i stara się nauczyć jak najwięcej. Postanawia odnaleźć swoją matkę, którą najprawdopodobniej porwały okrutne Odish. Przed Anaid ciężkie wyzwanie, gdyż, co krok dowiaduje się nowych, szokujących rzeczy, które przewracają jej świat do góry nogami.

            Najnowsza trylogia Maite Carranzy „Wojna czarownic” jest połączeniem fantastyki, powieści współczesnej i odrobiny sensacji oraz romansu. Zaczynając od najbardziej błahej i zarazem oczywistej sprawy, czyli od okładki, można powiedzieć, że oprawa książki jest naprawdę fantastyczna – ruda, zielonooka piękność i przyczajony wilk przyciągają wzrok każdego czytelnika, który tylko zwróci na nią uwagę. 

            Idąc dalej mamy treść – wciągającą i zaskakującą fabułę, która pełna jest sekretów i niedomówień, które wyjaśniane są z biegiem akcji, która rwie do przodu porywając za sobą nieświadomego czytelnika. Ma w sobie to „coś”, co powinna mieć dobra książka. To „coś” sprawia, że czytelnik nie może się od niej oderwać, wertuje ją strona po stronie, a gdy skończy ma nieodparte wrażenie, że mógłby ją czytać już zawsze, poznając dalsze losy bohaterów. To wszystko sprawia, że książka jest niewątpliwie warta poświęcenia chwili uwagi, gdyż jest świetnym kandydatem do młodzieżowego bestsellera – wystarczy tylko przeczytać by się samemu o tym przekonać ;)

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu: www.amanita.pl

Dziesięć minut po miłości - Christine Kerdellant

Autor: Christine Kerdellant
Tytuł: Dziesięć minut po miłości/ Dix minutes après l'amour
Wydawnictwo: Świat Książki, 2008
Liczba stron: 238
Moja ocena: 6/10

O czym myślą mężczyźni dziesięć minut po miłości?
"Dziesięć minut po miłości mężczyźni nienawidzą kobiet. Zwłaszcza tej, która jest obok."
            Nad tym pytaniem oraz nad wieloma innymi, zastanawia się główna bohaterka, Marianne, trzydziestotrzyletnia dziennikarka pisma dla kobiet, która poszukuje mężczyzny idealnego. Od kiedy 2 lata temu, zostawił ją Julien, Marianne jest kobietą samotną, a właściwie to singielką. Współcześnie nie mówi się o kobietach samotnych a stare panny już dawno powinniśmy schować do lamusa. Teraz kobiety są niezależne i wolne z własnego wyboru.

            Tylko, że Marianne wcale nie czuje się silna i niezależna. A tym bardziej nie czuje się wolna z własnego wyboru, bowiem to nie ona wybrała wolność, a jej poprzedni facet. Teraz, zmęczona swoją samotnością,  postanawia zmienić swoją sytuację i szuka wymarzonego księcia z bajki. Niemniej jednak przelotne randki i przygody oraz chwilowe oczarowania nie satysfakcjonują naszej dziennikarki. Bo przecież nie szuka krótkotrwałych uciech, tylko trwałej miłości i partnera na całe życie, z którym będzie mogła założyć rodzinę, dzielić smutki i radości i żyć jak w bajce.
            Nagle, zupełnie przypadkiem, dzięki swojemu błyskotliwemu artykułowi uśmiercającemu legendarny mit o Don Juanie, poznaje Wolnego Idealnego Singla, który chce jej udowodnić, że się myli co do znanego wszystkim podrywacza. Philippe wydaje się być kandydatem perfekcyjnym - zabójczo przystojny, inteligentny, wykształcony i bogaty. Czegóż chcieć więcej? Tak więc Marianne wpada w sidła zauroczenia, z których początkowo nie może się wydostać. Lecz wkrótce wszystko się odmieni, czar pryśnie, a Marianne znów znajdzie się w punkcie wyjścia. Ale czy na pewno? Może jednak gdzieś skrywa się cicha nadzieja, że w życiu Marianne pojawi się On, wymarzony mężczyzna?

            "Dziesięć minut po miłości" to przepełniona humorem i bezbłędnym dowcipem współczesna powieść o relacjach damsko-męskich, które zupełnie zmieniły się na przestrzeni wieków. Za sprawą emancypacji kobiet i feminizmu, współczesne kobiety stały się bardziej otwarte, bardziej niezależne i silniejsze. A co na to mężczyźni? Myślę, że odpowiedź na to pytanie znajdziecie w książce, bowiem ta w dużym stopniu porusza kwestię różnic kulturowych, społecznych i psychologicznych między kobietami a mężczyznami.

            "Dziesięć minut po miłości" to także powieść o tym, co kobiecie siedzi w głowie, o poszukiwaniu ideału mężczyzny, o pogoni za szczęściem. Według mnie jest to typowe babskie czytadło, dobre na wakacje, jesienny wieczór czy po prostu w chwilach relaksu, kiedy chcemy przeczytać coś lekkiego, nie wymagającego zaangażowania z naszej strony. W bardzo dowcipny sposób porusza prozaiczne kwestie w relacjach damsk0-męskich, które sprawiają, że nie sposób się uśmiechnąć. Co więcej, zawiera ogrom zabawnych historyjek oraz ciekawostek, które wprowadzane są w ramach dygresji.
"Grupa pasażerów z Titanica znalazła schronienie na bezludnej wyspie. Wśród nich znajduje się dwóch Włochów i jedna Włoszka, dwóch Francuzów i jedna Francuzka, dwóch Greków i jedna Greczynka, dwóch Niemców i jedna Niemka, dwóch Anglików i jedna Angielka, dwóch Rosjan i  jedna Rosjanka, dwóch Japończyków i jedna Japonka dwóch Chińczyków i jedna Chinka,dwóch Amerykanów i jedna Amerykanka. Kiedy wreszcie po miesiącu, jaki upłynął od katastrofy przybywa pomoc, prawdziwa natura zrobiła swoje:
-Jeden z Włochów usmiercił drugiego, aby zdobyć jego żonę,
-Dwóch Francuzów i Francuzka żyją w zgodnym trójkącie,
-Niemcy opracowali surowy program wizyt i odwiedzają kobietę, kiedy przypada ich kolej,
-Grecy śpią ze sobą, Greczynka zaś sprząta i gotuje,
-Anglicy wciąż czekają aż ktoś wreszcie przedstawi ich rodaczce,
-Rosjanie najpierw długo kontemplowali ocean, potem kobietę a potem poszli się kąpać,
-Japończycy wysłalifax do Tokio i czekają na dalsze instrukcje,
-Chińczycy otworzyli apteke, restaurację, sklep monopolowy, pralnię chemiczną i zapłodnili kobietę, żeby im dostarczała nowych rąk do pracy,
-Amerykanie rozmyślają nad skutecznym sposobem popełnienia samobójstwa, ponieważ ich rodaczka nieustannie biadoli nad swoim ciałem, roztrząsa istotę feminizmu, chce im dorównać we wszelkich wyczynach, pilnuje, zcy podział prac domowych jest sprawiedliwy, uskarża się, że piasek i palmy ją pogrubiają, albo się zastanawia, co zrobić, żeby mieć lepsze stosunki z matką..."
             Myślę, że książka jest dobra, kiedy chcemy się oderwać od cięższej lektury czy też od przytłaczającej rzeczywistości. Tak poza tym, nie jest to książka wysokich lotów, ot kolejna historyjka nieco przypominająca przygody Bridget Jones. Fajne się czyta, ale bez rewelacji dlatego daję 6/10.

Życzenie - Alexandra Bullen

Autor: Alexandra Bullen
Tytuł: Życzenie/ Wish
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 320
Moja ocena: 7/10

            Każdy z nas z pewnością zastanawiał się, co by zrobił, gdyby miał okazję znaleźć złotą rybkę, lampkę Dżina czy inny cudowny przedmiot, który spełni nasze najskrytsze pragnienia. Jestem również pewna, że każdy z nas przesądnie wypowiada w myślach życzenia, gdy widzi spadającą gwiazdę czy też rzęsę na swoim policzku. Ludziom potrzebne są szanse i nadzieja, że ich marzenia mogą się spełnić. Taka nadzieja jest nam szczególnie potrzebna w obliczu tragedii, która nas spotkała – wtedy kurczowo chcemy wierzyć, że jest jeszcze choćby najmniejsza szansa na to, by nasze życie odmieniło się na nowo, by wróciło to, co straciliśmy. I właśnie dlatego wierzymy w życzenia i spełnianie się marzeń.
 
Właśnie w takiej sytuacji znalazła się Olivia. Jej życie było beztroskie i cudowne, dopóki miała u swojego boku siostrę bliźniaczkę. Lecz przez straszny wypadek, który miał miejsce, dziewczyna straciła nie tylko siostrę, ale również istotną część siebie. Stała się obojętna na życie i na to, co dzieje się wokół niej. 
Jednakże rodzice postanowili przeprowadzić się do innego miasta, prawdopodobnie by choć trochę złagodzić ból po stracie córki. Wszystko to skutkuje tym, że Olivia musi zmienić szkołę, co jest kolejnym problemem – nikt nie lubi być nowym, nikt nie lubi aklimatyzować się w nowym, obcym otoczeniu, szczególnie po przeżyciu tak okropnej tragedii. Niemniej jednak Olivia stosunkowo radzi sobie z nowym życiem, które otrzymała, a pomaga jej w tym Miles, chłopak mieszkający naprzeciwko i jego siostra, Bowie. 

Pewnego dnia Olivia dowiaduje się, że ma pojawić się na biurowym spotkaniu jej matki i mimo swojej sytuacji, nie może odmówić swojej obecności. Zrezygnowana poszukuje kreacji na wieczór i odnajduje starą sukienkę swojej siostry, Violet, która postanawia oddać do krawca, ze względu na mały defekt, którego nie zdążyła naprawić przed swoją śmiercią. I w tym właśnie momencie zaczynają się tak naprawdę przygody Olivii i jej kontakt z magią. 

Otóż nieświadoma wszystkiego, dziewczyna otrzymuje od zakręconej krawcowej zaczarowaną sukienkę, która spełnia życzenia i właśnie w tej sukience Olivia udaje się na biurową imprezę, z której porwana jest przez Milesa i Bowie na domówkę u znajomego Grahama. Impreza ta okazuje się osobistą klapą nastolatki i załamana Olivia postanawia wrócić do domu. W tym momencie spełnia swoje pierwsze życzenie – jej siostra wraca do życia. Jako duch, aczkolwiek jest teraz u boku swojej siostry, co jest najistotniejsze. Olivii pozostały jeszcze dwa życzenia – jak je wykorzysta? Czy obecność siostry ułatwi jej życie, czy też zupełnie odwrotnie, skomplikuje i utrudni? Jak potoczą się sprawy sercowe nastolatki? Odpowiedzi na wszystkie nurtujące Was pytania znajdziecie w książce, której warto poświęcić chwilę swojego czasu.

            Gdy pierwszy raz sięgnęłam po tę książkę, nie byłam do niej zbytnio przekonana – oczekiwałam, że będzie to ckliwe romansidło dla nastolatek, które czekają na swojego Księcia z Bajki i poza tym, nie mają żadnych innych problemów. Na szczęście powieść Alexandry Bullen przyniosła pozytywne rozczarowanie. 

„Życzenie” opowiada historię nastolatki, której życie wcale nie jest ckliwe, kolorowe i bezproblemowe – wręcz przeciwnie, dziewczyna zmagać się musi z przeciwnościami, jakie zgotował jej los. I nie są to drobne problemy, które miną – złamane serce, słabe oceny, zły dzień, bowiem główna bohaterka straciła najbliższą jej osobę. A mimo to radzi sobie z kolejnymi problemami, które pojawiają się w jej życiu, każdego kolejnego dnia.

Muszę przyznać, że książka naprawdę mi się podobała, mimo tego, że zaczynam już wyrastać z literatury młodzieżowej. Pomijając ten fakt, stwierdzam, że lektura warta jest czasu, który się jej poświęca. Bardzo spodobał mi się pomysł, z zaklętymi sukienkami, które potrafiły spełniać życzenia – dosyć oryginalne i wydaje mi się, że czegoś takiego nie było jeszcze w literaturze, aczkolwiek mogę się mylić. Tak czy siak, książka jest naprawdę ciekawa i poruszająca. Polecam.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu: www.amanita.pl

Zbieracz truskawek - Monika Feth

Autor: Monika Feth
Tytuł: Zbieracz truskawek/ Der Erdbeerpflücker
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 352
Moja ocena: 7,5/10 

           Podczas niewinnej zabawy w lesie, dzieci natrafiają na coś przerażającego. Naga, zgwałcona dziewczyna, której obcięto włosy. Kolejne takie morderstwo w ostatnim czasie. Brak motywu. Poszlaki świadczące o działaniu seryjnego mordercy. Ślad po zerwanym naszyjniku i te zapadające w pamięci, makabryczne spojrzenie pełne ufności i zdziwienia. Policja nie potrafi poradzić sobie z szalejącym mordercą, który wciąż pozostaje na wolności. 

           Na domiar złego wkrótce pojawiają się kolejne ofiary „kolekcjonera łańcuszków”. Jedną z nich jest Caro, przyjaciółka Jette i Merle. Przed jej śmiercią wszystko wskazywało na to, że dziewczyna szaleńczo zakochała się w kimś, kto zabronił jej o sobie wspominać. Caro trwała w niebezpiecznym związku, który okazał się tragiczny w skutkach. Jette, na pogrzebie dziewczyny, podczas wygłaszania mowy pożegnalnej, w przypływie emocji zagroziła mordercy...
           Informacja przedostała się do mediów, tak, więc szybko dotarła do „kolekcjonera łańcuszków”. Morderca przyjął wyzwanie Jette i jej przyjaciółki. Dziewczyna nie zdaje sobie sprawy, w jakim niebezpieczeństwie się znalazła, szczególnie, że zabójca, który rozpaczliwie szuka miłości, postanawia rozkochać w sobie niczego nieświadomą Jette. Jak zakończy się ta przerażająca historia pełna niewinnych ofiar seryjnego mordercy? 

            „Zbieracz truskawek” autorstwa Moniki Feth to książka, która swego czasu zwracała na siebie sporo uwagi zarówno na rynku książkowym jak i w mediach. W takich momentach zawsze zastanawiam się czy uwaga ta jest uzasadniona czy jest to po prostu zwykły chwyt marketingowy, który za zadanie ma wypromować dany produkt nie zważając na jego jakość. Niemniej jednak w tym wypadku uwaga ta jest jak najbardziej uzasadniona. 

           Choć w thrillerze tym brak momentów, w których ciarki przechodzą po plecach to trzeba przyznać, że trudno się od niej oderwać. Jednakże wciąż ubolewam nad tym, że autorka nie postarała się o to, by wprowadzić więcej niewiadomych, które sprawiłyby, że czytelnik zacząłby się główkować cóż to siedzi w głowie mordercy czy też głównego bohatera. Trochę więcej niepewności z całą pewnością dodałoby smaczku całej historii. 

           Pomimo tego ciężko jest odłożyć książkę, szczególnie pod koniec, kiedy emocje sięgają zenitu, a każdą kolejną stronę pochłania się w tempie błyskawicznym. „Zbieracz truskawek” to książka, którą czyta się jednym tchem, zamykając ją z refleksyjnym westchnieniem i uśmiechem satysfakcji, że poświęciło się chwilę na czystą przyjemność obcowania z kawałkiem dobrej literatury. Nie może się równać thrillerom i kryminałom wielkich autorów, ale jak na debiut jest naprawdę dobra.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu: www.amanita.pl

Szeptem - Monika Sawicka

Autor: Monika Sawicka
Tytuł: Szeptem
Wydawnictwo: Magia Słów
Liczba stron: 188
Moja ocena: 4/10

            Po książkę sięgnęłam przypadkiem. Ot, półka z nowościami, interesująca okładka a do tego opis wydawcy zamieszczony z tyłu okładki wydawał się całkiem ciekawy, więc czemu nie? Więc wzięłam i przeczytałam. I co ja na to, zapytacie? O tym niżej :)

            Smutna - bo tak nazywa siebie samą, główna bohaterka powieści Moniki Sawickiej - opowiada nam historię swojego życia, dokładnie w dzień, kiedy dobiega ono swego końca. Zabiera nas we wstrząsającą podróż do Przeszłości, do własnych przeżyć i rozterek. Pokazuje nam życie nastolatki, którą niegdyś była. Nastolatki, która od najmłodszych lat skrywa w sobie tajemnicę i traumę. Opowiada nam historię kobiety, która chce kochać i być kochaną, lecz pewna jest, że miłość nie ma sensu, gdyż nie może trwać wiecznie. I tak pielęgnuje smutek w swych oczach i wciąż pozostaje nieufna. 
Bohaterka przedstawia nam również czasy teraźniejsze, kiedy zmaga się ze śmiertelną chorobą. Robi dobrą minę do złej gry, wszystko po to, by nie pokazać swoich słabości ludziom, którzy ją otaczają.
Za pomocą opowiadań, własnych zwierzeń i historii przedstawia nam swoje życie, kiedyś i dziś. Jego dramatyzm i wszechobecną tragedię. Trudy życia codziennego i ogrom cierpienia. Ból i strach, przed tym, co nieznane, a nieuniknione.
"Kocham cię. Ileż to razy chciałaś to usłyszeć. A ile razy usłyszałaś? Zamknij na chwilę oczy, na dziesięć sekund i przypomnij sobie najpiękniejsze chwile w Twoim życiu. Jeśli dziesięć sekund to za mało, to znaczy, że niczego pięknego nie przeżyłaś. Ale nie martw się. Jak dotąd nie przeżyłaś, ale wszystko jeszcze przed Tobą."
            Zacznę od tego, że książka składa się jakby z dwóch części. Pierwsza z nich to powieść, której autorką jest Monika Sawicka (i ją recenzuję). Natomiast druga część, to utwory konkursowe i debiutanckie, które zamieściła sama autorka, lecz ich autorami są laureaci konkursu zorganizowanego przez Fundację Sawickiej. Niemniej jednak nie są związane z treścią powieści.

            Szczerze przyznam, że nie wiem, co mam myśleć o tej książce. Z całą pewnością jest wzruszająca i poruszająca. Skłania do refleksji nad własnym życiem i przypomina o ciągłej gonitwie za codziennością, kiedy to ucieka nam wyjątkowość każdej z chwil. Nakazuje by nie tylko kochać innych, ale pozwalać im, by kochali nas. 
Pierwszoosobowa narracja i zwracanie się bezpośrednio do czytelnika, sprawiają, że odbieramy całą powieść bardziej osobiście. A wszystko to daje nam tylko marne 4/10. A to dlaczego?

            Bo z drugiej strony, trudno mi się w niej doszukać spójności. Często nie miałam pojęcia o co chodzi. Nagle pojawia się jakaś przypowieść nieznanego autora, fragment wyrwany z kontekstu czy internetowe opowiadanie. Kompletny misz-masz. Mam wrażenie, że wiele z nich nie miało najmniejszego odniesienia do treści. Ale może to moja wina, nie dostrzegłam w niej jakiejś szczególnej głębi, czy coś. Jedno wiem na pewno - w kilku momentach nie potrafiłam połapać się, o co chodzi, a to z pewnością nie sprzyja lekturze a tym bardziej pochlebnej recenzji.

            Początkowo myślałam, że to będzie naprawdę dobra książka, która poruszy mnie i będę mogła powiedzieć, że jest wyjątkowa. Owszem, jest wyjątkowa. Wyjątkowo średnia. Po pierwszych kilku, a nawet kilkunastu stronach oczekiwałam czegoś więcej. A potem? Potem już było coraz gorzej. 
Drugiej części, czyli tekstów, napisanych przez laureatów, nie miałam siły czytać. Ochoty też mi zabrakło. Przeczytałam pierwszy fragment, który ociekał wulgarnym seksem i z niesmakiem zrezygnowałam z dalszej lektury. 

            All in all,  stwierdzam, że panuje w niej zbyt duży chaos, bym mogła ją polecić. Był jeden fragment, którego nie zapomnę, bowiem zmienił coś we mnie, ale niestety nie odratuje  całej książki...

Gringo wśród dzikich plemion - Wojciech Cejrowski

Autor: Wojciech Cejrowski
Tytuł: Gringo wśród dzikich plemion
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, Biblioteka "Poznaj Świat"
Liczba stron: 263
Moja ocena: 10/10

 Przyznaję bez bicia – rzuciłam „Nanę” w kąt i pospiesznie chwyciłam za „Gringo wśród dzikich plemion”. Zerkał na mnie z półki i wołał, i kusił jak szalony, aż w końcu się poddałam, zakopałam w łóżku i zaczęłam czytać. I nie żałuję!  

Moja przygoda z Wojciechem Cejrowskim, zaczęła się od weekendowego oglądania programu „Boso przez świat”.  Byłam (i nadal jestem!) zafascynowana tymi wszystkimi obrazkami, które miałam przyjemność oglądać. Zwykły telewizor przenosił mnie do całkowicie innego świata, a ja nie kiwnęłam nawet palcem.

Potem w prezencie od chłopaka dostałam swoją pierwszą książkę pana Wojtka – „Podróżnik WC” (wydanie drugie poprawione). Pamiętam jak wciśnięta w kąt namiętnie pochłaniałam każdą kolejną stronę (myślę, że jej recenzja prędzej czy później również się tutaj pojawi ;)). Chciałam więcej i więcej! I nagle, parę dobrych miesięcy później, natknęłam się na „Gringo…” po okazyjnej cenie. Czym prędzej złapałam ostatni egzemplarz i pobiegłam do kasy.

„Gringo wśród dzikich plemion” to książka, która wciąga nas w świat niesamowitych podróży Wojciecha Cejrowskiego po Ameryce Łacińskiej. Tym razem wędruje po amazońskiej puszczy w poszukiwaniu jednego – dzikich, indiańskich plemion. Przedziera się przez nieokiełznany busz, przeżywając różne przygody, chcąc dotrzeć tam, gdzie nie dotarli inni. Przeciera nowe szlaki i odkrywa rzeczy, które nie śniły się ludziom cywilizowanym. Zupełnie inny świat, inni ludzie, inny tryb życia, inna hierarchia wartości. Wszystko to jest oszałamiające i wciągające a WC zaczyna traktować dżunglę jak dom. Dom pełen niebezpieczeństw dla zwykłego gringo*
„Splątana dżungla, choć pełna roślin i zwierząt jest pustkowiem.
Po dżungli można chodzić tygodniami i nie spotkać żywej duszy. Choć człowiek stale przedziera się przez różne gąszcze i stale słyszy wokół siebie odgłosy tropikalnego lasu, wycia małp, skrzeczenia papug, jazgot cykad, to jednak już po krótkim czasie ma wrażenie kompletnej samotności. Identyczne, jak na pustyni. Identyczne jak w wysokich górach. I jak na lodowych równinach Antarktydy.
Dżungla tylko z pozoru wydaje się zatłoczona. Kto ją poznał od środka, wie jakie to przerażające pustkowie.”
Co mnie w niej tak zachwyciło, zapytacie? „Posłuchajcie…”

 Po pierwsze, same historie, które opowiada nam autor. Które opowiada w taki sposób, że budzi w nas feerię przeróżnych emocji – od fascynacji, przez wzruszenie, przerażenie, a nawet obrzydzenie aż do rozbawienia. Bo jak tu się nie śmiać, gdy WC opowiada nam o swoich pierwszych kontaktach z Dzikimi, którzy z takim zainteresowaniem przyglądają się jego blademu ciału. Wszędzie. Albo gdy opowiada o przekroczeniu granicy nie na paszport, a na książeczkę ubezpieczeniową.
Jak się nie bać, gdy czytamy o wężu wyskakującym z rury, o wielkim, dzikim pustkowiu i zgubie w samym jego epicentrum czy też o lufie karabinu, który uporczywie dziabie w szyję.
„Żelazny dotyk lufy.
Zaskakująco ciepły. Ciepły dlatego, że ta lufa była prawdziwa i rozgrzała się w słońcu. Wszystkie inne znane mi lufy były zawsze zimne, ponieważ zmyślono je dla potrzeb fikcji literackiej.
Lufa na moim karku. I świadomość, że gdzieś z tyłu tej lufy czekają kule. Niedaleko nich czeka palec. Wystarczy małe szarpnięcie za cyngiel. Wtedy skończy się zabawa.
Na szczęście oni tu są po to, żeby się zabawić, więc mam jeszcze czas. Cudowny czas – nędzną resztkę życia. Na co ją poświęcę?
Sobie?
Bogu?
Na przeprosiny, czy na błagania?”
            Jestem pod ogromnym wrażeniem opisów, które kreuje autor. Na przykład opis pustyni, na której ludzie często odnajdują siebie, zaglądając głęboko w swoje wnętrza – mówi o tym w taki sposób, że mam ochotę natychmiast spakować się i ruszać w drogę. Opisy wspomnianej już dżungli – niebezpieczeństw ukrytych w pięknie fauny czy szerokiej gamy barw flory. Wszystkie te obrazy, które tworzą się w mojej wyobraźni są tak sugestywne, że mam wrażenie, że znajduję się w samym środku dzikiego, nieokiełznanego buszu.
Co więcej, bardzo podobał mi się sposób, w jaki Cejrowski przedstawiał panikę, która towarzyszyła mu niejednokrotnie podczas jego wypraw. Dlaczego? „Posłuchajcie…”
„Obok niego w strugach deszczu stała, wielka kosmata panika. Wyglądała smętnie – cała mokra i trzęsąca się od nocnego chłodu. Patrzyłem na nią teraz z zupełnie innej perspektywy i wiecie co – uświadomiłem sobie, że ona nie jest już taka groźna jak kiedyś. Miała wyraźną nadwagę, jakieś pięćdziesiąt funtów więcej niż dopuszcza moda, a przede wszystkim zamiast działać z zaskoczenia, zaczęła popadać w rutynę. Wiedziałem, że w tym stanie nieprędko mnie dogoni.”
Godną podziwu jest mentalność Indian, ich hierarchia wartości. Żyją z dala od jakichkolwiek oznak cywilizacji, w kompletnej dziczy. Nie znają telewizji, radia, Internetu. Żyjąc beztrosko, nie wiedzą co to pieniądz. Ich walutą są znalezione łupy, upolowany tapir czy złowiona ryba. Nie potrzebują wielkich domów, ani nawet butów. Nie liczą się dla nich dobra materialne, tylko czas, tu i teraz. Ich definicja szczęścia kompletnie różni się od naszej. Może powinniśmy się od nich czegoś nauczyć?
„-Widzisz, gringo, dla mnie szczęście jest wtedy, gdy mogę sobie wisieć w hamaku i nic nie robić. Im dłużej, tym lepiej. Nic nie boli, nie nagli, nic nie czeka. Nikt nie woła. Brzuch nie burczy, że chce jeść; żona nie burczy, żeby jej coś zrobić. Moje szczęście to ta spokojna chwila, która właśnie trwa: nikt i nic niczego ode mnie nie chce, nie trzeba się wysilać, martwić, nigdzie iść.
-Wy Biali – dodał po chwili namysłu – znajdujecie swoje szczęście w ruchu, a my w bezruchu. Wy ciągle musicie coś zmieniać, porządkować, ulepszać, a my poszukujemy stanu ukojenia… I kiedy go znajdziemy, to wolimy się nie poruszać, żeby czegoś nie zepsuć.”
            Podziwiam również samego Cejrowskiego. Za co? Za odwagę – nie bał się spełniać swoich marzeń, nie bał się robić rzeczy, które przypisać można chyba tylko szaleńcowi. Za konsekwencję w dążeniu do wyznaczonych sobie celów. Za silną osobowość i dystans do siebie – nie każdy potrafiłby opowiadać tysiącom czytelników o swoich upokorzeniach. Może jest to postać kontrowersyjna, owszem, ale nie da się zaprzeczyć, że jest genialnym podróżnikiem z pasją, którą kocha. I to w nim cenię.


            Podsumowując, „Gringo wśród dzikich plemion” jest fantastyczną książką, która przepełniona jest humorem i ciętym dowcipem – czytając ją wieczorem, musiałam wielokrotnie dusić w sobie wybuchy śmiechu, by nie postawić domowników na równe nogi swoim chichotem. Jest podróżą do innego świata, który niedostępny jest dla zwykłych śmiertelników, a wszystko to dzięki barwnym opisom autora i naszej wyobraźni.
„Gringo…” jest ucztą dla oczu, dzięki wspaniałej oprawie graficznej – zdjęcia WC są świetną przerwą w czytaniu, która zachwyca swoim pięknem i autentycznością.
Książka ta jest rodzajem wartościowej rozrywki, po którą każdy powinien sięgnąć.
A na koniec zapewniam, że nota o tłumaczu naprawdę Was zaskoczy!
„Tak to jest w dżungli. Mniej więcej, bo przecież nie opowiedziałem Wam wszystkiego. Zaledwie zarysowałem po wierzchu. Wskazałem palcem kilka najbardziej oczywistych miejsc, w których czyha sobie niebezpieczeństwo. A teraz – być może – chcecie zapytać, po co w ogóle tam jeżdżę? Dlaczego ktokolwiek – nieprzymuszony – mógłby chcieć spędzić tam choćby chwilę? To proste – jadę po przygody. Takie, których nie odda żadna książka, ani najlepszy nawet film w telewizji. Jest jeszcze jeden powód. Zadziwiający nawet dla mnie samego: Powoli… baaardzo powoli… ale nieuchronnie… dżungla staje się moim domem.”
*gringo – potocznie określenie każdego cudzoziemca; Biały. 

Wszystkie cytaty pochodzą z książki.

Najgorsza rzecz, jaką zrobiła - Alice Kuipers

Autor: Alice Kuipers
Tytuł: Najgorsza rzecz jaką zrobiła/ The Worst Thing She Ever Did
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia, 2011
Liczba stron: 232
Moja ocena: 4/10

            Życie bywa okrutne i nieprzewidywalne. Potrafi słodko opętać nas obietnicą cudownego życia, by za chwilę nam to wszystko odebrać w sposób bezwzględny i nieubłagany, a jedyne co pozostaje w takim momencie to bezsilność i trauma na długi czas. 

            W takiej sytuacji znalazła się Sophie, która z dnia na dzień straciła siostrę. Nie potrafi zaakceptować tego, co się wydarzyło, prześladuje ją poczucie winy, że to ona doprowadziła do śmierci Emily. Nie może pogodzić się z faktem, że jeszcze chwilę temu miała przy sobie siostrę, która grała na jej nerwach jak nikt inny na świecie, a teraz została sama, z całym ciężarem na swoich nastoletnich barkach. I choć ma obok siebie kochającą mamę i terapeutkę, nie chce pozwolić sobie pomóc. 
           Dręczą ją koszmarne wizje i ataki paniki, które stara się jakoś pokonać. Na domiar złego, zamknęła się w sobie tak bardzo, że zaczęła odsuwać się od swoich przyjaciółek, które również nie potrafiły jej pomóc, a z biegiem czasu wyrosła między nimi jakaś niewidzialna przeszkoda, która była prawie nie do pokonania. Gdzieś tam pojawiła się obietnica miłości, wreszcie Sophie ma nadzieję, że coś w jej życiu zmieni się na lepsze, że podźwignie się z tragedii, która miała miejsce i otrząśnie się z okropnej przeszłości, przynajmniej na krótką chwilę. Ale niestety, w tej sferze również wszystko się komplikuje. 

           Na szczęście czas leczy rany, a miłość i przyjaźń potrafią wiele przetrwać – dzięki nim Sophie udało się uporać z lękami przeszłości i trudnymi sytuacjami, do których to wszystko doprowadziło. Niemniej jednak los nie jest łaskawy dla nastolatki, komplikuje jej wszystko na każdym kroku, a mimo to dziewczyna dzielnie sobie radzi z wszystkimi przeszkodami, które zgotowało jej życie. Nie jest to łatwa walka, ale ktoś kiedyś powiedział, że to, co jest czegoś warte, nie przychodzi lekko.     

            Powieść Alice Kuipers p.t. „Najgorsza rzecz, jaką zrobiła” opowiada o trudach codziennego życia, które zostaje skomplikowane przez rodzinną tragedię, której można było uniknąć, a przynajmniej tak wydaje się głównej bohaterce, która czuje, że to właśnie ona zawiniła. Ona i jej sznurówka, która rozwiązała się w nieodpowiednim momencie.

            Historia przedstawiona jest w formie pamiętnika pisanego przez główną postać, nastoletnią Sophie, która w ten sposób próbuje uporać się z obcą i niezrozumiałą rzeczywistością, w której się znalazła. Szczerze przyznam, że narracja przypomina mi trochę pamiętnik dziewczynki z podstawówki, szczegółowe opisywanie poszczególnych czynności, wiele nieistotnych szczegółów i ogólna infantylność. Co ciekawe, takie zjawisko ma miejsce tylko do połowy książki, może troszkę dalej, a później wszystko się zmienia. Może nie diametralnie, ale wystarczająco, by nie musieć czytać jej z niechęcią i ze znudzeniem, co miało miejsce na początku – przynajmniej w moim przypadku. Później jest lekki zwrot akcji, dowiadujemy się tego, co tak naprawdę nas interesuje – co stało się z siostrą Sophie, Emily. I w tym momencie cała lektura nabiera sensu, co znacznie poprawia jakość czytanej powieści.

           Głowna bohaterka wykreowana jest na dosyć egocentryczną i egoistyczną postać, która zauważa wyłącznie swoje cierpienie i swoje problemy, gdy tymczasem jej najbliżsi również przeżywają swoje małe tragedie, których ona nie dostrzega. Bywało to denerwujące i miałam ochotę znaleźć się obok niej i potrząsnąć nią, by się obudziła i zauważyła coś więcej, niż czubek własnego nosa. Na szczęście w pewnym momencie zreflektowała się sama, przejrzała na oczy i zrozumiała, że nie tylko ona cierpi po utracie ukochanej siostry i że nie tylko ona ma problemy, w którymi musi walczyć. 

           Szczerze przyznam, że mam mieszane uczucia, co do tej książki – bardzo podoba mi się ogólny zamysł i koncepcja fabuły, dramatyczne okoliczności, utrata bliskiej osoby, borykanie się z traumą – wszystko to, co można uznać za podstawę dobrego wyciskacza łez, powieści, która wzrusza całą swoją treścią. Niestety, w tym wypadku nie udało się uzyskać tego efektu, gdyż napisana jest w dosyć dziecinny sposób, styl jest niedojrzały i mało interesujący, nie porywa na kolana, co z pewnością mógłby uczynić, gdyby był po prostu inny. Szkoda, bo pomysł naprawdę fajny, mogłaby wyniknąć z niego chwytająca za serce książka, a tak mamy kolejny pamiętnik nastolatki, który poniekąd jest wzruszający, choć mógłby być o wiele bardziej. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu: www.amanita.pl