Gringo wśród dzikich plemion - Wojciech Cejrowski

Autor: Wojciech Cejrowski
Tytuł: Gringo wśród dzikich plemion
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, Biblioteka "Poznaj Świat"
Liczba stron: 263
Moja ocena: 10/10

 Przyznaję bez bicia – rzuciłam „Nanę” w kąt i pospiesznie chwyciłam za „Gringo wśród dzikich plemion”. Zerkał na mnie z półki i wołał, i kusił jak szalony, aż w końcu się poddałam, zakopałam w łóżku i zaczęłam czytać. I nie żałuję!  

Moja przygoda z Wojciechem Cejrowskim, zaczęła się od weekendowego oglądania programu „Boso przez świat”.  Byłam (i nadal jestem!) zafascynowana tymi wszystkimi obrazkami, które miałam przyjemność oglądać. Zwykły telewizor przenosił mnie do całkowicie innego świata, a ja nie kiwnęłam nawet palcem.

Potem w prezencie od chłopaka dostałam swoją pierwszą książkę pana Wojtka – „Podróżnik WC” (wydanie drugie poprawione). Pamiętam jak wciśnięta w kąt namiętnie pochłaniałam każdą kolejną stronę (myślę, że jej recenzja prędzej czy później również się tutaj pojawi ;)). Chciałam więcej i więcej! I nagle, parę dobrych miesięcy później, natknęłam się na „Gringo…” po okazyjnej cenie. Czym prędzej złapałam ostatni egzemplarz i pobiegłam do kasy.

„Gringo wśród dzikich plemion” to książka, która wciąga nas w świat niesamowitych podróży Wojciecha Cejrowskiego po Ameryce Łacińskiej. Tym razem wędruje po amazońskiej puszczy w poszukiwaniu jednego – dzikich, indiańskich plemion. Przedziera się przez nieokiełznany busz, przeżywając różne przygody, chcąc dotrzeć tam, gdzie nie dotarli inni. Przeciera nowe szlaki i odkrywa rzeczy, które nie śniły się ludziom cywilizowanym. Zupełnie inny świat, inni ludzie, inny tryb życia, inna hierarchia wartości. Wszystko to jest oszałamiające i wciągające a WC zaczyna traktować dżunglę jak dom. Dom pełen niebezpieczeństw dla zwykłego gringo*
„Splątana dżungla, choć pełna roślin i zwierząt jest pustkowiem.
Po dżungli można chodzić tygodniami i nie spotkać żywej duszy. Choć człowiek stale przedziera się przez różne gąszcze i stale słyszy wokół siebie odgłosy tropikalnego lasu, wycia małp, skrzeczenia papug, jazgot cykad, to jednak już po krótkim czasie ma wrażenie kompletnej samotności. Identyczne, jak na pustyni. Identyczne jak w wysokich górach. I jak na lodowych równinach Antarktydy.
Dżungla tylko z pozoru wydaje się zatłoczona. Kto ją poznał od środka, wie jakie to przerażające pustkowie.”
Co mnie w niej tak zachwyciło, zapytacie? „Posłuchajcie…”

 Po pierwsze, same historie, które opowiada nam autor. Które opowiada w taki sposób, że budzi w nas feerię przeróżnych emocji – od fascynacji, przez wzruszenie, przerażenie, a nawet obrzydzenie aż do rozbawienia. Bo jak tu się nie śmiać, gdy WC opowiada nam o swoich pierwszych kontaktach z Dzikimi, którzy z takim zainteresowaniem przyglądają się jego blademu ciału. Wszędzie. Albo gdy opowiada o przekroczeniu granicy nie na paszport, a na książeczkę ubezpieczeniową.
Jak się nie bać, gdy czytamy o wężu wyskakującym z rury, o wielkim, dzikim pustkowiu i zgubie w samym jego epicentrum czy też o lufie karabinu, który uporczywie dziabie w szyję.
„Żelazny dotyk lufy.
Zaskakująco ciepły. Ciepły dlatego, że ta lufa była prawdziwa i rozgrzała się w słońcu. Wszystkie inne znane mi lufy były zawsze zimne, ponieważ zmyślono je dla potrzeb fikcji literackiej.
Lufa na moim karku. I świadomość, że gdzieś z tyłu tej lufy czekają kule. Niedaleko nich czeka palec. Wystarczy małe szarpnięcie za cyngiel. Wtedy skończy się zabawa.
Na szczęście oni tu są po to, żeby się zabawić, więc mam jeszcze czas. Cudowny czas – nędzną resztkę życia. Na co ją poświęcę?
Sobie?
Bogu?
Na przeprosiny, czy na błagania?”
            Jestem pod ogromnym wrażeniem opisów, które kreuje autor. Na przykład opis pustyni, na której ludzie często odnajdują siebie, zaglądając głęboko w swoje wnętrza – mówi o tym w taki sposób, że mam ochotę natychmiast spakować się i ruszać w drogę. Opisy wspomnianej już dżungli – niebezpieczeństw ukrytych w pięknie fauny czy szerokiej gamy barw flory. Wszystkie te obrazy, które tworzą się w mojej wyobraźni są tak sugestywne, że mam wrażenie, że znajduję się w samym środku dzikiego, nieokiełznanego buszu.
Co więcej, bardzo podobał mi się sposób, w jaki Cejrowski przedstawiał panikę, która towarzyszyła mu niejednokrotnie podczas jego wypraw. Dlaczego? „Posłuchajcie…”
„Obok niego w strugach deszczu stała, wielka kosmata panika. Wyglądała smętnie – cała mokra i trzęsąca się od nocnego chłodu. Patrzyłem na nią teraz z zupełnie innej perspektywy i wiecie co – uświadomiłem sobie, że ona nie jest już taka groźna jak kiedyś. Miała wyraźną nadwagę, jakieś pięćdziesiąt funtów więcej niż dopuszcza moda, a przede wszystkim zamiast działać z zaskoczenia, zaczęła popadać w rutynę. Wiedziałem, że w tym stanie nieprędko mnie dogoni.”
Godną podziwu jest mentalność Indian, ich hierarchia wartości. Żyją z dala od jakichkolwiek oznak cywilizacji, w kompletnej dziczy. Nie znają telewizji, radia, Internetu. Żyjąc beztrosko, nie wiedzą co to pieniądz. Ich walutą są znalezione łupy, upolowany tapir czy złowiona ryba. Nie potrzebują wielkich domów, ani nawet butów. Nie liczą się dla nich dobra materialne, tylko czas, tu i teraz. Ich definicja szczęścia kompletnie różni się od naszej. Może powinniśmy się od nich czegoś nauczyć?
„-Widzisz, gringo, dla mnie szczęście jest wtedy, gdy mogę sobie wisieć w hamaku i nic nie robić. Im dłużej, tym lepiej. Nic nie boli, nie nagli, nic nie czeka. Nikt nie woła. Brzuch nie burczy, że chce jeść; żona nie burczy, żeby jej coś zrobić. Moje szczęście to ta spokojna chwila, która właśnie trwa: nikt i nic niczego ode mnie nie chce, nie trzeba się wysilać, martwić, nigdzie iść.
-Wy Biali – dodał po chwili namysłu – znajdujecie swoje szczęście w ruchu, a my w bezruchu. Wy ciągle musicie coś zmieniać, porządkować, ulepszać, a my poszukujemy stanu ukojenia… I kiedy go znajdziemy, to wolimy się nie poruszać, żeby czegoś nie zepsuć.”
            Podziwiam również samego Cejrowskiego. Za co? Za odwagę – nie bał się spełniać swoich marzeń, nie bał się robić rzeczy, które przypisać można chyba tylko szaleńcowi. Za konsekwencję w dążeniu do wyznaczonych sobie celów. Za silną osobowość i dystans do siebie – nie każdy potrafiłby opowiadać tysiącom czytelników o swoich upokorzeniach. Może jest to postać kontrowersyjna, owszem, ale nie da się zaprzeczyć, że jest genialnym podróżnikiem z pasją, którą kocha. I to w nim cenię.


            Podsumowując, „Gringo wśród dzikich plemion” jest fantastyczną książką, która przepełniona jest humorem i ciętym dowcipem – czytając ją wieczorem, musiałam wielokrotnie dusić w sobie wybuchy śmiechu, by nie postawić domowników na równe nogi swoim chichotem. Jest podróżą do innego świata, który niedostępny jest dla zwykłych śmiertelników, a wszystko to dzięki barwnym opisom autora i naszej wyobraźni.
„Gringo…” jest ucztą dla oczu, dzięki wspaniałej oprawie graficznej – zdjęcia WC są świetną przerwą w czytaniu, która zachwyca swoim pięknem i autentycznością.
Książka ta jest rodzajem wartościowej rozrywki, po którą każdy powinien sięgnąć.
A na koniec zapewniam, że nota o tłumaczu naprawdę Was zaskoczy!
„Tak to jest w dżungli. Mniej więcej, bo przecież nie opowiedziałem Wam wszystkiego. Zaledwie zarysowałem po wierzchu. Wskazałem palcem kilka najbardziej oczywistych miejsc, w których czyha sobie niebezpieczeństwo. A teraz – być może – chcecie zapytać, po co w ogóle tam jeżdżę? Dlaczego ktokolwiek – nieprzymuszony – mógłby chcieć spędzić tam choćby chwilę? To proste – jadę po przygody. Takie, których nie odda żadna książka, ani najlepszy nawet film w telewizji. Jest jeszcze jeden powód. Zadziwiający nawet dla mnie samego: Powoli… baaardzo powoli… ale nieuchronnie… dżungla staje się moim domem.”
*gringo – potocznie określenie każdego cudzoziemca; Biały. 

Wszystkie cytaty pochodzą z książki.

8 komentarzy:

  1. Wstyd - jestem na rozszerzonej geografii, a Cejrowskiego znam jedynie z programu "Boso przez świat". Sama nie wiem dlaczego, ale do przyrodniczych i społecznych książek raczej mnie nie ciągnie... zmienię to, obiecuję! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj zajrzę, zajrzę :) Już nie raz ją widziałam i miałam po nią sięgnąć, ale jakoś nie było czasu, a uwielbiam takie książki. Sam program "Boso..." jest bardzo ciekawy. Nie wyobrażam sobie przegapienia choćby jednego odcinka, nawet powtórki mogę oglądać milion razy :D Jeśli chodzi o książkę to na pewno jest ciekawa skoro napisał ją Cejrowski, bo on potrafi (by mniej mnie) zainteresować swoimi opowieściami o plemionach, czy innych raczej mało nam znanych rzeczach :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hm, już od dłuższego czasu mam ochotę przeczytać jakąkolwiek książkę Cejrowskiego, ale jeszcze nie miałam okazji :( Cóż, na razie muszę zadowolić się jego programem albo w końcu wziąć się w garść, zajrzeć do dziurawej skarpety, wyłuskać trochę grosza i kupić książkę!

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie jestem fanką książek podrózniczych, ale Gringo urzekł mnie do granic. Lekka, zabawna książka, no i piękne zdjęcia:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie miałam zbyt dużego doświadczenia z tym panem. Widziałam kilka odc jego programu, bo tata namiętnie oglada, ale nie czytałam zadnej kiążki. Mówisz, ze polecasz? Zobaczymy, zobaczymy :)

    OdpowiedzUsuń
  6. @bsz, jak najbardziej polecam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Zazdroszczę Ci tego Podróżnika WC. ;)
    Tak, Cejrowski ma świetny styl przedstawiania swoich wędrówek. Pamiętam, że też czytałam Gringo... z wypiekami na twarzy ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. @Bujaczek
    Teraz tylko wielkie polowanie na "Rio Anaconda" i będę w siódmym niebie :)
    A wszystko zaczęło się od niewinnego prezentu na święta ;)

    OdpowiedzUsuń